Szczęśliwa 13-tka

 

 

Od kiedy zostałem pacjentem dr Elżbiety Jamioły-Majdeckiej ze Szpitala Wojewódzkiego w Zielonej Górze, na poważnie zacząłem traktować moje serce, a właściwie to jego zły, a później bardzo zły stan. To Pani Doktor pierwsze uświadomiła mi, że abym mógł dalej żyć i cieszyć się życiem, muszę zgodzić się i doczekać przeszczepu serca. Z początku niechętnie przyjmowałem taką alternatywę.

Wiadomo, rejon naszego kraju, w którym żyje i mieszkam 'biedny był i jest', w ludzi żyjących po drugich swoich urodzinach, czyli po przeszczepie serca. Z tego, co wiem, to na teranie mojego powiatu (żarskiego, leżącego w województwie lubuskim), jest nas dwóch - ja i śp. Roman Bugajak, który swoje drugie życie otrzymał w warszawskiej klinice.

Kiedy z moim sercem było już bardzo źle, na terenie mojego województwa jeszcze nigdzie nie były przeprowadzone koronarografie. Pacjenci, wśród których znalazłem się i ja, kierowani byli na te badania do Poznania lub do Wrocławia. Dopiero nieco później, w Szpitalu Wojewódzkim w Zielonej Górze została uruchomiona pracownia hemodynamiki.

Gdy dr Majdecka zaczęła przygotowywać mnie do pierwszego pobytu w zabrzańskiej klinice Profesora Zembali, wszystkie niezbędne badania przeszedłem już w zielonogórskim szpitalu. Na oddział kardiologii Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu zostałem przyjęty dnia 27 października 2003 roku. Przez 18 dni byłem pacjentem dr Oskara Kowalskiego.

Wówczas to, jako 54-letni chory z kardiomiopatią rozstrzeniową i zaawansowaną niewydolnością krążenia, po diagnostyce i konsylium lekarskim, zostałem zakwalifikowany do zabiegu przeszczepu serca. Na zabieg ten czekałem 8 miesięcy. Dnia 13 listopada 2003 r. zostałem wypisany do domu 'celem oczekiwania na zabieg', a 13 lipca 2004 r. otrzymałem telefon, że jest dla mnie serce i niezwłocznie muszę się stawić na oddziale kardiochirurgii ŚCCS w Zabrzu.

Informację, że jest dla mnie serce i muszę się jak najszybciej znaleźć w Zabrzu, otrzymałem około godziny 13-tej 13 lipca 2004 r. W nocy, z 13 na 14 lipca o godzinie 3 było już 'po wszystkim'. Urodziłem się drugi raz. Gdy odzyskałem przytomność po udanym zabiegu, trudno mi było uświadomić sobie i przyjąć do wiadomości fakt, że we mnie bije drugie serce, czyjeś serce, kogoś, kto nie żyje, kogoś, kto oddał swoje serce po to, żebym mógł żyć ja...

Pierwsze dni po zabiegu były bardzo trudne i ciężkie. Jednak dzięki troskliwej opiece przemiłych pielęgniarek, a w szczególności dr Zakliczyńskiego, który nie mało miał ze mną kłopotów, zacząłem powoli dochodzić do siebie. Mój organizm nie chciał przyjmować leków w postaci tabletek. A przecież cyklosporynę i celcept musiałem brać systematycznie. To dr Zakliczyński trudził się dla mnie, rozpisując niemało leków, które musiałem zażywać w kroplówce. Krok po kroku, dzień po dniu, po pewnym czasie ponownie powróciliśmy do tabletek.

Gdy było już na tyle dobrze, Doktor zdecydował o wypisaniu mnie do domu. Od chwili zabiegu do opuszczenia zabrzańskiej kliniki i wyjazdu do domu minęło 40 dni...

Teraz, z perspektywy roku inaczej patrzę na otaczający mnie świat. Uciążliwości powodowane częstymi dojazdami do Zabrza na planowane kontrole są niczym w porównaniu z moim samopoczuciem. Przez rok czasu zapomniałem już o tym, jakie okropności przeżywałem przed przeszczepem serca. Duszenie się, spanie na siedząco, wchodzenie na piętro z odpoczynkami - to już historia. Dzisiaj dziękuje bezimiennemu dawcy mojego już teraz serca, za ten cenny dar. Dziękuje całemu zespołowi oddanych sprawie ludzi, którzy mi to serce wszczepili.

W chwili obecnej pozostały (tak sądzę), jedynie pooperacyjne, a raczej leczenie powikłań. W zabrzańskiej klinice 'doliczono' się u mnie jeszcze sporo innych chorób. W związku z tym zmuszony byłem i jestem do 'wchłaniania' dziennie sporej ilości leków. Być może to one spowodowały, że mam trudności z chodzeniem. Bolą mnie nogi, ale sądzę, że problem ten również niebawem się skończy, tak, jak skończył się problem z moim sercem...

Dzisiaj wiem, że w Polsce żyjąc i mieszkając na tzw. głębokiej prowincji, a mówiąc wulgarnie na "zadupiu" III RP, trudno jest uświadomić ludziom, jakie są możliwości do ponownego naradzenia się w dużych ośrodkach miejskich, w których są kliniki specjalistyczne. Wiem ze swojego doświadczenia, ile muszę niekiedy tłumaczyć niektórym znajomym, że we mnie bije drugie serce, że mam wszczepione nowe serce i teraz czuję się jak np.: 20 lat temu. Niektórzy z nich nie mogą sobie uświadomić tego, jak można po prostu wyrzucić jedno i wstawić drugie serce.

W swoim środowisku spotkałem się z jedną osobą, co prawda w podeszłym wieku, która wręcz nie wierzy w to, że w Zabrzu jest coś takiego jak Śląskie Centrum Chorób Serca, szpital, gdzie pacjentom wszczepia się niemalże rutynowo nowe serca, tak jak w naszym szpitalu powiatowym usuwa się wyrostki robaczkowe. Jego wiedza i świadomość na ten temat są zerowe.

Taki stan rzeczy będzie trwał u nas dopóty, dopóki pacjenci ograniczać się będą tylko i wyłącznie do wizyt w wiejskich ośrodkach zdrowia, tam się "leczyć'", nie domagając się od lekarzy rodzinnych skierowań na specjalistyczne badania, których oni i tak zbyt chętnie nie wypisują. A wiadomo, leczenie się w ośrodku zdrowia, w którym "najnowocześniejszym" sprzętem jest aparat do EKG prowadzić może tylko do jednego...

Ja miałem to szczęście, że trafiłem "pod skrzydła"" Pani Doktor Majdeckiej, a później Doktora Oskara Kowalskiego, blok operacyjny oddziału kardiochirurgii ŚCCS, a teraz Doktora Michała Zakliczyńskiego i Pań z Poradni Transplantacyjnej. A co najważniejsze, że 13-tka stałą się dla mnie SZCZĘŚLIWĄ LICZBĄ!

 

Zygmunt Dyszczyński
Przeszczep serce w 2004