Pożegnanie Janka Statucha

Pożegnanie Janka - Jana Serce (Jan Serce - tak nazywali Janka Statucha mieszkańcy Ziemi Sandomierskiej)

Za dwa kwadranse czternasta, 19 sierpnia, wtorek. Pochmurno, ale od czasu do czasu pokazuje się słońce. Bardziej zahartowani mężczyźni ubrali nawet koszule z krótkim rękawem. W miarę upływu czasu przybywa coraz więcej osób. Kwadrans przed czternastą zapełnia się duży plac parafii Podwyższenia Krzyża Świętego w Sandomierzu. Zgromadzeni oczekują na liturgię żałobnej mszy świętej, podczas której pożegnają zmarłego 15 sierpnia 2014 r - ś. p. Jana Statucha z m. Mielczany graniczącej z Sandomierzem, który przeżył z drugim sercem 12 lat.

Nie ulega wątpliwości, że śmierć to tragedia. Przynosi ból, cierpienie, niejednokrotnie rozpacz. Tymczasem wierzący powinni postrzegać ją jako błogosławieństwo, bowiem wiara chrześcijańska obudowana jest nadzieją. Śmierć została raz na zawsze zwyciężona, gdy Chrystus ją zdeptał i powstał z martwych. Niektórzy katolicy dzień śmierci nazywają narodzinami dla nieba. Tylko z taką wiarą łatwiej znieść wieczną rozłąkę z bliskim człowiekiem.

A ś.p. Janek, obok rodziny, miał niezliczoną ilość przyjaciół i znajomych - ludzi, którym był bliski. Świadectwem tego było kilkaset osób obecnych na ceremonii pogrzebowej. Na placu przed kościołem pod wezwaniem św. Brata Alberta Chmielowskiego zgromadzili się żałobnicy przybyli z najodleglejszych zakątków Polski. Licznie stawiły się też osoby z drugim sercem; składaki oraz przedstawiciele spośród Wielkiej Rodziny Składaków - przyjaciele ś.p. Janka. Tak jak ś. p. Janek - jako prezes Stowarzyszenia Transplantacji Serca Koło "Zabrze" - na Wigilię 2007 roku, tak oni teraz przygotowali serduszka. Tym razem białe z napisem "Tak dla transplantacji" i logo fundacji. Obdarowywali tym wieloznacznym symbolem chętnych do przyklejenia go na swoich piersiach. W wypełnionej po brzegi świątyni mnóstwo osób miało te serduszka.

W skupieniu, refleksyjnej zadumie, niektórzy ukradkiem wycierając chusteczką łzy - wszyscy uczestnicy mszy świętej - słuchali słów księdza przewodniczącego koncelebrze.

Kapłan na samym wstępie podkreślił fakt, że ś.p. Jan odszedł spośród nas do innego życia w dzień Wniebowzięcia Najświętszej Matki Bożej. Głoszący kazanie ksiądz akcentował tę zbieżność jeszcze w paru momentach zaznaczając, że sama Matka Boża przygotowała dla zmarłego mieszkanie.

Mówiąc o zmarłym powiedział duchowny, że ś.p. Jan był człowiekiem, o którym powiadają, że miał dobre serce. Człowiek dobrego serca, to dobry człowiek, bo z serca wydobywa się miłość, życzliwość, poświęcenie, zatroskanie o drugich; zatroskanie życzliwe o dzieci , o chorych … Liczna obecność osób z różnych zakątków kraju wydaje się potwierdzać, że miał dobre serce. Przyjaciele i znajomi przybyli podziękować za życie, za to dzieło i wszelkie dobra jakich doświadczyli od ś. p. Jana; za dobra, które otrzymali dzięki jego posłudze; za wszelkie oznaki dobroci i wdzięczności.

Przy tej sposobności duchowny wyraził słowa wdzięczności za życzliwość ś. p. Jana dla kościoła, w którym trwa nabożna ceremonia oraz za dar dobroci i życzliwości dla parafii.

Niejako zamykając ten wątek, zaapelował do zebranych, ażeby rzeczywistością z tego spotkania był choćby jeden gest życzliwości wobec dzieci, wobec chorych...

Kończąc kazanie celebrans nadmienił, że śmierć ś.p. Jana - człowieka życzliwości, sandomierzanina roku - przypomina o rzeczywistości, przed którą się nie da uciec. Wskazuje, że powinniśmy się do tego dnia przygotować poprzez miłość, przez dobroć, przez czynienie dobra. Pan Bóg zaszczepił dla ś.p. Jana dar życia, a potem przemawiał do niego w różnoraki sposób: poprzez chorobę, cierpienie i przez drugie serce. Za wszystkie dobrodziejstwa, którymi obdarzył Go, a które za jego pośrednictwem przypadły i nam w udziale, przed ś. p. Janem niebo się otworzyło. Wieczna szczęśliwość, gdzie nie ma bólu i zmartwień.

Patrzę smutnym wzrokiem za ołtarz przy którym trzej duchowni kontynuują nabożeństwo.
Medytując o przemijaniu, patrzę na wielki drewniany krzyż z przepiękną rzeźbą Chrystusa i na ceglaną ścianę przede mną. I czytam:

Mądrość
Umiejętność
Bojaźń Boża
Pobożność
Męstwo
Rozum
Rada

… Czegoś mi zabrakło w ponad dziesięciominutowym wystąpieniu księdza.

Rodzinny grobowiec, w którym spoczął ś.p. Janek pokryły wieńce, wiązanki, kwiaty i znicze. Wkrótce kwiaty zwiędną, potem uschną; wypalą się znicze... Nie wszystko jednak zniknie. Pozostanie pamięć o zmarłym.

To co pozostanie w mojej pamięci na wieczne czasy, to wspomnienia o licznych przedsięwzięciach, którym przewodniczył ś.p. Janek będąc prezesem Koła "Zabrze". Nie zapomnę o Jego akcjach organizowanych z dużym rozmachem i gruntownie przygotowanych; o imprezach z bogatą oprawą graficzną, z obecnością mediów i z obfitością owoców, warzyw oraz wyrobów wędliniarskich; o pogodnych spotkaniach integracyjnych wypełnionych muzyką, tańcem, zabawą i dobrym nastrojem.

A ś. p. Jankowi humor i optymizm dopisywał stale. Pogodnym usposobieniem zjednywał sobie ludzi, którzy wspomagali go darami rzeczowymi, finansowo i w inny sposób wyrażając swoją życzliwość. Wszystkie dobro jakie otrzymywał od sponsorów przeznaczał dla innych; dla potrzebujących pomocy, dla dzieci, dla uczestników akcji jakie podejmował, dla składaków.

Nie zapomnę także o wyjątkowym wolontariacie ś.p. Janka na rzecz osób po transplantacji serca i chorych dzieci. O przygotowywanych przez niego obozach narciarskich, w których uczestniczyłem.

Nie sposób będzie zapomnieć o Jego pasji, jaką było propagowanie transplantologii w różnorakich zakątkach Polski. Entuzjazm z jakim to robił uskrzydlał go. Żył tym całym sobą. Nawet jakaś słabość, czy niedyspozycja nie były wstanie mu w zamyśle przeszkodzić. Niestrudzony, kilkadziesiąt razy w ciągu roku przemieszczał się z jednego krańca Polski na drugi; nieomal w każdy weekend przebywał gdzie indziej. I tak było o każdej porze roku. Wielokrotnie zastanawiałem się; - Skąd Janek na to bierze siłę? Jakie przyjmuje medykamenty, że ma tyle mocy i energii w sobie?

Nie dowiem się już tego, bo odpowiedź znał tylko ś. p. Janek i zna Opatrzność, która go wspomagała.


A.L.