Mecz o życie

 

EWA JAGALSKA

W szpitalu po przeszczepie serca leży 16-letni Bartek, piłkarz Wisły Płock. Tymczasem miasto oszalało!
Wszyscy zbierają pieniądze dla Bartka. I modlą się za niego.
- Zaczęło się od przeziębienia - opowiada mama Bartka. - Dziwiliśmy się, że syn długo nie mógł się z niego wyleczyć. Przecież nigdy nie chorował! Zbadała go lekarka w przychodni. Nie spodobało jej się zbyt szybkie tętno. Wysłała nas do kardiologa, a ta natychmiast dała skierowanie do szpitala.
Tego wieczora, kiedy Małgorzata Mikołajczyk dowiedziała się, że z Bartkiem jest już bardzo źle, w Płocku rozdzwoniły się telefony. Pani Małgorzata wykręciła numer klasztoru, do siostry Moniki, która w Ekonomiku uczy religii. Siostra Monika - do księdza proboszcza. W godzinę pół miasta wiedziało, że tylko w Bogu nadzieja. I ludzie przyklękali, od razu, bez czekania. W domu, w kościele, w pracy. Gdzie kto akurat był. Dorota Szczepańska, która prowadzi sklep, widziała przez szybę parę młodych ludzi, którzy oglądali wystawę. Chłopak wyjął komórkę, coś do niej powiedział, a potem wziął dziewczynę za rękę i uklękli na chodniku. Dorota wybiegła ze sklepu, bo myślała, że coś im się stało. Stało się - Bartek umierał. - Zaczęliśmy go już opłakiwać - powiedzieli później jego rodzice.
Czy pomogły modlitwy, czy organizm chłopaka był tak silny, ale przeżył i tamtą noc, i kolejne dwie operacje. Teraz w jego piersi równym rytmem bije nowe serce. Bartek nic nie wie o jego poprzednim właścicielu, poza tym, że był od niego starszy o 3 lata. Nie ma siły się nad tym zastanawiać.
- Wiemy, że nasz syn żyje dzięki sercu innego dziecka. Myślimy o jego rodzicach, o ich tragedii. Ale nie chcemy ich poznać. Tak będzie lepiej - mówi Bożena Pietruszewska, mama Bartka. Niedługo w kościele zapali świeczkę za tamtego chłopca.
Dziura w sercu
Szpital Kliniczny przy ulicy Banacha w Warszawie straszy ponurymi korytarzami. Ale jest to miejsce jak z serialu "Na dobre i na złe". Trzeba wpisać kod, przejść przedsionek, wpisać kolejny kod i drzwi wpuszczają do sterylnego świata, w którym Bartek jest już 3 miesiące. Codziennie przyjeżdżają jego rodzice. Siedzą od rana do nocy.

 

- Od 21 sierpnia zrobiłem 16 tysięcy kilometrów - mówi Jacek Pietruszewski, ojciec chłopca.
Jak to się stało, że zdrowy, wysportowany 16-latek musi tu walczyć o życie?
- Zaczęło się od przeziębienia - opowiada mama Bartka. - Dziwiliśmy się, że syn długo nie mógł się z niego wyleczyć. Przecież nigdy nie chorował! Zbadała go lekarka w przychodni. Nie spodobało jej się zbyt szybkie tętno. Wysłała nas do kardiologa, pani Ewy Kociędy-Paszty. A ta natychmiast dała skierowanie do szpitala.
- I tak Bartek pierwszy raz znalazł się u nas - mówi szef kardiochirurgii profesor Kazimierz Suwalski. - Stwierdziliśmy otwór między komorami serca. Załatanie go to rutynowa operacja. Zdziwiliśmy się tylko, że serce jest takie duże, ale myśleliśmy, że bardzo długo było zanadto obciążone i po operacji wszystko wróci do normy - dodaje.
Dziurę w sercu zacerowano Bartkowi pod koniec sierpnia. Wrócił do domu, poszedł do nowej szkoły - Liceum Ogólnokształcącego imienia Małachowskiego. Wtedy spotkała go Anna Mroczkowska, wychowawczyni z gimnazjum.
-Był taki szczęśliwy. Martwił się tylko, że przez pobyt w szpitalu stracił obóz sportowy, na który miał pojechać pod koniec wakacji - wspomina.
Aż pewnego dnia przyszło załamanie. Bartek znów wylądował na Banacha.
- Jego stan zaczął się gwałtownie pogarszać - mówi profesor Suwalski. - Podczas pierwszej operacji odkryliśmy, że chłopak ma jeszcze inną wadę, która będzie wymagać przeszczepu serca.
Zaczęła się walka z czasem. - Bartek słabł w oczach, traciliśmy go - mówi jego mama. Lekarze szykowali go do drugiej operacji, żeby przedłużyć mu życie o kilka dni i dać dodatkową szansę na znalezienie dawcy serca. Wszyscy wiedzieli, że Bartek może się nie obudzić. On też to wiedział.
Wtedy mama Bartka zadzwoniła do Małgorzaty Mikołajczyk, koleżanki z Zespołu Szkół Ekonomiczno-Kupieckich, że jest bardzo źle. Bożena uczy tam biologii, Małgorzata - rosyjskiego. Tej nocy pocztą pantoflową rozeszło się po mieście, że trzeba się modlić. A kilka dni później Bartek dostał nowe serce.
To była pierwsza taka operacja w szpitalu na Banacha. Pacjent był w tak złym stanie, że lekarze bali się go przewozić do innej placówki.
Każdy chce pomóc
Kiedy już Małgorzata Mikołajczyk zmówiła pacierz, pomyślała, że jeśli wszystko się uda, będą potrzebne pieniądze. Przecież pensja nauczycielki i mechanika nie wystarczy na kosztowne leczenie. Od lat działa w stowarzyszeniu "Silni Razem", więc wiedziała, co i jak trzeba zorganizować.
- Bez naszych uczniów i nauczycieli nic bym nie zdziałała - zaznacza. Obok gabinetu dyrektora zorganizowała sztab z długim stołem, przy którym można obgadać strategię działania i wysypać monety z pożyczonych od PCK puszek.
- W naszej szkole uczą się raczej biedne dzieci, nie to co w liceach. Doskonale wiedzą, jak to jest nie mieć pieniędzy na lekarstwa - mówi rusycystka. - Od razu przyszło kilku uczniów z pytaniem, jak mogą pomóc. Sami wpadli na pomysł zorganizowania koncertu. Przygotowywali się do niego tylko dwa dni. Pięknie śpiewają, a przecież nie mają wykształcenia muzycznego - opowiada.
Prawie codziennie do Ekonomika przychodzą na koncert uczniowie z innych szkół. Płacą 3 złote od osoby, chyba że ktoś chce dać więcej.
Uzbieraliśmy już w sumie 34 tysiące - mówi Małgorzata Mikołajczyk. Musi się śpieszyć, bo właśnie weszły cztery dziewczyny, które zostały zwolnione z rachunkowości, żeby przeliczyć pieniądze z wczorajszej dyskoteki. Kasia, Agnieszka, Magda i Paulina sprawnie układają monety w stosiki. Kilka dni wcześniej kwestowały pod Orlenem - największym płockim pracodawcą.
- Ludzie wrzucali pieniądze jak szli rano do pracy, a potem jeszcze raz, kiedy szli do domu. Prawie nikt nie odmawiał - mówi Paulina, której mama zdziwiła się, że córce chce się wstawać tak wcześnie, żeby zbierać na leczenie chłopaka, którego nawet nie zna. Paulina przyszła pod bramę zakładu o 5.50 rano. - Przecież każdego może to spotkać, po prostu trzeba pomóc - dziewczyna wzrusza ramionami.
- Jest wspaniale, nie spodziewałam się, że przebijemy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy! - cieszy się Małgorzata Mikołajczyk.
- Jak tylko ogłosiliśmy zbiórkę, w sekretariacie pojawił się pan z kopertą. W środku było 100 złotych. Nie chciał powiedzieć, jak się nazywa. Powiedział tylko, że to dla Bartka i poszedł. Albo inna historia: podliczaliśmy właśnie zbiórkę w naszej szkole, kiedy przyszedł jeden z uczniów i zapytał, czy jeszcze się może dołożyć. Powiedział, żeby nie zapisywać jego nazwiska. Zdziwiłam się. Byłam jeszcze bardziej zdumiona, gdy policzyłam to, co przyniósł. Było tysiąc złotych! Dzieciak przepraszał, że takimi drobniakami, ale to są jego oszczędności z wielu miesięcy - opowiada Małgorzata Mikołajczyk.
Do Bożeny Pietruszewskiej to, co się dzieje w Płocku, dociera jak przez ścianę z waty, bo jej myśli wciąż krążą wokół oddziału kardiochirurgii. Wie, że zebrano już mnóstwo pieniędzy. I trochę się tego boi.
- Jesteśmy ogromnie wdzięczni - zapewnia. - Ale my zawsze unikaliśmy rozgłosu. A tu taka akcja! Może nawet ktoś powie, że się dorobiliśmy na chorobie dziecka. Nie wiem, jak zareagować - mówi. Zapewnia, że rozliczy się co do grosza.
- Na pewno jeszcze dużo zostanie, przekażemy to dla kogoś, kto też znajdzie się w potrzebie.
Małgorzata Mikołajczyk śmieje się: - Bożenka to taka cicha, szara myszeczka. Ona by nikogo nie poprosiła o pomoc.
Uwolnić dobro
Anna Mroczkowska, dawna wychowawczyni, opowiada nauczycielkom z Ekonomika o Bartku:
- To był bardzo dobry uczeń, miał średnią powyżej pięciu. Bardzo miły, uczynny. Wszyscy go lubili. Kochał sport, redagował gazetkę o piłce nożnej.
To w ogóle była świetna klasa!
Później, już podczas koncertu pani Mroczkowska się rozkleja. - Kiedy się dowiedziałam, że jest tak ciężko chory, wyjęłam stare zdjęcia. Uczyłam go przez sześć lat, jeszcze w podstawówce. Patrzyłam na pierwsze fotografie, na których był mały chłopczyk i na te, które przedstawiały prawie dorosłego faceta. Pomyślałam, że on dorastał na moich oczach, a teraz� Teraz - kobieta nie może dokończyć... Chór śpiewa piosenkę Stanisława Sojki: "Na miły Bóg, życie nie tylko po to jest, by brać�". Nauczycielka płacze.
Większość z kolegów Bartka także uczy się w Liceum Ogólnokształcącym imienia Małachowskiego, czyli popularnej Małachowiance. Oni też zbierają pieniądze. Przygotowali ogromny transparent: "Bartek, jesteśmy z tobą". Zamierzają jeszcze wyciąć napis ze styropianu. Tutaj akcją pomocy Bartkowi zawiaduje wicedyrektor szkoły, Renata Kutyło-Utzig.
- Nie znałam go dobrze, przecież jak tylko do nas przyszedł, okazało się, że jest chory - mówi. Nie bardzo może rozmawiać, bo musi nadzorować przebieg spektaklu, przygotowanego przez jej uczennice wspólnie z pensjonariuszami domu pomocy społecznej z pobliskiego Brwilna.
- Przez kilka lat organizowaliśmy podobne imprezy właśnie na rzecz tego domu - opowiada pani dyrektor, ciągnąc za kabel, który plącze się pod nogami podskakujących par. Dziewczyny w długich sukniach tańczą pod ramię z upośledzonymi mężczyznami.
- A teraz, kiedy jego pensjonariusze dowiedzieli się, że nasz uczeń potrzebuje pomocy, postanowili sami zagrać w przedstawieniu - dodaje. Jest trochę zawiedziona, bo na aukcję w szkole nie przyszła żadna "gruba ryba". Piłki i koszulki, ofiarowane przez Wisłę Płock, klub Bartka, oraz prace młodych plastyków kupili więc sami uczniowie. Kiedy stawki przekraczały już możliwości finansowe nastolatków, licytowali całymi klasami.
-Zdali na piątkę egzamin z wrażliwości - mówi ksiądz Krzysztof Wojciech Jończyk, który prowadził aukcję. - To dla nich ogromnie trudne przeżycie. Długo nie zdawali sobie sprawy, że życie ich kolegi wisi na włosku. Zbierali pieniądze, organizowali różne akcje, ale to była zabawa. Kiedy podczas mszy za Bartka dowiedzieli się, że ma on zaledwie kilka procent na przeżycie, to nimi wstrząsnęło. Jednak dzięki temu szybciej dojrzewają, stają się bardziej otwarci na innych. Uwalnia się dobro - mówi ksiądz.
Dwa jeden dla Bartka
Niespecjalnie przejąłem się, kiedy w sierpniu usłyszałem, że Bartek jest chory. To nie wyglądało poważnie. Mieliśmy jechać razem na obóz sportowy, on bał się, czy mu się uda. Nie przyjechał, pomyślałem, że spotkamy się we wrześniu - opowiada Arkadiusz Gąsiorowski, kolega z drużyny. Podobnie było z Rafałem Osetkiem i Tomkiem Szczęsnym. Nie pamiętają, kiedy dotarło do nich, że mogą już nigdy nie zobaczyć kolegi. Pamiętają za to, jak nimi to wstrząsnęło. Zabrali się więc do roboty. Teraz biegną do radia, żeby opowiedzieć o aukcji. I o Bartku. Że fajny, koleżeński, że zawsze pomagał innym. Czy ma jakieś wady? Żadnych. Ideał?
- Na to wychodzi - śmieje się Rafał. - Ale nie jest sztywniakiem. To równy gość, jakich mało.
Dzięki mediom Bartek dorobił się fanek.
-Widziałam w Internecie zdjęcie syna. Jakieś dziewczyny chciały do niego telefon - opowiada Bożena Pietruszewska. Zagląda przez szybę do Bartka, który leży w niewielkim pomieszczeniu oplątany zwojami kabli. Wciąż nie pracują nerki. Nie można do niego wejść, po przeszczepie przyjmuje lekarstwa, które mają zapobiec odrzuceniu nowego serca, ale obniżają odporność na infekcje.
- Nie byłem u fryzjera - śmieje się Bartek na widok aparatu fotograficznego. Jest dobrze, dziś rano pokłócił się o talerz zupy. Później przeczytał w gazecie, że Wisła Płock wygrała 2:1 z Legią. Mecz był charytatywny, na pomysł wpadł Krzysztof Dmoszyński, prezes Wisły. Legioniści od razu go podchwycili. Piłkarze nie znają swojego młodszego kolegi. Ireneusz Jeleń, strzelec pierwszego gola dla Wisły, dziwi się, gdy ktoś pyta, dlaczego zagrał: - Trzeba było. Taka tragedia! Młody chłopak, który kocha grać w piłkę, a teraz walczy o życie. Jeśli wygra, pewnie nigdy nie będzie mógł wyjść na boisko.
Profesor Kazimierz Suwalski nie zgadza się.
- Jeśli przeszczep się przyjmie, a nerki ruszą, to nie widzę przeszkód - mówi. Męczy go inna myśl: dlaczego chłopak, który od siedmiu lat gra w klubie sportowym, nie został dobrze przebadany, dlaczego nikt nie odkrył jego choroby. Przecież wszyscy zawodnicy muszą raz na pół roku przechodzić szczegółową kontrolę lekarską.
Tadeusz Prosowski, trener Bartka, sprząta szatnię. Wietrzy pomieszczenie, zaprasza do środka.
- Nie powiem, bardzo dobry chłopak. Mógł iść do szkoły sportowej, wybrał liceum. Nie wiem, jak to się stało, że ta wada nie wyszła przy badaniach kontrolnych. Przecież przechodził je jak każdy inny zawodnik. Wszystko jest odnotowane w karcie zdrowia - zapewnia. Ale karty nie chce pokazać.
Będzie lekarzem
Większość z kolegów Bartka także uczy się w Liceum Ogólnokształcącym imienia Małachowskiego, czyli popularnej Małachowiance. Oni też zbierają pieniądze. Przygotowali ogromny transparent: "Bartek, jesteśmy z tobą". Zamierzają jeszcze wyciąć napis ze styropianu. Tutaj akcją pomocy Bartkowi zawiaduje wicedyrektor szkoły, Renata Kutyło-Utzig. - Nie znałam go dobrze, przecież jak tylko do nas przyszedł, okazało się, że jest chory - mówi. Nie bardzo może rozmawiać, bo musi nadzorować przebieg spektaklu, przygotowanego przez jej uczennice wspólnie z pensjonariuszami domu pomocy społecznej z pobliskiego Brwilna. - Przez kilka lat organizowaliśmy podobne imprezy właśnie na rzecz tego domu - opowiada pani dyrektor, ciągnąc za kabel, który plącze się pod nogami podskakujących par. Dziewczyny w długich sukniach tańczą pod ramię z upośledzonymi mężczyznami. - A teraz, kiedy jego pensjonariusze dowiedzieli się, że nasz uczeń potrzebuje pomocy, postanowili sami zagrać w przedstawieniu - dodaje. Jest trochę zawiedziona, bo na aukcję w szkole nie przyszła żadna "gruba ryba". Piłki i koszulki, ofiarowane przez Wisłę Płock, klub Bartka, oraz prace młodych plastyków kupili więc sami uczniowie. Kiedy stawki przekraczały już możliwości finansowe nastolatków, licytowali całymi klasami.
- Zdali na piątkę egzamin z wrażliwości - mówi ksiądz Krzysztof Wojciech Jończyk, który prowadził aukcję. - To dla nich ogromnie trudne przeżycie. Długo nie zdawali sobie sprawy, że życie ich kolegi wisi na włosku. Zbierali pieniądze, organizowali różne akcje, ale to była zabawa. Kiedy podczas mszy za Bartka dowiedzieli się, że ma on zaledwie kilka procent na przeżycie, to nimi wstrząsnęło. Jednak dzięki temu szybciej dojrzewają, stają się bardziej otwarci na innych. Uwalnia się dobro - mówi ksiądz.
Dwa jeden dla Bartka
- Niespecjalnie przejąłem się, kiedy w sierpniu usłyszałem, że Bartek jest chory. To nie wyglądało poważnie. Mieliśmy jechać razem na obóz sportowy, on bał się, czy mu się uda. Nie przyjechał, pomyślałem, że spotkamy się we wrześniu - opowiada Arkadiusz Gąsiorowski, kolega z drużyny. Podobnie było z Rafałem Osetkiem i Tomkiem Szczęsnym. Nie pamiętają, kiedy dotarło do nich, że mogą już nigdy nie zobaczyć kolegi. Pamiętają za to, jak nimi to wstrząsnęło. Zabrali się więc do roboty. Teraz biegną do radia, żeby opowiedzieć o aukcji. I o Bartku. Że fajny, koleżeński, że zawsze pomagał innym. Czy ma jakieś wady? Żadnych. Ideał?
- Na to wychodzi - śmieje się Rafał. - Ale nie jest sztywniakiem. To równy gość, jakich mało.
Dzięki mediom Bartek dorobił się fanek.
- Widziałam w Internecie zdjęcie syna. Jakieś dziewczyny chciały do niego telefon - opowiada Bożena Pietruszewska. Zagląda przez szybę do Bartka, który leży w niewielkim pomieszczeniu oplątany zwojami kabli. Wciąż nie pracują nerki. Nie można do niego wejść, po przeszczepie przyjmuje lekarstwa, które mają zapobiec odrzuceniu nowego serca, ale obniżają odporność na infekcje.
- Nie byłem u fryzjera - śmieje się Bartek na widok aparatu fotograficznego. Jest dobrze, dziś rano pokłócił się o talerz zupy. Później przeczytał w gazecie, że Wisła Płock wygrała 2:1 z Legią. Mecz był charytatywny, na pomysł wpadł Krzysztof Dmoszyński, prezes Wisły. Legioniści od razu go podchwycili. Piłkarze nie znają swojego młodszego kolegi. Ireneusz Jeleń, strzelec pierwszego gola dla Wisły, dziwi się, gdy ktoś pyta, dlaczego zagrał: - Trzeba było. Taka tragedia! Młody chłopak, który kocha grać w piłkę, a teraz walczy o życie. Jeśli wygra, pewnie nigdy nie będzie mógł wyjść na boisko.
Profesor Kazimierz Suwalski nie zgadza się.
- Jeśli przeszczep się przyjmie, a nerki ruszą, to nie widzę przeszkód - mówi. Męczy go inna myśl: dlaczego chłopak, który od siedmiu lat gra w klubie sportowym, nie został dobrze przebadany, dlaczego nikt nie odkrył jego choroby. Przecież wszyscy zawodnicy muszą raz na pół roku przechodzić szczegółową kontrolę lekarską.
Tadeusz Prosowski, trener Bartka, sprząta szatnię. Wietrzy pomieszczenie, zaprasza do środka.
- Nie powiem, bardzo dobry chłopak. Mógł iść do szkoły sportowej, wybrał liceum. Nie wiem, jak to się stało, że ta wada nie wyszła przy badaniach kontrolnych. Przecież przechodził je jak każdy inny zawodnik. Wszystko jest odnotowane w karcie zdrowia - zapewnia. Ale karty nie chce pokazać.
Będzie lekarzem
Profesor Suwalski w milczeniu wyciera zaparowane okulary, jego dłoń wędruje do oczu. Płacze? Nie, to ze zmęczenia. Ale nie wstydzi się łez. Pamięta, jak Bartek obudził się po drugiej operacji. Bali się, że jej nie przeżyje. Na czas zabiegu na oddziale zamarło życie. Salowa, pani Wiesia, chodziła jak struta z kąta w kąt. Co chwilę spoglądała na drzwi sali operacyjnej. Kiedy wreszcie po kilku godzinach się otworzyły i wyszli zmęczeni, ale zadowoleni lekarze, odetchnęła. - No, teraz mogę pracować - powiedziała do ojca chłopca.
- Staliśmy nad łóżkiem Bartka. Cały personel, rodzice. I nagle on otwiera oczy, uśmiecha się i mówi: "Kocham was wszystkich!". Ryczeliśmy jak bobry - opowiada Kazimierz Suwalski.
Otwiera szufladę. Na biurku lądują dwa noże. Jeden duży, wyostrzony jak brzytwa. Drugi mniejszy z plastikową rączką. - Jak to się dziwnie składa - zastanawia się profesor. - Walczymy o życie takiego fajnego chłopaka, który w niczym nie zawinił, że tu się znalazł. Po prostu dopadła go choroba. Ale walczymy także o życie młodych ludzi, którzy nie musieli tu być. Pokłócili się z kolegami, w ruch poszły noże. A potem ja im je wyjmuję z serca...
Bartek już zdecydował: po wyjściu ze szpitala zmienia klasę z matematyczno-fizycznej na biologiczną z łaciną. Będzie lekarzem.