Serce prosto z nieba

 


Marek Kłosiński, tokarz z Nowej Huty, od wielu dni czuł się źle. Najmniejszy wysiłek był problemem,dostawał zawrotów głowy przy zwykłych domowych czynnościach. Tracił siły z każdym dniem; zdawał sobie
sprawę, że jego serce umiera. Prawie nie wychodził z mieszkania. Wychudzony i siwy, wyglądał na więcej niż swoje 43 lata. Nawet zasnąć nie było mu łatwo.
Tego wieczoru w swoim skromnym, dwupokojowym mieszkaniu w bloku oglądał telewizję. Godzinę przed północą
zadzwonił telefon. Tak późno mogło to oznaczać tylko jedno. Jego żona Zofia usłyszała sygnał z drugiego pokoju.
Czyżby to ten telefon, na który czekamy? - pomyślała.
- Pan Marek? - odezwał się znajomy głos doktora Pawła Rudzińskiego z krakowskiej Kliniki Kardiochirurgii.
- Chyba mamy dla pana serce. Nie ma pan jakiejś infekcji?
- Nie, nie mam.
- To proszę się dziś dobrze wyspać - skończył rozmowę lekarz.
W ciągu wielu miesięcy czekania na transplantację serca pan Marek przekonał się, że może ufać doktorowi Rudzińskiemu.
A mimo to był przerażony. Spać? Łatwo powiedzieć. A może to ostatnie godziny mojego życia?
- To już jutro - powiedział i usiadł obok żony.
Niewysoka, szczupła blondynka przytaknęła z uśmiechem. Nie musieli rozmawiać, rozumieli się bez słów. Ich dwie córki 22-letnia Ania i 18-letnia Kasia już spały.
Wszystko będzie dobrze - uspokajała się w myślach pani Zofia. To dla mnie jedyna szansa - przekonywał sam siebie jej mąż. Wiedział, że jeśli operacja się uda - będzie wybrańcem losu.
Rocznie w Polsce przeprowadza się około 100 przeszczepów serca, ale kolejka oczekujących jest kilka razy dłuższa. Może mi się uda? - myślał. Tylko w jego szpitalu, krakowskiej Klinice Kardiochirurgii, na nowe serce czeka 130 chorych z krańcową niewydolnością krążenia, dla których przeszczep jest jedyną szansą uratowania życia.
Z rozważań wyrwał go telefon. To znów był doktor Rudziński. Potwierdzał, że wszystko jest gotowe.
26 kwietnia o godzinie drugiej w nocy zaczął się najważniejszy dzień w życiu Marka Kłosińskiego. I nie tylko.
Nie wiedział wtedy, że czekająca go operacja nie tylko da mu nowe życie, ale także sprawi, że będzie on w stanie pomóc setkom ludzi takich jak on.
Pół godziny później rozległ się ostry dzwonek do drzwi. Ania i Kasia, które obudził ruch w mieszkaniu, ze łzami w oczach obejmowały i całowały ojca. Bały się, ale wierzyły, że tato przeżyje.
- Z Bogiem - zdołała wykrztusić na pożegnanie żona, tłumiąc płacz.

Dar życia

Akcja pomocy dla pana Marka rozpoczęła się 24 godziny wcześniej, gdy w Gdańsku 21-letni chłopak doznał śmiertelnych obrażeń w wypadku samochodowym. Kolejne młode życie zakończyło się tragicznie, ale jego serce mogło uratować kogoś innego.
Na szczęście dla pana Marka rodzina chłopca nie wyraziła sprzeciwu wobec pobrania narządów do przeszczepu. Być może kierowały nią słowa Ojca Swiętego Jana Pawła II, który nazwał zgodę na przeszczep świadectwem chrześcijańskiej miłości. Dopiero pół roku później Sejm uchwalił ustawę zakładającą domniemanie zgody na przeszczep, jeśli zmarły nie przeciwstawił się temu, składając oświadczenie w centralnym rejestrze sprzeciwów.
4-osobowy zespół medyczny z Krakowa ruszył rano samochodem do Katowic, a stamtąd wojskowym samolotem do Gdańska. Wyjęcie serca trwało kilkanaście minut.
W południe byli już w tym samym samolocie, z sercem w niebieskiej walizce-termosie. W Katowicach - przesiadka do helikoptera lotniczego pogotowia ratunkowego.
Nawet ukochany mieszaniec Żaki jest dumny ze sportowych sukcesów swego pana.
- Uwaga kierowcy! Za kilkanaście minut na Błoniach wyląduje śmigłowiec z sercem, na które czeka ciężko chory człowiek! Nie utrudniajcie przejazdu karetce! Tu chodzi o życie! - spikerowi krakowskiego radia RMF głos drżał ze wzruszenia.
Dowiedział się, że od pobrania serca z ciała dawcy minęło już ponad pięć godzin, i że teraz każda następna minuta pozostawania serca w lodówce grozi niedokrwieniem mięśnia sercowego. A to oznacza rezygnację z przeszczepu.

Na krawędzi

Marek Kłosiński czekał w łóżku na pierwszym piętrze szpitala. Miał zmęczoną twarz i zapadłe policzki. Przez 26 lat pracował w hucie, dawniej Lenina, dziś Sendzimira. By związać koniec z końcem dorabiał po godzinach - malował, tapetował, kładł glazurę, terakotę, instalował wanny i zlewy. Nie zwolnił tempa, nawet gdy okazało się, że zapadł na zawodową chorobę hutników - bronchit oskrzelowy. W 1989 roku dostał rentę inwalidzką i odszedł z huty, ale nadal dorabiał. Któregoś dnia w 1993 roku, gdy siedział na kanapie, coś go ścisnęło w sercu i w gardle. Trwało to najwyżej minutę.
- Wziąłem dwie nitrogliceryny, które miała przepisane moja żona i otrzepałem się jak kura po deszczu - żartował, opowiadając o tym znajomym.
Tydzień później wyjechał do Czechosłowacji. Tam układał kafelki po 10-12 godzin dziennie. Po 4 miesiącach wrócił do Krakowa. Czuł się źle, był ospały i słaby. Łatwo się męczył. Zaczął podejrzewać, że coś jest nie tak. W końcu poszedł do przychodni.
Pani doktor spojrzała na wynik badania EKG i zamarła.
- Niech pan się nie rusza - rzuciła krótko i natychmiast wezwała pogotowie. Okazało się, że to ściśnięcie serca sprzed 4 miesięcy, to był zawał. Przechodził go, nie mając pojęcia o niebezpieczeństwie. A teraz jego serce było trzykrotnie słabsze niż u zdrowego człowieka i mogło się w każdej chwili zatrzymać.
W lutym 1994 roku Marek Kłosiński przeszedł operację bypassu, by ominąć zablokowane naczynia, wszczepiono mu przy sercu kawałek żyły z nogi i tętnicy piersiowej. Zabieg niewiele pomógł, jego serce było zbyt zniszczone. Czuł się coraz gorzej. Schudł 20 kilogramów, słabł coraz bardziej, nie mógł dojść do ubikacji, a nawet podnieść się z łóżka.
- Czułem, że schodzę z tego świata - mówił rodzinie.
Pomóc mogła tylko transplantacja serca. Bał się operacji, ale jeszcze bardziej się bał, że jej nie doczeka. Czekał ponad rok, zdarzały mu się chwile załamań.
Klinika odwoływała operację czterokrotnie: 3 razy czekał już w szpitalu, raz w domu. Ale za każdym razem ryzyko, że przeszczep się nie uda było zbyt duże. Był cierpliwy. Tracił siły, ale nie tracił nadziei. I wreszcie wieczorem 25 kwietnia, w dniu swoich imienin, odebrał ten najważniejszy w życiu telefon.

Pokonać strach

Policyjny radiowóz czekał na wyasfaltowanej alejce Błoni. Obok stała toyota z czarnym napisem na pomarańczowym pasie Poltransplant-Kraków. Zza ciężkich chmur dobiegł warkot. migłowiec wyłonił się z nich zaledwie kilkanaście metrów nad ziemią. Jeszcze dobrze nie usiadł na gnącej się od podmuchów trawie, gdy otworzyły się drzwi. Wyskoczył z nich sanitariusz w zielonkawym uniformie. Za nim drugi z walizką-termosem. Podbiegli do karetki. Ostrożnie ułożyli ładunek i wskoczyli do środka. Samochód ruszył z piskiem opon. Niebieskimi błyskami i przenikliwą syreną torował im drogę radiowóz.
W poniedziałek, 9 czerwca, podczas swej piątej pielgrzymki do Ojczyzny, Papież Jan Paweł II odwiedzi i poświęci nową Klinikę Kardiochirurgii w Krakowie. Tą, w której panu Markowi przeszczepiono serce.
Pięć kilometrów dalej, w Klinice Kardiochirurgii przy ulicy Prądnickiej w północnej dzielnicy Krakowa - Krowodrzy, Marek Kłosiński myślał o najbliższych. Ania, przygotowująca się właśnie do matury, niedługo wyjdzie za mąż, mógłby zostać dziadkiem, jeśli tylko... Myślał także o Januszu i Urszuli Żuradzkich. Zaprzyjaźnili się, gdy remontował im łazienkę. Oni wiedzieli, że Marek Kłosiński jest ciężko chory. W dniu św. Marka zamówili mszę świętą w intencji powodzenia jego operacji. Odprawił ją ojciec Arkadiusz, polski misjonarz, który wrócił z Brazylii. Państwo Żuradzcy modlili się o zdrowie przyjaciela. Nie wiedzieli, że tego samego dnia wieczorem zadzwoni telefon.
Z rozmyślań wyrwał Kłosińskiego ruch na korytarzu. Lekarz pochylił się nad nim.
- To ostatnia chwila na podjęcie decyzji. Chce pan wrócić do domu, czy robimy przeszczep?
- Nie po to leżałem tu pół nocy i cały dzień, żeby wracać do domu - odpowiedział spokojnie, ale przerażenie chwyciło go za gardło.
Na salę operacyjną zawieziono go na wózku. Gadał jak nakręcony, opowiadał kawały. Usta mu się nie zamykały. To był jego sposób na zabicie złych myśli, na zabicie strachu. Wreszcie dostał narkozę.
- Jest serce - usłyszał już jakby zza ściany.

 

Zapadał w sen ze świadomością, że może się już nigdy nie obudzić.

To nie przypadek

Po prawie 5 godzinach operacja była skończona.
- Stan pacjenta jest dobry - stwierdził doktor Mirosław Garlicki, wychodząc z sali operacyjnej.
Zazwyczaj uśmiechnięty, teraz nie był w stanie ukryć zmęczenia. Ten 36-letni, wysoki, wysportowany mężczyzna o zawadiackim spojrzeniu stał na czele kilkunastoosobowego zespołu operacyjnego. W Krakowie jest znany ze swych zawodowych umiejętności - ma niezawodną rękę i dba nie tylko o fizyczne, ale i psychiczne zdrowie pacjentów.
Pięć po dziewiątej wieczorem Marek Kłosiński zaczął się budzić z narkozy.
- Gdzie ja jestem? - zapytał cicho.
- W klinice, ma pan nowe serce - usłyszał.
Zrobiło mu się błogo na duszy. Pomału zaczęło do niego docierać, że to nie sen. Żyje!
Nazajutrz krakowskie wydanie Super Expressu zamieściło artykuł Serce prosto z nieba. Reporterzy gazety śledzili transport serca z Błoni do kliniki. Pani Zofia pokazała gazetę mężowi. Ze wzruszeniem czytał o ludziach, którzy ratowali mu życie.
- To że żyję, nie jest dziełem przypadku. Wiem, skąd mam serce - powiedział żonie, pokazując tytuł artykułu, a potem niebo.

Inny człowiek

Był słaby ciałem, ale nie duchem. Czwartego ranka po operacji pozwolono mu usiąść. Tego samego dnia wieczorem zdołał spuścić nogi z łóżka. Następnego dnia wstał. Pierwsze kroki na oddziale intensywnej terapii były bardzo trudne i bolesne.
Ze szpitala wyszedł po trzech tygodniach. Już wszystko w porządku, tata jest z nami - powtarzała w myślach Kasia, uczennica drugiej klasy liceum. Podobne myśli miała starsza Ania. Gdy pani Zofia stała przy kuchence szykując szczególne dania z tak wspaniałej okazji, córki nie opuszczały ojca ani na krok. Przyglądały się, jak sprawnie chodzi, nie opierając się, jak dawniej, o sprzęty.
- A może zejdziemy na podwórko, tato? - nieśmiało zaproponowała Kasia. Po chwili musiał się opędzać, by nie podtrzymywały go na schodach.

Dług wdzięczności

Za radą doktora Garlickiego - tak jak wszyscy pacjenci po przeszczepie - wstąpił do Krakowskiego Stowarzyszenia Transplantacji Serc. Celem stowarzyszenia jest pomaganie innym.
W październiku 1995 roku został jego prezesem, choć nigdy przedtem nie był społecznikiem.
- Razem ze starym sercem wycięto z mojego słownika słowo nie - wyjaśnia swoje motywy. - Mam dług wdzięczności, który muszę spłacić.
Do stowarzyszenia należy 80 osób z całej Polski, którym przeszczepiono serce w krakowskiej klinice. Drugie tyle to sympatycy i rodziny. Stowarzyszenie zajmuje się także tymi, którzy czekają na transplantację.
Na prośbę doktora Garlickiego Marek Kłosiński zaopiekował się 51-letnim Sławkiem, drukarzem z Chełma i 36-letnim Benedyktem, policjantem z Nowej Huty. Dodawał im nadziei, podtrzymywał na duchu, pomagał pokonać strach przed operacją. Odwiedzał ich wieczorami i siadał przy łóżku. Przekonywał: Będzie dobrze. Jak otworzysz oczy przekonasz się, że jesteś na sali operacyjnej, a nie w niebie.
- Taki kopniak z zewnątrz jest potrzebny, by pacjent uwierzył, że walka o nowe życie ma sens - tłumaczy Marek Kłosiński.
I drukarz, i policjant mają już nowe serca.
Teraz oni przekonują innych, że transplantacja to dar życia. Benedykt opiekuje się dwoma pacjentami z Krakowa. Sławek organizuje grupę pacjentów w Chełmie. Dr Garlicki chce przeszkolić tamtejszego lekarza w opiece nad pacjentami po transplantacji. Do dziś nawet z katarem jeżdżą do Krakowa.
Pan Marek, tak jak wszyscy pacjenci, patrzy na doktora Garlickiego jak na cudotwórcę - dał mu życie.

Olimpiada

W 1996 roku w kwietniu dr Mirosław Garlicki powiedział panu Markowi, że w Szwajcarii odbędzie się olimpiada dla ludzi z przeszczepionym sercem lub płucami. Wielu pacjentów dr. Garlickiego chciało w niej uczestniczyć, ale lekarze zakwalifikowali tylko ośmiu, wśród nich rezerwowego - Marka Kłosińskiego.
Drużyna nie prezentowała się obiecująco - cherlaki po operacji. Tylko jeden z nich, 43-letni Adam Szymański z Mielca kiedyś trochę pływał, grał w piłkę nożną i tenisa.
Nie zrażali się docinkami niedowiarków. Zaczęli trenować. Pomagali im specjaliści z krakowskiej Akademii Wychowania Fizycznego.
Na sali gimnastycznej pod czujnym okiem lekarzy, ośmiu przeszczepków w wieku od 34 do 60 lat skakało, biegało, rozgrywało mecze siatkówki i tenisa. Musieli stworzyć zespół, prawdziwą drużynę.
Równocześnie kompletowali ekwipunek. Koszulki i dresy wyprosili z klubów sportowych, zestawy kosmetyczne dostali od firmy handlującej herbatą. Najtrudniej było zdobyć pieniądze. By wziąć udział w zawodach potrzebowali około 200 milionów starych złotych. Marek Kłosiński obiecał, że się tym zajmie.
- Wszędzie muszę być osobiście. Ludzie inaczej reagują jak przyjdzie prezes stowarzyszenia, a nie jakiś chłop z ulicy - przekonywał.
Do wielu drzwi pukał na próżno. Polski Komitet Olimpijski, Centralny Ośrodek Sportu i Turystyki, Fundacja Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, Zakład Ubezpieczeń Społecznych - odmówiły pomocy. Pan Marek nie poddawał się. Tam gdzie nie dotarł sam - pisał.
Z 68 firm odpowiedziało 7, wpłacając po 10 mln zł. Zwracał się także do osób prywatnych. Ktoś dał 150 tysięcy, ktoś milion. Ostatecznie w lipcu mieli prawie 130 milionów. Kolejne 50 pożyczyli. Musiało wystarczyć.
W dniu wyjazdu na olimpiadę spełniło się kolejne marzenie - Marek Kłosiński został po raz pierwszy w życiu dziadkiem.

Serca na medal

Filar polskiej drużyny, Adam Szymański, rosły mężczyzna o czarnych włosach i sumiastym wąsie okazał się najlepszy w tenisie stołowym, w deblu ping-ponga, w skoku wzwyż oraz w siatkówce. Chciał jeszcze pobiec na 100 metrów, ale zabrakło mu sił.
Poobijany, z bandażami na rękach i nogach wolno podszedł po murawie stadionu do spikera. Wziął od niego mikrofon.
- Adam Szymański, Polska, kontuzion. Nigdzie nie biegnę, mam dość.
Tego nie trzeba było tłumaczyć. Widzowie wstali z miejsc i gromkimi brawami nagrodzili go za hart ducha.
Na igrzyskach w Lozannie 18 państw reprezentowało 220 zawodników. Polska ekipa była najmniejsza; startowała po raz pierwszy. Ale jej 8 zawodników zdobyło aż 4 złote i 5 brązowych medali. Jeden z nich należał do Marka Kłosińskiego, za grę w siatkówkę.
- Wyróżniali się nie tylko wynikami, ale także ambicją - wspomina doktor Garlicki. - Udowodnili, że warto walczyć o życie, że ich nowe serca są na medal. Osiągnięcia naszych przeszczepków są dowodem, że po transplantacji człowiek może odzyskać pełne zdrowie i wrócić do normalnego życia, także zawodowego.
- Przeszczep zmienił Marka - mówi pani Zofia Kłosińska. - Czasami mnie denerwuje, że całymi godzinami przesiaduje w klinice. Ale rozumiem, że dzięki tej społecznej pracy garnie się do życia, nie siedzi na stołku i nie myśli, co będzie jutro. Praca dla innych stała się jego pasją.
- Przed operacją na wiele rzeczy nie zwracałem uwagi. Teraz codziennie wieczorem jestem szczęśliwy, że znów cudownie minął kolejny dzień mojego drugiego życia - uśmiecha się Marek Kłosiński.