Życie bez taryfy ulgowej

 

Chyba na dzisiaj dość -mówi Ania. Nie, nie boli jej serce.



Przecież cztery lata temu wymieniła je na nowe.


Ania rysuje węglem zdecydowanymi szybkimi ruchami. Postaci pani Steni i pana Janka nabierają wyrazistości. Światłocienie rozkładają się delikatnie na ich nagich ciałach. To już ostatnia lekcja rysunku przed świętami. W jasnej sali łódzkiej ASP pustki. Studenci zrobili sobie wolne. Przy sztalugach tylko Anka, drobniutka blondynka i dwoje modeli.



- Uwielbiam tą pracę - mówi pani Stenia składając ubranie na krześle. Po chwili jest naga. Siada swobodnie przy stoliku, z gracją skręca głowę i nieruchomieje. Pan Janek (pozostaje w slipach) siada obok.



No, pani magister, zaczynamy. Trochę mi się dzisiaj śpieszy, bo jeszcze pisanki muszę umalować - mówi pan Janek.



Ania jest dopiero na drugim roku oponuje pani Stefania.

- Wiem co mówię. Pięknie rysuje i maluje. Mogłaby być już magistrem - upiera się pan Janek.


Anka rumieni się na te pochwały, ale nic nie mówi. Mruży oczy, przyglądając się parze. Z plastikowego pojemnika wyjmuje węgiel i tusz. Przypina duży karton do deski na sztalugach. Zaczyna szkicować rudowłosą kobietę. Nagle zanosi się kaszlem.



Dziecko, musisz pić syrop z babki lancetowatej. Trzy razy dziennie dużą łyżkę - radzi pani Stefania.



A jeszcze lepiej mleko z czosnkiem - mówi pan Janek.



To nic takiego. Trochę się przeziębiłam wczoraj na spacerze z psem - wyjaśnia Ania.



Szybkimi zdecydowanymi ruchami kreśli kontury obu postaci. Później rozcieńcza tusz i małym pędzelkiem je wypełnia. Bury płyn cieknie po rysunku. Ania przeciera chusteczką zbyt ciemne fragmenty. Trzeba zrobić piętnaście minut przerwy, żeby rysunek wysechł. Jedziemy windą do bufetu na kawę.

Lubię tę bliznę

-Właściwie nie lubię rysować, choć jako dziecko zaczynałam właśnie od rysunku - mówi Ania - Godzinami rysowałam księżniczki z bajek. Teraz wolę malować. Na razie, tu w szkole, maluje postacie i martwe natury. Latem mamy pojechać na jakiś plener. To będzie wyzwanie.

Do tej pory była tylko raz na plenerze podczas nauki w liceum plastycznym. To było nad morzem. Żadna z prac się nie zachowała, bo wszystkie rozdała znajomym.

Rysunek jest już suchy. Dziewczyna pogrubia węglem kontury. Patrzy, jak rozkładają się światła i cienie na ciałach i zamalowuje płaszczyzny pędzelkiem.

-Chyba na dzisiaj dość. Czuję się zmęczona - mówi Ania.

Nie, nie boli jej serce. Przecież cztery lata temu wymieniła je na nowe. Zwyczajnie zesztywniał jej kręgosłup i rozbolały ręce od kilkugodzinnego stania przy sztalugach. Ania i jej brat Bernard odziedziczyli po mamie ciężką wadę serca. On pierwszy został zakwalifikowany do przeszczepu. Operacja była siedem lat temu. Niestety, choć transplantacja się powiodła, po trzech tygodniach chłopak zmarł. Nastąpił odrzut. Druga w kolejce do przeszczepu była Ania.



Potwornie się bałam kiedy zadzwonili z Zabrza że jest dawca. Okazało się, że jego serce jest uszkodzone - opowiada - ale po miesiącu znaleźli innego dawcę. Zapakowałam rzeczy i razem z mamą pojechałyśmy do szpitala. Byłam już taka słaba że właściwie nic nie czułam.

To wszystko zdarzyło się nocą 6 marca 2002 roku. Tę datę będzie pamiętać na zawsze. Operacja trwała pięć godzin. Po niej na chwilę się obudziła i okazało się, że ma wylew. Pojechała na salę operacyjną drugi raz. Znów otwierali jej klatkę piersiową.


Przez to mam brzydką bliznę. Ale nie wstydzę się jej. Właściwie to nawet ją lubię. To moje nowe życie.

Sukienkę sama zaprojektuję

Anka i Marcin od roku mieszkają razem w dziwacznym budyneczku w Aleksandrowie pod Łodzią, w którym kiedyś był sklep mięsny i magazyn spółdzielni mieszkaniowej. Lokal ma około 40 metrów kwadratowych. Duży pokój, prawie bez mebli, kuchnia i klitka z umywalką i wc. Kąpią się u rodziców.



Marzymy żeby się przeprowadzić do jakiegoś porządnego mieszkania. Ale tu jest po prostu tanio - tłumaczy się Marcin. - Chociaż sąsiedzi zatruwają nam życie. Ciągle piszą na nas donosy do spółdzielni. Że przyjmujemy gości, że jest głośno. A przecież tu prawie nikt nie bywa. Kiedyś przyjeżdżał Krzysiek, też po przeszczepie. Już nie żyje. Co łączy Anię i Marcina? Miłość od pierwszego wejrzenia - mówią równocześnie. Ich losy krzyżowały się niemal od urodzenia. Jako dzieci byli sąsiadami. Później Marcin kolegował się z bratem Anki. Wreszcie cztery lata temu, tuż po przeszczepie, spotkali się przypadkiem w aleksandrowskiej kawiarence. Marcin zaproponował jej serię zdjęć (jest fotografem). Ania zobaczyła w nim modela do swoich prac. W sierpniu chcą wziąć ślub.

- Sukienkę sama zaprojektuję. Będzie prosta. A ciocia pomoże mi ją uszyć - mówi Ania.

Oboje wierzą że ich wspólne życie będzie szczęśliwe - czasem się kłócimy, jak wszyscy. Ale nie dusimy w sobie złości. Godzimy się po pięciu minutach - mówi Marcin.

- Nie planujemy dzieci. Nie chodzi o moje bezpieczeństwo, ale o ryzyko, że mogłyby odziedziczyć wadę serca po mnie - mówi Ania - nie chciałabym ich na to skazywać. Jeśli zapragniemy dzieci, możemy je adoptować.



Reportaż Małgorzata Kozerawska - ukazał się w dodatku Łódzkim "Gazety Wyborczej"