Podarowano nam drugie życie

 

Małgorzata Szamocka

Każdy z nas ma jedno życie. Dostaje je od rodziców. Są jednak ludzie, którzy pewnego dnia rodzą się na nowo. I to drugie życie zawdzięczają całkiem obcym osobom. Tym, które nie zabrały swych narządów do nieba.

Karolina Chowaniec: "Dostałam w darze nowe życie i czuję, że urosły mi skrzydła. Jestem wolna! Mam mnóstwo energii i siły. Studiuję, pracuję i czekam na... miłość." W melodramatach bohaterka czeka na serce. Jest walka o życie i metafizyczne zjawiska świadczące o tym, że wraz z sercem otrzymała cząstkę osobowości dawcy. I happy end. Tak dzieje się w filmach. A w życiu? W Polsce żyje około 10 tysięcy osób po przeszczepach. Mają czyjeś serce, wątrobę. Noszą w sobie część istnienia, które odeszło. Więc nie odeszło do końca. Ktoś umarł, ale w jego sercu wciąż tętni krew. Życie mozolnie stara się zwyciężyć śmierć. Nadać jej sens. Jak to jest żyć z taką tajemnicą w swym ciele? Jak to jest - żegnać się ze swoją chorą cząstką ciała, podejmować ryzyko operacji, przyjmować dar czyjegoś życia, dbać o nie, niepokoić się, czy własne ciało zaakceptuje tę niewyobrażalną zamianę? Piszemy o ludziach, którzy dostali drugie życie. Ale to przecież hołd dla tych, którzy je oddali drugiemu człowiekowi.



Mam męskie, mężne serce!

Karolina Chowaniec z Poronina studiuje agroekonomię. W maju 1999 roku przeszczepiono jej serce.

Przed Bożym Narodzeniem 1998 roku przeziębiłam się. Miałam wtedy 14 lat. Lekarz przepisał mi antybiotyk, ale nadal źle się czułam. Dzień przed Wigilią pojechałyśmy z mamą do Zakopanego. Nie miałam siły wejść na schody do przychodni. Myślałam, że serce wyskoczy mi z piersi. Lekarz przyłożył słuchawkę i od razu wiedział, że coś jest nie tak. Znalazłam się w szpitalu. To był szok. Wszystko działo się tak szybko. Echo serca, rentgen, kroplówka. Nie chciałam tam zostać. Następnego dnia przewieziono mnie do szpitala w Krakowie. Leżałam tam przez trzy miesiące. Wiem, że było ze mną kiepsko, ale na święta wielkanocne pozwolono mi pojechać do domu. Mama nie powiedziała mi, że jestem zgłoszona do przeszczepu. Po świętach wróciłam do Krakowa. Lekarz wyłożył kawę na ławę - konieczne jeszcze są badania, ale prawdopodobnie czeka mnie przeszczep. Rozpłakałam się. Wysłał mnie do psychologa, który wytłumaczył mi, jak to wszystko przebiegnie, jak się będę czuć. Po dwóch tygodniach znowu pojechałam na badania. Potwierdziły, że bez przeszczepu umrę. Cztery dni później trafiłam na stół operacyjny, bo znalazł się dawca. Nie miałam czasu na banie się. Obudzili mnie o 6 rano, kazali nie jeść, a lekarz spytał mnie, co sądzę o przeszczepie. Nawet się nie zobaczyłam z rodzicami. O godzinie 11 rozpoczęła się operacja. Pamiętam tylko zimny stół, wbijanie wenflonów. Byłam półświadoma tego, co się naprawdę ze mną dzieje. Mogłam się nie zgodzić na ten przeszczep, mama też mogła odmówić. Ale nie wiadomo, kiedy trafiłby się następny dawca, którego parametry byłyby tak zgodne z moimi. To była dla mnie wielka szansa i wielkie szczęście. Operacja trwała pięć godzin i przebiegła bez komplikacji. Kiedy się obudziłam, zobaczyłam trzy komputery. Miałam w ciele pełno rurek, kabli. Lekarze starali się, żebym jak najmniej odczuwała ból. Po kilku dniach przywieziono do mojego pokoju pięcioletniego Piotrusia, też po przeszczepie serca. Byliśmy całkowicie odcięci od świata. Najmniejsza infekcja stanowiła dla nas śmiertelne zagrożenie. Pierwszy kontakt z rodzicami miałam dopiero dwa tygodnie po operacji. Nigdy nie prześladowały mnie myśli, że mam w piersi cudze serce. Wiem, że to był chłopak. Mam męskie, mężne serce. Tragiczne jest to, że musiał umrzeć, żebym ja mogła żyć. Ale nic poza tym o nim nie wiem. Jestem ogromnie wdzięczna jego bliskim, że się zgodzili na pobranie organu. Dzięki nim żyję. Pamiętam o dawcy w modlitwie i co roku zamawiam mszę w jego intencji. Chciałabym choć w ten sposób wyrazić swoją wdzięczność. Przecież dla mnie to był ostatni dzwonek. Do chwili przeszczepu mało udało mi się przeżyć. Wszystko było przede mną. Podstawówkę skończyłam w szpitalu, szkołę średnią w Zakopanem. Przez rok nauczyciele dojeżdżali do mnie, potem jeździłam do szkoły, ale zawsze ktoś mi towarzyszył. Rodzice do dziś boją się o moje zdrowie. Postanowili, żebym używała telefonu komórkowego, chociaż uważałam, że nie jest to konieczne. Od dłuższego czasu sama jeżdżę do Krakowa na uczelnię i na badania. Nauczyłam się nie planować przyszłości, natomiast dziękuję za każdą chwilę przeżytego dnia.

Pomagam rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa agroturystycznego. Czuję się dobrze i żyję normalnie jak każdy. Staram się nie przemęczać i nie narażać się na infekcje. Zimą jeżdżę na łyżwach, latem na rowerze. Myślę o założeniu własnej rodziny. Od siedmiu lat biorę leki zapobiegające odrzuceniu przeszczepu. Ratują mi życie, ale uszkadzają różne narządy, zwłaszcza nerki.

2 maja obchodzę swoje drugie urodziny. To zostało mi przekazane przez starsze Przeszczepki (osoby po przeszczepie serca z Kliniki Kardiochrurgii im. Jana Pawła II w Krakowie). Przyjaźnię się z Eweliną z Lublina, która jest już dziewięć lat po przeszczepie. Mam kolegę z Limanowej i z Zakopanego. Staram się uczestniczyć w zjazdach, a w zeszłym roku zaprosiłam grupę młodzieży po transplantacji serca z krakowskiej Kliniki Kariochirurgii do siebie do Poronina. Z nimi czuję się jak w rodzinie. Martwi mnie, że z roku na rok przeszczepia się coraz mniej serc. W 2000 r. - 43, a w zeszłym tylko 13. Gest oddania przez rodzinę organu kogoś bliskiego, a zmarłego może uratować nie jedno życie.

Odzyskałam wolność

Magorzata Caban ze Skierniewic, pracownik socjalny, obecnie na rencie. W 2001 roku miała przeszczep nerki i trzustki.

Od ósmego roku życia chorowałam na cukrzycę. Od początku brałam insulinę, musiałam przyzwyczaić się do diety. A przecież uczyłam się, potem pracowałam i chciałam normalnie żyć. Ta podstępna choroba najpierw uszkodziła mi trzustkę, a potem nerki. W 1987 roku, w 15. roku choroby, urodziłam córkę. Wiedziałam, że ciąża przyspieszy proces niszczenia nerek, ale zaryzykowałam. Poród odbył się przez cesarskie cięcie, bo naturalny byłby za wielkim obciążeniem dla organizmu. W 1999 roku zaczęto mnie dializować. Wierzyłam, że jeśli zakwalifikuję się do przeszczepu nerki, to może uda się przeszczepić również trzustkę, co dawałoby nadzieję na wyleczenie z cukrzycy. A trzustkę przeszczepia się tylko z nerką. Bliscy dyżurowali przy mnie na zmianę, bo traciłam przytomność i potrzebowałam opieki non stop. Najgorsze były noce. Drgawki, majaczenie, mąż nie raz uratował mi życie zastrzykami. Nasze życie stało się koszmarem. Czekałam na transplantację jak na cud.

O możliwości przeszczepu dowiedziałam się podczas dializy 11 marca 2001 r. i już po chwili jechałam do Warszawy, do szpitala na Banacha. Nie miałam obaw. Pomogła mi wiara. Operacja trwała 12 godzin i zniosłam ją świetnie. "Wreszcie się wyspałam" - to były pierwsze słowa, które wypowiedziałam po wybudzeniu się z narkozy. Mimo pociętego brzucha nie czułam bólu. Już drugiego dnia chciałam wstać z łóżka. Miałam świetne samopoczucie. I tak jest do dziś. Odzyskałam wolność. Jestem samodzielna i już nie muszę brać insuliny. Na to lepsze życie, co może wydawać się dziwne, trudno było się przestawić. Po tylu latach ciągłego kłucia się i ciągłej diety... Teraz jedynie dwa razy dziennie biorę leki przeciwko odrzuceniu przeszczepu. Muszę uważać na przeziębienia, wirusy. Opiekuję się dwuletnią wnuczką, raz w tygodniu pracuję jako wolontariuszka Caritasu w mojej parafii. A wieczorem mogę wyjść do kina, do znajomych. Nareszcie nie czuję się odizolowana od życia.Moje otoczenie wie, że miałam przeszczep. Koleżanki z dawnej pracy mówią, że zgodziłyby się na oddanie organów, ale sądzę, że to dlatego, że znają mój przypadek. Wcześniej pewnie by odmówiły. Kiedy zobaczyły, że ten przeszczep uratował mi życie, zmieniły swoje podejście do transplantacji.

Poznałam wiele osób po przeszczepach. Mają różne doświadczenia. Znajomej przyjęła się tylko nerka, trzustka została odrzucona. I wciąż choruje na cukrzycę. Ja miałam większe szczęście. Ponoć przeszczepiona trzustka dłużej się utrzymuje niż nerka. Jest to delikatny i kosztowny organ, przeszczepia się ją dopiero od 1988 roku. Dlatego bardzo o nią dbam. Staram się nie przemęczać. Nie myję okien, nie dźwigam. Czuję, jakbym się narodziła po raz drugi. Moje dzieciństwo było zepsute przez chorobę. Dopiero w wieku 35 lat zaczął się dla mnie nowy etap życia. Teraz cieszę się wolnością. Trzy lata temu zrobiłam prawo jazdy!

Każdy dzień jest darowany

dr Paweł Zapłatka z Rembertowa, kierownik zakładu rehabilitacji. Przeszczepiono mu wątrobę w 2004 r.

Wątrobę zniszczyła mi choroba dziedziczna - torbielowatość wielonarządowa. Na tę chorobę nie ma leku. Wykryto ją u mnie przypadkowo, podczas badania USG. Moja wątroba to był potwór - ważyła 12 kg i zajmowała trzy czwarte jamy brzusznej!

Zakwalifikowano mnie do przeszczepu, ale do grupy, w której oczekiwanie było bardzo długie. Jednak już po roku znalazł się dawca i trafiłem na stół operacyjny. Wtedy okazało się, że w mojej wątrobie czynne było tylko pole sześć na sześć centymetrów. To tyle co nic. Najwyżej rok życia. To był 14 października, wróciłem z pracy. Na stole stała zupa pieczarkowa, którą uwielbiam. Już nie zdążyłem jej zjeść. Musiałem się śpieszyć, bo wątroba jest delikatna. Żyje najwyżej osiem godzin po pobraniu od dawcy. Rozporządziłem, kto w rodzinie ma się kim opiekować, kto ma odpowiadać za finanse. Mimo że jestem optymistą, byłem przygotowany na śmierć. Przed transplantacją paliłem nawet do 40 papierosów dziennie. Ostatniego zapaliłem na 20 minut przez operacją. Po przeszczepie nie wróciłem do nałogu, nie piję mojej ukochanej whisky, czasem dostaję dyspensę na jedno piwo. Prowadzę zdrowy tryb życia, bo nie chcę zniszczyć pracy wspaniałych lekarzy. Operowali mnie przez 12 godzin i uratowali mi życie. Ale przede wszystkim czuję zobowiązanie wobec dawcy. Przecież ktoś mi podarował tę wątrobę i muszę o nią dbać. Zgodziłem się na to nowe życie. Z nową wątrobą. Jest damska, młodsza ode mnie. Jestem więc w części kobietą... Co prawda nie wierzę w pamięć narządów, ale... Nic więcej nie wiem o dawcy ani o jego rodzinie. Pozostaje mi tylko modlić się za nich i za dawcę. Do końca mojego życia. Za ich dobroć i łaskę. Niespełna pół roku po przeszczepie wróciłem do pracy. Nie zdecydowałem się pójść na rentę, bo to by mnie wykończyło. Zdaję sobie sprawę, że każdy mój dzień jest darowany. Staram się każdy dzień przeżyć tak, żeby nie mieć do siebie pretensji. Może być różnie, muszę się liczyć z tym, że mój organizm może nagle wysiąść. Teraz już nie pozwalam sobie na drobne lenistwa, odłożenie na pojutrze tego, co powinienem zrobić dziś. Staram się też zostawić coś po sobie. Założyłem Fundację "Przywrócić dzieciom uśmiech", która ma się zajmować rehabilitacją biednych dzieci. Teraz ja będę mógł komuś pomóc. Taka spłata długu. Współpracuję też z hospicjami im. Małego Księcia w Lublinie, Krakowie, Łodzi.

Jestem mniej sprawny i łatwo się męczę. Na razie jeszcze nie mogę jeździć konno, ale za to pływam. Jeżdżę na rowerze, ale staram się unikać upadków, bo przeszczepiona wątroba jest odnerwiona, co oznacza, że jej nie czuję. Nie wolno mi dźwigać, pracować w ogrodzie. Jednak muszę być aktywny. Działam w stowarzyszeniu ludzi po przeszczepie wątroby. Spotykamy się, obchodzimy urodziny w rocznice przeszczepu. Organizujemy wspólne pielgrzymki i wycieczki. Podobno niektórzy odczuwają przeszczep jak coś obcego. Mnie się to nie przydarzyło. Ja swoją wątrobę zaakceptowałem od razu.

Dzięki nim żyjemy

Remigiusz Modzelewski, bibliotekarz i informatyk z Tczewa, założyciel Stowarzyszenia Osób Dializowanych i po Przeszczepie Nerki "Nieśmiertelni". Po dwóch przeszczepach nerki. Pierwszy w 1991 r., drugi w 1998 r.

O swojej chorobie - przewlekłym kłębuszkowym zapaleniu nerek - dowiedziałem się dzięki... wagarom. Miałem 18 lat i chciałem zwiać z matematyki. Żeby mieć usprawiedliwienie, poszedłem do lekarza. Najpierw okazało się, że mam nadciśnienie, potem zdiagnozowano moje schorzenie. Na początku zupełnie się tym nie przejmowałem, bo nic nie czułem. Nadal trenowałem lekkoatletykę, byłem miotaczem. Kiedy z dnia na dzień słabłem, okazało się, że choroba jest zaawansowana i czekają mnie dializy. Nawet nie wiedziałem, co to takiego. Był rok 1990 i to był w Polsce ciężki czas - na sześć osób zgłoszonych do dializ dostawała się jedna. Kolejka do życia. Trzy razy w tygodniu jechałem 100 km do szpitala w Iławie. Niewiele czasu zostawało mi na normalne życie. Kumple zdawali na studia, a mnie opanowało zniechęcenie. Czekałem na przeszczep, choć nie wiedziałem, czy rzeczywiście jest to dla mnie ratunek. Spotkałem się z opiniami, że po transplantacji wywiązują się powikłania i żyje się jeszcze gorzej.

Po 20 miesiącach dializ pod dom przyjechała karetka. To była wyborcza niedziela. Oglądaliśmy telewizję, kiedy zadzwonił domofon. - Dzień dobry, my po pacjenta na przeszczep - usłyszałem i wpadłem w panikę. Operacja trwała 4,5 godziny, a potem przez 1,5 miesiąca dochodziłem do pełnej sprawności. I przez prawie trzy lata żyłem w miarę spokojnie. Odzyskałem swobodę. Rozpocząłem studia: polonistykę, prawo. Pracowałem w prasie, grałem w zespole rockowym Grand Gangsters. Za wszelką cenę chciałem nadrobić stracony czas. Niestety, w 1994 r. pogorszyły się wyniki badań. Trafiłem do szpitala i okazało się, że konieczne jest usunięcie przeszczepionej nerki. Wtedy poczułem irracjonalny smutek związany z utratą. Dopadła mnie depresja. Kolejne dializy, przerwałem studia, zrezygnowałem z pracy. Znowu czekałem na przeszczep. Na listę dostałem się po dwóch latach. Z powodu zaniedbania. Kiedy się o tym dowiedziałem, wpadłem w rozpacz. Zacząłem maniakalnie chodzić na basen. ścigałem się z ratownikami i dopiero kiedy wygrałem, mówiłem im, że jestem dializowanym inwalidą pierwszej grupy.

Wreszcie 10 grudnia 1998 r. otrzymałem wiadomość, że czeka na mnie nerka w Poznaniu. Pamiętam lot sanitarnym kukuruźnikiem, który tak się trząsł, że myślałem, że spadnie. Tym razem operacja trwała tylko 3,5 godziny. Do zdrowia dochodziłem szybko. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy po raz pierwszy samodzielnie oddałem mocz. Rozpłakałem się ze szczęścia. Wreszcie pozbyłem się napięcia, uwierzyłem, że przeszczep się udał. Wróciłem na studia, tym razem na bibliotekarstwo. Zaliczyłem też informatykę. Czułem się nieźle, ale zacząłem mieć problemy z trzustką. Zniszczyły ją leki przeciw odrzuceniu przeszczepu. Znów szpital, zagrożenie życia. Na szczęście kryzys został opanowany. Podejmowałem różne prace, ale ciągle czegoś mi brakowało. Kiedy odkryłem internet, starałem się skontaktować z ludźmi, którzy mieli podobne do moich przeżycia. Szukałem ludzi po przeszczepach i dializowanych. W końcu założyłem forum. Odwiedzali je nawet ludzie z Norwegii, USA, Kanady. W lipcu 2004 r. uruchomiliśmy portal dla przeszczepieńców Nieśmiertelni. Nieśmiertelność symbolizuje naszą wdzięczność dla tych, którzy ofiarowali nam narządy. Dzięki nim żyjemy, a ich część żyje w nas. Ten portal nadał sens mojemu życiu. W tym roku obchodzimy 40. rocznicę pierwszej udanej transplantacji nerki w Polsce. Nieśmiertelni biorą czynny udział w kampanii społecznej na rzecz transplantacji "Nie zabieraj swych narządów do nieba". A ja marzę o tym, żeby założyć federację wszystkich organizacji zajmujących się przeszczepami, bo wtedy będziemy mogli sprawniej działać. Tyle jest jeszcze do zrobienia...

Artykuł ukazał się w "Poradniku Domowym"