Gdy serce nie umiera

 

 

 Małgorzata Goślińska

Przeżył 29 lat, zginął 22 września, zarżnięty tulipanem w Warszawie. Jego serce wciąż bije w Gorzowie Wielkopolskim w piersiach Stanisława Matuszewskiego. - To nie moja wina - płacze mężczyzna po transplantacji.

O dawcy dowiedziałam się niewiele. W Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu znają tylko jego imię, nazwisko, płeć, wiek i skąd przywieźli jego serce. Lekarze pamiętają tę historię, bo jest świeża i wstrząsająca. 22 września gdzieś w Warszawie 29-letni mężczyzna zwrócił uwagę chłopakom, którzy pili pod jego oknem, żeby nie hałasowali. Na to oni chwycili butelkę za szyjkę, o ścianę i ciachnęli go tym tulipanem w szyję. Mężczyzna sam dotarł do szpitala z przeciętą tętnicą, ale tam akurat nie było ostrego dyżuru chirurgicznego. Nim karetka przewiozła go do innego szpitala, wykrwawił się na śmierć. Gdyby od razu zadzwonił po karetkę - przypuszczają lekarze, gdyby nie wychodził z domu - dręczą się może rodzice, żona, dzieci. Stanisław Matuszewski z Gorzowa mógłby już wtedy nie żyć.

Gdy serce staje

Po zawale serca lekarz zabrania mu pracy na kolei. Dyspozytor to zbyt odpowiedzialny zawód, za dużo stresów. Matuszewski ma 43 lata, siedzi w domu na rencie, chodzi na spacery z psem. Równy krok, co dziesiąty przystaje i gapi się w niebo. Niby obserwuje gwiazdy, ale czasem nie udaje się to udawanie, bo trzeba przysiąść na ławce i odsapnąć. Po trzech latach dostaje pracę w szatni restauracji, ale nie wytrzymuje stania po 16 godzin dziennie, bo nogi męczą żylaki. Zostaje ochroniarzem firmy, ma dużego psa, który goni za niego złodziei.

Mija dziesięć lat. Lekarze stwierdzają u nieprzytomnego Matuszewskiego zatrzymanie akcji serca. Zakładają mu by-passy i wszczepiają kardiowerter - defibrylator, który ma kontrolować rytm serca. Częstoskurcz komorowy, migotanie przedsionków i komór regulują elektrowstrząsy. - Wiedziałem, kiedy to się zbliża. Robiło mi się słabo, musiałem się czegoś złapać albo się położyć. Bo kiedy kardiowerter strzelał, to podskakiwałem jak ping-pong. Od takiego strzału mózg się lasował, a rzadko kończyło się na jednym. Dwa lata temu na urodzinach sąsiada miałem aż jedenaście. Nie piłem i nie paliłem, wystarczyło, że postawiłem nie tak nogę. Było coraz gorzej. Kardiowerter strzelał dwa razy w tygodniu.

Pewnego letniego dnia kardiowerter nie zadziałał. Matuszewski właśnie sprzedał mieszkanie i kupił domek na przedmieściach Gorzowa. Robi remont, idzie po jakieś narzędzie do garażu i pada na ziemię. Serce staje po raz drugi. Na szczęście znajduje go wnuczka, która woła mamę - pielęgniarkę. Reanimacja trwa dwie godziny.

Nocne wyniki

Matuszewski nie zastanawiał się nad transplantacją: "albo w tę, albo w tamtą stronę, nie ma sensu dłużej się męczyć". Eugeniusza Wójciaka spod Lublina musieli przekonać zmarli rodzice. Cierpiał na kardiomopatię, zwyrodnienie mięśnia sercowego. 16 stycznia 1995 roku przeżył śmierć kliniczną, przeszedł trzy bramy, szukał ojca i matki. Ale usłyszał głos, że to jeszcze za wcześnie. Gdy się obudził, podpisał zgodę na przeszczep, chociaż siostry przestrzegały: "Eugeniusz, ty tego nie przeżyjesz". To zdanie w słuchawce telefonu: "Proszę przyjechać, mamy dla pana serce" usłyszał w niedzielę palmową. Po operacji nie mógł uwierzyć, że ma nowe serce. Nie czuł żadnego bólu. - Miałem wtedy 43 lata, a mój dawca był dziesięć lat młodszy. Przed transplantacją byłem gościem w domu, ciągle leżałem w szpitalach. Po transplantacji wróciłem do pracy w gospodarstwie. Mam dwie krówki, z pięć świnków, kurów nie zliczę i sześć hektarów ziemi. Więcej robią w polu moi trzej synowie, ja jestem takim małym kierownikiem. Bizona im kupiłem i nauczyłem jeździć. A żona się skarży, że nie daję jej spać po nocach. Czego tu się wstydzić, mam dobre wyniki.

Ojciec słucha tętna syna

Matuszewski i Wójciak leżą w sąsiednich salach Śląskiego Centrum Chorób Serca. Wójciak przyjechał tylko na kontrolę. Minęło dziewięć lat, odkąd dostał nowe serce. Matuszewski żyje dopiero miesiąc po przeszczepie. - To serce żywiej pracuje, nie muszę bać się strzałów i zbijać tabletkami ciśnienia - mówi z radością. Pytam go, czy chciałby poznać rodzinę dawcy. Zaciska usta, ale broda mu drży i łzy napływają do oczu. - Jeszcze mieliby żal... On musiał umrzeć, żebym ja mógł żyć, chociaż to nie moja wina, prawda?

- Dawca i biorca pozostają dla siebie anonimowi. Nieraz dzwoniła do nas rodzina dawcy, pytała, jak się czuje biorca, kazała go pozdrowić. Nikt nie chciał poznać nazwiska, a my i tak byśmy nie podali. Jeszcze się to nie zdarzyło, ale ktoś mógłby żądać od biorcy pieniędzy albo nękać go wyrzutami: ty żyjesz, a moje dziecko nie - tłumaczy prof. Marian Zembala, dyrektor ŚCChS w Zabrzu.

Opowiada o przeszczepie serca i nerek od pewnego studenta. Na imię mu było Krzysiu, miał 19 lat, zginął pod samochodem. Żeby w Polsce pobrać narządy, wystarczy, że dawca za życia nie wyraził sprzeciwu, ale lekarze pytają o zgodę rodzinę. Matka Krzysia na to przystała. Ojciec dowiedział się po czasie i zagroził żonie, że to koniec ich małżeństwa. Zembala spotkał się z nimi zaraz po pogrzebie. Zaprowadził ojca na salę operacyjną. - Wrócił pan z cmentarza, zostawił ciało syna w grobie, ale jego serce nadal bije. Proszę posłuchać, to jego tętno. Widzi pan tamtego pacjenta? On żyje dzięki Krzysiowi. Może pan z nim porozmawiać.

Ojciec odmówił. Rozpłakał się, a następnego dnia przysłał do szpitala kwiaty. Dla serca syna.

Świeczka dla dawców

Zembala: - Pamiętam 74-letnią kobietę z Piotrkowa Trybunalskiego, która wbrew swoim starszym córkom oddała narządy najmłodszej. Albo ojca z Bielska, znanego lekarza, którego syn zginął w wypadku samochodowym. I on w tym strasznym bólu prosił nas, żebyśmy pobrali narządy syna i ratowali innych. Ja nie lubię cmentarzy, ale w święto zmarłych idę ze swoimi dziećmi na bezimienne groby i palę świeczki, myśląc o dawcach. Dla nas transplantologów to dzień wielkiego ukłonu i hołdu dla tych ludzi i ich rodzin. Chylimy im czoła.

Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeprowadziło dotąd 638 transplantacji serca, tylko w tym roku 37, 25 dawców pochodziło z naszego regionu.