Kolejny III zjazd dzieci po przeszczepach

 

 

Małgorzata Kozerawska 

Zaraz po operacji rodzice pojechali do sanktuarium w Łagiewnikach i dali na mszę za duszę tamtego chłopaka. Ja sam też się za niego modlę - mówi Zbyszek, który od pół roku żyje z sercem tragicznie zmarłego nieznajomego mężczyzny

Jest ich w Polsce około 50. Dzieci i młodzież po przeszczepach serca. Dzięki inicjatywie zapaleńców w Zduńskiej Woli raz w roku odbywają się ich spotkania. Trzecie z cyklu, wypełnione po brzegi atrakcjami, było w miniony weekend.

Pomysłodawcą spotkań dzieci był łodzianin, pan Adam. Sam dziewięć lat temu przeżył transplantację serca. - Starałem się zawsze utrzymywać kontakty z innymi pacjentami, jeździłem po Polsce na zjazdy kół z Krakowa, Zabrza i Warszawy. Zdarzało się, że koledzy przyjeżdżali z dziećmi, również po przeszczepie - wspomina pan Adam. - Pomyślałem; "dla nich też coś trzeba zrobić. Coś szczególnego. Żeby mogły pobawić się i porozmawiać w swoim gronie"

Łodzianin pracował akurat w Zduńskiej Woli u przyjaciół, którzy prowadzili zajazd "Biesiada". Młodzi restauratorzy Agnieszka i Jakub Klemżyńscy od razu podchwycili pomysł. I tak już trzeci rok z rzędu zapraszają dzieci i młodzież wraz z rodzinami na kilka dni do "Biesiady". Dla wszystkich uczestników pobyt jest bezpłatny. Podobnie jak przygotowane wycieczki i spotkania. Na sobotę zaplanowany był wyjazd do kompleksu zamkowo-parkowego w Gołuchowie pod Kaliszem. Ale główna atrakcja to tamtejsze żubry. Najmłodsze dzieci wprost nie mogą się doczekać. - Ciekawe, czy dadzą nam na nich pojeździć? - zastanawia się jeden z chłopców.

Sześcioletni Mikołaj przezornie zbiera patyki obronne. Na wypadek, gdyby żubr chciał go zaatakować. - A ja się żubrów nie boję. Przecież one ludzi nie jedzą - rezolutnie zauważa jego 10-letnia siostra Anita. Anita spod Konina żyje z obcym sercem cztery lata. - Anitka zaczęła chorować już jako niemowlę - opowiada mama. Leczyłam ją w szpitalach w Poznaniu i Łodzi. Wreszcie lekarze stwierdzili, że jedynym ratunkiem jest przeszczep. Po operacji miała rozległy wylew w mózgu. Dwa tygodnie walczyła o życie, pół roku dochodziła do siebie.

Teraz często "łapie infekcje", które przechodzą w zapalenie płuc. Rodzice muszą bardzo uważać, dlatego nie chodzi do szkoły, nauczyciele uczą ją w domu. Dlatego nie ma koleżanek w swoim wieku. - I chyba ich nie potrzebuje. Woli się opiekować młodszymi dziećmi - zauważa mama.

Ale Anita wcale nie jest nieśmiała i nietowarzyska. - Czy pani ma psa? - pyta nieoczekiwanie. - Ja mam bernardyna. Nazywa się Manduś. To od mandoliny. Bo jak był mały, to nam grał na nerwach jak mandolina. A jak dorośnie, w zimie będzie nas ciągnął na sankach.

- Kiedyś bardzo chciałam wiedzieć, czyje jest to serduszko, które dało życie mojemu dziecku. Czułam taką ogromną wdzięczność - mówi mama Anity. - Teraz już nie chcę. Życie na co dzień nie jest zbyt radosne. Dobrze, że chociaż są te spotkania, tylu życzliwych ludzi.



Zbyszek ma 23 lata i mieszka pod Sanokiem. Jest spawaczem-ślusarzem. Był okazem zdrowia, Trzy lata temu przyplątała się grypa i zapalenie płuc. Infekcja zniszczyła serce. Lekarze rozpoznali kardiomiopatię niedokrwienną - czyli uszkodzenie mięśnia sercowego prowadzące do skrajnie złej kurczliwości lewej komory. Połowa wszystkich przeszczepów wykonywana jest właśnie z powodu tego schorzenia. Zbyszek miał transplantację w Zabrzu. Już po miesiącu wrócił do domu. Czuje się dobrze. - Dostałem drugie życie, wrócę do pracy i życie potoczy się dalej - mówi młody mężczyzna.

Kamil pstryka zdjęcia aparatem komórkowym. - No, to będzie hit w internecie - zaśmiewa się na widok olbrzymich ropuch, którym w cieple wiosennego słońca zebrało się na amory. - Robię tak dużo zdjęć, żeby było z czego wybrać. Bo trochę mi się ręce trzęsą i mogą być niewyraźne.

Lekkie drżenie rąk to reakcja po lekach immunosupresyjnych, które zapobiegają odrzutowi przeszczepionego serca. Trzeba je brać do końca życia. Kamil, podobnie jak inni pacjenci po przeszczepach, przyjeżdża na wizyty do szpitala, gdzie był operowany, co kilka miesięcy. Na spotkanie do Zduńskiej Woli jego i jeszcze paru młodych pacjentów przywiózł szpitalny samochód. Wszyscy uznali, że warto spotkać się gdzieś w miejscu neutralnym, bez piżam i zapachu dezynfekcji.


Kamil ma nowe serce od dwóch lat. - Tamto stare było do niczego. Trzy razy większe od normalnego - z dumą zakreśla jego obrys na klatce piersiowej. - W ogóle nie miało siły pompować krwi. Znaleźli dawcę w ciągu trzech dni od przyjęcia do kliniki. Inaczej już bym nie żył.

Kamil nie jest ciekawy, kto podarował mu serce. Cieszy się, że dobrze pracuje. Może jeździć na rowerze i pograć z kolegami w siatkówkę. Droga do zagrody żubrów prowadzi przez rozległy park i groblę nad stawem. Najpierw oglądamy za ogrodzeniem stadko dzików i danieli i wreszcie wymarzone żubry. Mają śmieszne imiona: Podobas, Podrywka, Polipka. Niestety, o przejażdżce nie ma nawet mowy. - A tak na to liczyłam - wzdycha Angelika i wyczerpana kilkukilometrowym marszem przysiada na ławce. Ma kłopoty z kręgosłupem, serce prawie jej nie dokucza. Wymieniła je sześć lat temu. - Podobno dawcą był 17-letni chłopak. Lekarz śmiał się, że wyrosną mi wąsy - opowiada Angelika. - Ale wydaje mi się, że coś od niego dostałam w prezencie. Stałam się bardzo uparta. Wcześniej taka nie byłam.


Angelika z uporem i sumiennością wykonuje wszystkie zalecenia lekarzy. Zorganizowała sobie w mieszkaniu małą salę gimnastyczną i regularnie ćwiczy na rowerze lekarskim i drabinkach. Zaczęła się uczyć angielskiego. Nie stroni też od przyjemności: spotkań z przyjaciółmi, dużo czyta, słucha muzyki. - Życie ma słodki i gorzki smak. To cud, że w ogóle żyję. Więc cieszę się każdym drobiazgiem - mówi Angelika.

Dłuższy marsz i pobyt na świeżym powietrzu działa jak środek nasenny. Po powrocie do autobusu niemal wszystkim zamykają się oczy. Tylko mała Ewa wierci się u mamy na kolanach i coś jej szepcze do ucha. - Bardzo jej się podobały żubry. Pyta, czy zabrałam kredki. Chciałaby je narysować - przekazuje mama, bo sześciolatka jest bardzo nieśmiała. Dziewczynka ma nowe serce od lipca ubiegłego roku. Czekała na nie pięć lat powoli gasnąc w oczach. Teraz znów jest żywym, zdrowym dzieckiem. W domu w Skokowej na Śląsku całymi dniami figluje z psami. Właśnie oszczeniła się suka Sonia. W sumie jest dziesięć psów. Szczeniaki trzeba będzie rozdać.


Ewa nagle podnosi do góry podkoszulkę. - Tu - dotyka paluszkiem cienką jak włos bliznę.

- Ma serce 5-letniego chłopca - mówi mama. - Teraz żartujemy, że jest chłopakiem. Naszym trzecim łobuziakiem, bo mamy jeszcze dwóch synów.

Po powrocie do zajazdu pyszny obiad i przygotowania do występów. Zaśpiewają dzieci z miejscowego przedszkola i klubu kultury, wymyślne sztuczki pokaże znany iluzjonista Maciej Pol. A później karaoke - dopóki głosu starczy.

Bogumiła Nitychoruk, prezes koła krakowskiego Stowarzyszenia Transplantacji Serca (12 lat po przeszczepie): Dzieci powinny spotykać się również poza szpitalem. A my zrobimy wszystko, aby zapewnić im atrakcyjne rozrywki. Zobaczcie nas. Żyjemy obok i bardzo was potrzebujemy.


Jan Statuch, współorganizator spotkania (3,5 roku po przeszczepie): Mam dług wobec tych, którzy dali mi nowe życie. Jeśli uda mi się przekonać kogoś, by podarował życie innym, spłacę swój rachunek.


Artykuł ukazał się w "Gazecie Wyborczej" dodatek Łódzki