Dostałam nowe życie i córeczke

 

Jest czwartą kobietą w Polsce po przeszczepie serca, która zaryzykowała i urodziła dziecko. Dzięki nieznajomemu mężczyźnie żyję i jestem szczęśliwą mamą - mówi Edyta Goerke.

Julia leży w łóżeczku. Śpi wtulona w pluszowego misia. Obok siedzi 28 letnia Edyta, jej mama. Patrzy na swoją córeczkę z wielką miłością i po chwili mówi wzruszona: Ma zaledwie 16 dni. Jest taka malutka, ale na szczęście zdrowa. Do dziś nie mogę uwierzyć, że ją urodziłam. To cud, bo lekarze przestrzegali mnie przed ciążą. Mówili, że to zbyt wielkie

ryzyko dla mojego nowego serca.

 

Doskonale wiem co znaczy umierać

Jeszcze osiem lat temu nic nie zapowiadało, że pewnego dnia stanie w długiej kolejce oczekujących na przeszczep serca. Zaczęło się niewinnie- opowiada Edyta. Zachorowałam na anginę. Nie wyleczyłam jej, w konsekwencji wirusy zaatakowały moje serce. Czułam się fatalnie. Nie mogłam złapać oddechu, męczył mnie każdy najmniejszy wysiłek. Poszłam więc do lekarza rejonowego w Grudziądzu. Stwierdził, że mój stan zdrowia jest bardzo poważny i dał mi skierowanie do Instytutu Kardiologii w Aninie pod Warszawą. Gdy lekarze postawili diagnozę, przeżyła szok. Tylko natychmiastowy przeszczep serca mógł ją uchronić przed tragedią.


Byłam załamana. Miałam zaledwie 21 lat i tyle planów na przyszłość. Wszystko nagle przestało mieć dla mnie jakikolwiek sens- wspomina Edyta.

Mocno wierzyłam, że musi się udać!

Lekarze natychmiast zgłosili ją na listę osób oczekujących na transplantację serca. Dostałam numer 165!-opowiada. Już po dwóch miesiącach dowiedziałam się, że jest dla mnie dawca, 30 letnia kobieta, którek miałam otrzymać nowe serce. Gdy usłyszałam popłakałam się ze szczęścia. Lekarze przewieźli mnie samolotem na Śląsk do szpitala. Tam okazało się jednak, że nie mogę go dostać, bo serce przeznaczone dla mnie jest zakażone wirusem żółtaczki. Ogarnęła mnie rozpacz. Edyta wróciła więc do domu. Z każdym dniem słabła. Czuła się coraz gorzej. Umierałam ... W grudniu trafiłam do Śląskiego Centrum Chorób w Zabrzu. Kardiolodzy powiedzieli, że jeśli nie dojdzie do przeszczepu, będę żyć co najwyżej do końca kwietnia. Próbowano przygotować mnie więc na najgorsze- wspomina. Gdy nadeszła wiosna, zaczęła żegnać się z lekarzami, pielęgniarkami i najbliższymi... I właśnie wtedy znalazł się dla niej anonimowy dawca 19 letni chłopak po urazie mózgu. Gdy to usłyszałam, mimo że leżałam ma oddziale intensywnej terapii, ze szczęścia poderwałam się z łóżka- wspomina. Zerwałam rurki, którymi byłam podłączona do aparatury, oraz kroplówkę. Wierzyłam, że za drugim razem musi się udać. I tak się stało. 30 kwietnia 1997 r w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu transplantację serca przeprowadził zespół lekarzy pod kierunkiem prof. Romana Przybylskiego. Dla Edyty oznaczało to szansę na drugie życie. Najtrudniejsze dla niej były trzy pierwsze lata po przeszczepie. Wciąż prześladował ją lęk,czy serce nie zostanie odrzucone przez organizm. Bałam się zasnąć, bo myślałam, że mogę się już nie obudzić- opowiada Edyta. Nawet chodzenie po schodach wydawało mi się zbyt męczące. Obawiałam się, że po takim wysiłku przestanie mi bić serce.

 

Muszę żyć dla mojej rodziny

Edyta robiła wszystko, by organizm przyzwyczaił się do nowego serca. Starała się w miarę normalnie żyć.


Odwiedzała znajomych, chodziła nawet na dyskoteki. Tam na imprezie walentynkowej poznała Rafała, swojego przyszłego męża. Zaczęliśmy się spotykać- opowiada Rafał Goerke. Od razu powiedziała mi o chorobie i o tym, że lekarze odradzają jej urodzenie dziecka. Nie miało to jednak dla mnie znaczenia. Edytkę pokochałem taką jaka jest od pierwszego dnia, kiedy ją zobaczyłem. Wkrótce wzięli ślub. O tym, że rozwija się nowe życie, Edyta dowiedziała się będąc w trzecim miesiącu ciąży. Najpierw myślałam, że to zaburzenia hormonalne. Potem leki na serce wywoływały mdłości. Wreszcie zdecydowałam się zrobić test- wspomina. Gdy moje przypuszczenia potwierdziły się, ucieszyłam się, ale jednocześnie byłam pełna obaw. Lekarze ostrzegali, że ciąża dla mnie i dziecka to zbyt dyże ryzyko, ale ja tak bardzo chciałam urodzić moje maleństwo. Odwagi dodawał jej Rafał, który wspierał ją i był przy niej na każde zawołanie. Mąż był taki opiekuńczy- opowiada. Widział jak bardzo się boję. Kiedyś powiedziałam mu " pamiętaj, gdyby mnie kiedyś zabrakło, kochaj nasze dziecko za nas dwoje". A on na to: "nigdy więcej tak nie mów. Będziesz żyć! Ja to wiem na pewno". Te słowa dodały mi otuchy. Chciałam urodzić to dziecko bez względu na wszystko. Ciążę znosiła wyśmienicie. Mimo, że przytyła prawie 20 kg, serce wytrzymało tak ogromne obciążenie. Badania USG dziecka też nie wykryły żadnych wad. Marzyłam o córce, nawet dla chłopca nie wybrałam imienia- opowiada. I tak się stało. Julia przyszła na świat 17 czerwca 2004 roku. Nasze maleństwo ważyło 2,7 kg i mierzyło 52 cm. A co najważniejsze było zdrowe jak ryba- uśmiecha się mama do swojej córeczki, która właśnie się obudziła. Edyta bierze małą na ręce i tuli do piersi. Teraz moje życie nabrało zupełnie innego sensu. Nigdy nie poddam się! Nie mogę, bo przecież Julcia i Rafał tak bardzo mnie potrzebują.



Reportaż ukazał sę w "Tinie "

autor Monika Kolitowska- Sokół