Bogactwo życia węwnętrznego

BOGACTWO ŻYCIA WEWNĘTRZNEGO PO TRANSPLANTACJI


Czwartek, 02.05.02

W sercu tli się jeszcze iskierka ufności, że może będzie dobrze. Dopuszczam taką okoliczność, mimo że w celu rozpoznania przyczyn powikłań - w szóstym dniu po przeszczepie serca - i ustalenia sposobu ich leczenia zaszła konieczność otwarcia klatki piersiowej.

 

Z czasem narasta napięcie nerwowe. Ogarnia mnie paniczny strach. Najpierw przed przeszywającym bólem, towarzyszącym czynnościom przygotowawczym bezpośrednio przed operacją - dokonywanym na jeszcze nie uśpionym ciele, a potem; że tym razem już na pewno się nie przebudzę.

Czas upływa niemiłosiernie wolno. Szukam ratunku w nastawieniu pozytywnym. Udaje się tylko przez mgnienie oka. Mózg i moja wola nie są teraz w stanie zapanować nad chaotycznymi myślami o śmierci.

- To już koniec !... to już koniec! ... - krzyczy do mnie podświadomość.

Co raz sięgam po ligninę i przykładam do oczu. Z czasem nie nadążam już z wycieraniem łez. Przyłożyłem więc kilka warstw ligniny do twarzy i trzymam je. Przekręcam się niespokojnie, to na jeden bok, to na drugi. Oblewam się potem, szybko oddycham i serce bije gwałtownie. Odczuwam nieprzyjemne ściskanie w dołku, drżenie rąk i nóg. Całe ciało ogarniają dreszcze, a w niektórych jego częściach odczuwam mrowienie. Nie da się myśleć o niczym innym jak tylko o śmierci. Witka proszę - wykorzystując chwilę kiedy zostaliśmy w sali sami - o przekazanie żonie mojej ostatniej woli, by nasz samochód dała Samueli, gdy nie wrócę z bloku operacyjnego.

 

W chwilę potem na skrawku wystrzępionej kartki wielkości około stu dwudziestu centymetrów kwadratowych, piszę to samo.

 

W dalszym ciągu nie mogę się uspokoić. Nie ma przy mnie nikogo bliskiego, kto w tym momencie, by mi pomógł. Nie mogę też prosić o to Boga, bo od dawna mnie opuścił.

Natęża się rozpaczliwy smutek i przeraźliwy niepokój. Dławi niewymowny żal i ściska gardło uczucie niespotykanej trwogi przed śmiercią. Organizm przestał wytwarzać łzy; oczy osuszają się. Tylko w mózgu nie chce się zapalić żadne światełko nadziei.

Bezwiednie, znakiem krzyża, rozpoczynam szeptem modlitwę "Ojcze Nasz". Powoli i starannie wyszeptuje każde słowo, a kiedy kończę wypowiadając półgłosem: "Amen" - odczuwam dziwny wewnętrzny spokój. Nic mnie nie boli, jestem rozluźniony. Mam wrażenie jakby ktoś poluzował mi pętlę na gardle i zdjął ze mnie przygniatający klatkę piersiowa ciężar; jakby znieczulił zmysły; wreszcie, jakby przywrócił równowagę ducha i tchnął ciszę w serce.

Zupełnie obojętnie przyjąłem polecenie pielęgniarki:

- Panie Leśniczek, jedziemy na blok operacyjny!

Godzina dwudziesta. Na sali operacyjnej parę osób odzianych w czerwone fartuchy. Krótkie oczekiwanie na krew dla mnie, która jedzie z Banku Krwi w Katowicach. Zapamiętuję dwie twarze - chirurga i anestezjologa. Leżę na stole i w napięciu oczekuję na długą i dotkliwą mękę! Przeszywający ból nie do wyrażenia słowami, którego doznawałem tydzień temu podczas wprowadzania do tętnicy w nadgarstku, igły umożliwiającej pomiar tętna.

 

Pięć po dwudziestej. Pani anestezjolog bierze moją lewą rękę, opiera ją na cieplutkim udzie, by mieć lepszą precyzję przebicia skóry. Przejmujący ból nakłucia i próby wprowadzenia "sondy" do pomiaru tętna. Nie udało się. Czuję wilgotną stróżkę spływającą po nadgarstku i foremne udo lekarki, która ponawia czynność. Manewrując igłą pod skórą szuka odpowiedniej żyły. Ból bardziej nieznośny. Całe ciało wilgotnieje utrudniając chwyt "przeciwnikowi". Do pomocy podchodzi chirurg. Zakładają na nadgarstek opatrunek tamujący krwawienie. A potem kardiochirurg umieszcza "sondę" w odpowiednie miejsce na zgięciu łokcia. Ale dopiero po krótkim, bolesnym szperaniu pod skórą, przymocowaniu elektrody i przewodu poloplastem do ręki, udaje się trwale przesłać odpowiedni impuls do monitora. Myślę z ulgą:

- Najgorsze mam za sobą. Ale przede mną kolejne fazy zabiegu. Czy je przeżyję? Żeby tylko udało się chociaż na chwilę przebudzić.

Mam ogromne pragnienie życia, ale zarazem świadomość, że może się ono nie ziścić. Wiem, że każda operacja to, loteria.

Dusza, ciało, moje wnętrze, wrzeszczą wniebogłosy jak bardzo chcą żyć. Jestem świadom, że w tym momencie czepiać się Niebios, jak ostatniej deski ratunku, to rzecz żałosna. Wzbraniam się więc przed zwróceniem myśli ku Bogu, którego wcześniej obwiniałem za wszystko zło, które mnie spotkało.

Ostatecznie jednak, tuż przed uśpieniem, bezwiednie, nie panując nad swoim urazem do Niego, parokrotnie, błagalnym szeptem powtarzam:

Stwórco ! Daj się uprosić! Dopomóż obudzić się, a będę z przekonaniem wypełniał to, czego pozwoliłeś mi - przez lata - nauczyć się o Tobie!

 

Pani anestezjolog nakazuje głęboko oddychać i przykłada maskę do mojej twarzy. Dzieje się coś zabawnego: przy wdechu maska ugina się przylegając jakby do skóry policzków, przy wydechuunoszę ją w górę. Dopiero po chwili zaczyna się normalny proces narkozy. Wciągam w płuca dużą ilość gazu, ale powierzchnia maski nie odkształca się już tak mocno jak wcześniej. Powtarzam drugi raz... i może trzeci....

 

Wyraźnie słyszę w bezpośredniej bliskości jakieś szelesty, szepty, urywki zdań. Głównie to terminy medyczne, których nie rozumiem, ale ze sposobu ich wypowiadania, pewnej emocji i jakiegoś utyskiwania, wnioskuję, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Głosy cichną, ale nie milkną. Niepokoi mnie to, tak samo jak brak ciała. Nie odbieram żadnych wrażeń, które świadczyłyby o jego istnieniu. Zdematerializowałem się. W ogromnej neutralnej przestrzeni funkcjonuje tylko jeden zmysł. On pozwala mi słyszeć dźwięki nowego świata. Słuchem spostrzegam jego inność...

Sobota, 04.05.02

Z oczu wypływają łzy radości. Najlepszy czas na rozmowę ze swoim Opiekunem.

Jest szósta piętnaście. Zaczynam monolog.

"Stwórco mój, bądź mi tak troskliwym opiekunem, jak wczoraj. Dodaj siły, bym tryskał spokojem, grzecznością dla innych, również dla tego zgorzkniałego sześćdziesięciosześciolatka. Jego zgryźliwość wynika z faktu, że myśli, iż nikt go nie kocha. A przecież tak nie jest. Ty kochasz wszystkich. Każdej chwili mówisz do nich, głośno, dobitnie, wyraziście. Do głuchych i ślepych poprzez swoje dzieła stworzenia. Wielokrotnie powiem o tym Kazimierzowi, który w Ciebie wierzy, ale nie słyszy , nie czuje i nie widzi .

Twoje dzieła można też zauważyć i tutaj w szpitalu. Nie koniecznie słyszeć, czy widzieć. Szczególnie odczułem je, kiedy drugi raz byłeś mi znowu życzliwy, przywracając do życia. Jaki TY wielki rozum zawodowy, umiejętności, opanowanie, doświadczenie, dobroć i życzliwość dajesz wszystkim. Żal, że tylko niektórzy chcą to brać. Ale jak się trafi na ludzi, którzy skorzystali z Twoich darów - jest bosko. Pani Marta jest najlepszą Twoją wychowanką jaką poznałem.

Gratuluję Ci tej utalentowanej uczennicy. Dbaj o nią nieustannie

Modlitwę co pewien czas przerywam, by wytrzeć łzy.

Poniedziałek, 24.06.02

Zamiast odmówienia modlitwy dziękczynnej kręcę pokrętłem radioodbiornika szukając odpowiedniej do mojego nastroju muzyki. Jak na złość wszędzie techno i metal.

Z nadzieją na coś ekstra zatrzymuję się w paśmie ciszy. Upływa zaledwie mniej niż chwila, a słuchawki wypełniają dźwięki wzruszającej melodii, i modlitwy najpiękniejsze w świecie słowa:

 

Zapada zmrok, już świat ukołysany,

znów jeden dzień odfrunął nam jak ptak.

Panience swej piosenkę na dobranoc,

zaśpiewać chcę w ostatnią chwilę dnia.

 

I chociaż wnet ostatnie światła zgasną,

opieka Twa rozproszy nocy mrok,

uśpionym wsiom, ukołysanym miastom,

Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

Ludzkim snom błogosław dłonią jasną,

i oddal od nich cień codziennych trosk,

i tym, co znowu nie będą mogli zasnąć,

Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

 

A komu noc czuwaniem jest niełatwym,

na czas bezsenny siłę daj i moc,

i tym, co dzisiaj zasną raz ostatni,

Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

 

Zasypia świat piosenką kołysany,

odpłynął dzień, by

jutro wrócić znów.

Uśmiecham się do Ciebie na dobranoc,

Piastunko moich najpiękniejszych snów. (1)

 

Wszystko we mnie łka. Nie wstydzę się łez. To nie oznaka mojej słabości, lecz objaw ekstazy duchowej. Są one mi potrzebne, bo poprzez nie, jestem sobą. Łzy nie są tylko dla dziewcząt.

 

Środa, 20.10.02

Obiecałem sobie po drugiej operacji, że jeśli przeżyję to trwale zbliżę się do Boga, a każdy mój dzień będzie inny i wyjątkowy; przeżyty z uśmiechem na ustach i radością w oczach, zachwycający... - nawet jeśli mi coś będzie dolegać.

Tymczasem od Boga jestem dalej niż przed operacją, a każdy dzień zamiast radości przynosi różnorakie niepożądane dolegliwości zdrowotne; torsje, biegunki, bóle brzucha, stany zapalne jamy ustnej i ucha, opryszczki, wypryski skórne, mrowienie kończyn, pieczenie pod stopami, podwyższoną temperaturę, bóle mostka, zawroty głowy, katar, kaszel, drżenie rąk, dreszcze ciała, kurcze mięśni, hemoroidy oraz infekcje w nosie.

Jak pomyślę, że to dopiero część efektów ubocznych wywoływanych przez leki immunosupresyjne, popadam w melancholijny smutek.

 

Zła półkula podpowiada mi żebym zawarł z Bogiem nowy układ

 

[�] dla obu stron korzystny przecie

Ty dasz mi wielką przestrzeń barw światła i czasu

i głosy ptaków

i szum oceanów

i dodasz zdolność do umiłowania

o miłowania godne

a ponadto

nie będziesz wzbraniać niczego co ludzkie

a ja ci za to zapłacę po latach

prochu garsteczka

pełną garścią siebie (2)

 

Poniedziałek, 27.01.03

Narastają kłopoty zdrowotne. Najgorsze samopoczucie miewam w dni, w które biorę Encorton. Doznaję wtedy uczucia temperatury, mrowienia i totalnego roztrzęsienia.

Ostatnio do słabości i rozdygotania mięśni doszedł problem skróconego oddechu. Coraz częściej i dłużej bolą mnie obie nerki; prawa dotkliwiej mi dokucza. Od trzech dni nękają mnie biegunki, do pięciu razy na dobę.

Dziś zauważyłem zaczerwienienie skóry na nogach i obrzęk twarzy.

Wypełnia mnie lęk; przeraża każda następna chwila. Jak w takim stanie emocjonalnym dziękować z cierpienie jak radzi poeta, albo utożsamić się ze słowami innego wieszcza, że:

 

Ból to radość, co jeszcze twarzy nie odkryła,

Wesele, co dopiero staje się, dojrzewa� (3)

 

Mam świadomość, że bez autentycznej wiary nie da się zrozumieć, że

 

[�]

spośród wszystkich łask

cierpienie

jest jedną z największych

uczy właściwego patrzenia

pokazuje względność wszystkiego

co człowiek gromadzi

przez wiele lat

z wielkim trudem

kosztem niedospanych nocy

i rosnącego zdenerwowania

nawet kosztem łez

ofiarowanych innym

pozwala zrozumieć

że największą wartością

jest życie

które w jednej chwili

można utracić na zawsze

i którego nie da się przedłużyć

ani na chwilę (4)

[�]

 

Wtorek, 06.05.03

Zdaję sobie sprawę jak bardzo obciążam psychikę swoimi negatywnymi uczuciami nie mogąc powierzyć ich Bogu.



Chciałbym, aby tak jak po operacji odrodziła się we mnie ufność małego dziecka. Bym znowu uwierzył w istnienie Boga. Bym zobaczył w Nim miłość i Jemu powierzył swój los.

Niestety nie dostrzegam obecnie w przyjemnych doznaniach, a tym bardziej w tym co boli działania Boga.

Sądzę, że gdyby istniał, nie byłoby tak bardzo źle.

Coraz częściej zdarza się, że nawet miłość rodziny, kontakty z przyjaciółmi i bliskimi oraz odpowiednia literatura nie są zdolne rozjaśnić mi trudnej rzeczywistości

 

Sobota, 13.09.03

Przez dwadzieścia dni moje ciało, duch i umysł znakomicie wypoczęły. W dobrej kondycji ogólnej, odbywam ostatni spacer po uzdrowisku. We wnętrzu czuję wielką radość z - jedynych w swoim rodzaju - przeżyć, których doświadczyłem w trakcie rehabilitacji, ale jednocześnie smutno mi, bo nie umiem za doznane od KOGOŚ dobro odwzajemnić się.



 

Idę wolniutko alejką parkową, później skrajem lasu i kolejny raz przypatruję się przyrodzie.

Kopcowate wzgórza ukryły się w gęstej mgle, ale ja, mimo to, oczami wyobraźni, widzę ich kształt. Wydatną wypukłością nad horyzontem są tak bardzo ładne, jak gładkość pachnących jędrnością piersi kobiecych.

Jesienny smutek zaoranych pól też - w moim odczuciu - ma niezwykły urok.

Podobnie jak spowite mgłą kontury bardziej odległych, albo wysokich drzew.

Tylko tym roślinom, które dotykiem można pochwalić za ich istnienie przyglądam się dokładniej.

W pobliżu szpitalnego budynku na krzakach ałyczy pozostały - przybierające złocisty odcień - liście. Nie ma zaś ani jednej, żółtej bądź fioletowej "śliwki"; wszystkie opadły i leżąc na ziemi tworzą grube kolorowe dywany wokół krzewów. Obok ich barwności, kształtu i struktury, urzeka mnie intensywnie śliwkowy zapach. Z dbałością o każdy szczegół utrwalam w swojej pamięci i ten obraz..

 

I znowu narasta poczucie wyjątkowości otrzymywanych po przeszczepie darów. Mam wrażenie jakby KTOŚ nieznany był przy mnie, a ja, jego zmysłami odczuwam wszystko dookoła. Chcę dziękować wdzięczny za doznawane niezwykłości, lecz nie wiem KOMU. Bywają przecież w życiu takie sytuacje,

 

[�]

 

jest taka wdzięczność kiedy chcesz całować

 

oczy włosy niewidzialne ręce

 

powietrze deszcz co chlapie

 

zimę saneczki dziecięce

 

dom rodzinny co spłonął z portretem bez ucha

 

rozstania niby przypadkowe

 

kiedy żyć nie wypada a umrzeć nie wolno

jest taka wdzięczność kiedy chcesz dziękować

za to że niosą ciebie nieznane ramiona [�] (5)

 

Piątek, 20,02.04

Budzę się radosny po wielu mrocznych dniach.

Jeszcze w ubiegłym roku, w tomikach poezji znalazłem przepiękny wiersz Jana Lechonia. Nauczyłem się go na pamięć i od wielu miesięcy rozpoczynam nim dzień wykorzystując słowa poety do myślowego, a często głośnego kontaktu z Naturą.

Dziś wyjątkowo inaczej, wprost ekstatycznie wyrażam mój zachwyt życiem "modląc się":

 

Za oknami świt czerwony,

Jeszcze sennych szelest drzew,

Słońce wraca z drugiej strony,

Ptak zbudzony zaczął śpiew.

 

Ach! Dzień dobry wam kasztany,

Wodo pełna srebrnych lśnień!

Jeszcze jeden darowany

Cudownego życia dzień!(6)

 

Sobota, 21.02.04

Dziś wpadł mi w ręce inny wiersz Jana Lechonia. Czytam go wielokrotnie, Za każdym razem jakby gorliwiej prosząc;

 

Święty Antoni

 

Ty masz wysoko oczy

Tam, gdzie śpiewa skowronek,

Więc widzisz, gdzie się toczy

Zagubiony pierścionek.

 

A że trzymasz na reku

Maleńkiego Chrystusa,

Dojrzysz kto kona w leku

I skąd czyha pokusa.

 

Twój brunatny samodział

Widzę: idziesz po niebie.

Popatrz, gdziem się zapodział,

Bom zgubił sam siebie.

 

Niech się święci chwała Twoja,

Niech się znajdzie zguba moja!

Amen!(7)

 

Środa, 24.03.04

Systematycznie zauważam i nabieram przeświadczenia o słuszności tezy, że

 

Cierpienie

może otworzyć człowieka

tak jak szczęście

najczęściej go zamyka

 

człowiek obdarzony cierpieniem

idzie do Boga

i ludzi

z nadzieją

 

dopiero wtedy

zaczyna wszystko widzieć

inaczej

zaczyna rozumieć wartość chwili

która mija

i zaczyna

cieszyć się z niczego[�] (8)

 

Czwartek, 01.04.04

W siedemnastym miesiącu po przeszczepie serca uświadomiłem sobie, że mimo przeczytania paru książek mówiących o wielorakich wymiarach naszej egzystencji - wewnętrznie jestem nadal ubogi. Wtedy przypadkowo wpadł mi w ręce "elementarz"księdza Jana Twardowskiego. Zamarzyłem by zawarte w książce - pełne ciepła i humoru - spojrzenie autora na cykl życia, stało się również wyrazem moich własnych przeżyć. Dla urzeczywistnienia tego pragnienia postanowiłem między innymi skorzystać z mądrości ludzi, którzy w słowach właściwie dobranych, umieją odwzorcować w sposób przejmujący jakąś treść zwartą, a nie obojętną. Przez ponad dwa lata, z różnych bibliotek, wypożyczałem sterty książek zawierających poezję. Korzystałem też z domowych biblioteczek moich przyjaciół oraz z Internetu. Kilka wierszy przekazali mi również ludzie, którzy kochają poezję.



 

Zacząłem od ks. Jana Twardowskiego. Po nim przyszła kolej na noblistów, następnie autorów znanych mi z lat szkolnych, później na powszechnie cenionych poetów, a następnie zająłem się lekturą poezji autorów dotychczas nieznanych mi, w tym współczesnych. Śladowo, musnąłem też twórczości paru literatów zagranicznych.

 

W poezji szukałem treści wzbogacających mnie duchowo. W utworach lirycznych różnych autorów starałem się odnaleźć to, co jest mi emocjonalnie bliskie. Na początku dokładnie czytałem każdą książkę, każdy tomik, w każdym wierszu jakby odkrywając problemy i przeżycia innych ludzi, sprawy często trudne do nazwania. Z refleksyjną zadumą przyglądałem się, utrwalonym w literaturze, różnym obliczom samotności, lęku, smutku, buntu, nadziei i miłości. Ulegałem też stosownym do chwili - nastrojom - niekiedy nadmiernemu przygnębieniu źle wpływającemu na moją aktywność życiową. Odrzuciłem więc pośpiesznie poezję cierpką, której strofy są raczej powodem do troski i smutku, rozpaczy i zwątpienia, bowiem po przeszczepie chodzi mi przede wszystkim o nabycie pozytywnego patrzenia na świat oraz o wzbogacenie swojej osobowości w umiejętność spontanicznego okazywania pozytywnych uczuć, w tym radości.

 

Dążąc do realizacji tego celu, w bibliotekach wyszukiwałem już tylko poezje miłą i piękną, ukazującą w wierszach portretowe istnienia, których losy i światy są radosne i przykładne. Takie wiersze, które dodają otuchy i podpowiadają jak radzić sobie w trudnych momentach życia; jak bez trwogi i z nadzieją w sercu zmagać się z mozołem istnienia. Wreszcie podkreślające czym powinno i mogłoby być męstwo bycia. I na koniec, odnoszące się do czasu przemijania, ale w ujęciu pogodnego wewnętrznego spokoju i pojednania się ze wszystkimi.

 

Wkrótce zachwyciłem się obrazowością, skrótem myślowym i niebanalnością określeń. Urzekła mnie wieloznaczność słów. Szybko dostrzegłem, że poeci uczucia umieją przekazywać w sposób piękny i sugestywny. Z wielką przyjemnością czytałem coraz więcej wierszy, a zwłaszcza taką bezpośrednia lirykę opisową i apelu bliską moim uczuciom i przeżyciom. Poznawałem utwory, które utrwalają różne oblicza radości, wiary i szczęścia.

Zafascynowany fabułą wytrwale poszukiwałem w niej myśli, które uczą nadziei i mogą dać siłę by, jeśli zajdzie taka konieczność, umieć postawić tamę poczuciu bezradności wobec setek problemów.

Przypomniałem sobie też przy okazji, że; miłość jest elementem codzienności i składają się na nią dziesiątki drobnych wydarzeń oraz sytuacji, w których widzimy ukochaną osobę; miłość jest cudem, który nie zdarza się każdemu; miłość jest darem, który otrzymujemy bez żadnych zasług z naszej strony, jeśli go dostaniemy, możemy się czuć prawdziwymi wybrańcami. Większość liryków miłosnych przeczytałem, ot tak, dla przypomnienia sposobu wyznawania uczuć i zachwycenia się niepowtarzalnością ich sformułowań. Szczególną uwagę zwróciłem natomiast na zupełnie inny rodzaj miłości: na miłość, która jest postawą wobec każdego człowieka, drogowskazem pokazującym właściwą drogę. Uznając miłość za najważniejsze uczucie, za sprawę najtrudniejszą do przeżywania i do nazywania, starałem się posiąść wiedzę, jak nauczyć się widzieć ją i odczuć przenikliwiej, głębiej, jak dotrzeć z nią do ludzi.

Po prostu jak postępować, by przeżyć tak swoje życie, że kiedy przyjdzie czas umierać nie będę tak bardzo rozpaczał..

 

Wertując kolejne antologie i oddzielne tomiki poezji, co jakiś czas natrafiałem też na pojedyncze wiersze opisujące znane mi przestrzenie, krainy i doznania; takie, jak gdyby strofy dla mnie, z którymi wiązałem się emocjonalnie. Podzielałem poglądy autorów wyrażane w kolejnych zwrotkach, a jeśli trafiłem na utwór ukazujący jakby mój własny obraz świata i ludzi, ulegałem fascynacji. Przepisywałem wiersz, wielokrotnie go czytałem, a niekiedy - oczarowany nim - nauczyłem się go na pamięć. Potem szukałem następnego, później kolejnego, i tak rosła liczba moich ulubionych bardzo ładnych liryków.

Wiersze, w których znalazłem cząstkę siebie, które rozbudziły moją wyobraźnię i są jakby tkwiącym we mnie obrazem przyrody, i moich przeżyć oraz marzeń, utworzyły cudowny zbiór. Zdaje mi się, że stworzyłem lekturę, która głosi radość i pochwałę życia, pomnaża szacunek dla człowieka i budzi podziw dla piękna odbieranego wszystkimi zmysłami.

Utwory kilkunastu autorów, zgromadzone w mojej mini antologii, dotykają w sposób spontaniczny najważniejszych dla mnie zagadnień składających się na barwy życia: radości, zdrowia, cierpienia, szczęścia, wiary, nadziei, miłości i przemijania Niektóre utwory poetyckie umieszczone w tym prywatnym tomiku, są dla mnie jak psalmy albo pacierze, odnoszące się do Największej Wartości, za pomocą których mogę się modlić o wewnętrzny spokój i dziękować Opatrzności za darowane życie.

 

Wierzę, że wybrane wersety staną się też moim skutecznym orężem w walce z przeciwnościami życiowymi; ogniem rozjaśniającym mroczne strony życia. Pomogą mi przetrwać tragiczne wydarzenia, wyeliminować z mego otoczenia gorycz, zwątpienie i lęk. Natchną optymizmem i radością, że wiem jak żyć, że kocham i jestem kochany. Wreszcie wyzwolą, coś bez czego człowiek nie potrafiłby żyć - nadzieję. Nadzieję, że zawsze może być lepiej, i że każde cierpienie ma sens.

 

Poniedziałek, 05.04.04

W ŚCCHS w Zabrzu to, czego się bałem, przed czym za wszelką cenę chciałem uciec, zbliżało mnie do Boga. Teraz żyję tym co doczesne. Ale chciałbym na nowo posiąść wiarę starca, który ostatnią nadzieję tylko w Bogu pokłada.

Z kilku powodów pragnę odzyskać świadomość istnienia Boga.

 

Po pierwsze, przed refiksacją obiecałem Stwórcy, że jeśli jeszcze raz przywróci mnie do świata żywych, to - bez dociekania sensu - zacznę wierzyć we wszystko co przez lata przeczytałem o Nim. Nie mogę nie dotrzymać tej obietnicy, tym bardziej, że moja osobowość nakazuje mi poważnie traktować osobiste zobowiązania.

 

Po drugie, dobrze by było, gdybym na mocnych fundamentach mógł budować moją przyszłość, opierając swoje nadzieje nie tylko na zdrowiu i życiu, bo one są bardzo niepewne; nie na swojej doskonałości i rozsądku lecz na Bożym Miłosierdziu; na świadomości, że Bóg dał mi życie i da zdrowie, ale może je też w każdej chwili zabrać.

 

Po trzecie, w latach dziewięćdziesiątych z entuzjazmem studiowałem księgi Starego i Nowego Testamentu, Katechizm Kościoła Katolickiego oraz dogmatykę. Ukończyłem też cztery kursy biblijne różnych kościołów chrześcijańskich oraz kościoła rzymsko-katolickiego. Na podstawie zdobytej wiedzy wiem jak dużo tracę będąc ateistą.

Gdybym posiadł wiarę, wtedy cierpienie nie byłoby mi nieszczęściem, a nowym - za każdym razem innym - pouczającym zjawiskiem. Potrafiłbym uwierzyć, że - podobnie jak w Ewangeliach - i moje cierpienie jest świadectwem miłości. Zaś zrodzone z ducha, jest skarbem.

Mógłbym znosić ból w czyjejś intencji, wierząc, że tak jak modlitwa ma on wymiar zbawczy.

Wypływająca z wiary cnota nadprzyrodzonej nadziei pozwala zaufać Bogu, w Nim szukać sensu naszego cierpienia i niepowodzenia.

W czasie próby, w chorobie, w nieszczęściu, kiedy jesteśmy bezsilni, wiara daje pewność, że jest nad nami Bóg, który wie i widzi lepiej.

Istotny walor wiary to również fakt, że jest ona źródłem spojrzenia na wszystko od strony dobra.

Człowiek wierzący zawsze jest radosny. Jego radość wypływa z przekonania, że życie ma sens.

 

Wreszcie po czwarte, wiara jest mi konieczna do rozwinięcia w sobie duchowych wartości wyższego rzędu. Nie do zbawienia, bo kościół głosi, że i ateista może być zbawiony, gdy dąży do zdobycia prawdy.

 

Poniedziałek 19.04.2004

Minęło kilka miesięcy od zapisania pierwszego marzenia, które chciałbym aby się spełniło przed śmiercią. Przez ten czas, i nadal, uczę się marzyć. Zapisywane cele traktuję jednak bardziej jako rodzaj fantazjowania niż zadania do wykonania w określonym czasie. Lubię bardzo, wciąż od nowa, afirmować swoje marzenia.

Dziś przed snem, podobnie jak dość często wieczorem, siadam przed komputerem i




 

Płonne utopijne marzenia przeplatając zadumą nad światem,

hen wysoko szybuję w podniebnych przestworzach;

pewien, iż nareszcie ogarniam całą przestrzeń życia;

[-]

Ale wnet się ocknąłem, jak ptak przestraszony,

widząc własny cień, którym ma wyniosłość

światła ziemi poskąpiła'.(9)

Zauważam, że niektóre cele już osiągnąłem, a inne nie są już dla mnie atrakcyjne.

Największą wagę zaczynam przywiązywać obecnie do zabiegów mających na celu rozwój we mnie wiary i sferze duchowej mej osobowości.

Sama poezja już mi nie wystarcza.

W wielu wypadkach wiersze są balsamem dla duszy, ale największe oczekiwania wiążę z wiarą.

Znam warunki wiary. Mam rozum, jest we mnie wola, ale trzeci warunek - łaska - niestety nie nadchodzi.

Czekam na zesłanie daru łaski wiary, na taki stan duszy, w którym mógłbym uwierzyć tak głęboko i bez cienia wątpliwości, jak uwierzyłem będąc dzieckiem.

Tymczasem miło zaskakuje mnie fakt, że nie powiedziałem jeszcze Bogu - TAK, a jestem świadkiem niezwykłych rzeczy, jakie zaczynają się dziać w moim życiu.

Czyżby była to zaliczka, udzielana mi przez Stwórcę, a konto przyszłego z Nim związku?

 

Czwartek, 20.05.04

Wczoraj, w kaplicy św. Józefa na Halach, uczestniczyłem w spotkaniu Jasnogórskiej Wspólnoty w Duchu Świętym "KANA". Poszedłem na to spotkanie, bo oczekiwałem przeżycia takich doznań, które staną się impulsem do odrodzenia się we mnie wiary w Boga, które sprawią, że w swoim duchowym spojrzeniu na życie zacznę uwzględniać też aspekt religijny.

Od pierwszych chwil pilnie obserwowałem zachowania licznie przybyłych do świątyni osób. Starałem się doszukać w gestach, uśmiechach, w wygłaszanych naukach i intencjach, w modlitwach i śpiewach, w ceremonii mszy świętej czegoś wyjątkowego, co ubogaciło by mnie duchowo, wciągnęło w przeżywanie spotkania. Miło się zaczęło, bo uściskiem wielu rąk i zwrotem"Dobrze, że jesteś". Obiecująco brzmiała też treść pierwszej pieśni rozpoczynającej się :

Przyjdź Duchu Święty, Przyjdź Duchu Święty,

Przyjdź nasze życie,

Przyjdź i odnów obraz Boga w nas [...]

Przecież to słowa jakby wyrwane z moich przemyśleń poszukujących Nadzwyczajnej Wartości. Przemawiały też do mnie prośby o uzdrowienia, moc dla serc oraz usunięcie zamętu duchowego z nas. Wkrótce jednak, przemienne, stanie z uniesionymi w górę rękami - podczas pieśni wzywających Ducha Świętego do przyjścia oraz próśb kierowanych do niego :

Tyś namaszczeniem naszych dusz

- zdrój żywy, miłość, ognia żar.

W serca nam miłość wlej.

Bądź nam uzdrowieniem,

moc sercom daj.

Bądź nam tchnieniem,

światłem, promieniem

i klęczenie - podczas głoszenia nauk wskazujących na uzdrawiającą moc Ducha Świętego; zaczęło mnie męczyć.

Czując ból w mięśniach łydek i drżenie uniesionych rąk z niecierpliwością oczekiwałem na zmianę rytualnych czynności odbywających się w świątyni.

- Wyznaczyłem sobie limit uczestnictwa w dziesięciu takich spotkaniach, a tymczasem chyba na tym zakończę - myślałem po trzydziestu minutach. W tej chwili bowiem zrozumiałem, zarówno tych, którzy chcą spełniać własne marzenia, jak i innych , którzy wolą pozostać w świecie marzeń lękając się utraty złudzeń.

Dla mnie też lepiej by było, gdybym pozostał w świecie swoich marzeń. Wyobrażałem sobie takie spotkanie inaczej.

Gdyby nie to, że ani razu nie klęknąłem w wąskim przesmyku między rzędami krzeseł i mało stałem, bo po kilku minutach usiadłem wygodnie, pewno nie dotrzymałbym do mszy świętej.

Odprawiający ją duchowny nawiązywał z wiernymi, co jakiś czas, dialog. Spodobał mi się jego swobodny, partnerski kontakt z zebranymi. Jeszcze bardziej uradowałem się z faktu, że wypowiadając się na temat wiary i Jezusa prezentował poglądy, które pokrywały się z moim sposobem myślenia i odczuciami. Zdecydowanie poprawiło mi to nastrój.

Na zakończenie spotkała mnie bardzo miła niespodzianka - dostałem, od młodej sympatycznej kobiety siedzącej obok, ogromny bukiet fioletowych bzów. Potraktowałem go jako dar Ducha Świętego.

Tak jak wcześniej - ciepłym dotykiem w bolące miejsce - Duch Święty przynosił ulgę niektórym chorym medytującym w kościele i dawał znak swej obecności, tak teraz i w moje serce tchnął duży ładunek przyjemnego ciepła. Ruszyłem z nim, prawie biegiem, do samochodu. Dopiero gdy brakło mi tchu - zwolniłem.

 

Dziś od rana wpatruję się w stojące w wazonie, na stole w pokoju gościnnym, kwiaty. Wiem, że fiolet dobrze wpływa na umysł dając mu wytchnienie, łagodzi stres, uspokaja rozchwiane emocje. Korzyści przynoszą wibracje energii wydzielane przez ten uzdrawiający kolor. Mogą one wywołać pożądane korzystne zmiany w zdrowiu. Ale także piękny zapach bzu poprzez swoje właściwości relaksujące jest elementem kuracji ciała i ducha.

W majestatycznym fiolecie bzowego bukietu doszukuje się informacji jaką przekazała mi tym darem OPATRZNOŚĆ. Kolor fioletowy jest połączeniem miłości i mądrości, ciała i ducha. Ośrodek energii tego właśnie koloru ma duży wpływ na nasz stan fizyczny, emocjonalny i duchowy. Może po to, ten bukiet by wyzwolić we mnie potrzebę dbałości z równą siłą o wszystkie te dziedziny życia , a zwłaszcza duchową? Może po to, bym uczucia do Boga przestał szukać w rozumie a odnalazł go w swoim sercu? Może po to, by nauczyć mnie modlitwy i medytacji? A może po to, abym nie zakończył swej odnowy duchowej po pierwszym spotkaniu ze wspólnotą?

W czwartej dekadzie życia moja energia duchowa uległa stłumieniu. Ubyło jej elementów wiary. Przestałem liczyć na wsparcie Boga i oddawać Mu hołd. Obecnie do trwałego zapanowania nad swoim organizmem brakuje mi właśnie rozwoju sfery duchowej ubogaconej o autentyczną wiarę.

Moc fioletu ma pewno ukazać mi magiczne miejsca niedostępne rozumowi i wskazać drogę do zupełnie nowego świata, obszaru pozytywnego potencjału i rozwoju.

Kolor kwiatów bzowego bukietu, fiolet, jest symbolem celu, modlitwy i medytacji. Jest też traktowany jako łącznik pomiędzy nowym, a starym światem.

 

Niedziela, 05.09.04

Ciesząc się z kolejnego spełnianego marzenia, obecności w częstochowskiej świątyni na Ostatnim Groszu przypominam sobie fragment smutnego wiersza, bardzo pasującego na aktualną chwilę

 

w mrocznym kościele palą się świece

więdną w wazonie kwiaty

skąd się tu wziąłem święty Antoni

bezsilny świadek niedoli świata

i własnej

 

nie znajdę nigdy

naiwnej wiary

sprzed wielu lat

nie znajdę nigdy święty Antoni

zgubionych kluczy do mego raju

o zatrzaśniętych na głucho drzwiach (10)

 

Też ogarnia mnie zwątpienie.

 

Piątek, 24.09.04

Dziś w bibliotece przeglądając stare numery tygodnika "Niedziela" natknąłem się na ogłoszenie o naborze kandydatów na pierwszy rok Studium Duchowości Chrześcijańskiej. Nauka rozpoczyna się w październiku, a wykłady odbywać się będą w Instytucie Teologicznym przy Wyższym Seminarium Duchownym w Częstochowie.

Wiadomość spadła mi chyba z NIEBA. To dla mnie informacja bardzo ważna, bo tematyka wykładów obejmuje zagadnienia, którymi od ponad dwóch lat chcę wypełnić swoje serce; coś czego od dawna poszukuję.

Ogólny zarys teologii duchowości, rozwój życia duchowego, rozeznanie duchowe, zagrożenie życia duchowego - dla mnie poszukującego dróg życia duchowego, to coś wyjątkowo przydatnego.

Przez lata interesowały mnie rozmaite religie, ich dogmaty, doktryny i głoszone przez nie poglądy, lecz żadna nie zaspokoiła mojego głodu duchowego.

 

Tak bardzo pragnąłbym być słuchaczem tego Studium, ale jest tyle przeszkód

KOGO mam prosić o pomoc?

Tylko Ty, MÓJ PATRONIE, jesteś mi najbliższy.

Ale jak Cię prosić o wsparcie skoro nic o Tobie nie wiem.

Czy wiersz Jana Lechonia Tobie poświecony - powtarzany przeze mnie jak modlitwa - wystarczy?

 

Niedziela, 30.01.05

Od czterech miesięcy jestem słuchaczem Studium Duchowości Chrześcijańskiej. Nawet tu w Musznej mam kontakt telefoniczny z księdzem Bernardem - opiekunem roku. Podczas spacerów alejkami rozległego parku okalającego bajkowy zamek dużo medytuję. Odczuwam stopniowy proces oczyszczania; wychowywania własnych uczuć i porządkowania popędów natury.

 

Dziś w godzinę po śniadaniu udaję się w samotności do miejscowego kościoła.

 

Wnętrze przestronnej świątyni

Siadam centralnie

Msza za dwa kwadranse

Ojcze nasz- I zdrowaś -

Maria z kolorowych szybek stworzona

Od frontu w oczy mi patrzy

Skromna jak za życia

Bezsenną nocą zmęczone

Szamocze się serce

 

Z prawej

Przy ścianie

Drewniany

Ogromniasty laur cierniowy

Do krwi

Skroń Chrystusowi rani

Litość szczera piersi rozdziera

Bezsenną nocą zmęczone

kołacze się serce.

 

Mroźno na polu i biało

Sześcioramienne gwiazdki niebo bezszelestnie sypie

W śniegowych czapkach drzewa

Ziemia nieskalanym płaszczem puchowym przykryta

Z lewej pod świerkami w kościele

W tle malowanych krajobrazów Judei

W szopie z odpadów tartacznych skleconej

Jak dziś bezdomni

Dziecię owinięte w pieluszki tylko

Dreszcz zimna organizm przenika

Bezsenną nocą zmęczone

Mocuje się serce.

 

Z wieżyczki

Ton molowy dzwonu

Głosem przytłumionym Mosznian sprasza

Niepretensjonalne wnętrze

Szarość przyzywanych wypełnia

Młodzieniec szramą na ustach przyozdobiony

Ogniem zapałki uruchamia świece cztery

I jeszcze dwie

W mroku zaplecza niebawem znika

Bezsenną nocą zmęczone

Szarpie się serce.

 

Głośny sygnaturki dźwięk

Nabożeństwa wyznacza początek

Wszyscy wstają

Przy muzyki organowej akompaniamencie

Od zakrystii

Środkiem kościoła orszak sunie

W zielonym ornacie

Z wąsikiem czarnym

Ksiądz na ostatku

Zza ołtarza wita obecnych

Zezuje oczami

Unoszone mu ręce drżą

Homilii nie głosi

Dziwny jakiś

Bezsenną nocą zmęczone

Łomocze serce

Czuję całym sobą

Smutne spojrzenie Matki konającego Syna

Bolesną mękę ciężko poranionego Bogo-Człowieka

Niebezpieczne wychłodzenie niemowlęcego ciałka

Odmienność urody i sprawności fizycznej kapłana

Skazę na wardze ministranta

Swoją niedoskonałość rozumu i morfologii

Bezsenną nocą zmęczone

Jak ryba w sieci rzuca się serce.

 

W obu półkulach mózgu

Ryk piorunów

Zygzaki błyskawic

Nijakie zebranych pozdrowienie pokoju

Zasmucony spoglądam na umierającego Mesjasza

W zatrwożone niebieskie oczy Jego Matki

Marznącego w stajence Jezuska mi szkoda

Młodzieńca w białej komży i księdza miniaturowego żal

Strapienie i skrucha nie udawana

Sumienie rozsadza

Bezsenną nocą zmęczone

Telepie się serce.

 

 

Jedna gaśnie świeca

Robię coś niezamierzonego

Staję przed ołtarzem po krążek opłatka

- Ciało Chrystusa -

Zatrzymuję na moment rozbiegane oczy

Niskiego z wąsikiem księdza

- Amen

Hostia do podniebienia przylgnęła

W klatce po lewej

Cisza

Ukojenie

Błogostan

 

Wracam do ławy

Upojną radość i ciepło szczęścia

Niebiesko różowa

Śle do mnie Panienka

Medytuję

Zapachniało zewsząd pocieszeniem

Wielgachny z krzyża Zbawiciel

Wtłacza we mnie

Ufność

Spokój

Pokorę

Nadaje optymizm

Temu

Co go

Nie miało

Bezsenną nocą wywołane

Ustąpiło zmęczenie

Serce

Ekstazą się wypełniło

 

Miłość

z nadzieją

i wiara

W ogrodzie mej duszy

Cnoty te trzy

rozkwitły

 

Poniedziałek, 31.01.05

Dzięki Ci Panie, żeś mnie upokorzył, by następnie wskazać sens życia i tchnąć we mnie wartości, które w życiu każdego człowieka są nieodzowne.

 

Cytaty pochodzą z następujących źródeł:

1. Zapada zmrok - pieśń ze śpiewnika 'Radujmy się bracia' ze śpiewnika w opracowaniu ks. Stanisława Bujanowskiego

2. Umowa z Bogiem - Tadeusz Śliniak

3. O słodyczy cierpienia - Leopold Staff

4. Oddech za ścianą - ks. W. Buryła

5. Wdzięczność - ks. Jan Twardowski

6. Preludium - Jan Lechoń

7. Święty Antoni - Jan Lechoń

8. Rozmowa z Anną - Ks. W. Buryła

9. Płonne utopijne marzenia - Ks. Manfred Słaboń

10. Święty Antoni - Zofia Dormanowska

 

Antoni Leśniczek