Tak dociągnąłem do wiosny

 

Właściwie to nie wiem kiedy zaczęła się moja przygoda z chorobą. Sporo pracowałem, dużo paliłem, a była to zima 2001/2002, męczył mnie kaszel i ciężko mi się oddychało. W związku z tym przechodziłem na coraz lżejsze papierosy. Zdarzyło się kilka razy, Że wybierając się do pracy siadałem w samochodzie, dzwoniłem do pracodawcy, Że nie przyjdę, bo źle się czuję - nie miałem siły jechać. Po upływie godziny, dwóch z trudem się zbierałem i wracałem do domu. Tak dociągnąłem do wiosny.

28 marca 2002 r. będąc wieczorem w pracy zaczęło brakować mi powietrza, każda próba odezwania się powodowała duszenie, z kolei każdy ruch stanowił wysiłek ponad miarę, kazałem odwieść się do domu ( nie życzyłem sobie lekarza). W domu okazało się, że mogę być tylko w pozycji pionowej. Próby położenia się kończyły się duszeniem. Mój organizm odrzucał również papierosy, sam ich widok powodował, Że oczy wychodziły mi na wierzch- przestałem palić licząc, że jak przesiedzę Święta Wielkanocne w fotelu i zaaplikuję sobie antybiotyk, to mój stan zdrowia się poprawi. Trochę się przeliczyłem, było mi lepiej, ale nie na tyle bym mógł się położyć, nadal siedziałem po nocach w fotelu i nie bardzo widziałem się w pracy. Ubranie się, golenie - były to wysiłki ponad miarę.

Piątego kwietnia 2002 roku uległem w końcu usilnym namowom żony i pozwoliłem się zawieść do lekarza pierwszego kontaktu. Pan dr Grzywiński stwierdził, ze mam bardzo zajęte płuca czym potwierdził moje przypuszczenia oraz, że nie podoba mu się również serca. Odesłał mnie na EKG. W gabinecie EKG odmówiłem położenia się, bo gdy się kładłem, to się dusiłem. Widząc to pielęgniarka postanowiła przeprowadzić badanie w pozycji siedzącej. W pewnym momencie oddarła taśmę i krzyknęła żebym się nie ruszał i pobiegła do doktora Grzywińskiego. Lekarz już mnie nie puścił do domu, wezwał karetkę i powiedział mi, że mam zawał.

Wylądowałem w szpitalu W.A.M w Łodzi, na kardiologii. Przyjmujący mnie lekarz postanowił wykonać mi echo serca poprosił bym choć na sekundę się położył. Zacząłem tracić przytomność.
Wówczas zdarzyła się scena jak na amerykańskim f1lmie - krzyknął "dziewczyny den" i sprawnie położył mnie na wózek jadąc w kierunku pielęgniarek, które biegły z budą denową. Po podaniu mi denu poczułem się znacznie lepiej. Zawieziono mnie na "Rke", podłączono mi mnóstwo kabelków i rurek, przez które pompy infuzyjne podawały mi lekarstwa.

Po tygodniu mogłem się odchylić troszkę do tyłu i porządnie się wyspać a po dziesięciu dniach przeniesiono mnie na salę ogólną. 17 kwietnia skierowano mnie na rehabilitację do szpitala w Ciechocinku. W szpitalu w Ciechocinku przebywałem do 12 maja 2002 roku. Nie ulega wątpliwości, iż mimo że byłem bardzo słaby (zacząłem z trudem poruszać się o lasce) - uratowano mi życie.

Pod opieką poradni kardiologicznej przetrwałem prawie rok. 7 maja 2003 r. ponownie zacząłem się dusić. Gdy żona zobaczyła, że nie mogę się położyć, wezwała pogotowie. Lekarz pogotowia stwierdził ciężki obrzęk płuc. Odwiózł mnie na sygnale ponownie do szpitala WAM, gdzie wylądowałem na "R-ce" pod opieką doktora A. Granosika, który z jednej strony trochę mnie skrzyczał, czemu tak późno przyjechałem, a z drugiej strony zorganizował mi bardzo wygodny fotel żebym się nie męczył siedząc na łóżku. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że personel szpitala doskonale mnie pamięta, a ja poczułem się jak w rodzinie.
Lekarze w czasie konsultacji przy moi łóżku załamywali ręce a dr A.Granosik tak długo szafował lekami aż w końcu po 10 dniach postawił mnie na nogi. Ku zaskoczeniu wielu osób o własnych siłach wraz z fotelem przeszedłem na salę ogólną.

21 maja wróciłem do domu, by 29 maja 2003 pojechać na rehabilitację kardiologiczną Szpitala MSWiA w Kańsku. Trafiłem na dyżur pani dr Anny Dobrzyckiej, która po zbadaniu mnie na wszelki wypadek postanowiła położyć na "R-ce". Po przespanej nocy rano wracając z toalety zacząłem tracić przytomność. Siostry podbiegły, następny moment jaki pamiętam to zespół lekarzy podłączał mi pompy infuzyjne, a ja już oddychałem tlenem.
Po kilku dniach zacząłem odzyskiwać siły i wstawać z łóżka. Wtedy pani dr Dobrzycka oświadczyła mi, że jedynym dla mnie ratunkiem jest transplantacja, a dyrektor powiedział, że zrobi wszystko by skierowano mnie na leczenie do Śląskiego Centrum Chorób Serca.

Leczeniem w szpitalu w Kańsku doprowadzono mnie do takiego stanu, iż chodziłem bez problemu na samodzielnie spacery wraz z pokonywaniem schodów. W czerwcu 2003 roku wróciłem do domu. Po powrocie do domu chciałem pobyć trochę z rodziną, niestety to mi się nie udało. Po niecałym tygodniu powtórzył się typowy scenariusz - pogotowie, sygnały "erka". Dr A. Granosik robiący wszystko, by uratować życie stałemu klientowi, od razu ustawił leczenie pod kątem t:1;ansplantacji. W lipcu - tuż przed wypisaniem mnie do domu - wysłano moją historię choroby do Zabrza.

Po miesiącu otrzymałem wezwanie na konsultację do SCCS . Po całodziennych badaniach dr Zakliczyński zaprosił mnie na rozmowę, w czasie której wyjaśnił mi wiele kwestii wiązanych z transplantacją serca oraz zlecił wykonanie pomiaru ciśnień w krążeniu płucnym - o ile to możliwe w miejscu zamieszkania. Gdyby się okazało, że nie ma takich możliwości w Łodzi, to przyjmie mnie u siebie w Śląskim Centrum.

Po powrocie do domu, we wszystkich oddziałach kardiologicznych łódzkich szpitali, z którymi się kontaktowałem, rozmawiano ze mną jak z idiotą, twierdząc, że nie mogło mi tego zlecić Śląskie Centrum.
Dopiero w Szpitalu im. Biegańskiego w Łodzi, rozmawiający ze mną dr J .Kasprzak, spytał, czy jest to związane z transplantacją. Gdy potwierdziłem, natychmiast zaprosił mnie do kliniki. Po tygodniu opuściłem klinikę z kompletem niezbędnych badań, które niezwłocznie wysłałem do Zabrza.

23 września o godzinie 18.05 zadzwonił telefon. Pani przedstawiła się, że jest koordynatorem transplantacji serca w SCCS, zadała mi kilka pytań na temat mojego stanu zdrowia, po czym oświadczyła, że za około godzinę przyjedzie po mnie karetka i zabierze mnie do Zabrza. Jeżeli większość wyników się potwierdzi to najprawdopodobniej o pierwszej w nocy rozpocznie się operacja.

Po przyjeździe do Zabrza przywitano mnie prawie jak VIPa -wszyscy byli bardzo mili. Po wstępnych badaniach przedstawiono mi zespół lekarzy, który będzie mnie operował, po czym łyknąłem tabletkę, po której usnąłem i obudziłem się rano na Sali pooperacyjnej. Pamiętam tylko, że po przebudzeniu siedziała odwiedzali mnie lekarze. Po telefonie żony rejestrować wszystko, co się wokół mnie dzieje.

Wyliczyłem sobie, że od wstępnej kwalifikacji do transplantacji minęło zaledwie 1,5 miesiąca. Tymczasem moje obliczenia skorygował dr Zakliczyński mówiąc, że na przeszczep czekałem tylko 5 dni, bo czas oczekiwania liczony jest od umieszczenia mnie na krajowej liście po konsultacji i akceptacji profesora Mariana Zembali.

Po tej wizycie zostałem przeniesiony na salę intensywnej opieki transplantacyjnej gdzie przebywałem przez 40 dni - cały czas obserwowany przez siostry i monitorowany przez aparaturę. Okres ten zniosłem bez problemu, gdyż przez cały czas widziałem przez szybę uśmiechnięty personel, natomiast obchody lekarskie były wyjątkowo miłe i sympatyczne.. Wszyscy zawsze mili i uśmiechnięci, chętnie dyskutujący z nami. Czas na OIOT upływał dość szybko. Przeniesienie mnie na salę ogólną sprawiło mi dużo radości - mogłem opuszczać pokój i chodzić po terenie szpitala.

Prawie po dwóch miesiącach - 20 listopada- zostałem wypisany do domu. We wszystkich szpitalach, w których byłem do tej pory, spotkałem się z dużą sympatią ze strony personelu, jednak to co mnie spotkało w Zabrzu, przerosło wszelkie wyobrażenia.

 

Chciałbym podziękować całemu personelowi szpitala za wielkie zaangażowanie i oddanie pacjentom. Lista tych osób jest tak długa, że nie sposób ich wymienić.

 

 

Henryk Janiszewski
Rok przeszczepu serca 2003