Osiem lat .Czy to jest dużo,

 

Osiem lat .Czy to jest dużo, czy mało?

 

Zalezy o co chodzi i jak się na to patrzy. 4 kwietnia 1996 roku urodziłem się poraz drugi .W godzinach rannych, jak niektórzy twierdzą, w dniu bardzo szczęśliwym dla podobnych zdarzń, w Wielki Czwartek - dniu Męki Pańskiej, w Klinice Kardiochirurgii w Krakowie , przy czwartym "podejściu ", wyrównującym rekord w tej placówce, otrzymałem nowe życie, dokonano przeszczepu serca. Kilkunastoosobowy zespół przeszczepowy kliniki, prowadzony przez profesora Antoniego Dziatkowiaka, pod bardzo zręcznym kierownictwem doktora Bogusława Kapelaka , przy niespotykanie serdecznym zaangażowaniu anastezjologa dr Teresy Wysockiej i wszystkich osób, dokonał szczęśliwie, długo oczekiwanego zabiegu.

 

Tadeusz Dzido

Stał się cud.Wynędzniały chudzina ,51 kg(przed trzema laty 84), czasem nie będący w stanie podnieść się z pozycji leżącej i sam usiąść , przekroczył próg nadziei i otrzymał nowe życie.

Nie szło to wszystko lekko i korzystnie . Nie mogę pisać o wszystkich szczegółach . nadmienie tylko , że przebywałem na sali intensywnej terapi 18 dni , Ten czas napewno o czymś świadczy.

Cały zespół kliniki, najczęściej dr Teresa Wysocka, dniami i nocami heroicznie walczyła z kostuchą, która nieustannie kręciła się przy mnie. Nie wymieniam innych nazwisk, ponieważ mógłbym kogoś pominąć , a nie chciałbym popełnić jakiegoś kroku niepotrzebnego. Wspomnę tylko ,że w tym czasie dr Mirosław Garlicki był za graniacą.Jago osobie zawdzięczam bardzo wiele.

Zaczołem rejestrować część faktów z 4 dnia po operacji (Wielk Niedziea). Nie cierpiałem fizycznie ani psychicznie, pytałem czy biorę leki przeciwbulowe, prosiłem, żeby ich nie stosowano (nie miałem bólów). Zdawałem sobie sprawę, że moja mała nadzieja na nowe życie spełnia się. Cieszyła się rodzina .

Klinicyści początkowo , po 10 dniach maskowania się zaczeli bardziej optymistycznie patrzeć na mnie (z racji zawodu , z racji zawodu też coś o tym wiem). Upewniło mnie to w przekonaniu , że zdrowieję.

Byłem w kontakcie telefonicznym z wieloma osobmi .Nigdy w życiu nie miałem tyle korespondęcji. Kochane siostry nazaretanki dominowały w tej dziedzinie. Niczego nigdy mi nie brakowało. Moje nowe serce pracowało coraz lepiej, cały organizm walczył o przywrócenie jak największej sprawności. Odczułem dobro serca wszystkich pracowników kliniki , rodziny , kolegów , siostrzyczek , księdza kapelana. Poza żoną i synem najczęściej odwiedzała mnie właśnie ona .

Poczułem wielką radość , gdy po raz pierwszy w moim nowym życiu zobaczyłem Kochanych Kubusiów z mamusią orac córkę z zięciem.

Wreszcie nadszedł czas , gdy doktor Teresa Wysocka oznajmiła, że wszystko idzie do przodu, jest dobrze i zostane przeniesiony na dalszy pobyt pod opiekę lekarzy do Kliniki Wewnęcznej w Nowej Hucie.

Radość ale i obawy.

Przed operacją zastanawiałem się , ile mogę żyć po zabiegu .Rok, to będzie, dużo. Dwa lata nowego życia było szczytem moich mażeń. Rozwazałem , czy będę mógł wrócic do domu, do rodziny na dłużej, Czy będę mógł chodzić samodzielnie, jeździć samochodem, uczestniczyć w nabożeństwach w kościele, bawić się, a może grać w piłkę z wnusiami? Czy będę mógł pomóc chociaż trochę moim pacjentom ? Czy będę w stanie chociaż trochę odwdzięczyć się ludziom i instytucjom, którzy pomogli mi wrócić do życia?

Wracam do pytania - osiem lat , czy to dużo , czy mało?

 

Czas zleciał błyskawicznie , mozna by więc powiedzieć, że mało . Osiem lat ...........to czas przekraczający moje najśmielsze marzenia. Wykorzystałem go chyba dobrze.

Cieszę się bardzo, że żyję i to tak długo. Warto było walczyć . Dzisiaj rozumiem, co to znaczy życ. Ale tylko dlatego, że byłem tak blisko śmierci. Życie - to zabrzmi banalnie - jest piękne. Bardzo ciekawe, zwłaszcza w dzisiejszych czasach , szczególnie jak się z niego korzysta, w granicach możliwości uczestniczyć w nim. Tu przestroga - trzeba je szanować. Nawet jeśli czasami jest cierniste, ale prawdziwe i tak właśnie musi być.

Cieszę się z życia rodzinnego.

Pożegnałem jedną z najblższych osób - zmarł najstarszy brat, któremu dużo zawdzięczam. Stan rodzinny zachował się, bowiem przybył oczekiwany trzeci wnusio. Pracuje trochę zawodowo. Jest to bardzo wazne dla równowagi psychicznej. Udzielam się nieco społecznie. Osobiście dojeżdżam na badania do kliniki , samochodem, który sam prowadzę, lub pociągiem.Biorę udział w uroczystościach organizowanych przez klinike i Stowarzyszenie Transplantacji Serca. Dwukrotnie organizowałem konferencje naukowe prowadzone przez profesora Antoniego Dziatkowiaka z zespołem, w moim środowisku medycznym w Biłgoraju. Piękne i bardzo pozyteczne spodkania. Dziękujemy bardzo.

Odwiedzam trochę znajomych, przyjaciół, w tym pozostaje zawsze w mojej pamięci siostry nazaretanki w Krakowie. Relaksowo odwiedzam ukochane Zakopane i inne miejscowości. Lubię bawić się z dziećmi. Gram czasami w piłkę z wnusiem (mażenie!). Uczęszczam na nabożeństwa prawie w każdą niedzielę i święta , chyba że jestem przeziębiony itp.

Korzystam z życia, dziękując serdecznie wszystkim, którzy pomogli mi do życia wrócić.

Carpe diem.

Z największym poważaniem i szacunkiem

Tadeusz Dzido
Przeszczep serca w 1996, napisane w 2004 roku