Pierwsza kobieta po transplantacji serca

 

W młodym wieku chorowałam często na anginę, nie lecząc się, nie zdawałam sobie sprawy jakie potem będą skutki. Pewnego razu zostałam wysłana przez zakład pracy do lekarza na badania okresowe. Młoda wówczas pani doktor po zbadaniu mnie stwierdziła wadę serca i powiedziała mi, że z biegiem czasu operacja stanie się konieczna.

Nie mogłam tego zrozumieć. Byłam młoda, pełna życia, aż tu nagle... Wysłano mnie do specjalisty kardiologa i po zbadaniu skierowano do kliniki do Warszawy. Tam po przeprowadzeniu wszystkich potrzebnych badań stwierdzono niedomykalność i zwężenie dwóch zastawek. Nie zakwalifikowano mnie do operacji, ponieważ operacja ta była dużym ryzykiem. Wracając do domu byłam bardzo załamana. Miałam dwoje małych dzieci, nie mogłam myśleć spokojnie. Co się z nimi stanie, jak mnie zabraknie?!

W 1975 roku zakończyłam pracę i przeszłam na II grupę renty inwalidzkiej. Dla mnie w tym momencie nastąpiły trudne dni. Zaczęłam się męczyć, nie mogłam nosić nic ciężkiego, męczyło mnie schodzenie i wchodzenie pod górę. W tak młodym wieku zaczęłam bardzo poważnie chorować. Musiałam to zrozumieć, a zarazem wierzyć, że z czasem operacje na otwartym sercu będą czymś normalnym, że mam szansę na przeżycie, że ktoś kiedyś ocali moje życie. Przecież musiałam żyć, miałam dla kogo i byłam potrzebna.

Przez 10 lat mojej choroby było różnie, raz lepiej raz gorzej, ale coraz częściej pojawiały się dni kiedy czułam się źle, opuszczały mnie siły i chęć do życia. Co dwa lata jeździłam do kliniki w Warszawie, gdzie robiono mi badania. Wyniki były coraz gorsze, choroba postępowała coraz dalej.
W marcu 1985r wracając pociągiem z Koszalina do Słupska dostałam migotania przedsionków. To było straszne. Na każdym postoju pociągu badałam puls. Serce uderzało 156 razy na minutę. Bardzo się przestraszyłam. Dojechałam do domu i karetką pogotowia pojechałam do szpitala. W szpitalu robiono wszystko, aby to unormować, ale się nie udało. Leżąc przez l miesiąc w szpitalu, straciłam na wszystko ochotę. Schudłam 10 kg, zaczęła dokuczać mi wątroba, w płucach pojawił się płyn, stałam się nerwowa, traciłam apetyt, a strach coraz bardziej zaczął zaglądać mi w oczy.

W następnym roku wydałam córkę za mąż. Zrobiłam wesele na 100 osób. wynajęłam sale, kucharki I tylko raz zatańczyłam bardzo powoli, i cieszyłam się bardzo że doczekałam tego dnia.
W tym samym roku ostatni raz już wysłano mnie do Kliniki w Warszawie.

Po pięciu dniach wypisano mnie do domu w stanie bardzo ciężkim i powiedziano mi że mam jechać do domu i czekać na śmierć w cierpieniach. Wtedy załamałam się doszczętnie. Oglądając telewizor, usłyszałam, że na Śląsku jest klinika, gdzie robią operacje na otwartym sercu. Długo nie zwlekałam. Następnego dnia mąż zawiózł mnie do kardiologa. Poprosiłam o skierowanie mnie do tej kliniki. Prosiłam, błagałam, ale na nic się to zdało. Pan doktor powiedział mi, że operować mnie nie można, a poza tym to nie nasz rejon i nikt mnie tam nie przyjmie.

W tym samym roku 1987 napisałam list do rodziców mojej koleżanki do Bielska Białej i poprosiłam, żeby za wszelką cenę zdobyli mi adres tej kliniki w Zabrzu, gdzie pracuje doc. Religa. Po krótkim czasie otrzymałam odpowiedź.
Napisałam kilka słów do pana Religi i włożyłam do koperty ostatnią moją kartę informacyjną.

W tym samym roku 1987 napisałam list do rodziców mojej koleżanki do Bielska Białej i poprosiłam, żeby za wszelką cenę zdobyli mi adres tej kliniki w Zabrzu, gdzie pracuje doc. Religa. Po krótkim czasie otrzymałam odpowiedź.

Napisałam kilka słów do pana Religi i włożyłam do koperty ostatnią moją kartę informacyjną.

Pewnego dnia córka przynosi list i krzyczy "jest list z Zabrza"! Szybko przeczytałam ten list, w którym Pan docent prosi o przyjazd na konsultację. Zawiózł mnie mąż. Było bardzo dużo ludzi. Mną zajęto się bardzo szybko. Wypisano mi skierowanie do kliniki do Katowic. Miałam tam pojechać i zrobić wszystkie badania. Był to początek czerwca 1987r.

Leżąc w klinice, dostałam wiadomość, że zostałam babcią. Na chwilę zapomniałam o chorobie. Leżałam w Katowicach cały miesiąc zanim wypisano mnie do domu. Byłam wtedy bardzo chuda, ważyłam zaledwie 40 kg. Wystąpiła u mnie sinica, byłam żółta, bo przestała pracować wątroba- traciłam apetyt. Mąż pojechał wtedy do Zabrza i zapisał mnie na listę oczekujących do operacji.

24 kwietnia mąż wrócił z pracy i oznajmił mi, ze 26-go mam się zgłosić w Zabrzu. Byłam szczęśliwa, że mam wreszcie tę upragnioną szansę. Zawieziono mnie karetką pogotowia do Zabrza. Przed operacją leżałam 2 tygodnie.

22 maja 1988r będzie dla mnie dniem szczęśliwym. Na salę przyszedł lekarz i powiedział, że jedzie do mnie Pan doc. Re1iga i że będzie przeszczep. Byłam przerażona. Pomimo, że doc. Religa wpajał mi, że moje serce nie wytrzyma operacji i że jedynym wyjściem w mojej sytuacji jest transplantacja serca, nie mogłam tego zrozumieć. Pan doc. Religa dał mi 95 % szansy przeżycia. Dowiedziałam się, że jest dla mnie dawca, 25-letni mężczyzna. Nie mogłam się zdecydować, w końcu odpowiedziałam, że tak długo czekałam na pomoc, że teraz nie mogę powiedzie: nie.

Gdy miałam zrobione już wszystkie wkłucia, zadzwonił mój mąż. Nie mogłam już z nim rozmawiać. Lekarz kazał mu zadzwonić rano i nie denerwować się. Pomyślałam sobie, że dobrze się stało, bo ja już nie potrafiłabym rozmawiać.

Za chwilę był drugi telefon. Pan doc. Religa prosił o przywiezienie pacjentki na blok operacyjny. Jeszcze jadąc na blok, wszystko widziałam, a później to już tylko lampy. Była godzina 23,55 - a więcej już nic nie WIem.
Z głębokiej ciszy wyrwał mnie krzyk lekarza, że mam się obudzić, że jestem po operacji i mam drugie serce. Dwa razy budziłam się i zasypiałam. Następnego dnia obudzono mnie wcześnie. Stało koło mnie dużo lekarzy i pytali jak się czuję. Powiedziano mi, że mam drugie serce i ze z tamtym sercem mogłam żyć jeszcze tylko 3 tygodnie. Czułam się bardzo słaba i śpiąca. Po chwili stanął przy mnie doc. Religa i powiedział mi, że przyprowadził mi gościa. Po chwili zobaczyłam mojego kochanego męża.

Na trzeci dzień po operacji stanęłam na nogi. Było lepiej z dnia na dzien. Chciałam jak najszybciej wracać do domu, ale musiałam jeszcze jechać do sanatorium. Gdy przyjechałam do Rept - ordynator oddziału dr Buczkowski był bardzo zaskoczony. Miał dotąd tylko mężczyzn po przeszczepie, a ja byłam pierwszą kobietą. Codziennie była gimnastyka, jazda na rowerze, różne masaże, a ja wszystko dzielnie pokonywałam.

Pobyt w szpitalu i sanatorium trwał cale 4 miesiące. Wróciłam szczęśliwa i cała do domu. Powitały mnie dzieci i mój kochany wnuczek,
Zaczęły się odwiedziny przyjaciół, znajomych, koleżanek i sąsiadów. Nikt nie mógł się nadziwić, że tak dobrze wyglądam. Zmieniłam swoją twarz ze starej, sinej na młodą i szczęśliwą. Stałam się młodsza o 30 lat. W następnym roku zrobiłam wesele drugiej córce. Wesele było huczne.
Robię wszystko sama - sprzątam, piorę, robię zakupy. Po prostu wszystkie prace domowe wykonuję sama. Chodzę na spacery, jeżdżę na rowerze, trochę gimnastyki ruchowej. Żyję normalnie, jak każda inna kobieta.

 

Pierwsza kobieta po transplantacji serca Stanisława