BARWY ŻYCIA "SKŁADAKA"

 

ANTONI LEŚNICZEK

 

BARWY ŻYCIA "SKŁADAKA"

 

 

Nie ma książki tak złej, która by nie zawierała czegoś dobrego.

Pliniusz Starszy

 

 

WYJAŚNIENIE I USPRAWIEDLIWIENIE

 

 

Na wstępie, wszystkich, którzy poczują się zagniewani bądź obrażeni faktem, że znaleźli się w prezentowanym pamiętniku, serdecznie przepraszam.

Proszę również o wyrozumiałość te osoby, którym zbyt mało miejsca poświęciłem, albo wręcz pominąłem je, pisząc o zajściach z ich czynnym udziałem.

Choroba i rekonwalescencja, to przede wszystkim ból i cierpienie, to doznania fizyczne i przeżycia wewnętrzne.

Wszystko, co mnie w tym okresie spotykało, wywoływało różne odczucia psychiczne: od radości do smutku, od dumy po wstyd.

Nazywanie niektórych doznań nastręczało mi dużo trudności. Bywało często, że nie potrafiłem określić swojego nastroju, nazwać swoich uczuć. Zdarzało się to najczęściej wtedy, gdy przeżywałem coś po raz pierwszy. W takich wypadkach, zamiast silić się na szukanie metaforycznych sposobów wyrażania uczuć, drobiazgowo opisywałem zaistniałą sytuację. W ten sposób malowałem obraz towarzyszących mi przeżyć.

Czasem dużo miejsca poświęcałem może sprawom zbyt błahym, lecz w tym momencie były one dla mnie bardzo ważne.

Niektóre zapiski powstawały w okresach zaburzeń umysłowych, ale przecież i ten fakt wyraża tamtą rzeczywistość.

Przez trzy lata wahałem się, czy stertę zapisanych kartek wyrzucić do kosza, czy też uporządkować notatki i podzielić się swoimi przeżyciami, chociażby z najbliższymi.

Brak zdecydowania wynikał z obawy przed wyśmianiem. Zresztą niektórych zapisków bardzo się wstydziłem i zamiast, według chronologii, wprowadzać je w pamięć komputera, stale przekładałem na spód grubej teczki.

Wstydziłem się zwłaszcza wszechogarniającej mnie tęsknoty oraz słów uwielbienia i wyrazów bezgranicznej sympatii kierowanych do ludzi, niekiedy, mało mi znanych.

Z upływem czasu, słysząc dość dużo, o wulgarnych zachowaniach przeszczepieńców w okresie leczenia szpitalnego, nabierałem wewnętrznej pewności, że infantylność marzeń i uczuć, jakie zawierają notatki wzbudzające we mnie olbrzymie zażenowanie, nie jest wcale ujmą.

Przecież przepełnia je szczera miłość do ludzi i ufność, że jeśli tylko zechcą - potrafią więcej uczynić dla bliźniego, niżby można się spodziewać.

A przede wszystkim, snucie dobrotliwych oraz szczęśliwych i kochających myśli - to moja tożsamość.

Okazując innym miłość, dawałem odczuć, że potrzebuję nie tylko leków, ale także zrozumienia, cierpliwości i wrażliwości drugiej osoby, bowiem niezdrowy człowiek cierpi cały, a nie tylko jego chora część.

O ile ból jest doznaniem czysto biologicznym, o tyle cierpienie ma charakter psychiczny i egzystencjalny. Jedno i drugie występują razem.

Najbliżsi, znający moje potrzeby i słabości, byli przy mnie w najtrudniejszych chwilach. I chociaż od strony medycznej niewiele mogli pomóc, to przez wytrwałość spełniali chwalebną posługę miłości.

Miłość była mi lekiem na samotność, była mi nieodzowna, tym bardziej, że nie umiałem odnaleźć, nawet w ukrzyżowanym Chrystusie, sensu cierpienia i ofiarować go w jakiejś intencji. Nie było we mnie wiary. Nie było też nadziei.

 

ŻYCIE Z CHORYM I NIEWYDOLNYM SERCEM

 

Wprowadzenie

 

Od dzieciństwa lubiłem zajęcia i zabawy wymagające pewnego wysiłku fizycznego. W zależności od wieku i mojej dojrzałości, były to najpierw biegi po murawie drogi przebiegające przy wiejskich zagrodach oraz po pastwiskach i zalesionych pagórkach lub też nieużytkach rolnych; potem mecze piłki nożnej, lekkoatletyka, kolarstwo, boks, a przed trzydziestką turystyka piesza zarówno nizinna jak i górska. To ostatnie moje hobby przerodziło się w życiową pasję. Każdą wolną chwilę spędzałem obcując z przyrodą. Ponieważ byłem silny i oprócz częstych angin, nic mi nie dolegało zwiedzałem więc piechotą i samochodem najurokliwsze zakątki w Polsce, a rowerem byłem nawet w Czechosłowacji. Zimą również bywałem aktywny. Lubiłem na nartach, biegowo zjazdowych, pokonywać górskie szlaki Beskidu Żywieckiego.

W miarę upływu czasu przejście kolejnych kilometrów znakowanych szlaków, przede wszystkim w górach, wymagało ode mnie sporego wysiłku. Trawersując zbocza, podchodząc na szczyty, szybko się męczyłem; następowało przyśpieszenie oddechu i bicia serca oraz obfite pocenie.

Kiedy zaczęło mnie również pobolewać w okolicach serca, zgłosiłem się do lekarza. Był to dwudziesty ósmy marca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego piątego roku . Zostałem skierowany do Poradni Kardiologicznej w Katowicach. Wynik badań był następujący;

RR 130/110,

EKG blok lewej odnogi pęczka Hisa,

Polikardiografia: LVC T 39, PC P 165,

wskaźnik kurczliwości 0 42.

Otrzymałem leki i miałem zgłosić się do kontroli za dwa miesiące. Zlekceważyłem zalecenie. Nie brałem leków i nie zgłosiłem się do kontroli nie było czasu na chorobę. W zakładzie pracy źle widziana była osoba korzystająca ze zwolnień lekarskich.

Wykazałem się bezmyślnością nie zdając sobie sprawy z zagrożenia. Do kardiologa udałem się powtórnie dopiero po czterech latach i od tej pory pozostałem pod stałą kontrolą lekarzy tej specjalizacji.

 

Po latach uświadomiłem sobie, że pogorszenie wydolności fizycznej, to w znacznej części, efekt nękających mnie chorób gardła. Bardzo często bowiem, od wczesnego okresu życia, prześladowały mnie anginy. Źle leczone, albo niekiedy wcale, przerodziły się w przewlekłe zapalenie migdałów i chroniczną chrypkę. Nie przywiązywałem większej wagi do tego i do okresowych pobolewań gardła objawiających się - nierzadko - ropnymi punkcikami na migdałach, gdyż z biegiem czasu do dolegliwości takich przywykłem.

 

Poniedziałek dwudziesty Ósmy maj tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty rok.

 

Dwudziestego pierwszego maja, w wieku czterdziestu dwu lat, z podejrzeniem choroby wieńcowej, zostałem przyjęty do szpitala Śląskiej Akademii Medycznej im. Waryńskiego druga Katedra i Klinika Kardiologii w Zabrzu przy ulicy Marii Kurie Skłodowskiej 10, celem precyzyjnego rozpoznania schorzenia.

W ubiegłym tygodniu przeprowadzono wszystkie badania nieinwazyjne. Na dziś została wyznaczona biopsja mięśnia sercowego i koronarografia

Po śniadaniu, którego nie tknąłem, napięcie psychiczne osiągnęło punkt kulminacyjny. Boję się niesamowicie bólu. Obawiam się też powikłań, które mogą wystąpić w trakcie zabiegów. Siedzę na łóżku oparty o ścianę myśląc o najgorszym. Mimo strachu, podpisem na odpowiednim druku, wyrażam zgodę na zabieg biopsji i koronarografii. Wiedziałem przecież od piątku, a nawet wcześniej, o tym jakie badania jeszcze przede mną. Nie czas teraz na wahania i zastanawianie się nad decyzją. Mimo wszystko mam wrażenie jakbym podpisał wyrok śmierci na siebie w jakimś procencie. Albowiem nie ma stu procentowej gwarancji, że zbiegi te absolutnie nie zagrażają życiu.

Jest to penetracja serca. Pęknięcie, przebicie żyły, odłamanie końcówki wprowadzanego przewodu, błąd lekarza, wada serca to tylko niektóre elementy mogące nieść skutek śmiertelny dla mnie.

 

W sali zabiegowej krzątają się trzy kobiety w różnym wieku przyodziane w białe fartuchy. Najstarsza rzuca niedbale:

 

Proszę się rozebrać i tu - wskazuje miejsce - położyć odzież.

Zdejmuję piżamę. Wprzód górę. Z wahaniem dół. Jestem nagi. Nikt na mnie nie zwraca uwagi. Mija trema. Zawsze na myśl o momencie nagości na sali operacyjnej ogarniała mnie panika. Teraz wstyd i napięcie tylko w pierwszej chwili sparaliżowały mnie. Następnie przeminęły.

Czyżby zaczął działać zastrzyk nazywany Głupim Jasiem?

Zgodnie z poleceniem kładę się w lodowato zimną rynienkę stołu wyścieloną białym prześcieradłem. Nade mną teleskopowo wysuwany przyrząd w kształcie olbrzymiego teleobiektywu. To zapewne rentgenowska kamera do oglądania serca. Za głową dwa monitory. W pomieszczeniu wiele jeszcze aparatury, medykamentów i bandaży. Szczegółowo widzę jedynie sufit, a w nim świecące, przytłumionym światłem, jarzeniówki. Jak świetlówki uspokajająco działają na mnie, tak szeroko otwarte okna sali zabiegowej, ziejące chłodem, wręcz odwrotnie.

Rozpoczyna się przygotowanie do zabiegu. Pielęgniarka nakrywa mnie prześcieradłem. Zapina pasami biegnącymi od lewej nogi do prawego barku i prawej nogi do lewego barku; krzyżują się one na brzuchu. Inna pielęgniarka rozkłada mi na klatce piersiowej elektrody biegnące od aparatu służącego do wykonywania badań serca. Następnie na prześcieradło kładzie zielone sterylne pieluchy Jest mi cieplej. Pierwsza pielęgniarka odsłania na prawej nodze miejsce, w którym ma być dokonane cięcie. Smaruje przygotowane pole spirytusem i jodyną. Trochę cieczy spływa po nodze do ujścia odbytu. Szczypie jak świeża rana polana spirytusem. Myślę, że nic to, w porównaniu z tym, co dopiero mnie czeka. Cierpliwie znoszę ustępujący powoli ból.

Chwila przerwy. Jestem gotowy do zabiegu. Leżę nieruchomo i czekając na tę chwilę patrzę w sufit. Ogarnia mnie pozorna obojętność. Przestaje się dla mnie liczyć to, co będzie się działo niebawem. Boję się chyba jednak i denerwuję mocno. Świadczą o tym mokre dłonie. Są tak wilgotne jakbym je, dopiero co, zanurzył w wodzie. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek, nawet przed najtrudniejszym egzaminem na studiach, miał tak spocone ręce.

By skrócić czas oczekiwania i dodać sobie odwagi przed najgorszym, usiłuję myśleć o czymś przyjemnym. Ale co pewien czas żal z niedokończonych spraw narasta.

Słyszę szelest rozrywanego opakowania cewnika, a w moment potem czuję już obok siebie lekarza. Przykłada palce na prawej pachwinie. Parę razy w różnych miejscach silnie ugniata ciało. Szuka chyba tętnicy. Znalazł. Jeszcze mocniej uciska. Czuję cięcie w poprzek nogi. W miejscu cięcia jakby rozpychanie żyły. Boli. Pielęgniarka podaje lekarzowi przezroczysty wężyk zakończony uchwytem jak u nożyc. Domyślam się, że to przy ich pomocy dokona się wycięcia tkanki serca.

Ukradkiem zerkam na monitory zamocowane tuż nad głową. Na szarym tle ekranu widać nieco ciemniejszą cienką linię. To chyba miejsce wężyka w ciele. Drugi ekran wyświetla pulsujące krzywe EKG. Elektrokardiogram zapisywany jest też na papierze.

Nic tam pan nie zobaczy! - strofuje mnie lekarz.

Co jakiś czas tak biodrami przesuwa rynienko stół, aby kamera rentgenowska rejestrowała drogę przesuwu cewnika.

Odbywa się to w przybliżeniu tak: wgląd na ekran; przesuniecie stołu; popchnięcie cewnika; wgląd na monitor; ustawienie stołu; cofniecie, bo za daleko przesunięty; spojrzenie na ekran; posunięcie cewnika w głąb żyły; spojrzenie na ekran; pchniecie biodrem rynienko-stołu.

Obok lekarza trzecia pielęgniarka. Towarzyszy mu od początku. Szeptem wymieniają uwagi.

- Teraz dobrze idzie! Przeszło za daleko.

Coś nie wychodzi. Co pewien okres następuje ogromne przyspieszenie rytmu serca. Kołatanie. Jego bicie czuję nawet w głowie.

Próbują ponownie. Serce trzepocze trzy razy szybciej niż zwykle. Chce mi rozwalić klatkę. Bardzo nieprzyjemne doznanie - wielokrotnie gorsze niż przeżycie uczucia nagłego strachu.

Znowu się nie udało.

- Poczekamy, niech się serce uspokoi i spróbujemy wejść od lewej komory zwraca się lekarz do pielęgniarki.

Do mnie zaś:

- Ale delikatne ma pan to serce.

Po chwilowej przerwie następują trzy udane wejścia w serce umożliwiające pobranie jego wycinków. Lekarz informuje:

 

- Biopsja zakończona. Przystępujemy do koronarografii.

 

Następuje drugie cięcie na nodze i wprowadzenie w to miejsce koszulki rozpierającej Pielęgniarka pyta ile ważę, jaki mam wzrost. Lekarz - jak się czuję.

Zapowiada, że za chwilę wstrzyknie mi się kontrast. Uprzedza co będę czuł oraz instruuje jak się zachowywać.

Kontrast wstrzyknięty. Gorąco rozsadza mi głowę, piersi Samoistnie zaczynam szybko i głęboko oddychać. Uczucie gorąca słabnie przechodząc w przyjemne ciepło przemieszczające się od głowy, poprzez klatkę piersiową, nogi, do stóp. Całe ciało ogarnia niezwykła błogość. Powoli ciepłota wraca do normy, a ja do pełnej przytomności.

Kontynuowane jest badanie. W rynience, w której leżę, obracany jestem najpierw na prawy bok, potem na lewy. Przed wypadnięciem chronią mnie pasy, którymi jestem zabezpieczony. Cały czas do klatki piersiowej, nieomal dotyka kamera. Od początku badania przekaz obrazu zapisywany jest na magnetowidzie.

Badanie w specjalnym pomieszczeniu obserwuje sam ordynator doktor nauk medycznych Lech Poloński.

Nastrój poprawia mi wstępna diagnoza - nie mam wieńcówki.

 

Czwartek trzydziesty pierwszy maja tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty rok.

 

W południe wypisano mnie ze szpitala ze wstępnym rozpoznaniem brzmiącym: Myocardiopathia congestiva probabiliter post myocarditidem. Kl. Czynnościowa II NYHA .

Po wyniki biopsji mam zgłosić się za trzy tygodnie.

 

Wtorek dziewiętnasty czerwiec tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty rok.

 

Dziś zgłosiłem się do przyszpitalnej poradni kardiologicznej po wynik biopsji.

Diagnoza brzmiała: yocarditis activa c..fibrosi..Signa hypertrophiae

W wyniku badań, wykryto u mnie aktywny proces zapalenia mięśnia sercowego i uogólnione obniżenie kurczliwości lewej komory. Wyrzutowość serca w ciągu pięciu lat, od czasu poprzedniego badania UKG, obniżyła się prawie o połowę; EF zawierało się w granicach dwadzieścia dwa do dwudziestu pięciu procent.

Lekarz Ewa Szyguła, Encortonem w dawce pięćdziesiąt mg na dobę, rozpoczęła leczenie mające na celu zwalczenie procesu zapalnego serca, a następnie utrzymanie go jak najdłużej w stabilnej formie.

 

Niedziela trzydziesty pierwszy grudzień tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty piąty rok.

 

 

Po krótkim okresie leczenia u pani doktor Ewy Szyguły, przez rok zajmował się mną prof. dr n. med. Michał Tendera, a potem kardiolog dr n. med. Barbara Kuśnierz.

Jako pacjent Kardiologicznej Przychodni Przyszpitalnej dość wcześnie dowiedziałem się, że mojego serca nie da się wyleczyć i kiedy jeszcze inne organy wewnętrzne będą dobrze funkcjonować powinno ono zostać zastąpione nowym.

Po ustaleniu najskuteczniejszego sposobu leczenia i dobraniu odpowiednich dawek leków do poradni w Zabrzu jeździłem kilka razy w roku średnio przynajmniej raz na dwa miesiące, choć bywało i inaczej, jak na przykład w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym trzecim roku. Wtedy, w ciągu dwunastu miesięcy, byłem osiem razy.

 

Wtorek szesnasty stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty rok.

Pierwsza w tym roku wizyta u kardiologa, pani doktor Ewy Szyguły, pod opieką której, po paroletniej przerwie, znalazłem się ponownie od siedemnastego października tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku. Jak przy okazji każdej wizyty pani Ewa przeprowadza wywiad, dokonuje badania echa serca i odczytuje zapis elektrokardiogramu wykonanego przed chwilą.

Następnie do książeczki zdrowia funkcjonariusza MO wpisuje:

RR 140/90,

EKG stabilne,

UKG;

LV S znacznie powiększona,

EDV 220 ml o upośledzonej kurczliwości,

EF 15 20 %,

podejrzenie skrzepliny w okolicy koniuszka LV.

Inne badanie: Śladowe obrzęki kończyn dolnych, osłuchowo płuca bez zmian, tętno 65 uderzeń na minutę.

Po dokonaniu wpisu, pani Ewa w paru słowach oceniła mój aktualny stan zdrowia.

Musi pan pozostawać pod stałą opieką Kliniki by w optymalnych warunkach dokonać transplantacji. Serce jest mocno uszkodzone, o czym na pewno pan wie. Komora lewa duża, ponad miarę, a frakcja wyrzutowa bardzo niska. Bezwzględna konieczność zajdzie w chwili gdy serce zacznie uszkadzać inne narządy wewnętrzne. Oczywiście, nie będzie to lada dzień. Dobrze zrobiłby panu pobyt w Kochcicach, gdzie Klinika ma dziesięć miejsc. Do typowego sanatorium, choćby w Reptach, przy tym stanie zdrowia nie kwalifikuje się pan

W trakcie dalszej rozmowy z zaniepokojeniem odniosła się do faktu wykonywania przeze mnie pracy w pełnym wymiarze godzin.

W drodze powrotnej do Częstochowy cały czas rozmyślam o tym co usłyszałem. Trudno mi uwierzyć w tak zły stan mojego zdrowia. Wprawdzie w lewej części klatki piersiowej każdego dnia czuję ból, kłucie, pieczenie, rozpieranie, ale już się do tego przyzwyczaiłem. Uspokajałem się też, tłumacząc dolegliwości tłem nerwowym.

Przychodzą mi różne myśli do głowy, z nich najbardziej natrętna wmawia, że jestem w dobrej kondycji, a lekarz musi mieć jakiś w tym cel przedstawiając niekorzystną dla mnie epikryzę.

Inna, też powracająca, rodzi następujące pytania:

A jak diagnoza lekarza jest trafna oraz prawdziwa i nic nie wyolbrzymia ?

Czego dokonać, co postanowić, jak zmienić swój stosunek do codziennych obowiązków, by mieć zadowolenie z życia, które jeszcze przede mną ?

Na pewno powinienem: napisać testament, solidnie zająć się wychowaniem Karolinki, dbać o wygląd i odzież, ograniczyć ilość zajęć i zainteresowań oraz oglądanie telewizji, zrezygnować z kursu biblijnego, pracę zawodową traktować jako tymczasową, nie gromadzić zapasów, porządkować piwnicę, a także działkę oraz korespondencję i zbiory zdjęć, regularnie kłaść się spać.

 

Środa piąty marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmego roku.

 

Udałem się do poradni kardiologicznej Polikliniki MSW i A w Częstochowie, w której jestem stałym pacjentem. Szczegółowo zrelacjonowałem doktorowi Ryszardowi Hibnerowi moje dolegliwości; bóle i pieczenie w okolicy serca, przyśpieszenie tętna do stu uderzeń na minutę przy zdenerwowaniu bądź wysiłku lub spowolnienie do czterdziestu pięciu w innych sytuacjach, objawy zapowiadające omdlenie, mroczki ciemnienie w oczach przy schylaniu.

Otrzymałem odpowiedź, że przy moim schorzeniu jest to sytuacja całkiem normalna, ponieważ wyrzutowość serca wynosi jedną czwartą normy zdrowego człowieka i nie ma ono już żadnej rezerwy. Na przeciążenia reaguje przyśpieszeniem rytmu i bólem. Koniecznie powinienem ograniczyć wysiłek fizyczny, unikać stresów, zmian mikroklimatów. W przypadku zmian pogody - wyże, niże - powinienem je przeczekiwać w spoczynku; najlepiej - poleżeć. Również w wypadku odczucia bólu czy też zmęczenia, trzeba natychmiast się położyć, obejrzeć pogodny film lub poczytać coś lekkiego. W wymienionych sytuacjach wskazane jest zażyć nitroglicerynę albo ziołowe leki nasercowe.

Pora zastanowić się również nad zakończeniem pracy zawodowej, a na razie przynajmniej nie przejmować się nią zbytnio. Sporządzić harmonogram spędzania wolnego czasu. Nauczyć się żyć, pracować i wypoczywać bez stresów. Wyeliminować pośpiech.

Znowu wpadłem w nastrój przygnębienia. Bardzo przejąłem się czekającą mnie perspektywą.

 

Czwartek trzydziesty pierwszy grudzień tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy rok.

 

Uprzytamniam sobie, iż pewnego dnia ze względu na duże uszkodzenie serca, znacznie wcześniej niż rówieśnicy stanę w obliczu śmierci i dlatego powinienem tak uporządkować moje życie, by spotkanie z nią okazało się jak najmniej wstrząsające. Oznacza to koniec wszystkich dotychczasowych projektów wypełniających mi czas. Wszystkich planów i radości, które umilają mi życie. Kres osobistych dążeń.

Trudno jest pogodzić się ze śmiercią mimo, że nie jestem egotystą, nie zajmuję się przesadnie sobą. Tylko niekiedy dbam o swój wygląd zewnętrzny ponad miarę, na przykład wybierając się z wizytą do lekarza lub podczas pobytów w sanatoriach. W innych sytuacjach otoczenie raczej mnie nie zauważa.

Choć przyjąłem wynikającą ze śmierci skończoność człowieka, bywają chwile, w których odczuwam wielki smutek.

Najczęściej uaktywniają go przypomnienia lekarzy o konieczności przeszczepu serca. Urealniają one obawy o bliskim końcu.

Choć pogodziłem się z losem nie chcę spędzić reszty życia myśląc, że to już koniec. Nie chcę rezygnować z życia tylko dlatego, że śmierć ma mnie zabrać.

nbsp; Brutalność sytuacji łagodzę snując przyszłe plany i uczestnicząc aktywnie w bieżących wydarzeniach.

Okresowo, gdy czuję się lepiej kondycyjnie, umysł odrzuca myśl o śmierci. Żywię nadzieję, mam jej przebłyski, że oszczędzając się mogę przedłużyć swe bytowanie. Łudzę się pomyślnym powstrzymaniem choroby.

 

Wtorek trzydziesty pierwszy sierpień tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty rok.

 

W czerwcu, w Banku Ochrony Środowiska w Częstochowie, złożyłem wypowiedzenie umowy o zatrudnienie, gdyż przyznano mi pierwszą grupę inwalidztwa.

Po zrezygnowaniu z pracy utraciłem sens życia. Okropny żal, iż to już koniec wszystkiego, sprawiał, że nie potrafiłem podejść do jakichkolwiek zajęć z zaangażowaniem, z duszą. Świadomość, że moja wiedza zdobyta w ciągu dziewiętnastu lat nauki już nikomu nie będzie potrzebna, obezwładniała moją aktywność psychiczno-fizyczną.

Przestawienie się z dotychczasowego trybu życia - z mieć, na być - stało się bardzo trudne.

Usilnie myślałem co zrobić z wolnym czasem. Jak go efektywnie wykorzystać; przede wszystkim dla poprawienia sytuacji materialnej.

Zacząłem grać na giełdzie.

Świadom tego, że życie moje nie będzie trwało długo, zapragnąłem wyciągnąć z niego jak najwięcej satysfakcji. W tym celu przyśpieszyłem zamierzenia umożliwiające przeżywanie coraz to nowych przyjemności.

Licząc na duże zyski z inwestycji w akcje dobrze prosperujących spółek na niczym nie oszczędzałem.

 

Piątek trzydziesty pierwszy grudzień tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty rok.

 

Od zdiagnozowania choroby serca, z różnym nasileniem odczuwam następujące dolegliwości:

 

- pobolewanie w okolicach serca z przemiennym pieczeniem i doznawaniem ciasnoty w klatce piersiowej,

- kołatanie serca w różnych sytuacjach,

- silne pocenie w czasie snu, do tego stopnia, że w nocy trzeba zmieniać mokrą piżamę, niekiedy nawet trzy razy,

- w okresie letnich upałów - dokuczliwe duszności,

- okresowe obrzęki twarzy, dłoni i nóg, zwłaszcza po wysiłku fizycznym,

- w trakcie pracy fizycznej, ale również w okresach emocji i zdenerwowania brakuje mi w płucach powietrza. Oddech staje się przyśpieszony i nieregularny. Serce bije nie tylko bardzo szybko, ale też z dużym wysiłkiem, maksymalnie unosząc żebra lewej strony klatki piersiowej. Parokrotne zakasłanie i upływ czasu powoli stabilizują układ krążenia,

- występowanie zawrotów głowy w trakcie wysiłku, nawet bardzo małego, na przykład podczas spaceru chodnikiem lub w trakcie prowadzenia samochodu. W nocy, po wstaniu z łóżka, zawroty są tak silne, że aby nie stracić równowagi zachodzi konieczność przytrzymania się jakiegoś solidnego mebla,

- uczucie mrowienia i ściskania lewej połowy głowy, jakby obręczą, bądź hełmem nałożonymi na nią, utrudniające jakąkolwiek koncentrację. Lewa połowa bywa niemal dotknięta paraliżem,

Są też inne dolegliwości:

- mrowienie dłoni po dwu, trzygodzinnej pracy nimi i opuchlizna prawej,

- bóle w kolanach po dłuższym spacerze lub chodzeniu po schodach, przysiadach, itp. Ból prawego dotkliwszy i częstszy.; przy obciążeniu go podczas wykonywania przysiadu - jest bardzo silny.

- bóle kręgosłupa w momentach wstawania, dłuższego stania, w tym przy zmywaniu naczyń,

- bóle brzucha przy uciskaniu go dłonią, nawet lekkim,

- trudności w zasypianiu spowodowane ogólną dusznością, a innym razem pieczeniem we wnętrzu klatki piersiowej, w miejscu, gdzie znajduje się serce. Bywa tak zwłaszcza po przemęczeniu i nadmiernym wysiłku w ciągu dnia,

- powtarzające się hemoroidy,

- zgagi po zjedzeniu potraw pieczonych i wędzonych,

- ból w lewym boku na wysokości nerki występujący po naciśnięciu ostatniego żebra od tyłu,

- ból promieniujący, przy pochylaniu, od odbytu na tylną część ud,

- pobolewanie jąder i parcie na mocz w ciągu dnia. W nocy oddawanie moczu trzy do pięciu razy mimo, że nie piję zbyt dużo,

- nerwica depresyjno -lękowa. Częste zmiany nastroju - natrętne obawy, stany napięcia, rozdrażnienia i opryskliwości, powtarzające się sytuacje chorobliwego przygnębienia i okresowe euforie,

- w bliskiej odległości od oczu, lub prawie w nich, dostrzeganie elementu wyszczerbionej szyby. Nawet przy zamkniętych oczach pozostaje wrażenie widzenia nierówno przełamanego szkła. Towarzyszy temu lekki ból skroni nad oczami. Po około piętnastu do trzydziestu minut dolegliwość znika, by powtórzyć się znowu bez jakiejkolwiek regularności - w tym samym albo innym dniu, bądź tygodniu, a niekiedy później.

 

Poniedziałek czternasty sierpień dwutysięczny rok .

 

Wczoraj powróciliśmy z Karolinką ze Sudetów. Ta pięciodniowa wyprawa była wyjątkowym wyczynem, jaki w czasie leczenia choroby serca dokonałem. Chcąc pokazać córce najpiękniejsze zakątki Karkonoszy przeszedłem z nią od Szklarskiej Poręby drogą Przyjaźni do Karpacza. Podczas wędrówki po górach, pomimo ogromnego męczenia się przeze mnie przy podejściach, weszliśmy na kilka najwyższych szczytów Sudetów; począwszy od Szrenicy, a kończąc na Śnieżce - 1602 metrów nad poziomem morza.

Gdy czułem ból i rozpieranie w klatce piersiowej myślałem z trwogą o zagrożeniu jakie stwarzam własnemu organizmowi. Jednak radość z frajdy jaką sprawiam dziecku - neutralizowała strach.

 

Środa trzynasty grudnia dwutysięczny rok.

 

Od września ubiegłego roku bardzo aktywnie zacząłem grać na giełdzie. Angażowałem coraz większe środki. Od początku dwutysięcznego roku bywały dni kiedy w portfelu miałem zakupione akcje za ponad sto tysięcy złotych. Na nabycie akcji wchodzących na giełdę brałem kredyty. W połowie roku wyniosły one siedemdziesiąt pięć tysięcy złotych. Moje obroty kwartalne przekraczały pół miliona złotych w związku z tym prowizja za operacje giełdowe wynosiła zaledwie cztery dziesiąte procenta. Osiągałem duże zyski, ale jeszcze więcej wydawałem. Stale brakowało gotówki.

Giełda tak mnie wciągnęła, że nieustannie śledziłem wyniki spółek; czytałem rekomendacje; godzinami wpatrywałem się w tabele notowań spółek - najpierw w telegazecie, a potem w codziennej prasie poświeconej giełdzie; dokonywałem analiz wykresów. Oprócz tego, każdego dnia, poza sobotami, niedzielami oraz świętami spędzałem dziewięć godzin w biurze maklerskim.

Myśli zaprzątnięte miałem tylko papierami spółek. Wzrośnie ich cena, czy też spadnie? Jakie dać rano zlecenia? Kupić, czy sprzedać? Byk, czy niedźwiedź będą dominować w najbliższym czasie?

Jak dobrze szło - ogarniała mnie euforia. Jak ponosiłem straty - popadałem w depresję. Poprzez ciągłą zmianę nastrojów stałem się uciążliwy dla domowników.

Na zewnątrz byłem szczęśliwy, pewny siebie. Przyznawałem się tylko do sukcesów. Porażki były moją wewnętrzna sprawą, a kiedy zaczęły dominować nad sukcesami miałem nieustanne zawroty głowy, momenty zatrzymań serca i szybkiego kołatania. W wyniku przeżywanych emocji często odczuwałem duszności. Zalewał mnie zimny pot. Tak bywało i w nocy.

Wreszcie przymuszony przez żonę, a także w obawie, by jej przeczucia o pełnym bankructwie nie spełniły się, szesnastego października sprzedałem wszystkie akcje.

Przez dwa miesiące nie miałem odwagi dokonać bilansu zysków i strat. Zrobiłem to dopiero w grudniu, podczas pobytu na leczeniu w Głuchołazach.

Efekt mojego inwestowania w papiery spółek, to dwadzieścia osiem tysięcy złotych straty. Z tego do spłacenia - szesnaście tysięcy złotych kredytu, plus odsetki. Gdybym co miesiąc spłacał trzysta dwadzieścia złotych, bo tyle mogę zaoszczędzić, będzie to trwało osiemdziesiąt dwa miesiące. Ostatnia rata przypadnie na grudzień dwutysięcznego siódmego roku.

Jak wielkim kapitałem dysponowałem, uświadamiam sobie dopiero teraz kiedy porównuję przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wynoszące prawie dwa tysiące trzysta złotych w listopadzie, a moje obroty na giełdzie i obecne zadłużenie.

 

Środa trzeci styczeń dwatysiące pierwszy rok.

 

Moje serce sukcesywnie zmniejsza swoją wydolność, szwankuje kręgosłup, oczy, zęby, stawy; po prostu inwalida pierwszej grupy.

Krysia, wycieńczona lękiem przed utratą pracy, przeciążona obowiązkami w Banku Gospodarki Żywnościowej, cierpiąca na woreczek żółciowy, kręgosłup, otyłość, wieńcówkę, bóle w złamanej dwa lata temu lewej nodze, uzależnia się coraz bardziej od leków psychotropowych.

Zdrowie Karolinki pozostawia dużo do życzenia. Łysienie plackowate, krótkowzroczność oraz braki w uzębieniu bardzo źle wpływają na jej psychikę. Jest nerwowa, bojaźliwa, zakompleksiona. Stale czegoś się obawia, stale coś ją boli. Najczęściej głowa albo brzuch. Jest agresywna wobec nas.

Każdy z naszej trójki ma więc poważne schorzenia. Na zakup leków i porady specjalistów wydajemy nieraz ponad pięćset złotych miesięcznie. Wkrótce czekają nas kosztowne wizyty z Karolinką u ortodonty i okulisty, a także u dermatologa w Warszawie.

Moja renta ledwo wystarcza na uregulowanie miesięcznych opłat i odsetek od kredytów. Czynsz i inne opłaty wynoszą około tysiąc czterysta siedemdziesiąt złotych.

Bezzwłocznie powinniśmy kupić dywan i wykładzinę do przedpokoju. Mają ponad dwadzieścia lat. Dywan w paru miejscach ma wytartą osnowę, a w dwóch jest rozerwany. Z wykładziny wysnuwają się nitki wątku.

Mamy poważne problemy finansowe. Po stratach jakie w dwutysięcznym roku poniosłem na giełdzie papierów wartościowych mamy do spłacenia znaczną kwotę kredytu.

 

Czwartek pierwszy marca dwa tysiące pierwszy rok.

 

Odkąd przestałem pracować i grać na giełdzie zmienił się bardzo mój tryb życia.

Wstaję około godziny dziesiątej, ale bywa, że i przed południem. Toaleta, śniadanie, odwirowanie i rozwieszenie prania, drobne zakupy, przygotowanie obiadu - to zajęcia, które wypełniają mi dzień.

Wiele czasu poświęcam na czytanie książek i poradników dla działkowców, albowiem od kilku lat jesteśmy właścicielami lasu i łąki - morgowego skrawka ziemi, jednego z pięciu tworzących niedawno gospodarstwo rolne moich rodziców.

Pamiętam z dzieciństwa i młodości, że każdy obszar pola ornego, lasu bądź łąki miał swoją nazwę. Obecnie powierzchnie: przed domem, za stodołą, Pastwa i Dębic - odziedziczone przez siostrę, to w dużej mierze nieużytki.

Należący do nas Pasternik, piąty obszar - z rozrzuconego w promieniu dwóch kilometrów gospodarstwa - chcę w jednej trzeciej wykorzystać do rekreacji oraz jako warzywnik i sad, a na reszcie pozostawić las.

Wieczorami oraz w sobotę i niedzielę godzinami rozrysowuję w detalach obszar naszej wiejskiej działki. Na szkicach zaznaczam miejsca przyszłych upraw warzyw oraz nasadzeń drzew i krzewów. Obmyślam czym i jak nawozić rośliny, by szybko rosły i dawały dorodne plony.

Gdy w danym dniu wyczerpią mi się ogrodnicze pomysły przystępuję do planowania i wytyczania sobie różnych celów działania na najbliższe dni, których przeważnie później nie realizuję. Wszystko po to, by uciec od rzeczywistości, by tak zająć i zmęczyć mózg, aby nie miał czasu na rozmyślanie nad stanem mojego zdrowia, na rozbudzanie marzeń i nadziei.

 

Czwartek piąty lipca dwa tysiące pierwszy rok.

 

Od dwudziestego szóstego czerwca do czwartego lipca z żoną i córką, samochodem i pieszo, poznawaliśmy Lublin i okolice. Podziwialiśmy między innymi uroki Kazimierza nad Wisłą, architekturę Lublina, walory uzdrowiskowe Nałęczowa, krajobrazy i przyrodę Poleskiego Parku Narodowego, skanseny i wiele innych obiektów turystycznych.

Za kierownicą w około trzydziestostopniowych upałach pędziłem tysiąc dwieście dziesięć kilometrów. Najdłuższa dzienna trasa z Lublina przez Kazimierz, Warszawę do Częstochowy przekroczyła czterysta kilometrów. Zafascynowany niespotykanym pięknem ziemi lubelskiej nie odczuwałem nawet nadmiernego zmęczenia.

 

Niedziela dwunasty sierpnia dwa tysiące pierwszy rok.

 

Od cztery dni wraz z Karolinką przemierzamy turystyczne szlaki w Tatrach.

W czwartek zeszliśmy z Gubałówki; w piątek wędrowaliśmy od Kuźnic do schroniska na Kalatówkach, a potem ścieżką nad reglami i Doliną Strążyską do Zakopanego; w sobotę wyprawiliśmy się na cały dzień w rejon Morskiego Oka, na wysokość tysiąc trzysta osiemdziesiąt metrów nad poziom morza. Obchodząc je wokół wspięliśmy się dwieście metrów wyżej - nad Czarny Staw, a następnie pokonując prawie dziewięć kilometrów, zeszliśmy sześćset metrów niżej do Palenicy Białczańskiej W niedzielę zwiedziliśmy Muzeum Tatrzańskie oraz skocznie narciarską na Wielkiej Krokwi, docierając do samego jej szczytu.

Moja kondycja fizyczna jest bardzo zła. Z wielkim trudem udaje mi się przejść jakąś zaplanowaną trasę, mimo iż wybieram odcinki wymagające najmniejszego wysiłku. Serce chce wyskoczyć z wnętrza przyspieszając rytm i z większą siłą niż zazwyczaj unosząc klatkę piersiową. Oddech staje się szybki, a i tak brakuje mi powietrza. Zalewają mnie strumienie potu. Dosłownie co dziesięć kroków - przy stromych podejściach - muszę zatrzymać się, by mięśnie na moment odpoczęły, a płuca złapały więcej tlenu.

Chcę Karolince pokazać piękno przyrody jakiego, gdyby nie ja, mogłaby nie ujrzeć. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to dla mnie ogromne ryzyko. Chęć dostarczenia córce niezapomnianych przeżyć sprawia jednak, że podjąłem je.

Prawdopodobnie, będą to moje ostatnie wakacje z pobytem i spacerami po turystycznych szlakach górskich.

 

Sobota pierwszy września dwa tysiące pierwszego roku.

 

Całą trójką przez tydzień odpoczywaliśmy w Ciechocinku. Spacerowaliśmy po uzdrowisku i pod tężniami. Wiele godzin spędziliśmy na basenie, jednym z największych w Europie. Jednego dnia Karolinka przez sześć godzin nie wychodziła prawie z wody. Pod koniec pobytu potrafiła przepłynąć około dziesięciu metrów.

Byliśmy też dwa razy w Toruniu. Seanse Znaki na niebie i Lato pod gwiazdami - w tamtejszym planetarium, wzbogaciły nas w nowe wiadomości o ciałach niebieskich.

W drodze powrotnej do Częstochowy pokazałem Krysi i Karolince wykopaliska w Biskupinie, muzeum kolejek w Wenecji oraz katedrę w Gnieźnie, a potem na trzy dni zatrzymaliśmy się w Jarocinie u rodziny.

Do pewnych obciążeń przywykłem, a jeśli mają trwać dłużej oszczędzam siły rezygnując ze zwiedzania z innymi niektórych obiektów. Zresztą, gdy obok jest Krysia dba o to, bym się nie forsował. Dlatego też zapewne, mimo mnogości atrakcji turystycznych i sporego obciążenia fizycznego, nie odczuwałem innych dolegliwości niż zwykle.

 

Sobota dwudziesty drugi września dwa tysiące pierwszego roku.

 

Od szóstego września przez piętnaście dni przebywałem w Szpitalu MSW i A w Głuchołazach na Oddziale Pulmonologicznym. W szpitalu tym, dla zdrowych, są warunki sanatoryjne; można wychodzić poza budynek. Są też zabiegi fizykoterapii i rehabilitacyjne.

Poprosiłem lekarza pierwszego kontaktu o skierowanie w początkach września, bo liczyłem na pogodne i słoneczne dni, podczas których miałbym okazję pobyć na świeżym powietrzu.

Tymczasem pierwsza połowa miesiąca była bardzo zimna. Prawie każdego dnia padał deszcz, a temperatura powietrza wahała się w granicach dziesięciu stopni Celsjusza. Początkowo prawie wcale nie dało się wychodzić, bo zmoczona odzież nie wysychała, ale kiedy zaczęto ogrzewać wnętrze budynku - spacerowałem nawet w deszczu. Ponieważ, ze względu na błoto i śliskość ścieżek nie dało się wędrować po urozmaiconych krajobrazowo zakątkach Gór Opawskich, chodziłem szosą i chodnikami po Głuchołazach. Najczęściej do dwóch przejść granicznych. Nakupowałem kilka torebek przypraw do zup i dziesięć butelek różnych alkoholi. Trudno miałem to wszystko przewieść do Częstochowy, ale jakoś sobie poradziłem. Na dodatek zabrałem, na pamiątkę pobytu w Głuchołazach, kolejny odłam skalny, tym razem ważący czternaście kilogramów. Mam ich na działce już kilkanaście. Są tam kamienie z Jarocina, Rabki, Włocławka, Karkonoszy itd.

 

Niedziela trzydziesty września dwa tysiące pierwszego roku.

 

Postanowiłem pozbyć się sterty kartek nieaktualnej już dokumentacji medycznej gromadzonej przez lata. Ważniejsze informacje zapisałem w notatniku.

A oto niektóre wyniki badań w okresie systematycznego korzystania z porad lekarzy w ciągu szesnastu lat:

Badania radiologiczne

tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty piąty rok.

Zmian ogniskowych w płucach nie stwierdza się. Serce w granicach normy.

tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty dziewiąty rok.

Płuca powietrzne. Sylwetka serca powiększona typu mitralnego. Wada złożona.

tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty rok.

Zniesienie lordozy w lędźwiowym odcinku kręgosłupa. Objaw Baastrupa na poziomie L5/S1. Poza tym kręgosłup lędźwiowo-krzyżowy rtg w normie.

Badanie CT uwidoczniło podwójny układ kielichowo miedniczkowy po stronie prawej. Poza tym obraz CT narządów miąższowych jamy brzusznej jest prawidłowy.

tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty pierwszy rok.

Płuca powietrzne. Serce rtg w całości miernie powiększone. Zwapnienia w obu wnękach.

Drobne zmiany zwyrodnieniowe w szyjnym odcinku kręgosłupa. Poza tym kręgosłup w rtg odpowiedni do wieku.

tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi rok.

Płuca powietrzne. Serce rtg o przewadze prawej komory. Zwapnienia pojedyncze drobne, we wnęce lewej.

tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy rok.

- Widoczne pola płucne powietrzne. Sylwetka serca w całości miernie powiększona. Zwapnienia we wnęce lewej.

Dwutysięczny rok.

- Pola płucne powietrzne. Serce rtg typu leżącego bez wyraźnych cech powiększenia. Zwapnienia we wnękach.

Dwutysięczny pierwszy rok.

- Drobny zrost na prawym zarysie przepony. Pola płucne powietrzne, rozedmowe. Drobne zwapnienia w obu wnękach.. Serce rtg w całości znacznie powiększone.

Wybrane wyniki badań krwi i moczu w latach tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty do dwa tysiące pierwszego roku:

Mocznik w surowicy 48

Kreatynina 1,45

Aspat 22 do 29

ALAT 10 do 39

Kwas moczowy 5,6

Bilirubina 1,0

Cholesterol 212 do 270

HDL 60

Glukoza 85 do 96

TG 143

Hematokryt 45

Hemoglobina 90%

Krwinki czerwone 4,5 mln do 4,7 mln

Krwinki białe 5400 do 6800

Sód 137,4

Potas 4,2

INR 2,03

Wskaźnik protrombiny 49%

Panendoskopia z dwudziestego drugiego grudnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty roku.

 

Przełyk i wpust endoskopowo bez zmian. Błona śluzowa żołądka zaczerwieniona, fałdy prawidłowe. Przed odźwiernikiem widoczne pogrubiałe fałdy z nadżerkami na szczytach. Odźwiernik sprawny. Opuszka XII-cy prawidłowa.

 

Od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku wielokrotnie korzystałem z leczenia sanatoryjnego. Z dokumentacji wynika, że byłem w trzynastu ośrodkach. Najczęściej były to pobyty w znanych polskich kurortach.

 

Wtorek trzynastego listopada dwutysięcznego pierwszego roku.

 

Po wakacyjnych wojażach i leczeniu w Głuchołazach, pełen dobrych myśli wybrałem się do Zabrza, by skontrolować stan mojego serca.

Tu doznałem przykrej niespodzianki. Badająca mnie, pani doktor Ewa Szyguła stwierdziła, że muszę położyć się w szpitalu. Na moją sugestię, że może w styczniu lub lutym, wcale nie zareagowała. Wypisała mi po prostu skierowanie do Szpitala Specjalistycznego w Zabrzu na Oddział Kardiologii. Serce jeszcze bardziej, niż dotychczas, powiększyło swoje rozmiary.

Ponieważ na oddziale brak było wolnych miejsc, miałem telefonować już z domu i ustalić termin przyjęcia.

 

Poniedziałek dziewiętnastego listopada dwutysięcznego pierwszego roku.

 

Za kilka tygodni Boże Narodzenie, a mnie od paru dni ogarnia narastające przygnębienie i nachodzą smutne refleksje.

Wokół narzekania, biadolenia i codzienna monotonia. Najbliżsi pracują, spożywają posiłki i wypoczywają przed telewizorem, na ekranie którego emitowane są również niepomyślne wiadomości i pokazywane trudności z jakimi borykają się inni.

Jeśliby rozmową zakłócić domownikom oglądanie jakiegoś programu: denerwują się, oschle odpowiadają na pytania, a rozwijany temat wysłuchują wybiórczo.

Gdzie w takich warunkach miejsce na stworzenie atmosfery serdeczności? Atmosfery przełamującej paradoks nie dzielenia się z najbliższymi swoimi stanami psychicznymi wywoływanymi dolegliwościami fizycznymi, obawami, wręcz okresowym strachem przed tym co może nastąpić.

Wszędzie, gdzie jestem ze starannością i taktem zabiegam o życzliwość. Jestem pełen dobroci oraz wyrozumiałości. Moja szlachetnie uformowana dusza i rozumienie piękna sprawiają, że nie jestem z kimkolwiek skłócony.

Niby spotykam się z uprzejmością, więcej ludzi mnie zna niż ja mam znajomych, ale brak mi przyjaciół i osób, które okazywałyby, że mnie lubią. A może to i lepiej, bo gdy nadejdzie czas pożegnania, a musi być koniec, nie będzie tak bardzo żal odejść?

 

Czwartek szósty grudnia dwutysięcznego pierwszego roku.

 

Do Szpitala Specjalistycznego w Zabrzu, II Katedra i Kliniczny Oddział Kardiologii ostatecznie zgłosiłem się dwudziestego pierwszego listopada, po siedmiu dniach oczekiwania.

Przez piętnaście dni poddawany byłem różnorakim badaniom, z koronarografią i cewnikowaniem serca włącznie. Nie obyło się bez nerwów. Przed jednym z badań, cewnikowaniem serca, kilkakrotnie w ciągu dnia dostawałem krwotoku z nosa.

Po opuszczeniu kliniki w karcie wypisowej, w EPIKRYZIE, przeczytałem :

53 letni pacjent po przebytym w 1990 r. zapaleniu mięśnia sercowego przyjęty do Kliniki z powodu postępującego pogorszenia tolerancji wysiłku. W badaniu echokardiograficznym stwierdzono znacznego stopnia powiększenie jamy lewej komory (250 260 ml) przy upośledzeniu kurczliwości ogólnej EF 15 20%. Badania inwazyjne wykazały prawidłowe naczynia wieńcowe oraz podwyższenie całkowitych oporów płucnych, przy niskich oporach naczyniowych. Chorego zakwalifikowano wstępnie do zabiegu transplantacji mięśnia sercowego oraz zgłoszono w Śląskim Centrum Chorób Serca (przesłano dokumentację w postaci : arty potencjalnego biorcy serca . Pacjenta wypisano do domu w stanie ogólnym dobrym z zaleceniem kontynuacji leczenia farmakologicznego

Najwyższy czas zacząć stosować się do zaleceń lekarzy; z wysiłku, tylko spacery po równym terenie.

Schudnąc minimum dziesięć kilogramów.

 

Czwartek trzynasty grudnia dwutysięcznego pierwszego roku.

 

Minęło lato, przemija jesień... Nie znalazłem czasu by pojechać do Jarocina po brzoskwinie do posadzenia na naszym Pasterniku. Ten skrawek gruntu jest moim oczkiem w głowie, ale bywam tam z rodziną coraz rzadziej. Może nadchodzący rok będzie inny. Inny w tym sensie, że częściej będziemy przebywać na wsi, u siebie. Odnoszę wrażenie, że powoli wracam do poprzedniego stanu zdrowia. Jestem dobrej myśli.

 

Piątek czternasty grudnia dwutysięcznego pierwszego roku.

 

Wyjątkowością mojego życia jest to, że we wszystkim szukam dobra. Mały drobiazg może mi sprawić radość i wpłynąć pozytywnie na nastrój przez dłuższy okres. Najbardziej cieszy mnie natura; koślawa jabłoń od lat nie owocująca, smród zielska, kształt i barwa polnego kamienia, pogoda.... Mało co mnie denerwuje, nie obchodzą mnie dwudziestoprocentowe podatki od odsetek zgromadzonych w bankach oszczędności, zabranie ulgi na przejazdy środkami lokomocji PKS i PKP, zniesienie dużej ulgi budowlanej itp.. Wszystko to rozumiem - taka jest potrzeba chwili. A jeśli nawet mam wątpliwości, co do słuszności podejmowanych przez polityków decyzji społeczno-gospodarczych, bądź międzynarodowych, nie ulegam emocjom mogącym pogorszyć stan mojego schorowanego mięśnia Czasem wydaje mi się, że jestem bogatszy i szczęśliwszy od milionera, który chociaż tyle posiada, a jeszcze więcej może kupić, niczym nie cieszy się tak naprawdę, gdyż bogactwo uczyniło go swoim niewolnikiem.

 

Poniedziałek trzydziesty pierwszy grudnia dwutysięcznego pierwszego roku.

 

Mijający rok, pierwszy rok XXI wieku, był dla mnie okresem wyjątkowo intensywnego wysiłku fizycznego; obciążenia zbyt dużego dla uszkodzonego chorobą serca. Długie spacery po wzniesieniach okolic Złotego Potoka, tańce każdego wieczoru na turnusie sanatoryjnym w Sopocie, letnie wyprawy rowerowe, wakacyjne zwiedzanie kraju, rywalizacja sportowa z Karolinką - poprawiały kondycję moich mięśni, ale zapewne przyczyniły się także do osłabienia wydolności układu krążenia.

Świadom zagrożenia nie rezygnowałem z różnorakich przyjemności, nawet jeśli wysiłek fizyczny jaki musiałem ponieść przekraczał znacznie moją wydolność. Zachowywałem się jak zdrowy człowiek.

Do pewnych reakcji organizmu na wysiłek i stres przyzwyczaiłem się i niekiedy nawet ich nie odczuwałem, pochłonięty dążeniem do wykonania określonych planów. Zwłaszcza dla córki Karoliny nie oszczędzałem się.

Mimo wszystko prowadziłem normalne życie.

 

Poniedziałek czwarty marzec dwa tysiące drugiego roku.

 

Choć w dwutysięcznym drugim roku zacząłem unikać sytuacji niebezpiecznych dla mojego układu krążenia, i bardzo też dba o mnie Krysia, niekiedy czuję się dość źle. Serce bije nieregularnie, to zwalnia, to przyśpiesza bez nadzwyczajnych przyczyn. Zdarza się, że w ciągu minuty ze cztery razy staje na chwilę; na moment jednego uderzenia. Z powodu ograniczenia wysiłku fizycznego przybieram na wadze. Mimo, że staram się jeść potrawy nisko kaloryczne, ważę już dziewięćdziesiąt pięć kilogramów. W różnorakich dietach jestem mało wytrwały, a tu na gwałt trzeba się zacząć odchudzać, bo nie dość, że szkodzi ta tusza zdrowiu, to na dodatek złego powyrastałem z ubrań, w których czułem się dotychczas najlepiej. Należałoby kupować nowe, a tymczasem w garderobie wiszą trzy garnitury - jeden jeszcze wcale nie noszony, kilka par spodni i kilkanaście nowych koszul. Myślę, że zbliżający się Wielki Tydzień, przypadający w tym roku na ostatnie dni marca, to ostatnia chwila by wytrwale pościć. Będzie to pożytek dla zdrowia i chwała dla Pana, który niedługo zmartwychwstanie.

 

Poniedziałek dwudziesty piąty marzec dwa tysiące drugiego roku.

 

W piątek otrzymałem z Biura Koordynacji Transplantacji Serca Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, zredagowane osiemnastego marca, pismo o następującej treści:

 

Szanowny Panie,

W imieniu prof. dr hab. n. med. Mariana Zembali, Kierownika Kliniki Kardiochirurgii i Transplantologii Śląskiego Centrum Chorób Serca i zespołu współpracowników, dziękujemy za przesłanie ankiety opisującej Pana chorobę serca. Dokumentacja ta została zarejestrowana w naszej bazie danych pod symbolem: / 02.

W bliskiej przyszłości zaprosimy Pana do naszego ośrodka na konsultację, po której wspólnie z Pana opiekunem dr Piotrem Rozentrytem podejmiemy decyzję o sposobie dalszego leczenia

Pismo podpisała: Aleksandra Dmitrowicz - Koordynator Transplantacji.

 

Te kilka zdań potraktowałem jako informację, że umieszczony zostałem na liście oczekujących na przeszczep serca. Brakujący numer zastąpiłem jakąś trzycyfrową liczbą bliską tysiąca. Tym sposobem, fikcyjnie moment dokonania transplantacji przesunąłem, gdzieś tam daleko w czasie. Tak też przedstawiałem sprawę rodzinie i paru znajomym zainteresowanym moim zdrowiem.

Do poniedziałku, sam uwierzyłem w ten odległy termin. Wcześnie rano, tak, jakby się nic nadzwyczajnego nie wydarzyło, pojechałem do warsztatu dokonać przeglądu samochodu i wymienić uszkodzone w mim części. Potem biblioteka, zakupy, gotowanie obiadu ...

 

Czwartek , dwudziesty ósmy marzec dwa tysiące drugiego roku.

 

Pomimo nienajlepszej kondycji fizycznej zacząłem zagospodarowywać działkę. Pozostałe z jesieni sałaty odmiany Zina przykryłem włókniną, nie tyle w ochronie przed mrozem, co w ochronie przed zającami, które lukami pod przęsłami ogrodzenia wkradają się by wyjeść co smakowitsze pędy traw i warzyw. Na skopanych jesienią grządkach wysiałem wczesne odmiany pietruszki i marchwi na letnie potrzeby do posiłków, które może będziemy przygotowywać w czasie wakacji. Wysiałem również koper, rzodkiewkę i wsadziłem w ziemię cebulę dymkę oraz czosnek. Nie zrobiłem najważniejszego - porządku w altanie. Dla mnie jest to pracochłonne zajęcie, bo każdy przedmiot, rupieć stary, oglądam nadmiernie długo. Z wieloma szkutami, które należałoby wyrzucić wiążą się miłe przeżycia, a inne mogą się do czegoś przydać... Zastanawiam się długo co z nimi zrobić? Tymczasem minuty upływają.

Nie posprzątałem i dlatego, że już trzy razy w okresach przedświątecznych okropny nieład, w uporządkowanych pomieszczeniach altany, złodzieje robili ponownie.

 

Środa trzeci kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

Dziś znowu nadeszła korespondencja z ŚCCS w Zabrzu. Treść podobna do tej z dwudziestego drugiego marca. Tym razem, nadano mi już jednak w bazie danych numer. Zarejestrowany zostałem pod liczbą pięćdziesiąt dwa łamane przez zero dwa. Wyznaczono też innego opiekuna, a mianowicie doktora Marcina Fudala, który nadzorował, pięć miesięcy temu, badania kwalifikujące mnie do przeszczepu.

 

Czwartek czwarty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Nazajutrz po otrzymaniu listu z Zabrza, z zawiadomieniem, udałem się do poradni kardiologicznej Polikliniki MSW i A w Częstochowie. Doktor Ryszard Hibner, lekarz opiekujący się mną od trzynastu lat, któremu zawdzięczam życie, nie był zaskoczony. Po raz kolejny, cierpliwie i ze spokojem, zrobił mi krótki wykład o kondycji mojego serca, które jeszcze funkcjonuje, ale z wielkim trudem. I dobrze się stało zdaniem lekarza - że umieszczono mnie wreszcie w programie przeszczepów.

Znowu się zasmuciłem, lecz tym razem nie perspektywą przeszczepu, ale kiepską wydolnością swojego układu krążenia. Nie bardzo wierzyłem w realność transplantacji. Z powodu niewytłumaczalnego strachu, nie wykazałem dotychczas żadnego zainteresowania na czym polega taka operacja, jakie są szanse jej przeżycia, jakie skutki uboczne i tak dalej. Nic też nie wiedziałem o budowie swego serca. Ta moja niewiedza była mi w pewnym sensie na rękę, gdyż nie miałem żadnych przesłanek, aby nie ufać opiekującym się mną lekarzom.

 

Środa, dziesiąty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

By trochę odmienić swój nastrój, udałem się do psychologa, który od wielu lat dba o stan mego ducha.

Tym razem z godzinnej terapii wyniosłem tylko przekonanie, że każdą istotę żywą czeka śmierć. I to jest nieuchronne.

Od tej chwili było mi zupełnie obojętne, czy to stanie się teraz, czy podczas operacji przeszczepu, czy kiedy indziej.

 

Środa, siedemnasty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

W niedzielę mocno zabolało mnie gardło i zaczął się katar. Nie jestem jeszcze w dobrej formie fizycznej, ale dzisiejsze popołudnie postanowiłem spędzić przed telewizorem, by razem z Karolinką kibicować polskim piłkarzom.

O godzinie siedemnastej trzydzieści na stadionie Zawiszy w Bydgoszczy rozpoczął się towarzyski mecz reprezentacji Polski z Rumunią. To przedostatni sprawdzian biało czerwonych przed wyjazdem na mistrzostwa świata do Korei i Japonii. Goście do trzydziestej pierwszej minuty, zabezpieczając dostęp do własnej bramki, szukali okazji aby, zagrozić bramce Jerzego Dudka i dwukrotnie przed przerwą pogrążyli naszego bramkarza. Najpierw Iwan Ganea wykorzystał fatalny błąd Kłosa, a za pięć minut Adrian Mutu, po kiksie Zielińskiego, w trzydziestej szóstej minucie, zdobył drugiego gola.

Zawiedziony, w czasie przerwy nie słuchałem nawet komentarzy osób zgromadzonych w studio telewizyjnym. Zająłem się przygotowywaniem kolacji.

Wtedy, jeszcze przed rozpoczęciem drugiej połowy zadzwonił telefon.

W słuchawce usłyszałem męski głos i słowa:

- Pan Antoni Leśniczek?

- Tak.

- Jest dawca serca dla pana.

- .... - odebrało mi mowę na moment.

- Wie pan, że jest pan zakwalifikowany do przeszczepu serca?

- Tak. Tak, tak. Wiem.

- Jak się pan dziś czuje?

- Mam silny katar i pokaszluję.

- Czy ma pan temperaturę?

- Tak. Teraz trzydzieści osiem i dwie kreski odpowiedziałem natychmiast bez namysłu, choć w tej chwili nie znałem ciepłoty swego ciała. Właściwie, to odpowiedzi udzielił mój lęk, tkwiący gdzieś głęboko we mnie. Wielki strach przed operacją.

- Proszę czekać przy telefonie. Musimy zasięgnąć opinii profesora. Po konsultacji z nim podjęta zostanie ostateczna decyzja co do pańskiego przeszczepu.

Krótko zrelacjonowałem rozmowę żonie. Nie zważając na jej łzy udałem się do łazienki. Mecz przestał mnie już interesować.

Najpierw dokładnie ogoliłem się. Potem wziąłem prysznic. Dla poprawienia sobie nastroju, w skórę wtarłem sporą ilość ładnie pachnącej wody toaletowej. Częściowo ubrany, do torby pakowałem niezbędne w szpitalu rzeczy.

Od momentu odebrania telefonu zastanawiałem się nad tym, jak ja się dostanę do Zabrza. Czy przyleci po mnie śmigłowiec? A może częstochowskie pogotowie mnie zawiezie? Brałem też pod uwagę własny transport.

- Przecież nic by się nie stało gdybym swoim samochodem tam dotarł myślałem nie na żarty.

Spakowany, ubrany, gotowy do wyjścia - zasiadłem przy telefonie. Myśli zaprzątnięte miałem tylko jednym; jednym, jedynym pragnieniem - żeby dziś telefon już nie odezwał się.

I tak się stało.

Czy przypadek?

 

Czwartek, osiemnasty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Totalne załamanie umiejętnie maskowane. Robię co nieco, ale natrętnie wraca pytanie: Jak długo jeszcze? Jak skorzystać z tego co zostało? Już parę miesięcy temu, w grudniu ubiegłego roku, bez przekonania przyjąłem do wiadomości, że nadszedł ostatni moment na poddanie się zabiegowi transplantacji. Spodziewałem się, że nastąpi to za parę lat; wcześniej może umrę śmiercią naturalną. Obecnie mocno się przestraszyłem, gdyż uświadomiłem sobie, że operacja to koniec mojej drogi życia. Tłumaczę sobie potrzebę operacji przewidując czarny scenariusz gdyby jej nie było. Serce będzie rosło, inne wewnętrzne narządy będą uszkadzane przez chory organ, stan ogólny będzie się pogarszał. Cały czas mam poczucie winy, że godząc się na przeszczep zachowuję się tak jakbym godził się na swoją eutanazję. Dawno temu przeczytałem w Księdze Koheleta, że za życia jeszcze trzeba dobrze czynić i zażywać radości, bo po śmierci jest to niemożliwe. Wziąłem sobie do serca tą mądrość proroka i stosowałem dotychczas. Teraz, do czasu następnego wezwania do Zabrza, pozostało mi w radości spożywać chleb i weselić się z ziół jakie - na miarę swoich sił - wykonałem. Marzę, aby trwało to jak najdłużej.

 

Środa, dwudziesty czwarty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Od tygodnia, przy każdym dzwonku telefonu, słuchawkę podnoszę z panicznym lękiem. Czy, aby to nie w sprawie transplantacji serca?

Na zewnątrz staram się żyć normalnie; robię zakupy, gotuję, pomagam Karolince w nauce, wożę ją na język angielski, bywam w czytelni, oglądam seriale w telewizji, a nawet czasem się uśmiecham.

W środku odczuwam jednak narastający żal przed zbliżającym się ostatecznym rozstaniem ze wszystkim, i wszystkimi.

Na pogarszanie się nastroju duży wpływ ma fakt, że nie ma wokół mnie kogoś z kim mógłbym pogadać o swoich obawach.

Żony, wyczerpanej stresującą pracą, nie chcę jeszcze dodatkowo niepokoić, a inni pochłonięci są własnym, niejednokrotnie podobnie jak moje problemy, trudnym życiem.

W takich okolicznościach, po tygodniu, lęk przerodził się w depresję. Wokół widziałem tylko niedobrych ludzi i zły świat. W takiej rzeczywistości nie chciało mi się już żyć.

 

Czwartek, dwudziesty piąty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Dźwięk telefonu. Podnoszę słuchawkę i jak zwykle bardzo uprzejmie, trochę rozwlekając słowo, odzywam się:

- Słucham.

- Aleksandra Dmitrowicz, koordynator Transplantacji ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu.

- Antoni Leśniczek.

- Jest dla pana dawca serca. Czy pan decyduje się na przeszczep?

- Tak, ale prosiłbym o chwilę zwłoki, bo chciałbym się porozumieć z żoną, która jest obecnie jeszcze w pracy. Myślę, że pół godziny wystarczy.

- Zgadzam się. Proszę za trzydzieści minut być przy telefonie.

 

Godzina piętnasta dwadzieścia pięć. Dzwonię do Krysi. Umawiamy się że będzie czekać na parkingu przed budynkiem banku, w którym pracuje.

Choć to, od mieszkania zaledwie niecały kilometr jadę z dziesięć minut, bo w Śródmieściu Częstochowy o tej porze ma miejsce szczyt komunikacyjny. W drodze powrotnej przekazuję żonie treść rozmowy z panią Aleksandrą. Jest przygnębiona sytuacją. Pocieszam ją sugerując, że wcześniej muszę przejść jeszcze badania aktualnego stanu zdrowia, w tym zębów i to może na pewien czas oddalić operację wymiany serca.

Tyle co weszliśmy do mieszkania i nastawili na gazie wodę do zagotowania na herbatę, odezwał się telefon.

Pełen rezygnacji i bez wiary w powodzenie operacji przyjąłem do wiadomości, że w tej chwili wyjeżdża z Zabrza po mnie karetka.

Wziąłem prysznic. Starannie poprawiłem poranne golenie. Wyperfumowałem się dezodorantem i wodą toaletową. Włożyłem na siebie najlepszą bieliznę, odzież i buty. Innymi słowy, odstrzeliłem się jak nigdy dotąd. Wybierałem się przecież w długą i nieznaną drogę. By czas rozłąki nie dłużył mi się zbytnio, do stojącej w garderobie, od siedemnastego kwietnia, torby podróżnej dołożyłem dwie książki: Miłość nas rozumie ks. Józefa Tischnera oraz Być człowiekiem Phila Bosmansa, a także brulion z dobrymi radami z różnych innych książek, przybory do pisania i okulary do czytania.

Jakiś zapis zaobserwowanych zachowań pozostający w podświadomości nakazuje mi usiąść na wersalce między żoną, a córką Karoliną i trwając w milczeniu, przytulić je mocno do siebie. W tej, niczym nie zakłóconej ciszy słyszałem własne myśli. Przede wszystkim - swoje zatroskanie o nie, jak sobie poradzą, gdy mnie zabraknie.

W trakcie oczekiwania na przyjazd pogotowia, Krysia parokrotnie wyrażała chęć pojechania ze mną. Nie zgadzałem się na to, gdyż wtedy Karolinka zostałaby bez wsparcia ze strony bliskiej jej osoby.

O siedemnastej czterdzieści dzwonek domofonu wyznaczył początek rozstania. Kierowca czarnego Mercedesa Transita powiadomił, że czeka przed blokiem. Obie dziewczyny odprowadziły mnie do samochodu i ze smutkiem pożegnały.

 

Jest ciepła i słoneczna wiosna, przyśpieszona o co najmniej dwadzieścia dni. Zieleń w pełnym rozwoju, a jabłonie wykształcają różowe pąki. W milczeniu, zza szyb samochodu przyglądam się budowlom, domom, drzewom i mijanym krajobrazom. Żegnam się z ulicami Częstochowy, z miastem, w którym obecnie mieszkam; z wiejskimi obszarami, gdzie spędziłem dzieciństwo i młodość; z miejscowościami bliskimi mojemu sercu obecnie, w których bywam w czasie pobytów na działce rekreacyjnej.

Po około trzydziestu kilometrach, kiedy wjechaliśmy na kocie łby Lubszy przerwałem milczenie zwracając się do kierowcy z zapytaniem, czy mam szanse przeżycia operacji. Odpowiedź mnie nie interesowała. Chciałem po prostu nawiązać jakiś dialog z prowadzącym samochód mężczyzną, by szybciej zleciał czas przejazdu.

Mówiąc o przeszczepach serca, kierowca podkreślał, że robione są, z dobrym skutkiem, nawet osobom ponad sześćdziesięcioletnim. Jakoś obojętnie przyjąłem to pocieszenie.

W okolicach Tarnowskich Gór moją uwagę zaprzątnęły liczne samochody policyjne poruszające się po drodze i umundurowani funkcjonariusze stojący na rogatkach miast i większych miejscowości. Ich obecność towarzyszyła nam do Zabrza. Już na ulicach tego miasta kierowca odebrał telefon, jak się domyślałem, sprawdzający, gdzie się aktualnie znajdujemy.

Przed szpital podjechaliśmy o osiemnastej pięćdziesiąt. Dość pospiesznie wysiadłem z samochodu. Po postawieniu stóp na wyasfaltowanym podjeździe poczułem się nagle jak facet często nadużywający alkoholu. Doznałem otępienia umysłowego i zaniku uczuć wyższych.

Nie zdążyłem się nawet dobrze rozprostować, gdy już ktoś zabrał mój bagaż, ktoś inny pytał czy mogę samodzielnie iść, a kiedy usłyszał potwierdzającą odpowiedź, prosił bym podążał za nim.

Zaprowadzony zostałem wąskim korytarzem do ciemnego pomieszczenia, w którym poddano mnie badaniom echokardiograficznym. Leżąc na lewym boku na wygodnej ławie miałem jeszcze nadzieję, że to tylko dalszy ciąg badań kwalifikujących mnie do przeszczepu. By mieć całkowitą pewność zapytałem, lekarza oglądającego na monitorze moje serce, o kondycję tego narządu.

Jest bardzo sfatygowane. Aktualna wyrzutowość jest niebezpiecznie niska i wynosi zaledwie piętnaście osiemnaście procent. By pan mógł normalnie żyć konieczna jest transplantacja odpowiedział lekarz i pozbawił mnie złudzeń.

Opanowały mnie myśli żalu i zmartwienia, a potem zobojętnienie i bierność. Zablokowała się, osłabła pamięć do tego stopnia, że w pewnych okresach rwał mi się film

Z pięciogodzinnego okresu przygotowawczego utrwaliło się bardzo niewiele w mojej pamięci.

Po echu serca wwieziono mnie windą na piętro, a następnie wprowadzono do salki, gdzie przebywała uprzejma, młoda i stale się uśmiechająca pielęgniarka. Życzliwie odpowiedziała na moje dzień dobry i dorzuciła do tego jeszcze komplement:

Taki przystojny i zdrowo wyglądający pan, a tu serce do wymiany.

Dalej, mnóstwo luk w pamięci. Nie pamiętam nawet jakie czynności wykonywała przy mnie pielęgniarka. Nie potrafię sobie przypomnieć też żadnej twarzy, żadnych pomieszczeń, ani osób w nich przebywających.

Pamiętam natomiast, że zatelefonowałem z automatu do domu poinformować żonę, iż jestem przygotowywany do przeszczepu serca. W trakcie rozmowy telefonicznej dowiedziałem się, kto będzie mnie operował. Puściłem telefon i szybko w notesie zapisałem nazwisko kardiochirurga. Po chwili podniosłem, wiszącą na przyłączu tuż przy ziemi, słuchawkę. Przerażona żona płakała do niej. Nie potrafiłem jej pocieszyć. Poza podaniem zapisanego nazwiska dopowiedziałem, że wymiana u mnie serca jest nieodzowna bym mógł żyć.

Potem w pamięci zapisały się strzępki rozmowy z anestezjologiem dotyczące przebytych chorób, stanu uzębienia... i nic więcej.

Dokładnie za to pamiętam mycie ciała i golenie wyznaczonych miejsc. Robiłem to bardzo starannie. Myłem całe ciało parokrotnie, by usunąć ze skóry wszelkie zarazki. Goliłem się wolno i ostrożnie, tak aby się nie zaciąć, aby gdy się obudzę dobrze wyglądać.

Po umyciu dostałem biały fartuch, parę pigułek i na przystawce w czteroosobowej sali zobojętniały, pogodzony z losem oczekiwałem na moment rozpoczęcia zabiegu.

Zapamiętałem też fakt, że te pielęgniarki, które zajmowały się mną zapewniały, iż będzie dobrze. Były uśmiechnięte i bardzo spokojne.

Dziesięć minut przed północą, jedna, z dwu przybyłych do sali pielęgniarek, kazała położyć się na inne łóżko informując przy tym, że jedziemy po nowe serce.

Leżąc na wznak omiatałem wzrokiem szybko przemieszczający się sufit. Trochę turkotu kół łóżka, nieco drgnień na nierównościach łączeń podłogowych, parę skrętów i znalazłem się na bloku operacyjnym.

W nowym pomieszczeniu nie zdążyłem się cokolwiek zorientować, a już poproszono mnie o położenie się we wskazane miejsce. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że spadnę z wąskiej zimnej jak lód blachy. Po chwili oswoiłem się z temperaturą i ułożeniem głowy - jak mi się zdawało - niżej od reszty ciała. Jeden z obecnych mężczyzn chwycił mnie za lewą rękę i w wewnętrzny nadgarstek, diabelsko boleśnie, wkuwał jakąś szpilę Tak dotkliwego bólu, i tak długo trwającego w maksymalnym natężeniu, nie pamiętam. W skali od jeden do stu, oceniam go właśnie na sto.

Potem założono mi maskę na twarz i poddano narkozie.

 

WCZESNY OKRES REKONWALESCENCJI

 

Piątek, dwudziesty szósty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Pierwszy Oddział Intensywnego Nadzoru Pooperacyjnego

 

Oprócz tępego bólu w gardle, nic nie czuję. Nie wiem co się dzieje, nic nie kojarzę. Mózg oprócz nieustannego bólu, momentami nasilającego się, ale nieustępującego, nic nie sygnalizuje.

Mam wrażenie jakby w przełyku utkwił mi szkielet ościstej płotki.

W chwilę po tym, jak zacząłem odczuwać podrażnienie w gardle, usłyszałem męski głos, powtarzający coraz energiczniej i donośniej moje nazwisko :

- Panie Leśniczek ! Panie Leśniczek !.. proszę się obudzić, proszę otworzyć oczy !

Po którymś wezwaniu podniosłem powieki. Jak przez gęstą mgłę, ujrzałem zarys zegara ze wskazówkami w pozycji ósmej godziny.

- Czy mnie pan słyszy ?- pytał ktoś ponownie.

Słyszę. Ale jak to potwierdzić, kiedy w ustach, w krtani, rurka do oddychania, a struny głosowe nie dają się uruchomić. Mrugnąłem oczami.

- Czy mnie pan słyszy ? Proszę dać znać ! ...

Zgiąłem prawą rękę w łokciu, unosząc przedramię z łóżka i skinąłem palcami.

Poprawnie odczytano mój gest.

Znowu usłyszałem męski głos, nie przywiązując uwagi od kogo on pochodzi, informujący mnie:

- Miał pan operację. Jest pan po przeszczepie serca na Oddziale Pooperacyjnym.

Słowa usłyszałem, ale na treść nie zwróciłem uwagi. Pragnąłem bezzwłocznie znowu spać. Jestem okropnie senny. Tymczasem stale coś przeszkadza mi w zaśnięciu; a to dźwięk towarzyszący odkładanym narzędziom wykorzystywanym przez pielęgniarki, a to pojękiwanie któregoś z pacjentów, a to jakieś przyciszone głosy. Mózg zaczyna wiązać minione doznania z teraźniejszymi, przyszłymi i mogącymi nastąpić zagrożeniami, wyzwalając w organizmie silne emocje. Ogarnia mnie niewymowny żal, że zgodziłem się na operację. Przecież moje serce tak dobrze pracowało, tak dobrą kondycją fizyczną się odznaczałem; miałem osiągnięcia w turystyce, nie obce mi były ćwiczenia siłowe, na wieczorkach tanecznych należałem do aktywnych uczestników. Teraz będzie to niemożliwe.

Łzy strugami wyciekają spod zamkniętych powiek, oddech staje się krótki i szybki, do ust napływa dużo śliny, a ból w gardle nie do zniesienia. W tym przypływie smutnych odczuć miałem wrażenie, że duszę się powstającą w ustach pianą.

Identycznie było przy wspomnieniach radosnych przeżyć sprzed operacji, z których chciałem zaczerpnąć pocieszenia, zaznać zmysłowych przyjemności.

Mniemanie, że tak się już nie zdarzy rozdzierało mi serce.

Szalonym wysiłkiem woli trzeba było odwrócić myśli w kierunku tematów obojętnych emocjonalnie. Ale zanim się tego nauczyłem sytuacja powtarzała się wielokrotnie.

 

Z lekkiego półsnu, wypełnionego snuciem refleksji pomagających zachować dystans emocjonalny, wyrwał mnie pan dr Bogusław Ryfiński, który kierował zespołem lekarzy wykonujących operację przeszczepu serca.

Unosząc moją głowę wskazywał kogoś z przodu. Jakby za przeszklonymi matową szybą drzwiami, ujrzałem zarys ubranej na zielono postaci.

- Poznaje pan ? spytał.

Skinąłem palcami jak poprzednio. Domyśliłem się, że to żona. Dalej nie pamiętam. Chyba opadło napięcie i przysnąłem. Kiedy się ocknąłem żona już siedziała obok łóżka. Ponieważ nie mogłem z siebie wyksztusić żadnego słowa, a ona również milczała, patrzyliśmy na siebie zroszonymi szczęściem oczami i rozkoszowali cudem! Ogarnęła mnie niewymowna radość, że żyję!

By przerwać ciszę napisałem bardzo nieczytelnie na okładce notesu z telefonami jaki miała ze sobą Krysia:

ów ! jak K linka, twi praca, babcia, Mela, itp. Opowiadaj o:p>

Ostatnie wyrazy podkreśliłem; chodziło mi bowiem, nie o jakieś konkrety, ale o przerwanie przygnębiającej ciszy. Tymczasem Krysia wypowiedziała kilka zdań i wyczerpała temat. Dopisałem znowu :

Lekarz powiedział mi że bardzo mu się udała ta operacja i bd.

A potem jeszcze :

Może tu jest jakiś sklepik sok jeszcze przed odjazdem Mało albo małe buteleczki dobrego soku do picia inne nie

Czy wiadomo kto mnie operowa ? Kto mnie opero

Kocham Was

Ponieważ Krysia nie mogła w żaden sposób odczytać ostatnio napisanych słów, narysowałem serce. Teraz zrozumiała

Jak pojedziesz zaraz usnę dopisałem na koniec

Pisane litery to, gryzmoły często nie dające się odczytać, a wyrazy z błędami, w brzmieniu mówionym i bez jakiejś logiki. Nie kończyłem myśli. W słowach brakowało liter, a w zapisie - znaków interpunkcyjnych. Toteż zanim porozumiałem się z Krysią dużo czasu upłynęło. Czasu dla mnie szczęśliwego, bo z kochaną osobą. Sama jej obecność zadziałała na mnie jak lek uśmierzający dokuczliwy ból.

 

Po odejściu Krysi, co jakiś czas pielęgniarka pytała mnie :

- Jak się pan czuje ? Czy pana coś boli ?

Za każdym razem pokazywałem na szyję, ruchem ręki, jakby podcinając ją.

Chyba wreszcie zrozumiano ten znak, bo wyjęto mi rurkę z gardła. Wtedy poczułem silne pragnienie. I o dziwo, była znowu przy mnie żona. Nawilżała mi usta co pewien czas.

Pociekły łzy. I ponownie chyba trochę przysnąłem.

Od czasu przebudzenia bardzo mi gorąco, choć leżę nago i tylko skrawek ciała mam przykryty.

Na odchodne żona przekazała mi informację jaką uzyskała od lekarza. Powiedział on jej, że operacja przebiegła bez komplikacji, a nowe serce, nieomal, samo ruszyło. Tylko trochę, bardzo minimalnie, trzeba je było pobudzić.

 

W porze kolacji, pielęgniarka postawiła, na blacie wózka do posiłków, kubek herbaty. Parokrotnie informowała, że gdy będę miał mocne pragnienie, mogę małego łyczka się napić. W żadnym wypadku nie wolno wypić większej ilości jednorazowo.

By sobie nie zaszkodzić postanowiłem wcale nie pić. Wykonanie zamiaru ułatwił mi sen, w który znowu zapadłem.

Obudziła mnie już inna pielęgniarka. Miała ze sobą pędzel do golenia, mydło z wodą i jednorazowy nożyk. Szybko przystąpiła do pracy. Żyletka była tak tępa, że z trudem wytrzymałem wyszarpywanie zarostu z twarzy.

Po krótkiej toalecie znowu okropnie zachciało mi się pić. Bez namysłu chwyciłem za kubek i wypiłem całą jego zawartość. Prawie natychmiast poczułem odruchy wymiotne. Ogarnął mnie paniczny strach przed rozerwaniem, zszytego kilka godzin temu, mostka. Nadzwyczajnym wysiłkiem woli, przez kilka minut, broniłem się przed skurczami mięsni brzucha i klatki piersiowej, które poprzedzają torsje. Nie wiem jak to się stało, że ku mojemu szczęściu - nie zwymiotowałem zawartości żołądka. Wycieńczony walką o przetrwanie, zasnąłem.

 

Sobota, dwudziesty siódmy kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Niewielkie pomieszczenie wnęki wydzielone z dużej sali jest klimatyzowane. Leżę nago, biodra tylko przykrywa mi prześcieradło, a mimo to zbyt mi gorąco. Przez stale otwarte drzwi z dużego wnętrza dochodzą szczątki rozmów pielęgniarek miedzy sobą i do pacjentów, bądź lekarzy. Nie jestem wcale zainteresowany ich treścią, ale pojedyncze słowa wypowiedziane głośniej, albo po dłuższej przerwie, lub barwą której nie lubię, przeszkadzają mi w drzemce. Przerywają ją też przywoływania pielęgniarek przez chorych, albo ich utyskiwanie na dolegliwości, czy też wprost ciche pojękiwania, bądź odgłosy towarzyszące torsjom, albo niekiedy coś w rodzaju przeraźliwego okrzyku spowodowanego strasznym snem. Wydaje mi się, że trwa to stale. Nie potrafię moich wrażeń słuchowych powiązać z biegnącym czasem. Upływa on jakoś inaczej i niezmiernie wolno. A od świtu odmierza go nie zegar, a odstęp między wykonywaniem przez pielęgniarkę różnych czynności niezbędnych do utrzymania mnie przy życiu. Zaczyna się pomiarem temperatury, potem podanie leków, zmiana opatrunku, odlewanie moczu wypływającego poprzez cewnik do foliowej torebki, odczytywanie ze skali na dużym przeźroczystym pojemniku ile czerwonawego płynu wydobyło się z wnętrza poprzez przezroczystą gumową rurkę wychodzącą z brzucha, potem nauka siadania i poruszania się w łóżku na pośladkach w przód i do tyłu.

Jestem wyjątkowo obojętny wobec tego co się dzieje wokół mnie. Zauważam jedynie fakty, ale nie angażuję się w nie emocjonalnie. Cały proces myślenia ma związek wyłącznie z moim życiem, tym tu, teraz. Wycieńczony przykrymi doznaniami jestem w gorszej sytuacji niż biblijny Łazarz. Jestem spragniony życzliwości, słowa pocieszenia od kogoś bliskiego, poprawienia uwierającej w głowę poduszki, ugaszenie pragnienia podaniem dobrego napoju. Uczucia wobec siebie samego i bliskich jakie mi towarzyszą są zmienne i pełne sprzeczności.

A jednak żyję. Silny żal, że tylko osobowość i serce. Ciało jeszcze wprawdzie nie umarło, ale jest mi dziwnie obce; posiniaczone, skłute, ze skórą podziurawioną licznymi wężykami i przewodami.

Łzy. Zamykam oczy. Coś w rodzaju pętli z powrozu zaciska mi gardło.

Po chwili rozgoryczenie mija. Usiłuję zatrzymać myśli na czymś radosnym, choćby fakcie, że żyję. Niestety nie umiem nimi kierować. Znowu łzy, gdy uświadamiam sobie obecnepołożenie. Lepiej było się nie obudzić.

Dość często - w młodości i wieku dojrzałym - w snach, przeżywałem własny pogrzeb. Teraz dzieje się to na jawie.

Mokro w oczach, na policzkach, słonawo w ustach, wilgotno w uszach.

Może dałoby się z powrotem wstawić mi moje serce. Tak dobrze funkcjonowało umożliwiając mi różnoraki wysiłek. Obłędny żal za straconym sercem i wyrzuty wobec siebie. Jaki byłem głupi, tak lekkomyślnie poddając się operacji.

Chwila opamiętania.

Z przeczytanej literatury wiem, że pozytywne myślenie to, konieczny warunek do wyzdrowienia. Powtarzam prawie półgłosem słowa lekarza, że moje serce było schorowane, a to, jest super. Muszę w to uwierzyć. Muszę w to uwierzyć...

Drzemka.

Upływ czasu i taśma - cofnięta podczas drzemki do początku - rusza, uruchomiona znowu. Falowanie uczuć nie ustaje. Negatywne osądy sytuacji nie poprawiają się. Znowu drzemka. Wyrywa mnie z niej głos żony.

Potem przy łóżku staje i mówi do mnie starsza córka Samuela, ale smutek blokuje mi słuch. Nie rozumiem słów, ale uświadamiam sobie, że może to być z nią ostatnie moje spotkanie.

Następnie wraz z Krysią zjawia się młodsza córka - Karolinka. Dziecko na widok mojego ciała - obwieszonego pajęczyną przewodów, zaplamionego płynami odkażającymi, pokrytego fioletowymi plamami - straciło mowę. Chcąc pokazać jak bardzo jestem zdrowy, proszę, aby posłuchała bicia mojego młodego serca. Mówię też coś o możliwościach fizycznych jakich, po okresie leczenia, się spodziewam - dzięki nowemu sercu.

Bardzo nieumiejętnie ją pocieszam.

Inaczej być nie może, bo jeśli się w coś nie wierzy, nie da się tego przekazać komuś innemu w taki sposób, by go przekonać do prawdziwości wypowiadanych słów.

Po pożegnaniu z najbliższą rodziną zapadłem w krótki sen.

Wieczorem - po ogoleniu przez tą samą panią, co wczoraj - zostałem przeniesiony do sali Drugiego Oddziału Intensywnego Nadzoru Pooperacyjnego.

 

Niedziela, dwudziestego ósmego kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Przez parę godzin nocy, leżałem z zamkniętymi oczami, ale sen nie nadchodził. Czas nieskończenie wolno upływał. Złe myśli, niczym pirotechniczne wybuchy, zakłócały szpitalną ciszę. Świadomość między niebem i ziemią wędrowała nieustannie. W tych podróżach przeważnie dominował inny świat. W zabłąkaniu cieniów, nieznanych wcześniej obrazów, istniała jakaś pustka uczuciowa, jakaś ślepa obojętność. Ulgę przynosił powrót tu, na ziemię, do szpitalnego wnętrza, gdzie za ladą, czuwały pielęgniarki. Przyćmione światło padające na nie, na ich pogodne twarze, sprawiło, że w tym piekle obaw duchowych wziąłem je za dwa samotne anioły.

Tak jak wcześniej, by nie ulec przygnębieniu, zajmowałem myśli czym tylko się dało. A to, w przybliżeniu określałem czas między włączeniami olbrzymiego, zabudowanego na zewnątrz, klimatyzatora - tłoczącego powietrze do szpitalnych sal; a to, wsłuchując się w sygnał karetki zgadywałem jak daleko jest od kliniki. Potem wpatrywałem się w ciemność za oknem do czasu, aż ujrzałem za nim zarys konstrukcji klimatyzatora, a później pierzastą chmurkę.

Gdy nadszedł świt i w sali było widniej, zrobiło się jakby weselej. Naliczyłem sześć łóżek z chorymi. Wszyscy, tak jak ja niedołężni, pobarwieni krwią, do połowy goli i z szerokim paskiem gazy na piersiach - od spojenia obojczyka do pępka.

Bardzo byłem zaskoczony, kiedy wcześnie rano pielęgniarka przyniosła worek z moją torbą, z której wyjęła przedmioty potrzebne do toalety i poleciła je użyć.

Po raz pierwszy w życiu, tu w szpitalu, ogoliłem się nie korzystając z lusterka. Z myciem było trochę trudniej, ale pomogła mi jedna z pań pełniących dyżur.

Swoją drogą, niespotykany to widok: jednocześnie sześciu chorych, kobiet i mężczyzn, myje się, goli, kremuje, używa różnorakich wód perfumowanych Wcale nie odczuwa się przez ten czas, że są oni po tak poważnych operacjach. Obserwując ich i zgrabne, zwinnie poruszające się pielęgniarki, i ja zapomniałem na moment o swoim położeniu.

Przed południem w sali pojawiła się grupa lekarzy i pielęgniarek. Jedna z par stanęła przy moim łóżku. Lekarz usiadł na krześle stojącym obok i mówił do mnie o przebiegu operacji, o sercu... Nic nie docierało do mojej świadomości. Żadna informacja w niej nie pozostała.

Nie potrafię tego wyjaśnić inaczej, niż tylko wzruszeniem, że po raz pierwszy po operacji, ktoś z personelu odzywał się do mnie z pewnego rodzaju troską i nie wymuszoną grzecznością.

Po wizycie, na salę zaczęły pojedynczo wchodzić osoby odwiedzające chorych. Nie zazdrościłem im spotkania z bliskimi. Ja nie byłem jeszcze na tyle silny, by z kimś móc swobodnie rozmawiać.

Zaraz, też po wizycie, przy moim łóżku znalazły się dwie panie z wizytówkami oddziału rehabilitacji na kształtnych piersiach. Po zgodzie na zakup, założyły mi na goły tors szelki stabilizujące mostek. Po czym zajęły się mną ucząc poruszania się po łóżku, wykonywania pewnych ćwiczeń dla wzmocnienia mięśni. Pokazały jak robić to w pozycji siedzącej, jak w leżącej. Udzieliły wskazówek jak ochraniać niezrośnięty jeszcze mostek. Udzieliły rad dotyczących zachowania się na wypadek kichania, kaszlu lub wymiotów. Bardzo miło minął mi z nimi spędzony czas.

W obiad dostałem talerz kaszy manny na wodzie. Jadłem powoli rozkoszując się ciepłem strawy i smakiem.

Po obiedzie leżąc w pozycji pół siedzącej, w odległości kilku metrów - na wprost, dostrzegłem szczupłego mężczyznę i siedzącą przy nim kobietę. Rozmawiali z sobą gestykulując w moja stronę. Nic wprawdzie nie rozumiałem, ale też skinąłem im dłonią.

W miarę upływu czasu z ogromnej sali zaczęło ubywać cywilnych ludzi. Gdy zapadł zmierzch pozostała na niej tylko szóstka pacjentów i dwa, wielobarwnie odziane - asze anioły stróże

Wlecze się czas wolniutko. Leniwie jak krople leków z wiszącej nade mną, kolejnej, półlitrowej butli.

Ogarnia mnie śmiertelna samotność wśród tej dużej zbiorowości. Gdybym mógł wstać podszedłbym, do któregoś chorego poszeptać o czymkolwiek. Ale nie wolno mi opuszczać łóżka. Zresztą, chyba przy pierwszych krokach bym upadł z osłabienia.

Znowu czas umilają mi dalekie odgłosy z zewnątrz. Wytężam słuch starając się wychwycić, w monotonnym szumie dworu, jękliwy głos syren karetek pogotowia. Gdy się w dalekości pojawi, przemieszczam się razem z nim. Najpierw, samochód z potrzebującym szybkiej pomocy chorym, jest gdzieś daleko. Ledwo słychać koguta pojazdu uprzywilejowanego. Mija trochę nieprzerwanego ciągu chwil, a do ucha dobiega wyraźniejszy sygnał, a potem jeszcze głośniejszy. I już pogotowie jest na skrzyżowaniu z ulicą doprowadzającą do szpitala, bo w tej nocnej ciszy wycie syreny na karetce jest już przeraźliwie głośne. Wtem buczek milknie, jakby zachłysnął się brudnym powietrzem. Słychać tylko warkot silnika samochodu zbliżającego się do podjazdu wejścia głównego szpitala. Kiedy i on cichnie czekam na następny znak świata zza okna, na załączenie klimatyzatora.

 

Poniedziałek, dwudziesty dziewiąty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Dość często, wrażenia z pola zagłuszane są przez puste dźwięki sali. Ale te odgłosy bez treści, nie są bez znaczenia. Od piątkowego poranka, uczę się je odczytywać. Teraz, słysząc słowa ziewania i kasłania, brzmiące różną tonacją i donośnością, rozumiem je. Większe cierpienie w swej treści, zawierają jęki chorych. Te najbardziej ranią moją psychikę i wyzwalają lęk. Kolejna to doba, a one nie powszechnieją mi. By jakoś sobie ulżyć staram się myśleć pozytywnie. Przecież, te słowa chorych - wypowiadane za pomocą ziewań, kaszlu, żałosnych głosów rozpaczy, jęków to nic innego, jak niepowtarzalny dialog ludzi połączonych jednym łańcuchem cierpienia. To właśnie te wyrazy na pozór puste, bez znaczenia, umożliwiają rekonwalescentom wzajemne informowanie się o swoich stanach ducha i ciała. Nie potrzebują przy tym wstawać z łóżka, albo rozmawiać szeptem. Wyrzucają z siebie swój problem, od tak, bez skrępowania spontanicznie.

Smutne to moje umilanie nocy szpitalnej - zajmowanie się byle czym, żeby mieć wrażenie szybszego mijania czasu. Ale inaczej czas stanąłby w miejscu dla mnie, a tak -szybko doczekałem świtu.

Piersi wyrwani ze snu, dzień zaczynają konsumpcją własnego prowiantu.

Potem poranna toaleta i mieszanina zapachów wód i dezodorantów. Moje kosmetyki mają bardzo przyjemny zapach. Ich woń poprawia mi nastrój.

Po szpitalnej nocy następuje dzienna kołomyja szpitalna; pomiar temperatury, pobieranie krwi, kroplówki, leki, wizyta lekarska, rehabilitacja, zmiana opatrunków, posiłki, drzemki, odwiedziny...

Dziś w trakcie rehabilitacji przeżywam coś nadzwyczajnego. Po wykonaniu różnorakich ćwiczeń nastąpił moment najważniejszy. Panie poprosiły mnie, abym stanął na nogi obok łóżka. Z dużą ostrożnością i przy ich pomocy zrobiłem to. Wielki zawrót głowy i dziwne uczucie braku równowagi zdominowały w pierwszej chwili mój organizm. W miarę upływu czasu wszystko normalniało. Tylko sala chorych była inna, jakoś zupełnie odmienna z tej perspektywy. Już w tej krótkiej chwili nie czułem się takim bezsilnym Łazarzem.

Po południu zauważam brak na sali bruneta z wąsikiem, który wczoraj pozdrawiał mnie. Na jego miejscu leży już ktoś inny obszerna pacjentka, co chwilę pokrzykująca coś niezrozumiałego. Szkoda, bo brunet nadawał na tych samych, co ja, falach. Poczułem do niego nić sympatii.

Jakieś smutne myśli opanowały mi głowę i zacząłem ryczeć jak bóbr. By inni nie widzieli moich łez odchyliłem głowę w stronę łóżka, na którym leżał, chrapiąc, jakiś senior.

Jest tak dobrze, mam bardzo wygodne łóżko, fachową opiekę medyczną, milutkie asystentki do rehabilitacji, nic mnie nie boli, nie jestem głodny ani spragniony, a jednak czegoś mi brak. Brak mi serdeczności, bliskości kogoś kochanego, albo choćby życzliwego. Kogoś, kto nie spiesząc się, przemówiłby ludzkim głosem, nadał teraźniejszości pewien wymiar, pchnął ku potędze nadziei; kogoś wreszcie, kto swą obecnością przy mnie wypełniłby wolno wlokący się czas.

Mam wrażenie, że te pragnienia duszy mają zgubny wpływ na ogólne moje samopoczucie.

Wodzę wzrokiem za kształtnymi ciałami pielęgniarek. Dostrzegam walory urody, proporcjonalność sylwetek, jędrność skóry, rumieńce na ładnych buziach, wdzięk...

Nie potrafię tego przetworzyć na męski zachwyt. Zareagować emocjonalnie zmysłami. Ożywić ciało. Daleka czeka mnie jeszcze droga, od teraz do odzyskania dobrej formy i pełni zdrowia w przyszłości. Niewyobrażalnie daleka.

 

Wtorek, trzydziesty kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

W ciągu nocy, w okresach kiedy na moment zdrzemnę się, miewam dziwne odczucia. Zdaje mi się, że opadam w strukturę kosmiczną bez dna. Innym znowu razem, jestem w tak ogromnej przestrzeni, że choć domyślam się obecności innych, nikogo nie widzę. Zawsze całym sobą bronię się przed wessaniem w pustkę pozaziemskiego obszaru. I za każdym razem jestem mocno wyczerpany fizycznie, gdy wracam na szpitalne łóżko, wezwany jękliwym wyciem syren karetek pogotowia. Ale czuję się na nim bezpiecznie.

Wcześnie rano z zapałem, całym sobą, przystępuję do poprawienia formy fizycznej. Leżąc, samodzielnie ćwiczę mięśnie. Najpierw nogi, potem ręce, pośladki i na koniec szyję. Gdy pielęgniarki rozdają termometry, jestem już po gimnastyce

Przy porannej toalecie, chory z ukosa, leżący najbliżej mnie, nie chce usiąść. Kiedy to wreszcie z pomocą pielęgniarek robi, wrzeszczy przeraźliwie, bo urażają go rany odleżyn na tyłku. I ja odczuwam już pewną inność ciała. Zwłaszcza skóra pleców i pośladków trochę zaczyna piec.

Jest mi codziennie bardzo gorąco. Choć mało piję, to jednak pocę się, a cały czas leżę na wznak. Też mogę się nabawić odleżyn.

Przed śniadaniem okazuje się, że czeka mnie kolejne doznanie, którego jeszcze nie przeżywałem. Od operacji nie było stolca, a już od trzech dni jem sporo, jak na rekonwalescenta. Pielęgniarka poleca mi połknąć tabletki, które mają sprawę załatwić Prośby, że wolałbym to zrobić po obiedzie, nie skutkują. Wyjaśnia mi, że jak teraz je zażyję, zadziałają dopiero wieczorem. To usuwa na dalszy plan wcześniejsze obawy. Zjadam podane środki. Nie wyobrażam sobie oddania stolca, przy tej ilości chorych, na sali w ciągu dnia. Na samą myśl o tym robi mi się duszno i słabo.

Skoro jednak ma to nastąpić dopiero wieczorem, uspokajam się i z apetytem zjadam śniadanie. Po nim pielęgniarki dokonują jeszcze drobnej kosmetyki sali, bo za chwilę wizyta lekarska.

Zaczyna mnie pobolewać brzuch. Informuję o tym pielęgniarkę.

- Proszę wytrzymać jeszcze przez okres wizyty rzuca w moją stronę.

Lekarze są już przy pierwszym pacjencie. Jeszcze wytrzymuję. Przechodzą do drugiego. Omal nie mdleję z wysiłku powstrzymywania i ze wstydu, że już nie podołam. Stanowczo proszę o basen. O dwa baseny, bo czuję, że do jednego nieczystości, które mam wydalić, nie pomieszczą się. W oczekiwaniu na pojemniki koncentruje się tylko na tym, by nie nabrudzić w pościel.

Jest pielęgniarka. Już mi wszystko jedno, kto patrzy, kto będzie kręcił nosem na złowonny zapach. Jak tylko podsunęła krzesło z basenem, w mgnieniu oka usiadłem na nim. Taka była konieczność chwili.

Gdy pielęgniarka - poprzez umiejętne przesunięcie białych zasłon, zamocowanych na linkach dzielących salę na tyle kwater, ile łóżek - stworzyła mi pewną intymność, musiałem przerwać, bo zapełnił się pojemnik.

Upłynęło trochę czasu, zanim dostałem drugi basen, bo również ranny cierpiętnik poszedł moim śladem.

Ogromną ulgę poczułem, gdy już wszystko miałem poza sobą. Było to dla mnie najbardziej stresujące, w dotychczasowych doznaniach, przeżycie. Sądzę, że wszystko co nastąpi - nie wywoła już we mnie tak wielkiego napięcia nerwowego i skrępowania.

Po przesunięciu zasłonek na dawne miejsce na sali nie dostrzegłem wizytujących lekarzy. Kiedy powrócili, śledziłem ich wzrokiem i słuchałem. Mało co rozumiałem z terminów medycznych, ale na podstawie skarg chorych wnioskowałem o ich samopoczuciu, a poza tym towarzysząc obchodowi zagospodarowywałem nadmiar wolnego czasu.

Przy moim łóżku lekarze zatrzymali się tylko na moment odczytania przyczyny mego tu pobytu. Odwiedził mnie natomiast ten sam lekarz, który był wczoraj i przedwczoraj.

Po wizycie, pod kierunkiem rehabilitantek, trochę się poruszałem. Wszystkie ćwiczenia były łatwe, poza jednym - przyjęciem postawy pionowej. Trudno było z pozycji siedzącej dojść do stojącej. Sporo wysiłku fizycznego należało włożyć w tę czynność i wykonywać ją wolno, by nie dopuścić do nadmiernego zawrotu głowy.

Od pani pomagającej mi przy rehabilitacji otrzymałem - pierwszy po operacji dokument pisany - rachunek na pięćdziesiąt pięć złotych za stabilizator mostka.

W następnym przedziale czasowym, w południe, przyglądałem się zmianie opatrunków u innych. Na swoją ranę nie miałem odwagi spojrzeć. Bałem się, że - tak jak wcześniej - na widok skaleczeń i krwi, zrobi mi się słabo.

Zdobyłem się natomiast na odwagę, by zagadać do pani zajmującej się moją pokaleczoną piersią i brzuchem.

Po wymianie paru zdań, okazało się, że oboje zbieramy zużyte karty telefoniczne. Gdy wspomniałem o braku w Częstochowie przeźroczystych wkładek do klaserów, obiecała, iż poprosi męża o kupno ich dla mnie, bo tu, na Śląsku są one w sprzedaży.

W godzinę lub dwie po obiedzie, tak jak każdego dnia, zaczęły się odwiedziny chorych. Żeby nie było zbytniego przepełnienia, pielęgniarki wpuszczały tylko po jednej osobie do każdego z chorych. Jeśli do kogoś było więcej osób, wymieniali się rotacyjnie.

W tej porze, przez uchylone drzwi zobaczyłem spacerującego po korytarzu wysokiego bruneta z wąsikiem. Przechadzał się wolnym krokiem, trochę skulony, wspierając się na laseczce. Towarzysząca mu kobieta pchała równolegle stojak pod kroplówki. Pewno i on mnie zobaczył, bo kiedy powtórnie znalazł się na wysokości drzwi zatrzymał się na moment i skinął głową. Pozdrowiliśmy się uśmiechem i uniesieniem ręki.

Przed kolacją pielęgniarka usunęła mi cienki wężyk z cewki moczowej, a kardiochirurg gumową rurkę z jamy brzusznej. Wypływała nią do przeźroczystego pojemnika przy łóżku różowawa ciecz.

Wieczorem przeniesiono mnie na Oddział Intensywnej Opieki Transplantacyjnej. Znalazłem się w sporej wielkości salce z trzema łóżkami. Nad każdym był monitor. Narożną część sali zajmowała łazienka.

Uradowałem się od razu, bo spotkałem tu starego znajomego wysokiego bruneta z wąsikiem. Jak się okazało, Witold Wysmulski mieszkaniec Lublina, też był po przeszczepie. Operację przeszedł trzy dni przede mną. Jemu towarzyszyła cały czas żona.

Na sali był jeszcze jeden pacjent, ale po operacji zastawek i z Jarocina. Nim też opiekowała się żona.

Po dwudziestej pierwszej kobiety udały się na nocleg. Wtedy z Witkiem opowiadaliśmy dość obszernie o swoich przeżyciach. Pacjent z Jarocina również włączał się do rozmowy.

Na noc pielęgniarka pod łóżko postawiła mi kaczkę, bo przyszła pora na samodzielne oddawanie moczu.

Nie mogłem w żaden sposób zasnąć. Rozsadzała mnie euforia. Nawet przez chwilę nie przestawałem myśleć o tym co mnie spotkało. Czułem się wyróżniony przez sam fakt transplantacji. Oszołomiony nadmierną radością poddałem się gonitwie myśli. Koniecznie chciałem zrobić wokół siebie dużo rozgłosu; pragnąłem zaszokować kontaktami, zabłysnąć przed personelem i kolegami. Najpierw postanowiłem nawiązać kontakt z komendantem policji.

Na czystej kartce papieru, w formie pisma urzędowego, napisałem:

 

Zabrze, trzydziesty kwietnia dwa tysiące drugi rok.

Oficer rezerwy Antoni Leśniczek

 

 

Szanowny Pan Generał

Szef

Śląskiej Komendy Policji w Katowicach

 

Od dwudziestego piątego kwietnia przebywam w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu po transplantacji serca.

Lekarze dokonali cudu. Mam niezniszczalne pragnienie, by szli dalszą drogą, aby osiągnąć swój cel, bym żył w lepszym zdrowiu niż przed przeszczepem. Miewam jednak trudne momenty. Oprócz żony i wezwań do Boga, nie pozostał mi nikt ze znajomych; nikt, kto zmusiłby mnie, zmobilizował mój organizm, do tego, by wspomagał niepojętą pracę personelu Szpitala przede wszystkim profesjonalizm panów: doktorów Bogusława Ryfińskiego, który z zespołem ludzi zoperował mnie i Michała Zakliczyńskiego, który robi rzeczy niemożliwe, stawiając mnie na nogi, w sposób tylko jemu znany.

Z poważaniem emerytowany oficer.

Antoni Leśniczek z Częstochowy.

Ps.

Czekam na rozkaz, szanownego Pana Generała, całodobowo pod telefonem [ (tu podałem numer telefonu do oddziału, na którym leżę .

 

Środa, pierwszy maja dwa tysiące drugi rok.

 

Treść wielokrotnie poprawiałem, bo dopatrywałem się w niej zbyt wielu bezładnych sformułowań. Ostatecznie redagowanie zakończyłem w dwie godziny po północy.

 

Dzień zaczął się podobnie jak na poprzednim miejscu. Tym razem jednak toaleta poranna była już dokładniejsza, bo nabrałem wprawy, a ponadto dwie pielęgniarki miały tylko trzech tak niedołężnych pacjentów i nam mogły poświęcić więcej czasu.

Dużą przyjemność poczułem, gdy jedna z pań, wodą z mydłem, zwilżyła mi plecy, a potem dokładnie wytarła masując skórę szorstkim ręcznikiem.

Ponieważ od rozbudzenia do śniadania pozostawało dużo czasu, zapragnąłem umyć i dolną połowę ciała. Odłączyłem od monitora wiązkę kabelków biegnących od elektrod rozmieszczonych na klatce piersiowej i wolno udałem się do łazienki.

Wszedłem pod prysznic, uważając, by nie zamoczyć kabelków. Zrobiłem wielką frajdę przepoconym pośladkom i nogom, polewając je ciepłym strumieniem wody, a potem namydlając i spłukując.

W pewnym momencie mydło upadło do brodzika. Schyliłem się po nie, przysiadając nisko. Z wielkim wysiłkiem, z ogromnym trudem, wróciłem do poprzedniej pozycji. Natychmiast jednak pochyliłem tors opierając dłonie na ugiętych kolanach. W ten sposób starałem się zachować równowagę i uregulować nadmiernie szybki oddech. Łapałem powietrze, tak łapczywie jak wynurzający się nad taflę wody topielec. Przyspieszone tętno, z trudną do określenia liczbą uderzeń na minutę, rozsadzało mi żyły. Strasznie przeląkłem się, że odkleją się one od nowego organu. Na szczęście rytm serca dość szybko wrócił do normy. Tylko paniczny strach przed czymś złym długo mnie nie opuszczał.

W trakcie wizyty lekarz oceniając nasz stan zdrowia, mój i Witka, zezwolił na krótkie spacery. Mnie zalecił najpierw po sali próbować.

- Ja już tak dobrze się czuję, że mógłbym wykonywać i przysiady, nie tylko spacery - odezwałem się nawiązując w pewnym sensie do porannego przeżycia pod prysznicem.

- Z tym jeszcze długo trzeba będzie zaczekać - usłyszałem odpowiedź na swoje zakamuflowane pytanie.

Po wyjściu lekarza i pielęgniarki z sali, spokojnie położyłem się i od czasu, do czasu, zagadywałem do Witka dzieląc się z nim wrażeniami, jakich w ubiegłoroczne wakacje doznałem, zwiedzając Lublin i okolice. Pokazywałem, mu i jego żonie, ozdobne pamiątkowe pieczątki z muzeów i Poleskiego Parku Narodowego.

Około południa przeżyłem wielką radość. Nareszcie ktoś bliski był przy mnie. Poranna toaleta i obecność kochanej żony sprawiły, że na pewien czas poczułem się zdrowy, pełen ochoty do życia. Nic mnie nie bolało.

Po krótkiej rozłące z Krysią, byłem nią teraz zauroczony. Nareszcie ktoś serdecznie życzliwy przy mnie! Taki mój skarb oszczędzany na najtrudniejsze czasy. Cieszyłem się bardzo jej obecnością.

W miarę upływu czasu, w trakcie rozmowy o gólnych konkretach atmosferę entuzjazmu wypierać zaczęły myśli refleksyjne.

Radowałem się na zewnątrz, a w środku pojawił się smutek, gdy patrząc na okrąglutką buźkę żony zauważyłem zatroskanie jej niebieskich oczu. Głęboko zapadnięte w oczodołach, otoczone ciemną obręczą sińców, dopraszały się łaski uwolnienia od nadmiaru zmartwień.

- Ona wyczerpana jest do granic możliwości. Z trudem godzi obowiązek pracy i wychowania Karolinki z nagle spadłym na nią obowiązkiem opieki nade mną. Męczy się sytuacją bardziej niż ja. Tylko szybko zdrowiejąc mogę jej pomóc - pomyślałem ze współczuciem.

W trakcie spotkania nie narzekałem więc na nic, symulując doskonałe samopoczucie.

W takim właśnie stanie ducha zastał mnie chrześniak Krzysztof syn mojego brata, Janka.

Po ich wyjeździe dopadł mnie kryzys. Poczułem się najpierw mocno osłabiony. Potem zaczął się okres wzmożonego działania leków. Ciało zaczęło drżeć. Wnętrze rozsadzała nagła energia, ochota do działania. A potem przyszła nagła senność. Po około piętnastu minutach kamiennego snu nastąpiła zupełna zmiana stanu w psychice i ciele.

Starannie, przepisałem tekst do generała, a potem z kartek formatu A cztery zrobiłem kopertę i do niej włożyłem list, a dla usztywnienia przesyłki dodałem jeszcze twardą okładkę z foliowej teczki na dokumenty. Całość, ponad adresem, zaopatrzyłem dużym napisem: Ściśle Tajne i o rąk własnych

Korespondencja ta to, zakamuflowana prośba o odwiedziny. Mam nadzieję, że tak się stanie.

Późnym popołudniem, w dobrej formie ze stojakiem podtrzymującym pompy, do których byłem podłączony co jakiś czas wychodziłem z sali chorych i spacerowałem po korytarzu dotrzymując kroku Witkowi i jego żonie.

Na korytarzu poznałem Janusza Pomorskiego i Wojnowskiego Adama. Też obaj po przeszczepie, ale już a oko całkowicie sprawni. Korzystając z pomocy Janusza przywołałem windę i już miałem nią zjechać na parter zorientować się, gdzie znajduje się kiosk, gdy wtem zjawiła się niespodziewanie pielęgniarka i kategorycznie zabroniła ruszać się poza Oddział Transplantacyjny.

Oceniając jej reakcję domyślałem się, że nie mogła zrozumieć, iż dorosły człowiek, tak dojrzały jak ja, może być tak beznadziejnie nierozsądny.

Przez taki drobiazg, uświadomiłem sobie ile czeka mnie wysiłku, bym przestał się izolować od personelu medycznego ścianą nieuzasadnionego strachu i skrępowania.

Ponieważ od operacji nie straciłem zbyt dużo na kondycji fizycznej miałem jeszcze sporo siły i ochoty na pokolacyjne dreptanie.

 

Dziś tak jak w poprzednie dni zobaczyłem księdza. Poprosiłem go aby po zakończeniu obchodu poświęcił mi trochę czasu. Przyszedł po dwudziestej. Przez prawie trzydzieści minut prowadziliśmy luźną rozmowę w cztery oczy Była to forma spowiedzi w wersji odnowionej Ksiądz widząc penitenta bezpośrednio, a nie tylko zarys przez kratki konfesjonału, starał się pomóc mi. Wyczuwając jak reaguje na pewne kwestie, ukierunkowywał pouczenia, starając się dopasować je do moich możliwości intelektualnych. W trakcie spotkania kapelan zobaczył we mnie człowieka grzesznego, ale zagrożonego śmiercią - i z tego powodu, godnego przyjmować ciało Chrystusa.

Potem przyszła noc. I tym razem znowu dla mnie prawie bezsenna, ale już bez głośnych jęków obok.

Spędziłem ją na rozmyślaniu o czwartkowym badaniu stanu nowego serca.

 

Czwartek, drugi maj dwa tysiące drugi rok.

 

Wcześnie rano wziąłem tabletkę na przeczyszczenie, bo bałem się, że z nerwów rozboli mnie brzuch w trakcie biopsji. Potem wziąłem prysznic. Było podobnie jak wczoraj - znowu z ręki wypuściłem mydło do brodzika.

Po około godzinie, do tabletki dołożyłem czopek i zostałem w łazience ogolić się wreszcie przed lustrem. Po zakończeniu, zrzuciłem z siebie ręcznik i wtedy zobaczyłem część rany zszytego mostka oraz choinkę głębokiego wkłucia na szyi. Pociemniało mi w oczach. Jednocześnie zadziałały też środki przeczyszczające. Cofając się w tył, w kierunku muszli klozetowej, potknąłem się o rąbek ręcznika. Przed upadkiem uchroniłem się podparciem lewą ręką o ścianę. Bardzo mocno zabolał mostek.

Powtórnie uraziłem go - zaciskając twarde uchwyty parcianych pasków chroniących szycie klatki - podczas nadymania na desce sedesowej.

Gdy opuściłem łazienkę zasklepiona rana mostka zaczęła w jednym punkcie krwawić.

Poproszona o pomoc, pielęgniarka, opatrzyła miejsce wyjałowionym gazikiem.

Gdy nadeszła odpowiednia pora, zawieziono mnie wózkiem na biopsję. Byłem tak bardzo zniecierpliwiony i przestraszony zaistniałą sytuacją, że i tu popełniłem kolejny błąd. Kładąc się na wąski stół, w obawie przed upadkiem, opadające ciało podparłem mocno odchyloną do tyłu lewą ręką. Zabolało w mostku jeszcze bardziej niż wcześniej.

Kiedy po zakończeniu badań hemodynamicznych pielęgniarka na dwukołowcu wiozła mnie na oddział, na korytarzu drugiego piętra zobaczyłem szwagra Staszka. Ucieszyłem się, bo była to znakomita okazja, by poprosić go o wysłanie listu do generała. W sali dałem mu kopertę z zaleceniem, by jeszcze dziś, listem poleconym ją wysłał. Najlepiej z Zabrza.

Z krwawiącego już poprzednio miejsca, nadal wypływała cieniutka stróżka cieczy. Z czasem grubiał na niej stosik gazików. Mnie zaś udzielał się spokój pielęgniarki opiekującej się dziś naszą trójką.

W pewnym momencie wszystko stało się mi bardzo obojętne. Ogarnęło mnie przyjemne uczucie senności. Skuliłem się jak noworodek w łonie matki, i tak też jak on, poczułem się bezpiecznie. Zwróciłem się tylko jeszcze do Witka, by wezwał pielęgniarkę, bo zepsuł się monitor; zaczął pokazywać ciśnienie sześćdziesiąt dziewięć na czterdzieści osiem, a i pozostałe rejestrowane parametry również były dziwnie inne niż wcześniej. Kiedy pani Monika spojrzała na ekran monitora nade mną, przywołała natychmiast lekarza. Zabronili mi wstawać. Za chwilę dostałem nową dawkę leków z kroplówek i pomp.

Później kardiochirurg mnie oglądał, a potem, o godzinie szesnastej trzydzieści, wykonano ultrasonokardiografię. W trakcie badania lekarka dostrzegła w osierdziu trochę płynu.

- Po dużym sercu pewno jest dużo miejsca i coś je musi wypełnić pomyślałem w pierwszej chwili.

Jeszcze przed siedemnastą, ponownie pojawił się doktor opiekujący się pacjentami po przeszczepach i poinformował, że po kolacji powtórnie obejrzą mnie kardiochirurdzy.

- Proszę się nie martwić i nie bać. To tylko rutynowa czynność. Istnieje wiele możliwości usuwania nadmiaru płynu z klatki piersiowej. Chirurdzy pana obejrzą i podejmą ostateczną decyzję powiedział z uśmiechem i łagodnie.

W tym momencie zrodziło się we mnie przekonanie, że coś jest nie w porządku. Pewno przejawy niepokoju były dostrzegalne na zewnątrz, bo przy następnym wejściu do sali lekarz poświęcił mi bardzo dużo czasu. Uspakajał cierpliwie. Wymienił nawet sposoby jakie stosuje się w celu usunięcia płynów. Określił na czym one polegają i jakie odczucia powodują u pacjentów. Mówiąc o ponownym otwarciu klatki zaznaczył, że nie jest to już uciążliwy dla chorego zabieg, bo trwa krótko i dawka narkozy jest mała.

- Najbardziej odpowiadałoby mi usunięcie płynu poprzez użycie Furosemidu. No, ostatecznie poprzez nakłucie opłucnej. Obawiam się natomiast jednego otwarcia klatki piersiowej. Bardzo bym nie chciał kolejnego cięcia mostka - afirmowałem nieudolnie.

W trakcie tego wewnętrznego monologu przypomniał mi się opowiadany przez Janusza, nie tak dawno temu, następujący dowcip:

- Panie doktorze, wolę umrzeć niż poddać się tej operacji - mówi wystraszony pacjent.

- Ależ drogi panie zwraca się do niego chirurg. Jedno nie wyklucza drugiego.

 

Z oczu popłynęły łzy, niestety nie jest mi w tym momencie do śmiechu. Ale w sercu tli się jeszcze iskierka ufności, że może będzie dobrze. Dopuszczam taką okoliczność, mimo że w celu rozpoznania przyczyn powikłań i ustalenia sposobu ich leczenia zaszła konieczność otwarcia klatki piersiowej.

 

Z czasem narasta napięcie nerwowe. Ogarnia mnie paniczny strach. Najpierw przed przeszywającym bólem, towarzyszącym czynnościom przygotowawczym bezpośrednio przed operacją - dokonywanym na jeszcze nie uśpionym ciele, a potem; że tym razem już na pewno się nie przebudzę. Czas upływa niemiłosiernie wolno. Szukam ratunku w nastawieniu pozytywnym. Udaje się tylko przez mgnienie oka. Mózg i moja wola nie są teraz w stanie zapanować nad chaotycznymi myślami o śmierci.

- To już koniec !... to już koniec! ... - krzyczy do mnie podświadomość.

Co raz sięgam po ligninę i przykładam do oczu. Z czasem nie nadążam już z wycieraniem łez. Przyłożyłem więc kilka warstw ligniny do twarzy i trzymam je. Przekręcam się niespokojnie, to na jeden bok, to na drugi. Oblewam się potem, szybko oddycham i serce bije gwałtownie. Odczuwam nieprzyjemne ściskanie w dołku, drżenie rąk i nóg. Całe ciało ogarniają dreszcze, a w niektórych jego częściach odczuwam mrowienie. Nie da się myśleć o niczym innym jak tylko o śmierci. Witka proszę - wykorzystując chwilę kiedy zostaliśmy w sali sami - o przekazanie żonie mojej ostatniej woli, by nasz samochód dała Samueli, gdy nie wrócę z bloku operacyjnego.

W chwilę potem na skrawku wystrzępionej kartki wielkości około stu dwudziestu centymetrów kwadratowych piszę:

Krysiu! Dla Samueli, córki naszej, a zwłaszcza mojej, daj samochód. Ciało zleć spalić firmie i bardzo skromny pogrzeb, takiego obrządku, jak Ci będzie wygodnie. 02.05.2002 r. godzina 18.50. Antoni Leśniczek.

 

W dalszym ciągu nie mogę się uspokoić. Nie ma przy mnie nikogo bliskiego, kto w tym momencie, by mi pomógł. Nie mogę też prosić o to Boga, bo w niego nie wierzę. Natęża się rozpaczliwy smutek i przeraźliwy niepokój. Dławi niewymowny żal i ściska gardło uczucie niespotykanej trwogi przed śmiercią. Organizm przestał wytwarzać łzy; oczy osuszają się. Tylko w mózgu nie chce się zapalić żadne światełko nadziei. Bezwiednie, znakiem krzyża, rozpoczynam szeptem modlitwę Ojcze Nasz Powoli i starannie wyszeptuje każde słowo, a kiedy kończę wypowiadając półgłosem: odczuwam dziwny wewnętrzny spokój. Nic mnie nie boli, jestem rozluźniony. Mam wrażenie jakby ktoś poluzował mi pętlę na gardle i zdjął ze mnie przygniatający klatkę piersiowa ciężar; jakby znieczulił zmysły; wreszcie, jakby przywrócił równowagę ducha i tchnął ciszę w serce.

Zupełnie obojętnie przyjąłem polecenie pielęgniarki:

- Panie Leśniczek, jedziemy na blok operacyjny!

 

Godzina dwudziesta. Na sali operacyjnej parę osób odzianych w czerwone fartuchy. Krótkie oczekiwanie na krew dla mnie, która jedzie z Banku Krwi w Katowicach. Zapamiętuję dwie twarze chirurga i anestezjologa. Leżę na stole i nieustannie powtarzam w myślach:

- Moje kochane dziewczyny, wesprzyjcie mnie waszą mocą! Dajcie mi siłę wytrzymać tą długą i dotkliwą mękę! Przeszywający ból nie do wyrażenia słowami, którego doznawałem tydzień temu podczas wprowadzania do tętnicy w nadgarstku, igły umożliwiającej pomiar tętna.

Pięć po dwudziestej. Pani anestezjolog bierze moją lewą rękę. Czuję przyjemne ciepełko jej uda, na którym oparła ją, by mieć lepszą precyzję przebicia skóry. Przejmujący ból nakłucia i próby wprowadzenia ondy do pomiaru tętna. Nie udało się. Ciepła krew spływa po nadgarstku na kształtną nogę lekarki. Ponawia czynność. Manewruje igłą pod skórą szukając odpowiedniej żyły. Ból bardziej nieznośny. Całe ciało wilgotnieje utrudniając chwyt przeciwnikowi Do pomocy podchodzi chirurg. Zakładają na nadgarstek opatrunek tamujący krwawienie. A potem kardiochirurg umieszcza sondę w odpowiednie miejsce na zgięciu łokcia. Ale dopiero po krótkim, bolesnym szperaniu pod skórą, przymocowaniu elektrody i przewodu poloplastem do ręki, udaje się trwale przesłać odpowiedni impuls do monitora. Myślę z ulgą:

- Najgorsze mam za sobą. Ale przede mną kolejne fazy zabiegu. Czy je przeżyję? Żeby tylko udało się chociaż na chwilę przebudzić.

Mam ogromne pragnienie życia, ale zarazem świadomość, że może się ono nie ziścić. Wiem, że każda operacja to, loteria.

Dziewczyny pomogły wytrzymać ból, ale sprawić, bym się przebudził po refiksacji, nie zdołają.

Dusza, ciało, moje wnętrze, wrzeszczą wniebogłosy jak bardzo chcą żyć. Jestem świadom, że w tym momencie czepiać się Niebios, jak ostatniej deski ratunku, to rzecz żałosna. Wzbraniam się więc przed zwróceniem myśli ku Bogu.

Ostatecznie jednak, tuż przed uśpieniem, bezwiednie, nie panując nad swoim ateizmem, parokrotnie, błagalnym szeptem powtarzam:

- Stwórco daj się uprosić! Spraw bym jeszcze nie umarł. Dopomóż obudzić się, a z przekonaniem stosował się będę do Twych poleceń i uwierzę w to, czego przez lata pozwoliłeś mi dowiedzieć się o Tobie.

Pani anestezjolog nakazuje głęboko oddychać i przykłada maskę do mojej twarzy. Dzieje się coś zabawnego: przy wdechu maska ugina się przylegając jakby do skóry policzków, przy wydechu unoszę ją w górę. Dopiero po chwili zaczyna się normalny proces narkozy. Wciągam w płuca dużą ilość gazu, ale powierzchnia maski nie odkształca się już tak mocno. Powtarzam drugi raz... i może trzeci....

 

Wyraźnie słyszę w bezpośredniej bliskości jakieś szelesty, szepty, urywki zdań. Głównie to terminy medyczne, których nie rozumiem, ale ze sposobu ich wypowiadania, pewnej emocji i jakiegoś utyskiwania, wnioskuję, że dzieje się ze mną coś niedobrego. Głosy cichną, ale nie milkną. Niepokoi mnie to, tak samo jak brak ciała. Nie odbieram żadnych wrażeń, które świadczyłyby o jego istnieniu. Zdematerializowałem się. W ogromnej neutralnej przestrzeni funkcjonuje tylko jeden zmysł. On pozwala mi słyszeć dźwięki nowego świata. Słuchem spostrzegam jego inność...

- Przebudzamy pana ! rozlega się niespodziewanie, tuż przy mnie, melodyjny sopran liryczny.

Doznaję błogiego ciepła. Najpierw odzyskuję palce rąk, trochę później - nóg. Potem pojawia się czucie na całej długości kończyn, a w następnej kolejności w pozostałej reszcie. Kieruję myśli ku każdej części ciała, nieznacznym naprężeniem mięśni potwierdzając jej istnienie. Nagle, koszmarne zadławianie obficie zbierającym się w ustach płynem. Ktoś odsysa nadmiar cieczy. Po chwili znowu się krztuszę. I wtedy słyszę:

- Usuń mu rurkę intubacyjną. Już sam dobrze oddycha.

- Żyję więc!? Żyję! tylko to, teraz mnie uszczęśliwia. Ciesząc się istnieniem, z radosnym uznaniem pomyślałem o wszystkich, którym zawdzięczam przebudzenie.

 

Na oddział pooperacyjny trafiam około godziny dwudziestej trzeciej. Jestem w stanie ogólnego zamroczenia, ale tym razem nie chce mi się spać, tak jak to było po pierwszej operacji. Na miarę swoich możliwości obserwuję otoczenie. Zdaję sobie doskonale sprawę, że fakt, iż tu jestem, to nie przypadek. Ale moje oczekiwanie już się spełniło, bo pamiętam dobrze, że prosiłem tylko o przebudzenie.

Odsuwając na bok najgorsze myśli, raduję się daną mi chwilą życia. Teraz, tu, rozumiem jaką wspaniałością jest ludzki los. Jaki urok ma jego banalność i niedoskonałość. Patrzę w tej chwili na świat oczami człowieka umierającego. Zwracam uwagę na wszystkie sygnały płynące z mojego organizmu. Z pogodą ducha i cierpliwością przetrzymam każdy dyskomfort ciała. Bylebym go tylko doczekał o:p>

- Może się pan napić. Ale nie za dużo, tylko kilka łyków życzliwym głosem przerwała moje myśli szczupła pielęgniarka. Po czym podniosła mi trochę głowę umożliwiając umoczenie warg.

Ocknąłem się z oszołomienia. Leżę na dużej sali: przed sobą widzę trzy łóżka, za mną wyczuwam też parę, są jeszcze aneksy. Wzrokiem spotykam znajomą pielęgniarkę. Już teraz nie jest ważne, że golenie, które dwa razy mi robiła było bardzo nieprzyjemne. Liczy się, że jest ktoś z kim zetknąłem się parę dni temu. Ta sama siostra goli mnie i dziś. Wykonuje i inne, bardziej odpowiedzialne czynności, ale pod okiem, drugiej - chyba bardziej doświadczonej pielęgniarki. Podczas pierwszego pobytu na tym oddziale niepewność u mojej opiekunki wyzwalała we mnie lęk przed czymś złym. Dziś jestem jej sojusznikiem. Patrzę na nią z przychylnością, tym większą im dłużej ją obserwuję. Pielęgniarki, od czasu do czasu, zbierają się za radą i stąd obserwują monitory pokazujące pracę serc u śpiących pacjentów.

A mnie wcale nie chce się spać. Czuję jak mało mam czasu. Nie chcę go marnować. Ale aby zostawić po sobie jeszcze jakiś ślad, koniecznie potrzebna jest mi pomoc, którejś z pielęgniarek. Patrząc na nie, próbuję ocenić, która z nich nie odmówiłaby mi. Wszystkie ignorują mnie spojrzeniami, są oschłe, wyniosłe i pewne siebie. Tylko znajoma jest dość skromna i zagubiona, ale zdominowana przez koleżanki jest ubezwłasnowolniona. Wykorzystuję więc moment, kiedy zostaje przy ladzie sama i proszę ją o kawałek kartki oraz coś do pisania. Zrozumiała to zbyt dosłownie, bo podała mi cztery skrawki papierowej taśmy, po jednej stronie zarysowanej przez piórko aparatu do EKG, a po drugiej - czyste. I długopis.

 

Piątek, trzeci maj dwa tysiące drugi rok.

 

Na sali panuje półmrok. Nie sposób przy takim oświetleniu dojrzeć jakąkolwiek literę. Ale gdyby nawet było jasno jak w słoneczny dzień i tak bym nic nie widział, bo oczy zajęte są teraz wytwarzaniem łez. Mimo wyjątkowo niesprzyjającej sytuacji, nadzwyczajnym wysiłkiem woli - na czterech karteluszkach, jedenaście na piętnaście centymetrów - drobnym maczkiem piszę:

 

Zabrze, trzeci maj dwa tysiące drugi rok..

godzina pierwsza dziesięć

KOCHANI !!!!

RODZINO, DRODZY BLISCY, PRZYJACIELE,

KOLEDZY I KOLEŻANKI

ORAZ ZNAJOMI

 

W ciągu ośmiu dób jestem po dwóch poważnych operacjach serca.

Serce mam nowe, ale pamiętam Was i miło wspominam. Nie wiem tylko czy ze wzajemnością.

Dla mnie, w tej chwili, JEST TYLKO DZIŚ NIE MA JUTRA. Wiem to, zwłaszcza teraz, w trzy i półgodziny po rozbudzeniu i kolejnym przywróceniu do życia.

Raduję się, że czuję ból fizyczny, bo to oznaka istnienia. Nie bez smutku, pogodziłem się z brakiem JUTRA, ale zrobiłem to również.

Wyjątkowe to dla mnie szczęście, że usłyszałem znowu głosy ludzi medycyny - robiących, na bloku operacyjnym i oddziale pooperacyjnym, wszystko co się da uczynić dla ratowania życia. Ludzi wspaniałych, przepracowanych, dwojących się i trojących, a znajdujących jeszcze siłę na uśmiech oraz pocieszanie pielęgnowanych cierpiętników.

Nie wolno mnie odwiedzać. Robi to jedynie moja żona - kochana kruszynka Ona jest świadkiem moich doznań i informuje mnie o świecie poza szpitalnym.

Jeśli zdążycie, proszę, poprzez Nią, odezwijcie się słowem na kartce, łączącym, to Wasze i moje DZIŚ.

Żałuję, że nie może to być telefon. Niestety aktualnie nie mogę, bez szkody dla zdrowia, rozmawiać. Nie wolno mi się także wzruszać, martwić i denerwować. Mam być radosny, optymistyczny, pałający chęcią życia, ale w tym DZIŚ - bez wybiegania do JUTRA.

 

Pomóżcie mi w tym! Proszę.!

Leśniczek Antoni.

Tosiek

Antoś

Tolek

Zabrze, trzeci maj dwa tysiące drugi rok.

godzina druga trzydzieści pięć

Śląskie Centrum Chorób Serca

Pierwszy Oddział Pooperacyjny

 

Ps. Przepraszam za estetykę listu. Pisałem go w półmroku i na tym co, w tej chwili i tutaj, było w zasięgu ręki pielęgniarki

 

Zaczynając pisać zdawałem sobie sprawę, że tekst może być przeczytany przez personel, w rękach którego jest teraz moje ciało. Z tego między innymi powodu odnosząc się do ludzi medycyny przy kadziłem nieco.

Pielęgniarki niepokoił fakt, że zamiast wypoczywać i regenerować siły po operacji, zbyt się nadwyrężam. Ponadto zastanawiały się półgłosem, czy aby ich nie oczerniam na tych skrawkach papieru. By wyjaśnić te wątpliwości, podałem kartki do przeczytania. Wzbraniały się przed tym. A ja - czując, że jestem pacjentem niezwykłym i niepowtarzalnym - nalegałem, aż do skutku. Przyniosło mi to sporą ulgę, ale pewnie nie tylko mnie.

Niebawem siostry przestały niecierpliwić się już moim odmiennym zachowaniem. Bez przeszkód kontynuowałem więc przelewanie na papier ważnych informacji dla żony. Najpierw sporządziłem imienny wykaz osób, do których powinna ona wysłać mój pożegnalny list.

Potem napisałem ogólny scenariusz swojego pogrzebu z wytypowaniem, do wyboru, dwóch miejsc pochówku. Wyraziłem życzenie, aby moje spopielone ciało spoczęło: na cmentarzu w Konopiskach parafii mojego dzieciństwa i młodości lub w Rększowicach - przy kościele, w którym uczestniczymy w nabożeństwach, podczas pobytów na działce.

Następnie dokładnie naszkicowałem, w trzech rzutach, jaki chciałbym mieć grób. Podałem dokładne wymiary i opis wykonania. Szczególną uwagę zwróciłem na wykończenie wierzchnie. Betonową płytę, wpuszczoną w barwne obramowanie, zaproponowałem przykryć grubą warstwą kolorowego grysiku. Na nim ustawić, kontrastujący z wypełnieniem, brązowawy kamień pochodzący z obszaru ojcowizny. Prosiłem, spośród kamieni, których mnóstwo nawiozłem na działkę, wybrać właśnie taki. Ten postrzępiony odłamek skały z terenów rudonośnych, będzie symbolem mego - pełnego niespodzianek - istnienia. Przymocowane do kamienia metalowe litery tworzące słowa - inż. Antoni Leśniczek - mają być jedyną informacją o mnie.

Kiedy, po szóstej, zakończyłem szkicowanie i opis grobowca, doznałem miłego uspokojenia i pogodzenia się z losem. Opłakałem już wystarczająco własną śmierć. Mogłem już odejść bez histerii, tak cicho jak szedłem przez życie do tej pory. Mogłem już umrzeć. Prosiłem przecież tylko o obudzenie się po operacji i dotrwanie do pierwszego bólu. Nie było we mnie w tym momencie zbytniej wiary, że będzie coś ponad to.

Nie potrafię zanucić jakiejkolwiek melodii kojącej umysł, nie pamiętam żadnego - wcześniej wyuczonego - wiersza, nie mogę z kimś porozmawiać o swoich rozterkach, jedyne co umiem na pamięć i nad treścią czego się skupiając, odciągnę uwagę podświadomości wypełnionej obsesyjnym rozmyślaniem o przykrych problemach jest modlitwa. Choć zbyt krótka, ale wypowiadana powoli, półszeptem, z akcentem na każde słowo trochę trwa.

W tym momencie nagły przebłysk wiedzy, myśl. Nawet jako ateista mam wolną drogę do niebiańskiej wieczności w postaci wolnej woli. Kiedy Stwórca, u kresu ziemskiego życia, zapyta:

- Czy chcesz iść prosto, w prawo, a może w lewo? - odpowiem, że chcę być zbawiony.

Z początkiem nowej zmiany, około siódmej dwadzieścia, nie byłem już zdolny przetrzymać bólu, jaki od paru godzin towarzyszył memu istnieniu. Poprosiłem o pomoc.

Ponieważ był to okres przekazywania zmian, musiałem cierpliwie nadal znosić katusze ciała. Gdyby nie radość ducha, że obecna męka to dowód życia, wyłbym głośno. W końcu jednak, niezależnie od mojej woli, zacząłem dygotać jak w febrze. Miałem wrażenie, że wszystko we mnie drga, a na pasie ciała - od szyi do pępka - rozsypano żarzące się węgle. Przestałem odbierać sygnały z zewnątrz. Koncentrowałem się tylko na swoim bycie. Zauważyłem po pewnym czasie, że piekielne doznania ustabilizowały się na maksymalnym poziomie i już nie rosną. Gdyby mi teraz ktoś nagle je odebrał pewno umarłbym zszokowany zmianą.

Gdy, po ósmej, podeszła do mnie pielęgniarka, zżyty ze swoją gehenną, zacząłem z nią rozmowę. Ujęło mnie przyjemne brzmienie jej głosu i to, z jaką delikatnością wykonywała wlewy oraz wkłucia. Stała się dla mnie kimś niezwykłym, osobą jakiej dotychczas tu, w szpitalu, nie spotkałem. Przy pani Marcie odżyło moje ciało, a duch nabrał ochoty do walki o trwanie przestała mu już wystarczać tylko sama radość cierpienia.

 

Przed dziesiątą, radośnie przywitałem Krysię. Nie zważając na kiepski stan psychiczny żony, bez ogródek przystąpiłem do bombardowania jej swoimi nocnymi przemyśleniami. Od razu kazałem głośno czytać zapisane gryzmołami kartki. Często przerywając, obszernie objaśniałem mało zrozumiałe propozycje. Prosiłem o uważne wysłuchanie, obiecując zalewającej się łzami żonie, że po omówieniu smutnego tematu śmierci, już więcej do niego nie wrócę.

Mimo pośpiechu zajęło nam to sporo czasu.

Tak otwarta i szczera rozmowa o śmierci zadziałała na mnie kojąco. Zrozumiałem, że znalazłem się w trudnym momencie życia, w którym tajemnica umierania nie powinna przybierać przerażającej postaci, czegoś całkowicie nieakceptowanego.

Stabilizację nastroju umocnił we mnie ojciec Ireneusz, który niespodziewanie zjawił się w sali. Jego uśmiech, kilka słów wsparcia duchowego i błogosławieństwo, przyniosły taki efekt, jakbym odbył długą rozmowę z psychologiem terapeutą.

Gdy zniknął wcześniej odczuwany lęk, poczułem głód i pragnienie. Bez zwłoki napiłem się parę łyków herbaty z cytryną, a potem zjadłem trochę domowego rosołu z gołębia. Tym razem spożywając posiłek zachowałem duży umiar. Wolałem być głodny niż przeżywać znowu stres związany z koniecznością korzystania z basenu.

 

Jeszcze przed wyjazdem żony zapadła decyzja, że wracam dziś na OIOT. Przedtem trzeba tylko usunąć drenaż z brzucha. Pielęgniarka zerwała opatrunek osłaniający skórę w miejscu wejścia gumowego węża. Pani doktor uchwyciła go ręką, ale coś niespodziewanie powstrzymało ją Odeszła na bok, jeszcze raz obejrzała zdjęcie z ostatniego prześwietlenia. Okazało się, że drenaż jest nadal potrzebny.

Na Oddział Transplantacyjny zawieziono mnie z pojemnikiem, do którego ściekał wydzielający się w klatce piersiowej płyn.

Wyzwoliło to we mnie nową porcję melancholii. Nie zwlekając, przystąpiłem do zredagowania ostatniego pożegnalnego słowa skierowanego głównie do żony i córek.

Zajęło mi to bardzo dużo czasu. Przede wszystkim dlatego, że nie mogłem określić, co może mieć najwyższą, nieprzemijającą wartość dla tych, których żegnam; co ich może wzruszyć, a co dodać siły w godzinach żałoby. Ostatecznie napisałem tak:

 

OJE KOCHANE !

 

Krysiu, Samuelo i Karolinko,

każda z Was jest wyjątkowa i godna podziwu!

 

Karolinko,

polub odmienność Mamy. Korzystaj z Jej rad i pomocy. Okazuj Mamie więcej zrozumienia oraz miłości. Szanuj Ją.

 

Samuelo,

Wiedz, że sensem bytu jest życie aktywne, kształtujące wolę, wzbogacające umysł i świat uczuć.

Postępuj zawsze godnie i rozważnie.

Staraj się by we wszystkich Twoich poczynaniach dominowała miłość, nadzieja i wiara.

Pamiętaj, że tylko przestrzegając tych zasad, sprawisz, iż rzeczywistość, w której egzystujesz, stanie się dla Ciebie i Twoich najbliższych przybytkiem pokoju i szczęścia.

 

Krysiu,

gdyby niektóre słowa z moich pamiętników sprzed lat, uraziły Cię lub sprawiły przykrość - wybacz mi. Nie skomentuję już tamtych zapisków; nie wytłumaczę, co w nich chciałem zawrzeć; nie powiem, w jakim stanie intelektualnym je pisałem Już nic Ci nie wyjaśnię... Najlepiej, bez czytania, spal wszystko.

Zapewniam Cię, że kochałem tylko Ciebie. Moja choroba zamiast zbliżyć mnie do krzyża, związała jeszcze bardziej duchowo z Tobą.

Dziękuję za wspaniałości jakimi mnie obdarzałaś.

Wielkim szczęściem było życie u boku tak wiernego przyjaciela, jakim Ty jesteś !

 

Od dwunastu lat wiedziałem, że moje serce trzeba będzie kiedyś wymienić.

Stale przygotowywałem się, by powiedzieć: tak gdy przyjdzie pora; by wyrzec ten wyraz - będący wyrażeniem zgody - z pełną świadomością, nie żałując przeżytych godzin, dni i lat. Nastąpiło właśnie to, teraz.

 

Kochałem Was gorąco i uczuciem niepowtarzalnym.

Nie bolejcie nad moim niezawinionym odejściem, proszę o to bardzo.

Pogódźcie się z tą rzeczywistością.

Teraz od Was zależy czy będę z Wami. A będę dotąd, dokąd pozostanę w Waszej pamięci.

 

Pożegnajcie w moim imieniu, tych, których również kochałem: Roberta z Martynką oraz Siostrę i Brata z małżonkami i ich rodziny, a także Szwagra Staszka z rodziną i Mamę ze Złotego Potoku; Swatów, i wszystkich bliskich mi z rodziny.

Pożegnajcie też tych, którzy mnie znali i lubili.

Całuję

 

Po dwudziestej drugiej doznałem potrzeby załatwienia, kolejnych, najważniejszych dla mnie w tym momencie, spraw. Przypomniałem sobie, że przed powtórnym cięciem klatki prosiłem odbywającą praktykę dietetyczkę o dokonanie dla mnie zakupów. Nie chciałbym nikomu być cokolwiek winny. Zapaliłem wyłączone światło, wyszukałem coś do pisania, z podkurczonymi nogami usiadłem na łóżku i zacząłem, ale coś zupełnie odmiennego niż zamierzałem, notować: roszę kupić takie baterie. Zostawiam dla porównania dwie w kartce, na której piszę. Tych nadużytych, ale jeszcze sprawnych, nie wyrzucać

Na drugiej karteluszce dodaję: dobre do walkmana włożyć. A może trzeba ich więcej? Jeśli tak, to kupić

Na trzeciej karteczce piszę: pieniądze na cztery baterie - i wkładam tam cztery pięciozłotówki. Wszystkie trzy karteczki, ściskam do kształtu kulek i razem pakuję w większą kartkę.

Następnie na innej kartce piszę to, co zamierzałem zrobić na wstępie: Pieniądze - i wtedy zjawiła się filigranowa blondyneczka. Zdecydowanym ruchem wyłączyła światło i nakazała spać.

Jak mogłem się kłaść, kiedy tak ważna sprawa ledwo została zaczęta. Pisałem więc w ciemności: dla Męża Pani, który kupi mojej - pielęgniarka pewno obserwowała mnie zza przeszklonej ściany oddzielającej dyżurkę od sali, bo znowu była w drzwiach. Tym razem ostro wezwała do podporządkowania się jej poleceniom.

Dostałem potężnych drgawek, podobnych do ataku padaczki. W takim stanie tłumaczyłem, prosiłem - bezskutecznie. W sekundzie wyzwoliła się we mnie potężna siła nakazująca kontynuację. Nie zważałem już na zirytowaną pielęgniarkę i jej groźbę, że wezwie lekarza. Trzęsąc się, w ciemności, w obecności blondyneczki pisałem: Karolince przezroczyste wkładki do albumu kart telefonicznych. Ta Pani zmienia opatrunki na II Oddziale Pooperacyjnym.

Gdy w kartkę wkładałem pięć monet pięciozłotowych, na sali nie było już siostry.

Względnie spokojny, że nie zostawiam po sobie spraw niedokończonych, zmiąłem pakunki z treścią i monetami w dwie duże kule i włożyłem do szuflady. Miałem przeczucie, że do rana nie dożyję.

Po tych emocjach zasnąłem jak głaz. Marzenia senne przeniosły mnie w nieznane krajobrazy pięknej przyrody i łagodnego klimatu, gdzie leżąc na wznak, wtulony w pachnący trawą zielony dywan, czułem obecność paru niewiast. Docierały do mnie ich melodyjne słowa wypowiadane z dużą czułością. Choć nic nie rozumiałem byłem pod wrażeniem pieszczot, których doznawałem słysząc je. Z upływem czasu zanikały miłe doznania, widoki, dotyk pieszczotliwych głosów Pozostało błogie odczucie ciepła łez spływających po policzkach i przeogromny żal niespełnienia, niedokończenia i niedopowiedzenia. Potem poczułem konieczność oddania moczu. I znalazłem odpowiednie miejsce. Zacząłem

Nagle zerwałem się jak rażony piorunem. Spuściłem nogi na dół i poleciało ze mnie. Oprzytomniałem. Dziwne, że łóżko suche, pościel, materac Rozbudziłem się na dobre. Stawiam nogę na podłogę Mokro. Ze wstydu zrobiło mi się gorąco w całym ciele.

Zdjąłem dół piżamy i - jedną nogą suwając szmatą w kałuży moczu - wytarłem z podłogi to, co było w moim zasięgu.

Po kwadransie, kiedy uzmysłowiłem sobie, że zdarzenia nie ukryję, bo na gumolicie pozostała jeszcze obszerna plama cieczy, wezwałem pielęgniarkę.

Cały się trząsłem, jak dziecko wyciągnięte, po długiej kąpieli, z zimnej morskiej wody. Pielęgniarka uspokajała mnie jak tylko potrafiła, a ja ciągle chciałem zapaść się ze wstydu pod ziemię.

Kiedy oswoiłem się trochę z sytuacją dostrzegłem, że zegar wskazuje za pięć minut północ.

 

Sobota, czwarty maja dwa tysiące drugi rok.

 

Dochodzi druga, a ja nie śpię. Jestem rozgoryczony położeniem w jakim się znajduję.

Nie patrzę na monitor. To przecież pompy dozujące leki za mnie funkcjonują. One regulują oddech, trzymają ciśnienie, tętno. Leki, a nie moje przeszczepione serce trzymają mnie przy życiu. Nie mam co obserwować parametrów i cieszyć się, że są dobre.

Chwilowe przyśnięcie przerwał przeszywający ból między żebrowy w klatce piersiowej - jakbym się zbyt rozciągnął albo przykurczył. Odruchowo obejmuję ją rękami. Cała. Rozpinam rzepę ochraniacza. Ból mniej dotkliwy.

Dostaję dawkę leków przeciwbólowych. Wsłuchuję się w swój organizm. Burczy w brzuchu, odchodzą gazy. Układ trawienny zaczyna pracę. Nareszcie jakiś optymistyczny zwiastun.

Przysypiam, ale chwilę tylko.

O trzeciej, po oddaniu moczu - tym razem do kaczki - siadam w łóżku i dmucham w przyrządy do ćwiczenia oddychania w celu poprawienia pracy płuc. Potem kładę się wygodnie i improwizując, odmawiam modlitwę dziękczynną.

Godzina trzecia trzydzieści pięć. Siadam ponownie do sikania, rozszerzam nogi i poniżej zabandażowanej części brzucha zauważam rozległą, czerwoną plamę.

Ogarnia mnie panika, że coś znowu pękło, rozerwało się jakieś szycie. Wzrok przesuwam po kilkusetcentymetrowej rurce drenażu. Czysta. Obsesyjny lęk. Decyduję się, po pięciu minutach, wezwać siostrę. Przestraszony wołam donośnie.

Chwila i jest siostra. Jej spokojny tok postępowania, czynność po czynności, doprowadził do miejsca krwawienia. Opatrunek zmieniony.

Koniec strachu do wizyty.

Zaczynam dialog z sercem. W nim jest teraz zmarły chłopak.

- Witaj Przyjacielu. Jelita burczą, czuje ssanie w brzuchu. Coś bym zjadł - szepczę sercu.

- Pomyśl co z szyciem mostka jeśli znowu nadymasz się przy wydalaniu przetrawionej strawy. Proponuję, wysteruj pilotem łóżko tak, byś znalazł się w pozycji prawie siedzącej. Małymi łyczkami wypij setkę wody. Wysikaj się i medytuj, o tym jak nam we dwójkę dobrze było przez prawie dwie godziny. Odizolowani od tego świata, w nie znanych obszarach, i wśród mowy jakiej dotąd nie słyszałeś SPAN style="mso-spacerun: yes"> - instruuje głos ze serca.

Przysnąłem.

Obudził mnie głos blondynki. Na środku klatki piersiowej czuję gorąc rozpalonego żelazka. Nie chcę się podnieść, tak bardzo boję się nasilenia tego pieczenia. Nie potrafię też tego uczynić, bo nie wiem jak. Jestem martwą, pozbawioną rozumu, prasowalnicą.

W przypływie świadomości odmawiam przyjęcia termometru podejrzewając, że doznam znowu czegoś przykrego.

- Czy jest pani koleżanka? pytam. A kiedy uzyskuję potwierdzenie, proszę, by ją przywołała.

Błyskawicznie zacząłem zastanawiać się jak zdobyć przychylność innej pielęgniarki, tej, która w nocy opiekowała się mną.

Udawałem, że śpię, a intensywnie myślałem czym mógłbym ją ująć.

- Proszę pani, proszę mi powiedzieć swoje imię.

- Renata.

Anioł? Renata anioł, nie człowiek. Jest pani aniołem.

Kobieta spojrzała na mnie jak na wariata, a następnie zdecydowanym głosem poleciła:

- Proszę złapać się drabinki i wstać.

Gdy już siedziałem, podała kubek z wodą. Wypiłem jego zawartość. Strach i ból ustąpiły.

Po paru minutach starannie się ogoliłem, a asystująca pani umyła mi plecy.

 

Z głośnika radia stojącego na parapecie okna płynie romantyczna muzyczka. Użyte kosmetyki oraz rytmy przebojów sprzed trzydziestu lat, korzystnie oddziaływają na moją psychikę.

Witold ma gorszy nastrój, a jego sąsiad jest całkiem ponury. Żywiołowo reaguje na wiadomości podawane w radiu. Przeklina. Jego zdaniem, teraz to, co krok skurwysyny i złodzieje, dawniej tak nie było. Powtarza to wielokrotnie.

Panie, pomódl się pan, podziękuj Bogu, że dzisiaj możesz jeszcze coś oglądać. Widzieć zielone drzewa, na kasztanowcach białe kwiaty. To dla pana - komunikuję mu.

W odpowiedzi słyszę:

Skurwysyny, złodzieje dawniej tak nie było.

Zaniechałem dalszej dyskusji skupiając się na dialogu ze swoim sercem.

Mój przyjacielu wesprzyj mnie. Czuję, że w dwójkę będziemy stanowić wyjątkową osobowość. Kocham cię.

Z oczu wypływają łzy radości. Najlepszy czas na rozmowę ze swoim Opiekunem.

Jest szósta piętnaście. Zaczynam monolog.

twórco mój, bądź mi tak troskliwym opiekunem, jak wczoraj. Dodaj siły, bym tryskał spokojem, grzecznością dla innych, również dla tego zgorzkniałego sześćdziesięciosześciolatka. Jego zgryźliwość wynika z faktu, że myśli, iż nikt go nie kocha. A przecież tak nie jest. Ty kochasz wszystkich. Każdej chwili mówisz do nich, głośno, dobitnie, wyraziście. Do głuchych i ślepych poprzez swoje dzieła stworzenia. Wielokrotnie powiem o tym Kazimierzowi, który w Ciebie wierzy, ale nie słyszy, nie czuje i nie widzi .

Twoje dzieła można też zauważyć i tutaj w szpitalu. Nie koniecznie słyszeć, czy widzieć. Szczególnie odczułem je, kiedy drugi raz byłeś mi znowu życzliwy, przywracając do życia. Jaki TY wielki rozum zawodowy, umiejętności, opanowanie, doświadczenie, dobroć i życzliwość dajesz wszystkim. Żal, że tylko niektórzy chcą to brać. Ale jak się trafi na ludzi, którzy skorzystali z Twoich darów - jest bosko. Pani Marta jest najlepszą Twoją wychowanką jaką poznałem.

Gratuluję Ci tej utalentowanej uczennicy. Dbaj o nią nieustannie. Dziękuję pani Marto za wszystko. Antoni, pacjent numer pięć z dnia trzeciego maja. o:p>

Modlitwę co pewien czas przerywam, by wytrzeć łzy.

- Przyjacielu, czyżbyś ty był taki płaczliwy? - zapytuję zwracając się do serca.

 

Po drugiej operacji przeżyłem silny wstrząs. Wtedy dopiero, a nie po transplantacji, uświadomiłem sobie jak byłem blisko ciernistej doliny śmierci.

Szok ten pobudził mnie do walki o swoje istnienie. Wyzwolił popęd do zachowania życia i do obrony przed śmiercią.

Od tego momentu zaczynam z wielką uwagą i troską obserwować każdą czynność, która dotyczy mojego ciała.

By chronić słabą psychikę, przystąpię do odizolowania się od złego wpływu otoczenia. Najpierw przestanę denerwować się kontrowersyjnymi odczuciami sąsiadów z sali.

Powstrzymując myśli przed wybieganiem w przyszłość, postanawiam stale zajmować umysł teraźniejszością. Notuję informacje dotyczące zdarzeń i odczuć, TU i TERAZ.

 

Po dziesiątej, na sali zjawia się starsza córka, Samuela. Przywiozła słowa wsparcia i pozdrowienia od najbliższych oraz przyrządzone przez siebie kurze udka w warzywach. Choć byłem po śniadaniu, nie oparłem się, by nie posmakować domowej potrawy. Samuela ze zdziwieniem obserwowała sposób w jaki jadłem; ręce mi się trzęsły; oderwane zębami kawałki połykałem łapczywie, nie przeżuwając ich wcale; śpieszyłem się, jakby ktoś za chwilę miał odebrać mi półmisek.

Potem też bardzo nerwowo i chaotycznie, skacząc z tematu na temat, opowiadałem o przeżyciach sprzed paru godzin.

Wielokrotnie, w trakcie rozmowy, prosiłem o dostarczenie rzeczy nieodzownych mi na czas pobytu w szpitalu. Z tych wtrąceń powstała bardzo długa lista potrzeb, takich między innymi jak: ładna papeteria, flamastry, gruby brulion, znaczki, długopisy, baterie, jogurty, soczki pomidorowe, czekolady, ryby, szynka konserwowa itd.

Spotkanie przerywane było różnymi czynnościami pielęgniarek oraz badaniem EKG i prześwietleniem.

Przed pożegnaniem podyktowałem córce trzydzieści nazwisk, na które Krysia powinna wysłać mój list. Chciałbym, aby była to kserokopia oryginału oraz dodatkowo, ta sama treść, lecz starannie przepisana na komputerze i ładnie wydrukowana.

Nieustannie tworzę w wyobraźni coraz to nowe pomysły mające wywołać duże zainteresowanie mną i tym co dzieje się wokół mnie. Zależy mi, aby jak najwięcej osób wiedziało o moich przeżyciach.

 

Pogarsza się moje samopoczucie. Zbyt dużo krwawego płynu wylewa się ze środka klatki piersiowej. Wczoraj miano usunąć drenaż z brzucha. Tylko przypadek sprawił, że w ostatniej sekundzie pani anestezjolog zmieniła decyzję. Inaczej dziś znowu trzeba by było zwoływać konsylium. A może znowu ciąć? Czy to, aby na pewno dzieło przypadku?

- Dzięki Ci, że czuwałeś.

Po prześwietleniu dostaję dwa wlewy krwi. Jest lepiej. Ale już od siedemnastej zaczynają mnie trząść febry.

Osiemnasta piętnaście. Parcie na mocz. Po wydaleniu pięciuset mililitrów pojawia się, rosnący wraz z ilością oddanego moczu, ból lewej nerki. Nie przerywając zaczynam pić. Wysikałem litr. Po wypiciu pół litra wody, po kwadransie nic nie boli. Wnioskuję z tego, że nerki stale muszą być pełne inaczej trafi je szlag.

- Co robić?

- Pamiętaj, po wysikaniu bezzwłocznie uzupełnij płyn podpowiada przyjaciel z serca.

O dwudziestej dostaje do połknięcia siedem ogromniastych kapsuł każda waży pięćdziesiąt miligram. To cyklosporyna obniżająca odporność organizmu. Przy przełykaniu dopada mnie za każdym razem odruch wymiotny.

 

Wśród pielęgniarek rozpoczynających nocny dyżur jest mężczyzna. Bardzo życzliwy i pełen energii do pracy. Oklepywanie w jego wykonaniu zniosłem nadspodziewanie dobrze. Najpierw był lęk, a potem przyjemne odczucie masażu i ulga po wydaleniu niepotrzebnej w płucach flegmy.

Poczułem wielką do niego sympatię. Kiedy wykonał już przy chorych czynności zaplanowane w grafiku, poprosiłem go o chwilę rozmowy.

Wypytywałem o różne sprawy związane z procesem zdrowienia. Na koniec, pan Michał, szczegółowo objaśnił mi co obrazują poszczególne parametry, wykresy i liczby na monitorze.

W pierwszym wierszu od góry, cyfra zmieniająca się u mnie w przedziale od osiemdziesiąt dwa do stu, i mocno postrzępiona sinusoida, to wykres akcji serca. Nie powinna ona być mniejsza niż siedemdziesiąt pięć uderzeń na minutę.

Następna liczba, i linia, to pomiar częstotliwości oddechów.

Trzecia od góry liczba, ukazująca się okresowo, w zależności od zaprogramowania, informuje o ciśnieniu pacjenta. Przed jej ukazaniem założony na ramię rękaw napełnia się powietrzem. Ciśnienie dziewięćdziesiąt pięć na sześćdziesiąt to jeszcze norma, ale niższe, to zły objaw. Norma górnej granicy wynosi sto pięćdziesiąt na dziewięćdziesiąt, wyższe trzeba leczyć.

Kolejna linijka cyfr, to saturacja. Zapis informuje o ilości tlenu we krwi. Od dziewięćdziesiąt wzwyż, to prawidłowo

 

Okropność! Przytkały się rozgałęzienia choinki głębokiego wkłucia do żyły szyjnej. Pielęgniarka dwukrotnie wkłuwa się w rękę, bo trzeba pobrać krew do badań.

- Przyjacielu, daj Herkulesowej mocy, by nadal znosić cierpienia.

Jestem wrakiem psychicznym bliskim załamania. Bezradnym i zalęknionym, wszystko w najciemniejszych barwach widzącym.

Obwiniam siebie, że zbyt pochopnie, bez jakichkolwiek przygotowań do operacji, podjąłem decyzję o przeszczepie.

Szukam w głowie, i chwytam się jak tonący brzytwy, każdego przebłysku myślowego ukazującego mi plus tej operacji. Jedyne co znajduję, to odczucie, że przecież zostałem wyróżniony; jestem jednym z niewielu w świecie, który otrzymał nowe serce.

Dla dodania sobie otuchy w walce z nadciągającą depresją głośno, kilka razy, powtarzam:

- Nie wolno mi się poddać. Nie wolno mi się poddać!...

Czuję, że gdybym teraz zwątpił w możliwość poprawy samopoczucia, depresja zabiłaby mnie. Byłoby po wszystkim.

Ostrzegam siebie, by uważać również na euforię w ocenie personelu medycznego.

Zupełnie inaczej, niż ja, reaguje na powikłania zdrowotne Janusz Pomorski. Choć także ma odrzut, stale jest roześmiany, opowiada dowcipy i pociesza innych.

Wyjątkowy z niego pacjent. Postrzegam go jako osobę obdarzoną niezwykłą umiejętnością, o której Siergiej Jesienin, w wierszu Czarny człowiek, pisze tak:

 

W czas nawałnic i burz,

gdy życie zastygnie i uśnie,

przy ciężkich stratach

lub gdy smutek do serca zapuka,

udawać prostotę i uśmiech -

to największa na świecie sztuka.

 

Mniemam, że Janusz ów dar posiadł. Takich ludzi, jak on, nieczęsto się spotyka, a tu, w szpitalu, wśród chorych, zupełnie ich brak.

Źródła energii duchowej wspierającej mnie w procesie zdrowienia postanawiam szukać właśnie u takich, optymistycznie nastawionych do życia, przeszczepników

 

Godzina dwudziesta druga.

- Krysiu, Samuelo, Karolinko! Dziewczyny dodajcie mi siły, bym mógł udźwignąć przytłaczający ciężar bolesnych przeżyć!

 

Niedziela, piąty maja dwa tysiące drugiego rok.

 

Kolejna bezsenna noc. Leżę z nałożonymi na uszy słuchawkami radioodbiornika i od czasu do czasu, obracam pokrętłem, szukając odpowiadającej mi muzyki. Ukojenie przynoszą nastrojowe melodie, pogodne słowa tekstu piosenek i aksamitne głosy wykonawczyń. Niekiedy, na moment, sprowadzają na mnie lekki półsen. Kiedy treść utworu jest miła i wywołuje określone skojarzenia zaczynam ją czuć. Przed chwilą obudziły się we mnie nadzwyczajne odczucia błogości, a zarazem tęsknoty za bliskimi. Z oczu wypływa mi struga łez. Jest ciemno więc nie muszę się ich wstydzić i wycierać. Już nie tylko policzka są wilgotne, ale i poduszka staje się coraz bardziej mokra. Na ustach delikatny posmak słoności. Już nie drzemię. Na zegarze, wiszącym w sali, nad drzwiami do łazienki, dostrzegam godzinę trzecią piętnaście. Sięgam po kartki i ołówek, by swoje myśli przelać na papier.

Krystynko !

Trzy godziny temu minęła północ. Od dwudziestej drugiej, leżąc wygodnie, słucham muzyki i różnych audycji radiowych, okresowo lekko przysypiając. Nie pamiętam melodii, która niedawno przerwała mi drzemkę i wyzwoliła we mnie ogromną tęsknotę za Tobą, dziećmi i Józią. Szczególnie od Ciebie Krysiu i od Siostry doznałem tak bardzo potrzebnego mi ciepła. Czuję je i teraz choć Was tu nie ma. Obok poczucia samotności ogarnął mnie wielki błogostan wywołany faktem, że istnieję - mimo wszystko. Łzom nie ma końca. One i ciemność w jakiej piszę sprawiają, że nie widzę liter. Nie widzę żadnej litery, ale może wy zobaczycie.

Dokucza mi moja nadwrażliwość. Wokół chciałbym widzieć ludzi szczerze życzliwych, a tymczasem są oni tylko służbowo grzeczni, nawet takie mam wrażenie służbowo się uśmiechają. Nie widzę ludzi, którzy mieliby umiejętność zauważania w chorym, nie tylko ciała, ale również człowieka z cierpiącą uszą Kiedy po przeszczepie mogłem się przemieszczać takich właśnie ludzi szukałem, a w życiu zawsze. Obecnie muszę samodzielnie wytworzyć sprzyjającą procesowi leczenia atmosferę. Uciekam myślami - od tego, tu świata - ku Wam. Mam tylko w słuchawkach muzykę i Twoje Krysiu i Józiu obrazy, a w przerwach między nimi Jurka. Widzę Go wśród pasternikowych pokrzyw, chaszczy, stert nieuporządkowanych gałęzi i domyślam się, że i Jemu podobnie jak mnie - podoba się to. Sądzę, że rozumie po części mój zachwyt dziką przyrodą, tylko nieco korygowaną naszą działalnością. On z moim udziałem sadził i pielęgnował każda roślinkę, krzaczek, kwiat, trawkę i chwast. Konstruował wymyślne dziwadła - w tym korzeniowe, ponad pięciometrowe drzewo - a potem bronił przed obśmiewaniem ich, bo czuł, że lubię taką odmienność.

 

Nic nie widzę, co piszę. Czy Wy mnie odczytacie?

 

Szwagier, pozwól Józi, by przyjechała któregoś dnia z Jurkiem. Nie bądź zazdrosny. Zmień się na ten czas mojego pobytu w szpitalu, bo Krysia z trudem radzi sobie z obecnym nieszczęściem. Ma już skórę wokół oczu czarną od trosk i z przemęczenia. Jeśli chodzi o dojazd do Zabrza, to Krysia pokryje koszty biletów, a Mela wie jaki jedzie autobus i gdzie się zatrzymuje.

Jurek dziękuję Ci, że rozumiałeś moje szaleństwa. Tylko ty z nich nie drwiłeś. Czy ptaki się zagnieździły w budkach lęgowych?

Jestem znowu unieruchomiony, ale nic mnie nie boli; tylko, od przebudzenia, dusza łka z żalu. Straciłem całkowitą wiarę w człowieczeństwo w niektórych ludziach.

Zdaje mi się, że piszę na tych samych kartkach.

Istnieją ludzie, ale nie każdy jest człowiekiem, i to jest dla mnie szokiem.

Czuję się dobrze, ale mam takie szalone okresy jak przed dwunastoma laty, kiedy to miałem leczony stan zapalny serca. Jest we mnie tłum. Pobudzenie, podekscytowanie, rozsadza mi ciało. Euforia przemiennie z niepohamowanym przygnębieniem ograniczają moją poczytalność. Teraz, chyba około czwartej, potrzebuję rozmowy z księdzem. Co mi z tego, że z uśmiechem wejdzie za parę godzin, i tego i człowieka uszczęśliwi Jezusem - ludzkim pokarmem. A ten, człowiek z miną bogobojną przeżegna się i wypowie - Amen. Co mi z tego?

Przewiduję, że moje zmienne usposobienie potrwa około miesiąca. Nasilały się będą stany zniechęcenia. Będę różnie kontaktowy, a czasem wręcz nie potrafię powiedzieć nic sensownego. Moje oczekiwania i prośby mogą być niekiedy niedorzeczne. Nie wiem czy już tak nie jest?

Mam tak wielką chęć życia, że wszystko przetrzymam! Chciałbym, aby w takich okolicznościach nierównowagi psychicznej widziały mnie, oprócz ciebie Krysiu, jeszcze tylko Samuela i moja siostra.

Kochane nie wzruszajcie się tym co ujrzycie, bo to mi się będzie udzielać. Nie chcę byście przyjeżdżały mnie oglądać, lecz proszę o dożywianie serduszka - mojego przyjaciela Może to być co parę dni. Ustalcie sobie, kto, kiedy.

Wiem, że to wygórowane żądanie ode mnie, ale może jak schlebicie sercu, mojemu przyjacielowi to zadomowi się ono w moim wnętrzu na trwale.

- Kochany mój przyjacielu zrób to dla moich najbliższych! W nagrodę wybieraj najwymyślniejsze, smaczne dla ciebie dania.

Józia zabierz ze sobą Jurka, jakby Heniek Wam pozwolił.

Jureczku znasz na działce każdą trawkę, wiesz gdzie rośnie. Wyhoduj dla przyjaciela serduszka które we mnie, to czego nie jadł w życiu jagodę kamczacką. Tak jak na pewno nie jadł nigdy rosołku z gołębia Heńka, którym poczęstowałem go trzeciego maja. Eliksir ów sprawił, że do dzisiejszego poranka ani na chwilę serduszko nie zwolniło rytmu. Obiecuję swemu przyjacielowi we mnie że będę również ćwiczył solidnie mięśnie, by dojść do dobrej formy.

O wzmocnienie psychiczne prosiłem Krysię trzy dni temu. Jeśli roześle list z trzeciego maja, dam sobie radę.

Wszystkich Was kocham.

 

O Tobie Bracie, nie mogę myśleć inaczej, jak tylko ze strugami łez w oczach. Ty nigdy nie otworzyłeś się przede mną, tak pewnie i teraz do końca mnie nie rozumiesz. Jak się spotkamy to naprawimy wszystko. Na pewno to nastąpi!

Nie wiem czy to pisanie miało jakikolwiek sens, ze względu na czytelność tekstu pisanego na kartce oświetlanej przez ekran monitora emitującego obraz mojego przyjaciela we mnie

W trakcie pisania wylałem wszystkie łzy. Teraz mam tylko wilgoć w oczach, ale samopoczucie znacznie mi się poprawiło. To ON dostarcza mi sporo swojej energii: nowe serce pracuje z częstotliwością osiemdziesiąt uderzeń na minutę, ciśnienie wynosi sto jeden na pięćdziesiąt dwa. Przyśpieszony mam oddech, bo jestem ściągnięty pasem stabilizującym mostek i wzruszyłem się. Dziękuję ci przyjacielu i już daję wytchnąć.

 

Czwarta trzydzieści. Wczesny niedzielny świt. Oprzyrządowanie medyczne mojego ciała siadło. Przestały funkcjonować wenflon i głębokie wkłucie do żyły w szyi. Na dodatek złego znikły żyły na rękach, a przede mną tyle kłuć.

Wytrzymam dla Was! o:p>

 

Już o szóstej, choć to niedziela, zaczyna się codzienne szpitalne życie; sprzątanie, poranna toaleta, spożywanie własnych smakołyków, podawanie leków i tak dalej.

 

O dziewiątej uczestniczymy, z Witkiem i jego żoną, w radiowej mszy. Ogromne wzruszenie wywołują we mnie słowa homilii, w której ksiądz - zwracając się do chorych - podkreśla wielką rolę ich cierpienia. Jego zdaniem cierpienie, to krzyż, który daje radość. Cierpienie spotyka nas nie po to, żeby nas zniszczyć. Ten ból jest święty, bo podaje nam go Jezus, abyśmy z siebie wydobyli więcej, abyśmy potrafili lepiej rozumieć doświadczenia innych i stali się mądrzejsi. Cierpienie nie jest nieszczęściem, kiedy wierzymy w Boga.

Przez cały czas trwania kazania siedziałem na brzegu łóżka nie dotykając stopami podłogi, a z oczu ciurkiem wypływały mi piękne męskie łzy odtruwające duszę. Mimo, że był dzień nie wstydziłem się ich.

Dość wcześnie, bo o jedenastej dwadzieścia, odwiedziła mnie Krysia. Heniek zabił gołąbka, Józia zrobiła rosół. Zjadłem ze smakiem. Mam martwotę mózgu. Nie potrafię powiedzieć nic logicznego.

 

W trakcie badań UKG, pani doktor okazuje mi moje serce i objaśnia poszczególne obrazy. Jak to łatwo zobaczyć wyrzutowość; prawą, i lewą komorę Z zainteresowaniem wysłuchujemy jej wykładu. Podczas wymiany zdań okazuje się, że pani doktor dobrze zna okolice Złotego Potoku. Z zapałem opowiadam o urokach tego zakątka Jury Krakowsko-Częstochowskiej, o trasie trzeciego tysiąclecia zaczynającej się w Piasku. Potem, o egzaminach w szkołach podstawowych czternastego kwietnia, o astronomii .

Mocno podekscytowałem się możliwością rozmowy w okresie dobrej dyspozycji psychicznej. Pobudzenie źle zadziałało na mój organizm. Poczułem się jakbym wypił mocną kawę i drinka z dobrą wódką.

 

Ojcze nasz modlitwa Jezusa, uspokoiła mnie.

- Hej przyjacielu, przejmuję twoją kolejną cechę, pobożność, a co ja ci dam? Czego chcesz ode mnie ? Dotychczas skutkowała metoda: masz problem, więc odpowiedz sobie, czy chcesz go rozwiązać. Jeśli tak, znajdź sposoby i przystąp do roboty.

Drugiego maja na stole operacyjnym zdała egzamin Twoja metoda zawierzenia Stworzycielowi. Z oporem, ale zaakceptowałem ją wtedy. Teraz już bez wahania słucham podobnych podpowiedzi.

 

Wykorzystując chwilę dobrego nastroju piszę do rodziny:

 

D rogi Heńku!

Dziękuję serdecznie za gołąbka, a Józi za zupę. Tak smakowitego rosołku i pływających w nim mięsek w życiu nie jadłem. Choć mogłem zjeść tylko talerzyk niewielki, spożywałem go więcej czasu niż trzy duże.

Pa, Kochani !

 

Jureczku!

Gratuluję Ci ego co chciałeś na jak długo Tęsknie za Twoim towarzystwem wśród naszych pokrzyw, sitów, chaszczy, zarośli, krzewów, drzewek, brzózek, lasu i wszystkich innych najpiękniejszych roślinek, które nawlekliśmy na Pasternik, a Tyś posadził i wypielęgnował. Dbaj tak dalej o wszystko. Ściskam - Antoś /P>

 

Za pięć dwudziesta pierwsza. Marzenia na przyszłość. Narasta mi duszność i ciepło wszędzie. Czy to z powodu emocji włożonych w tekst, czy też może w związku z planami?

Dwudziesta pierwsza piętnaście - STOP! Koniec pisania. Ważne jest tylko DZIŚ, A TU I TERAZ, mam wypić jogurt, poćwiczyć oddychanie, załatwić potrzeby fizjologiczne i pomodlić się przed snem.

 

Bezustannie myślę o Bogu i dziękczynnych obrzędach religijnych widzianych moimi oczami. Teraz snuję wizję mszy w kościele, w wiosce sąsiadującej z naszą działką w Rększowicach. Msza odbędzie się trzynastego czerwca, w czwartek wieczorem, według obmyślanego scenariusza. Poinformuję o tym wielu znajomych. Spodziewam się, że tłumnie zjadą na nabożeństwo, którego głównym bohaterem będę ja, rozlokowany w fotelu, na wyeksponowanym miejscu. Siedzący nawet w momentach, w których trzeba wstawać lub klękać. W trakcie kazania ksiądz przytacza, cytuje, słowa z niedzielnej mszy radiowej. W jakimś tam momencie, ale przed podawaniem komunii wyjaśnia zebranym, że są momenty wyjątkowe w życiu każdego człowieka, w których bez względu na okoliczności może on otrzymać najświętszy sakrament - sakrament chorych. Człowiek jeszcze nie wydał takich przepisów, nie przewidział, że tak może być, ale Bóg tego nie zabrania, dla Boga każde ciało jest siedzibą ducha świętego. Po mszy złożę wiązankę kwiatów na grobie siostrzeńca i przywitam się z przybyłymi przez podanie ręki. Scenariusz dostarczy księdzu moja siostra.

Po długich medytacjach na powyższy temat pierwszy dzień tygodnia kończę modlitwą i układam się wygodnie do snu.

 

Poniedziałek, szósty maja dwa tysiące drugiego rok.

 

Z głębokiego snu wyrwało mnie bolesne ukłucie w serce, jakbym został ugodzony nożem i zdecydowane polecenie abym zapamiętał ten szczegół. Poczułem się dziwnie; jak nowo narodzony. Odniosłem wrażenie, jakby moja klatka piersiowa zwiększyła obwód, o sto procent. Upajałem się lekkością oddechu, ciepłem i jędrnością własnego ciała, równomiernym rytmem serca. Wyobrażenia, myśli i uczucia płynęły jak strumyk, a ja leżałem wewnętrznie wyciszony, przypatrując się własnej duchowości. Czas zatrzymał się. Nie potrafię określić jak długo trwały nadzwyczajne doznania. Przerwał je okropny, nie do zniesienia, ból rany mostka. Poprosiłem o zastrzyk. Po około dwudziestu minutach przestało boleć, ale bardzo uciskała mnie poduszka pod głową i nieznośnie urażały w gołe ciało szelki ochraniające mostek. Nie ma mowy, bym w tak niewygodnej pozycji zasnął. Przywołuję pielęgniarkę wołając półgłosem:

- Pani siostro, siostro! - i tak przemiennie co minutę.

W końcu celowo zrzuciłem drabinkę nogami z łóżka na ziemię. Upadające szczeble stuknęły o podłogę. W grobowej ciszy środka nocy był to piekielny hałas. Zbudziłem nim Witolda. Przepraszam cię przyjacielu.

- Co się stało? Czego potrzebujesz? - zapytał zachowując cierpliwość, choć pewno miał powody do złości.

- Spadła mi drabinka, a muszę usiąść by wydalić mocz. Nie wstawaj ja jeszcze wytrzymam.

Nie posłuchał. Podszedł do mojego łóżka podniósł szczebelki z podłogi, uporządkował ich rozmieszczenie i podał mi początek drabinki.

Przesuwając ręce po szczebelkach i wykorzystując mięśnie brzucha usiadłem. Wydaliłem z siebie sześćset pięćdziesiąt mililitrów płynu, jakby za dwóch. Poczułem wielki głód. Sięgnąłem po swój największy przysmak; zagęszczane mleko. Delektując się, dość szybko opróżniłem dwustugramowy kartonik. Przyniosło to wielką ulgę warczącemu żołądkowi. Chwilę posiedziałem. Kładąc się ponownie, liczyłem, że i pod głową oraz plecami będzie już znośnie. Nic podobnego, było jeszcze gorzej. Piekący ból pod łopatkami, ogromny ciężar naciskający na piersi, karkołomnie zgięty kark i powykręcane kręgi szyjne; wszystko to przeszkadzało w zaśnięciu.

Gdy zza szyby, oddzielającej salę od dyżurki pielęgniarek, usłyszałem głosy naszych wielobarwnych aniołów opiekunów zacząłem znowu głośno wyszeptywać:

- Proszę pani siostry. Pani siostro,...

Wypowiadałem przywoływanie, odczekiwałem z minutę i ponownie powtarzałem prośbę. Powtarzałem i powtarzałem bawiąc się swoim głosem, zmieniając jego nasilenie i barwę. Zbudziłem już i Kazimierza.

- Tam nie ma dzwonka? zapytał. Ja mam, mogę zadzwonić - dodał.

- Nie, nie! kategorycznie sprzeciwiłem się. Mogą sądzić, że ktoś umiera, a mnie chodzi o drobiazg.

- Tyle dni już leżę w tej sali, a do głowy mi nie przyszło, że i przy moim łóżku jest dzwonek i, że zamiast wołać, jego powinienem używać - pomyślałem z wyrzutem.

Przyjaciel z lewej, mocno zmęczony moim dokuczliwym zachowaniem, uniósł się na łóżku i wyciągnął rękę niezbyt wysoko w górę, a kiedy pielęgniarki spojrzały przez szybę, w głąb monitorowanej sali chorych, machnął nią w ich kierunku. Jeszcze nie zdążył odwrócić wzroku, ułożyć się ponownie, a już miał je obie przy sobie.

- Co się zdarzyło? SPAN style="mso-spacerun: yes"> niemal równocześnie zapytały Witka. Tworzą doskonały duet. Obie są stale uśmiechnięte, niezwykle troskliwe, emanujące optymizmem i energią do pracy.

- To ja potrzebuję pomocy pań.

Zanim wydusiłem z siebie następne zdanie, starałem się w zmroku dostrzec w jakim są nastroju, a następnie zwróciłem się do bliżej stojącej pielęgniarki:

- Mam kilka drobnych pragnień. Chodzi o mało znaczące drobiazgi. Proszę by pani poprawiła mi szelki ochraniacza, bo bardzo mnie uwierają.

Tyle co się wyprostowałem, a już wprawnymi rękami parciane tasiemki popuszczone na rzepach, tak były ułożone, że w pierwszej chwili nie czułem ich na ciele.

- Bolą mnie kręgi szyjne od źle podłożonej pod głowę poduszki... jeszcze nie skończyłem wypowiedzi, a pielęgniarka miała już poduszkę w rękach, parę razy nią wstrząsnęła, złożyła w pół i położyła na wezgłowiu. Następnie pilotem wyprofilowała łóżko nadając mu kształty, w które idealnie wpasowałem się.

- I ostatnia prośba. Proszę powiedzieć, jak panie maja na imię?

- Ja jestem Ilona.

- A pani blondynka?

- Elżbieta.

Chciały odejść, ale zatrzymałem je kolejnymi pytaniami.

- Która jest godzina?

- Jaki mamy dzisiaj dzień?

- Kto obchodzi imieniny?

- Jest trzydzieści minut po północy, szóstego maja, dwu tysięcznego drugiego roku. usłyszałem w odpowiedzi. By zrealizować ostatnią prośbę, jak zwrotne mewy wyfrunęły z sali chorych. Wkrótce, od drzwi korytarza jedna informowała, iż dziś imieniny obchodzi Filip, a druga uzupełniająco dodała jeszcze Jakuba. Ktoś podpowiada mi, że to właśnie od Filipa otrzymałem serce. Chcąc potwierdzenia kilka razy w myśli wypowiadam pytanie:

- Ty we mnie to, Filip? Ty we mnie to, Filip? ......

Aż wreszcie jako rzecz oczywistą stwierdzam:

- Ty we mnie to Filip. Tak, poznałem imię mojego przyjaciela. Jakie imiona można ułożyć wykorzystując Jego i moje imię? Niech będzie to zadanie dla Karolinki.

Na korytarzu załączono lampy. Przytłumione światło padło na zegar wskazujący godzinę za dziesięć minut pierwszą.

Wydaje mi się, jakbym podobną sytuację już kiedyś przeżył. W każdym razie, znajomość z dwoma innymi siostrami - bardzo podobnymi do obecnych pań sióstr opiekujących się teraz mną; blondynką i brunetką - pamiętam.

O nich dość szczegółowo opowiedziałem Witoldowi nie zważając na to, czy jest zainteresowany, zmęczony, cierpiący lub senny. W trakcie opowiadania podkreślałem parę razy, że to jakiś znak.

 

Jest godzina pierwsza trzydzieści. Tętno dziewięćdziesiąt uderzeń na minutę.

Mój stan emocjonalny oraz okoliczności, które go wywołują sprawiają, że sposób postrzegania rzeczywistości przeze mnie jest bardzo zniekształcony. Byle jaki gest, słowo nie mające w sobie żadnego zabarwienia uczuciowego, wywołują wzruszenie, bo szczęśliwy jestem, iż ktoś mnie zauważa. Innym razem marsowa mina personelu medycznego, jest źródłem koszmarnych myśli.

Notorycznie zdarzają się różnorodne sytuacje, w których odczuwam chroniczny niedostatek bliskich mi osób.

Nocą nie przeżywam swej samotności tak bardzo boleśnie, bo jest KTOŚ przy mnie KOMU wyżalam się na zły los, wylewając przy tym - bez skrępowania - morze łez.

Natomiast dzień, wypełniony ciągłą powagą i melancholią, trudno przetrwać.

Aby ograniczyć dawkę smutku oraz odwrócić od siebie szkodliwe prądy otoczenia, próbuję budować naokoło siebie wał z pozytywnie naładowanych czynów i myśli, od którego cudze fale powinny się odbijać.

Zapisuję je wielkimi literami, czerwonym flamastrem, na dużej kartce czystego papieru. A oto one:

 

DZIEŃ ZACZYNAĆ STARANNĄ TOALETĄ; ŁADNIE SIĘ WYGOLIĆ, NAKREMOWAĆ TWARZ, RĘCE I STOPY. UŻYWAĆ WODY TOALETOWEJ I DEZODORANTU O ŁADNEJ WONI.

 

CAŁĄ SIŁĄ DĄŻYĆ DO WYZBYCIA SIĘ NATRĘTNYCH MYŚLI, ŻEM CHORY, A MOJE ŻYCIE JEST NADAL ZAGROŻONE.

 

RANKIEM RADOŚNIE SIĘ POMODLIĆ.

 

TRZYMAĆ UŚMIECH NA TWARZY, ŚMIAĆ SIĘ OCZAMI, ALE PRZEDE WSZYSTKIM UŚMIECHAĆ SIĘ SERCEM.

 

SMACZNIE I ZDROWO SIĘ ODŻYWIAĆ. JEŚĆ DUŻO NABIAŁU. PIĆ SOKI OWOCOWE, POMIDOROWE I JOGURTY.

 

BYĆ MIŁYM I UPRZEJMYM DLA WSZYSTKICH.

 

MYŚLAMI NIE WYBIEGAĆ POZA TRWAJĄCY DZIEŃ. TYLKO TEN ISTNIEJE.

 

UNIKAĆ DYSKUSJI WSPOMNIENIOWO-PRZESZŁOŚCIOWYCH I NA TEMATY POLITYCZNE.

 

WYTRACAĆ IMPULSYWNOŚĆ I ZAPALCZYWOŚĆ NIE WDAJĄC SIĘ W WYMIANĘ POGLĄDÓW. SŁUCHAĆ, SAMEMU MÓWIĄC MAŁO.

 

REGULARNIE, UMIARKOWANIE, ĆWICZYĆ MIĘŚNIE I STAWY, KORZYSTAJĄC Z DOŚWIADCZEŃ REHABILITANTÓW.

 

SKUPIĆ SIĘ NA SOBIE. TERAZ MY, TY I JA, PRZYJACIELU. TYLKO MY SIĘ LICZYMY. WSZYSTKO INNE NA BOK.

 

SMUTKI, CIERPIENIA, TO NOWE DOŚWIADCZENIA. TRZEBA JE ZAAKCEPTOWAĆ.

 

KAŻDY DZIEŃ PODSUMOWAĆ MODLITWĄ.

 

Ustalone zasady, wypełniane od świtu do zmroku, mają mnie wprawić w taki duchowy stan, który nie szkodziłby ciału.

Zapisane, sprawią, że nie muszę - codziennie od nowa - szukać w pamięci rozwiązań dobrze przygotowujących do samotności; do samotności wśród zbiorowości personelu medycznego i pacjentów szpitala.

 

O godzinie trzeciej zażyłem prywatną tabletkę Estozalamu. Przed zaśnięciem nawiązuję jeszcze kontakt ze Stwórcą.

Panie to nie prawda, że za wszystko trzeba ci dziękować, aby mieć Twoje łaski. Na koniec wczorajszego dnia nawet nie wyraziłem wdzięczności za opiekę, a i tak dałeś mi udany dzień. Tylko coś jakby zamysł podziękowań powstał w moim mózgu, ale - do czasu bolesnego ciosu w klatkę - nie został głośno wypowiedziany wcale

 

W trakcie spożywania śniadania, o ósmej trzydzieści, nagle zabolał mnie brzuch. Błyskawicznie zerwałem się z łóżka i mimo okropnych mroczków dotarłem do toalety. Sytuacja tak mnie zmęczyła i przestraszyła, że po powrocie na łóżko z trudem łapałem powietrze. W takim stanie ujrzał mnie chodzący z wizytą lekarz . Musiałem źle wyglądać, bo od razu polecił zespolić wtyczkę kabla od monitora z gniazdkiem przewodów od elektrod na moim ciele.

Zaraz też, na ekranie ukazało się kilka parametrów, w tym: nieregularne tętno oscylujące w granicach stu dwudziestu uderzeń na minutę i ciśnienie osiemdziesiąt osiem na czterdzieści osiem.

Kazano mi się natychmiast położyć, podłączono kroplówkę i zmieniono tempo dawkowania leków z pompy.

Z powodu przeżyć, albo pod wpływem leków i zmęczenia - szybko usnąłem.

Kiedy, o jedenastej trzydzieści, ponownie spojrzałem na monitor, parametry były już w normie.

Na krótko weszła wtedy na salę moja siostra. Zadeklarowała się, że może mnie odwiedzać częściej, gdyby mogła korzystać z naszego samochodu. Ucieszyłem się bardzo, bo już wyobraźnią ujrzałem jak dużo znajomych przy okazji z nią się będzie zabierać.

W trakcie spotkania Józia dużo pytała. Starałem się wszystko wyjaśniać szczegółowo. Nie obeszło się też bez łez i wzruszających przeżyć.

 

O dwunastej trzydzieści młody lekarz wykonał UKG. Nie chcąc wyjść na zupełnego mruka zapytałem o stan serca.

- Dobrze usłyszałem na odczepnego.

 

Po obiedzie zdobyłem się na odwagę i opowiedziałem doktorowi Zakliczyńskiemu dokładnie o tym, co zdarzyło się w trakcie śniadania.

Usłyszałem wtedy krótki wykład o układzie krążenia. Mój przez lata dopasowywał się do chorego serca. Musi upłynąć sporo czasu zanim przyzwyczai się do nowego organu, zanim odbuduje się. Trzeba wykazać się cierpliwością w okresie tego procesu. Należy też zmienić dotychczasowy tryb życia. Szczególnie powinno się:

- dobrze wysypiać,

- unikać emocji,

- do każdej pozycji dochodzić a raty i wolno; zwłaszcza powoli wstawać i rozpoczynać spacer,

- jeść częściej, mniej i bez pośpiechu.

 

Godzina czternasta. Okropne samopoczucie. Nachodzą mnie myśli, że to już koniec. Szybko dokąd jeszcze logicznie myślę zapisuję o czym chciałbym rozmawiać przez telefon z żoną. Pośpiesznie dzwonię do banku.

ruszynko!

Rozsyłaj to co napisałem. Jak najszybciej do najbliższych. Ty, Karolinka, Mela możecie przy mnie siedzieć stale inni mnie męczą. Po ich wyjeździe nie mam siły na rehabilitacje, a dwa razy w godzinę mam dmuchać w odę i kulki - na przemian. Józia odjechała w południe. Jest czternasta z minutami, a ja ledwo zipie. Zgodziłem się na jej propozycję, że do Zabrza będzie ją przywoził naszym samochodem swat Janka. Odwołaj wszystko do jakiegoś czasu. Załatwiłem zaopatrzenie w prowiant z salową. Gdyby ktoś bardzo, oprócz was, chciał zobaczyć spotykany ewenement to tylko w środę między dwunastą, a trzynastą.

Zajmij się rozsyłaniem i naszym aniołkiem. Muszę dla was być i będę. Nie martw się. Dziś napiszę do mamy list.. To co dla mnie zrobiłaś to elementy cudu. Serdecznie dziękuję. Wybierając się do Zabrza zabierz narzędzia do strzyżenia. Wrzątkiem wyparz nożyczki i żyletkę. Boję się zainfekowania bakteriami i wirusami, które na nich mogły się rozwinąć. Kup sok pomidorowy w dużych opakowaniach, z Kutna, ale nie koncentrat

 

Szesnasta trzydzieści. Ciężki dzień, bo garście leków wywołują trudne do opanowania reakcje organizmu. Napadowe rozdygotanie całego ciała, silne pobudzenie nerwowe, ataki wzruszenia do łez włącznie i utrata zmysłu smaku, to najbardziej dokuczliwe uboczne działanie leków. Czas wlecze się niemiłosiernie powoli. Siedzimy z kolegą na krzesłach, a nogi nam podskakują jakbyśmy wystukiwali rytm do szybkiej muzyki. By dogodzić szalejącym drgawkom mięśni, cały czas jestem w ruchu. Przy pierwszej normalniejszej chwili redaguję parę słów do szwagra. Piszę:

okazji imienin przekazuję Ci Staszku najserdeczniejsze życzenia. Byś przede wszystkim miał dobre zdrowie, mało problemów, a dużo satysfakcji w pracy. By nadal towarzyszyły Ci takie cechy jak ciepło, dobroć, uczynność bo to bezcenne towary na świecie. Byś jak najdłużej był skarbem dla Twojej Rodziny

I znowu walka o skrócenie nieprzyjemnych odczuć. Koncentracja mobilizująca psychikę do przetrzymania ich.

Przerywa je wizyta doktora Przemysława Trzeciaka, który na prośbę koleżanki żony przyszedł mnie zapytać o zdrowie i pocieszyć. Wzruszyłem się do łez. W pierwszym porywie wdzięczności za odwiedziny rzuciłem mu się na szyję całując jak serdecznego przyjaciela. Trochę porozmawialiśmy też o pani Grabowskiej z BGŻ-tu. Po jego wyjściu poczytalność poprawiła się na tyle, że przemyślałem tematy jakie chciałbym poruszyć w wieczornej rozmowie z Krysią. Część z nich ogólnie zanotowałem na kartce.

 

Biorę już trzysta siedemdziesiąt pięć mg Neoralu i z dziesięć tabletek Encortonu. Telepanie nie do zniesienia.

Tętno sto pięć, ciśnienie sto dziesięć na pięćdziesiąt. Oczy wyłażą z oczodołów. W ustach sucho. Gorąco w ciele.

 

Po dwudziestej na trochę puszcza. Zauważam, że na szafce jest jeszcze herbata z cytryną i domowa kanapka. Konsumuję ze smakiem.

 

Przed dwudziestą drugą napisałem gotowce do odczytania przez telefon, na wypadek gdybym nie był dysponowany intelektualnie w tym czasie. Kiedy dostałem słuchawkę do ręki odczytałem żonie z kartki:

rysiu!

Był u mnie lekarz od pani Haliny. Coś niesamowitego działo się ze mną w tym czasie.

Porozmawiaj z księdzem Robertem. Daj mu mój list i przekaż, że bardzo o to prosiłem. Podkreśl, że nieustannie modlę się do Maryi. Modlę się, a chciałbym jej śpiewać gdybym potrafił. Poproś go może zechciałby na zakończenie odprawianej przez siebie mszy coś powiedzieć o moich perypetiach zdrowotnych i zaintonować Czarną Madonnę, w podzięce za to co zrobiła i robi dla mnie. Trzeba księdzu i organiście oczywiście dać gratyfikacje pieniężną. Poproś księdza, by zadzwonił na moją komórkę w godzinach dwudziesta - dwudziesta pierwsza. Będę bardzo czekał każdego dnia. Ale tylko ksiądz Robert, nie proboszcz! Jak zadzwoni chciałbym go prosić o przesłanie mi tekstu niedzielnego kazania radiowego

Potem wymieniłem długą listę artykułów, które mi są potrzebne i prosiłem o ich dostarczenie jeśli ktoś będzie jechał do Zabrza.

Na zakończenie odczytałem znowu z innej kartki: zadzwoń teraz do Marysi i poproś, by przekręciła na moją komórkę

Gdyby zadzwoniła miałem na kartce następujący szkielet rozmowy:

roga szwagierko, nasza iskierko rodzinna. Co u ciebie? Nie mam śmiałości o cokolwiek cię prosić - tyle masz teraz obowiązków służbowych ale choć na chwilę pragnąłbym nacieszyć oczy bijącym od ciebie blaskiem. Może wygospodarujesz trochę czasu i wpadniesz ze Staszkiem do Zabrza. Staszku ponawiam życzenia na jutrzejszy dzień

 

Wtorek, siudmy maja dwatysiące drugiego rok.

Jak zwykle wcześnie rano, tuż po szóstej, zaczęło mnie ssać w żołądku. Poczułem wielki smak na zagęszczane mleko. Poprosiłem salową o przyniesienie mi go z lodówki. Nie czekając aż trochę się ogrzeje, pośpiesznie otworzyłem i łapczywie zacząłem pić. W mig konsumując całe dwustu gramowe opakowanie. Około siódmej poczułem nudności, a potem potrzebę pójścia do toalety, ale nic nie wydaliłem z siebie. Odruchy wymiotne powtarzały się parokrotnie. W pewnym momencie poczułem okropny ból w jamie brzusznej. Z przerażeniem pomyślałem, że coś w środku pękło.

Wezwałem pielęgniarkę prosząc o pomoc. Dostałem zastrzyk. Po kilkunastu minutach, dolegliwość - zamiast mijać - nasiliła się.

Przestraszyłem się, że oznacza to następną porcję cierpień, kolejną operację. Nie potrafiłem już powstrzymać łez. Nie miałem również pomysłu jak to wszystko znieść, jaką przyjąć postawę? Pielęgniarka nie umiała mi w tej chwili pomóc. Nie potrafiła zrobić nic więcej, ponad to, co uczyniła wcześniej.

Trzeba czekać na przyjście doktora Zakliczyńskiego. Po około trzydziestu minutach, decyzją lekarza dostałem znowu zastrzyk. Tym razem jakiś inny, skuteczniejszy, silny środek przeciwbólowy.

Nie odczułem wyraźnej poprawy. Zagryzłem wargi, oblał mnie zimny pot, zaczęło mną trząść, momentami traciłem świadomość miejsca.

Nie potrafię określić nawet czasu kiedy usłyszałem najpierw słowa, a później zobaczyłem, stojącą u moich nóg siostrę z opatrunkowego, usprawiedliwiającą się, że jeszcze nie kupiła wkładów do albumu z kartami telefonicznymi. Poprosiłem ją, by podeszła ku mnie. W tym momencie stała się najbliższą osobą, którą mogłem dotknąć i poczuć. Wziąłem jej rękę w swoją dłoń i uściskiem serdecznie podziękowałem za pamięć o mojej prośbie, i że fatygowała się mnie szukać. W rzeczywistości był to jedynie pretekst, by ująć ją za rękę. Dotknąć kogoś żyjącego i zdrowego z wiarą i nadzieją, że dostarczy on mocy do przetrwania. Ból ustąpił na ten moment. Pani Ela nie zabrała przygotowanych w kartce pieniędzy uznając, że zrobi to dopiero po zakupie.

Po jakimś czasie od jej wyjścia przybył wezwany na konsultacje kardiochirurg. Osłuchał mi brzuch stetoskopem, zapytał czy mam wzdęcia, bekania, odchodzenie gazów i wyszedł.

Dostałem dwie pastylki do połknięcia. Nieznośna boleść nadal nie ustawała.

Byłem bliski załamania. Jak natrętną muchę odganiałem bombardujące moją podświadomość złe myśli, a zwłaszcza :

- Kolejnej operacji nie przeżyję!

- Nie zniosę już żadnej udręki!

- Umrę w męczarniach!

Póki co, nie wyłem z bólu, pojękiwałem tylko cichutko. Około południa poczułem delikatne ruchy jelit, a później usłyszałem odgłosy ich pracy. Powoli ból zaczął ustępować.

O czternastej trzydzieści, pamiętając uwagi lekarza, że trzeba jak najmniej leżeć, bo to nienaturalna dla serca i całego człowieka postawa, wstałem z łóżka. Usiadłem na krześle i czułem jak narasta we mnie radość, że znowu wywinąłem się śmierci.

Radość przemieniła się wkrótce w euforię; zacząłem - jak zamknięty w klatce lis - chodzić po sali, siedząc na krześle gimnastykować się i gwałtownie gestykulując rozmawiać z sąsiadem.

Przemiennie, to siedząc, to ruszając się po pokoju - tam i z powrotem, na odcinku może cztery metry - pozostawałem poza łóżkiem ponad sześć godzin.

Chodząc po pokoju, od czasu do czasu, zapisywałem, co potrzebuję od Krysi oraz o czym ja mam pamiętać. Zanotowałem na przykład polecenie dla siebie: zadzwoń do Karolinki, żeby z imion Antoni oraz Filip ułożyła ładne imię męskie, albo kilka i wspólnie wybierzemy jedno

Próbowałem też sam wymyślić imię, które najlepiej pasowałoby do mnie, ale szło mi wyjątkowo kiepsko. Sięgnąłem więc po pomoc do kalendarza. Na początku zatrzymałem wzrok na solenizantach świętujących w dniu, w którym otrzymałem swoje serce.

Przeczytałem szybko w myślach, że dwudziestego szóstego jest: Filipa i Pauliny.

Długo zastanawiałem się nad, nie opuszczającym mnie, pytaniem:

- Czy to nie jakiś znak, że na dzień ten przypadają również imieniny Filipa?

 

Po dwudziestej, leki przyniósł do sali pielęgniarz pan Michał. Oklepywanie w jego wykonaniu jest niepowtarzalne. Z tej przyczyny i z powodu innych umiejętności, na drugim piętrze jest maksymalnie wykorzystywany. W czasie jego nieobecności na dyżurce OIOT, do sali chorych weszła pani Monika, pielęgniarka o pogodnym usposobieniu. Od paru dni przemyśliwałem sprawę kolejnej biopsji. Denerwowałem się, że pielęgniarki opiekujące się naszą salą, nadmiernie obciążone pracą, nie znajdą czasu, by odpowiednio mnie do niej przygotować. Że znowu wydarzy się coś złego. Czułbym się bezpiecznie, gdyby ktoś, nie obciążony żadnymi innymi zadaniami, towarzyszył mi podczas tych badań inwazyjnych oczywiście za odpowiednie honorarium. Z taką właśnie prośbą zwróciłem się do pielęgniarki, która przyszła pożyczyć rękaw do pomiaru ciśnień. Szybko wyjaśniła, że każda siostra, pracująca w danym dniu na Oddziale Intensywnej Opieki Transplantacyjnej, zapewni mi doskonałą opiekę. Niesłusznie mam jakiekolwiek obawy.

Po tej rozmowie lęk przed jutrzejszym badaniem spotęgował się.

 

Środa, ósmy maja dwa tysiące drugiego rok.

Pierwsza pięćdziesiąt pięć. Kilka minut temu poczułem tępy ból w klatce, a zaraz potem nagłą potrzebę wydalenia moczu.

Widzę na krześle pustą kaczkę, ale mam wrażenie, że jak tylko po nią sięgnę - rozejdzie się mostek.

Stękam, jęczę przytłumionym głosem i raz za razem, cisnę w przycisk przywoływacza leżącego przy moim prawym boku na łóżku. Bez skutku.

Prawdopodobnie mocno zdenerwowałem swoim zachowaniem Witolda przerywając mu sen. Z trudem zwleka się z łóżka, ale bez słowa wyrzutu podaje mi kaczkę.

Leżąc na grzbiecie wydalam z siebie litr płynu, po czym odstawiam pełne naczynie we wnękę szafki.

Teraz dopiero wchodzi pielęgniarka.

- Co się dzieje ?

- Okropnie boli w klatce. Również sikać mi się chciało, a kaczka była daleko, poza moim zasięgiem.

- Przecież pan sam umieścił sobie ją na krześle.

Po rozpięciu ochraniacza i zdjęciu piżamy, pielęgniarka każe się podnieść. Robię tak jak dziesiątki razy dotychczas. Chwytam sznurkową drabinkę i przekładając ręce szczebelek po szczebelku, unoszę tors do pozycji siedzącej, bez trudności. Teraz kojarzę, że korzystając z drabinki dotrzeć do kaczki, to dla mnie żaden problem.

To wyłącznie psychika sprawiła, że chwilę bólu przemieniłem w wyobraźni w siłę rozrywającą klatkę piersiową.

Wróciła rzeczywistość, przypomnienie wczorajszych uzgodnień, na krześle solidny metalowy pojemnik, sok pomidorowy i dwie tabletki Bisakodylu na szafce.

Witold też nie śpi. Uskarża się na ból pleców. Na jego monitorze cyferki pokazują jakieś nienormalne wartości. Po pewnym czasie tętno normuje się w granicach sześćdziesięciu ośmiu. U mnie, sto bez jednego, a ciśnienie sto siedem na siedemdziesiąt trzy, saturacja dziewięćdziesiąt pięć, częstotliwość oddechów dwadzieścia trzy. Ponieważ czuję się dobrze zaczynam pisać w ciemności list do teściowej.

Jest godzina druga trzydzieści.

Kochana Mamusiu !

Jestem. Jestem, bo Ty dałaś mi moc. Dałaś mi moc i przykład jak znosić cierpienie i ból. Pewno Twój ból, to o wiele dotkliwsze cierpienie niż to, które ja czuję w tym momencie. To tylko: przenikliwie piekąca rana klatki piersiowej po cięciu mostka; tortury ukłuć igłami, którymi pielęgniarki, w moim ciele, poszukują - odpowiedniej do pobrania krwi - żyły; dokuczliwy drenaż do wnętrza jamy brzusznej i przewody elektrod dołączonych do serca poprzez odstęp międzyżebrowy; i strach, że wenflony się pozatykały; że czynne są tylko pojedyncze przewody do wlewów w żyle szyjnej.

Jestem wyczerpany i bliski załamania, ale stale mam znaki od Najwyższego. Pewno, Ty Mamusiu, prosisz Go za mnie. Już dwa razy pozostawił mnie tu. Pozostawił, bo Wy, tu mnie chcecie. Wszystkie moje Kobiety Kochane dodawajcie mi tak dalej siły, a będzie dobrze. Nikt, tak jak Wy, mnie nie rozumie.

Dolegliwości fizyczne ustąpiły. Na sali, gdzie leżę, znajdują się trzy łóżka, z których jedno aktualnie pozostaje puste. Z mojej lewej strony leży Witold z Lublina, któremu serce przeszczepiono trzy dni przede mną.

Spokój, cichość. W ogólnej ciszy nie brak jednak odgłosów, na które zwykle nie zwraca się uwagi. Regularnie, częściej niż co sekundę, powtarza się dźwięk podobny do uderzenia spadającej, na dno pustego wiadra, kropli wody. Okresowo załącza się kompresor centralnego klimatyzatora. W pewnym momencie dociera do moich uszu echo jakie pozostawia po sobie będący w ruchu pociąg. Potem sygnał pojazdu uprzywilejowanego, najpierw ledwo słyszalny później coraz głośniejszy, a w końcu z nagła przerwany. Już tylko cichy warkot silnika samochodu nasuwa przypuszczenie, że to ambulans pogotowia szybko zbliża się do szpitala. Wtem wszystko milknie. Boska cisza. Nie odczuwam żadnego bólu.

Poprzez dwa uchylone okna do pokoju wdziera się ciepłe majowe powietrze. Przyjemny powiew muska delikatnie odkryte do bioder nogi.

Czuję Mamusiu bliski związek z Tobą wpływający bardzo korzystnie na moje samopoczucie.

Trzecia godzina. Każda pora dobra na modlitwę. Przepraszam Cię Mamo, za chwilę wrócę do ciebie, a teraz swoją uwagę kieruje ku Stwórcy.

Mój Jedyny, bądź tak troskliwym opiekunem jak wczoraj. Dodaj sił, bym tryskał spokojem i grzecznością. Ty kochasz wszystkich. Każdej chwili mówisz do nich: głośno, dobitnie, wyraziście. Do głuchych i ślepych przez swoje dzieła stworzenia. Twoje dzieła stworzenia odczuwa się na każdym kroku. Ja dostrzegam je w personelu szpitala, który obdarzasz wielką wiedzą zawodową, umiejętnościami, opanowaniem, doświadczeniem i dobrocią. Żal, że nie wszyscy z nich umieją te dary zastosować, by ulżyć chorym. Dotychczas spotkałem parę osób, przy których czułem się bezpiecznie. Pani Marta z Oddziału Pooperacyjnego i pan Michał z OIOT-u; to pewno jedni z lepiej słuchających Twoich nauk studentów. Gratuluję Ci Opiekunie Mój tak utalentowanych biorców darów Twej wiecznej uczelni.

Trzecia dwadzieścia. W sali i za oknem odgłosy jak przed pół godziną. Ustawiam, sterując pilotem, łóżko tak, by leżąc na nim obserwować ekran monitora, aby spojrzeć w oje serce W oje serce, w nasze serce ..... i parę słów o nim Ci napisać, Mamusiu.

W tej chwili, godzinę przed świtem, tętno - dziewięćdziesiąt cztery na minutę, przepływ płucny - dwadzieścia trzy, sto pięć na siedemdziesiąt dwa - ciśnienie, dziewięćdziesiąt cztery - satoracja.

Mamo, kulinarnie dbam o mojego przyjaciela - Filipa tak, jak Ty o wszystkich. Psychicznie O zamęczam.

Przeraża mnie fakt, że nowe serce nie polubiło jeszcze mojego wnętrza. Dziś coś zrobię z tym.

..Niech Pan Bóg, Jezus Chrystus, Duch Święty z Matką Najświętszą błogosławią na każdy dzień. Mając w swojej opiece... Oj, żebyś wiedziała Mamusiu jak bardzo błogosławią, jak bardzo mają w swojej opiece, jak bardzo! Raduję się, że zdążyłaś z tym wpisem. Nie rozstaję się nawet na chwilę z książką Miłość nas rozumie, imieninowo-urodzinowym prezentem od Ciebie. Stale mam ją w zasięgu wzroku lecz mój umysł tak bardzo obciążony jest okropnym lękiem, że nie mogę się skupić, by choć rozdział przeczytać ze zrozumieniem.

Proszę módl się za mnie tak jak robiłaś to dotychczas. Wybacz, że przerwę teraz na chwilę, ale chcę dać wytchnąć Filipowi, który na ekranie monitora rysuje dla mnie jakieś zmieniające się brazy piły, schody, fale, linie proste i cyfry. Teraz mój przyjaciel wyrywa mi długopis. Pewno chce Ci coś napisać. Już to czyni. (Tu odrysowałem wykresy widoczne na monitorze, a poszczególne linijki kończyłem kolejnymi cyframi: 94, 23, 105/72, 94). Czytaj powoli i uważnie!

 

Godzina trzecia pięćdziesiąt. Przerywam pisanie i biorę Bisokodyl - dwie tabletki na przeczyszczenie.

 

Czwarta dziesięć. Zaczyna mnie pobolewać w brzuchu, ale sądzę, że to z emocji. Tabletki nie zdążyły się pewno jeszcze rozpuścić w żołądku. Pamiętając poprzednie sytuacje, po zażyciu tabletki przeczyszczającej, bez zwłoki sięgam po naczynia na odchody. Z giętkim gumowym wężem w brzuchu, słuchawkami od walkmana w uszach, z fiutem w dziobie kaczki, siadam na emaliowanym - białym lakierem - metalowym basenie.

 

Od szóstej jak zwykle rozpocząłem w łóżku gimnastykę kończyn: dłoni, stóp, kolan, nóg oraz mięśnie szyi. Później poranna toaleta. Po niej, o określonych porach, zjadam porcje leków i od godziny ósmej następuje niespokojne oczekiwanie na biopsję. Pamiętając przebieg poprzedniej, ulegam panice. Dłonie ze strachu wilgotnieją, wzrasta tętno, oddech się skraca, a w mózgu powstają obrazy jak w najobrzydliwszym horrorze.

Na chwilę, nieznośne napięcie przerywa przedstawiciel Zarządu Stowarzyszenia Transplantacji Serca Koła Zabrze Bernard Duży.

Na wstępie pyta o samopoczucie, a potem przekazuje nam parę informacji o stowarzyszeniu, zachęcając do wstąpienia w jego szeregi.

Mało jestem tym zainteresowany, bo wokół mego bytu niepewność i tymczasowość. Zaciekawia mnie natomiast sam przeszczepieniec Po raz pierwszy widzę zdrowego człowieka z nieswoim sercem. Bernard chętnie opowiada o samopoczuciu i od razu udziela wskazówek jak żyć by sobie nie szkodzić. Dużo czasu poświęca na pocieszenie nas i podtrzymanie na duchu. Wsłuchujemy się z uwagą w każde jego słowo, a wyrzuca ich z siebie mnóstwo, bo mówi niezwykle szybko.

W trakcie spotkania, pogodny, optymistyczny nastrój jaki Bernard wniósł ze sobą na salę, ogarnął i nas.

 

O dziesiątej pielęgniarka zwozi mnie na wózku do sali, gdzie dokonywane są badania, w wyniku których wykrywa się istnienie cech odrzutu lub ustala, że ich nie ma.

 

Po badaniach następuje nerwowe oczekiwanie na wynik. Wreszcie, około czternastej, wiem, że jest źle - znowu silny odrzut. Dr Zakliczyński pociesza, że łatwo poradzą sobie z tym problemem, bo już nie takie, a trudniejsze przypadki wyleczyli. Po rozmowie ze mną jeszcze parę razy pojawił się w dyżurce. Domyślam się, że na podstawie wyników badań ustala dla mnie dawki leków. Kiedy ponownie wszedł do sali - wcześniej nałożył maseczkę gazową na twarz - poinformował mnie, że od tej chwili otrzymywał będę silne leki skutecznie obniżające odporność organizmu. Z tego też powodu będę izolowany przed źródłami zarazków chorobotwórczych. Może do mnie wchodzić tylko personel medyczny i pojedyncze osoby z rodziny. Wszyscy obowiązani są przed wejściem do sali zakładać maseczki gazowe, a rodzina dodatkowo fartuchy sterylne.

 

Zaraz po wyjściu lekarza, spodziewając się kłopotów fizycznych i okresów depresji, zabrałem się do opisania zaistniałego położenia w jakim się znalazłem, z myślą o tym, by tekst ten przeczytała żona.

Jest nadal odrzut przeszczepu 3 A, poprzednio był typu - 3 A rozwinięte.

Konieczna jest całkowita izolacja do następnej biopsji.

Odwołaj Krysiu przyjazd Marysi do Zabrza. Gdybyś bardzo chciała przyjechać osobiście, możesz to uczynić. Ale Kochanie wiesz przecież, że mam komfortowe warunki pobytu zaś zachcianki kulinarne zaspokoi dietetyczka i salowa, które - gdy je się poprosi - zakupią odpowiednie produkty żywnościowe i potrawy. Więcej dzwoń!

Zajmij się Karolinką i domem! Chodź do kościoła i czekajmy cierpliwie.

Zadzwoń do wszystkich, by się nie wybierali w odwiedziny, bo mnie zabiją zarażając jakąś chorobą. Jeszcze wierzę, że będzie dobrze.

Mela przywiozła mi parę piżam, ręczników, skarpet... i bardzo dobrze - starczy. Na sali jest ze mną Witek z Lublina. Tydzień w takiej izolacji szybko zleci, a może i kolejny. Gdyby mi się nudziło, będę pisał listy. Przydałaby mi się też gimnastyka i rozmowy. Oj, rozmowy nie! Chyba, że z innymi pacjentami, bo przecież chodzi o to, by jak najmniej osób miało ze mną kontakt.

Tym, których uważasz za wyjątkowych podaj numer telefonu. Może będę potrzebował wsparcia. Będę cię powiadamiał kogo chciałbym usłyszeć przez telefon. Jeszcze nie jestem przygnębiony. Tyle już przeszedłem więc wytrzymam i więcej. By żyć gotów jestem na dożywotnią izolację. W ostatnim okresie przekonałem się jak dużo jesteście warte.

 

O siedemnastej zlikwidowano wkłucie w żyłę szyi.

Osiemnasta trzydzieści. Ciśnienie krwi: sto siedem na pięćdziesiąt siedem.

 

Miłość może wszystko, a wiesz Krysiu jak was kocham.. Teraz przeglądam przepisy kulinarne w Poradniku Domowym. Jutro chyba zamówię w kuchni jakieś smaczne danie.

Żyjcie normalnie . Zwłaszcza chroń Karolinkę od złych wiadomości.

Między sobą uzgodniliśmy wszystko. Organizm mam mocny, oprze się toksycznemu działaniu leków. Załamanie samopoczucia być może nie nadejdzie, a jeśli nawet, to spodziewam się, że pomogą mi życzliwi, których trzeciego maja prosiłem o wsparcie psychiczne.

Poproś jeszcze Mirka z Komendy Policji do siebie, albo niech kogoś wyśle, po kopertę z moimi przemyśleniami Lubię go, choć na razie nie chciałbym, aby do mnie telefonował

 

Osiemnasta pięćdziesiąt. Ciśnienie: sto czternaście na sześćdziesiąt sześć.

Jeszcze w kwietniu zredagowałem i poprzez Staszka wysłałem list do Śląskiego Komendanta Policji. Spodziewam się wsparcia i od niego.

Od dwudziestu minut piszę na stojąco, bo skóra na pośladkach - z dnia, na dzień - coraz mocniej piecze.

 

Ciśnienie: dziewięćdziesiąt pięć na pięćdziesiąt trzy - godzina dziewiętnasta dwadzieścia. Nie mam jeszcze odleżyn, ale pośladek sygnalizuje, by częściej leżeć na bokach mimo pobolewania mostka.

 

Dwudziesta piętnaście, ciśnienie sto dwadzieścia na czterdzieści. Nie mogę uwolnić się od natrętnych myśli o bardzo wielkim niebezpieczeństwie jakie znowu grozi mojemu życiu.

 

Dwudziesta pierwsza pięćdziesiąt. Nawiązuję rozmowę z Witoldem będącym w lepszym, niż ja, stanie zdrowia. On również przeżywa pewne nieprawidłowości w funkcjonowaniu serca. Dzielimy się swoimi obawami i pocieszamy. Poruszamy również inne wątki, wszystko po to, by wypełnić nielitościwie wolno upływający czas.

Stopniowo przejmuję inicjatywę, narzucam tematy i prawie sąsiada z łóżka nie dopuszczam do głosu. Mówię coraz głośniej i z dużą dynamiką.

W pewnym momencie do sali wchodzi pielęgniarka i gasi światło zdecydowanie polecając spać.

Odczekuję chwilę i znowu, podekscytowanym głosem, mówię do Witka zapoznając go z moim planem walki, o swoje i jego życie.

Zdenerwowana pielęgniarka, zza przeszklonej ściany, krzyknęła w moją stronę:

- Proszę się uciszyć! Przeszkadza pan w śnie koledze... Pan również już dawno powinien spać.

Pomyślałem, że jest jej obojętne moje zdrowie. Dba tylko o siebie, o to by w spokoju minęła jej noc. Postanawiam, na przekór pielęgniarce, zrobić wszystko, by zacząć zdrowieć. Pochylając się nisko, tak, by pielęgniarka nie zobaczyła mnie przez przeszkloną - od pasa w górę - ścianę, podłączony do kroplówek, pomp i monitora, na czworakach zbliżam się do łóżka Witolda. Donośnym szeptem zwracam się do niego:

- Witek, musimy się ratować. Pielęgniarki nas nie lubią i utrudnią nam skutecznie życie. Od jutra zaczniemy sami dbać o siebie. Teraz chciałem uzgodnić z tobą jeszcze parę szczegółów....

SPAN style="mso-spacerun: yes"> Antek, kładź się spać! - w porywie złości i przeraźliwie głośno wrzasnął Witek.

W milczeniu, prawie na kuckach, wracam do łóżka. Bardzo chcę żyć. Urzeczywistnienie tego pragnienia widzę poprzez dostarczenie dobrej energii ciału i duchowi.

 

Czwartek, dziewiąty maja dwa tysiące drugi rok.

 

Jest północ. Nie mogąc zasnąć, dalej konkretyzuję scenariusz, realizacja którego ma mnie przybliżyć do odzyskania zdrowia. Każdą realniejszą myśl zapisuję, a później w wyobraźni ją rozbudowuję; przewiduję trudności, ale mam od razu sposoby ich rozwiązania, domyślam się reakcji różnych ludzi, wcielam się w osoby wykonujące moje prośby, widzę zbawcze efekty i zachwycam się nimi, podziwiam umiejętności swojego mózgu ...

Do Krysi piszę tak:

 

Wszyscy już śpią. Mogę pisać.

Kruszynko! Pomysłów na życie mam mnóstwo. Będę się chwytał każdego z nich. Na początku chcę zastosować kurację produktami nabiałowymi z mleczarni od Marysi. Przekaż jej pieniądze i poproś, by sama z produkcji wybrała to, co najlepsze, a co ja lubię; różne duże jogurty owocowe - minimum sześć sztuk, dwie śmietany zawierające najwyżej dwanaście procent tłuszczu, dwie paczki sera twarogowego. Myślę, że jako członek zarządu spółdzielni mleczarskiej, wiceprezes do spraw skupu, nie będzie mieć z tym żadnych trudności, a może, z racji zajmowanego stanowiska, dołoży coś w ramach promocji wytwarzanych artykułów. Zamierzam podzielić się tymi produktami z Witkiem. Będą one mieć działanie lecznicze, taką mam wiarę, gdy Marysia każdemu przekaże odrobinę swego temperamentu.

Dla utrzymania pełnej higieny w odżywianiu, kup jednorazowe sztućce: noże, widelce, łyżki i łyżeczki oraz talerze i kubki. Razem z nimi przywieź mi jeszcze grzałkę i większy metalowy garnuszek. Zabierz też ze sobą listy, kartki z wyrazami wzmacniającymi moją psychikę. Nad transportem jeszcze pomyślę.

Przywieź smaczną rybę, dobrze przyprawioną; dorsza albo pstrąga.

Może Staszek, Twój brat, kolejny raz pomógłby ci, Krysiu, w realizacji tych moich próśb?

A może z banku, za zgodą dyrektora, kierowca podwiózłby cię do sklepów i Częstochowskiej Spółdzielni Mleczarskiej. Zaś po zgromadzeniu wszystkiego, ze Staszkiem przyjedź do Zabrza. Zajmie wam to dwie, do dwie i pół godziny, w obie strony. Może twemu bratu uda się tyle czasu wygospodarować

 

Okresowo dopisuję na luźne kartki polecenia dla siebie do wykonania oraz różnego rodzaju pytania do personelu. Są to wyłowione z gonitwy myślowej istotniejsze dla mojego samopoczucia sprawy, jak na przykład klimatyzacja pokoju.

Mnie nadal jest bardzo gorąco, a Witkowi wręcz przeciwnie - stale zimno. Jedynym, dobrym dla nas obu wyjściem, jest załączać chłodzenie wtedy, kiedy kolega wychodzi na spacer poza pokój. Wcześniej zachęcałem Witka, aby na piżamę zakładał dres, a wtedy będzie mu ciepło.

Muszę też zebrać się na odwagę i zapytać o nazwiska osób, którym zawdzięczam życie.

Dobrze byłoby uzyskać zgodę na korzystanie z komórki.

A co z listami? Czy trzeba je dezynfekować?

Czy mógłbym własnoręcznie przygotowywać w pokoju surówki z dostarczonych przez żonę półproduktów? Tak mija noc.

 

Nie mogę się doczekać kiedy w dyżurce pokaże się ktoś, kto mógłby zadzwonić do mojej żony i poprosić, by pilnie odezwała się na moją komórkę.

 

Tuż po siódmej przyszedł Janusz i on skontaktował mnie z Krysią.

 

Gdy zadzwoniła żona podyktowałem jej przez telefon: Kruszynko! Jestem! Potrzebuję bardzo pilnie sztućce jednorazowe oraz kubki i talerze bowiem brakuje mi sił do częstego zmywania tych, które posiadam. Obawiam się też jakiejś infekcji przyczyną, której mogą być źle umyte naczynia. Przywieź również głębokie miski do mieszania surówek, nóż do obierania warzyw i deskę do ich krojenia.

Z żywności dostarcz: półlitrowe jogurty owocowe i naturalne, śmietanę dwunastoprocentową, chudy twaróg. Niech wszystko wybierze Marysia z taśmy produkcyjnej albo najświeższe z magazynu.

Świeży szczypiór, sałatę, koper oraz nać pietruszki i estragon niech ktoś z Jamek zerwie z warzywnika po osiemnastej i dostarczy ci do domu. Dobrze umyj, zrób porcje dzienne i poumieszczaj w dużym pojemniku. Sałaty może być dwie sztuki na dzień. Zrób wodę strukturowaną i sos Vinaigrette. Ponadto przywieź mi małą buteleczkę oliwy, sok brzoskwiniowy, cztery baterie do radio-odtwarzacza i małe ręczniki. Inne artykuły pierwszej potrzeby, warzywa oraz owoce i produkty żywnościowe zakupi mi dietetyczka i pani Aniela.

Przekaż wiadomość na Jamki, żeby - w niedzielę o godzinie piętnastej - zadzwonił do mnie Jurek. Niech mu ktoś wykręci numer, ale on niech powie: halo! I on niech tylko rozmawia. Inni niech robią notatki, aby potem szeptem mogli mu pomóc. Tylko z nim będę rozmawiał. Nikogo innego nie chcę słyszeć. Inaczej przerwę rozmowę. Zapłacę rachunek za tę rozmowę jak wrócę. To tyle. W ciągu dnia doprecyzuję.

 

Godzina ósma czterdzieści pięć. Natłok chaotycznych myśli rozsadza mi mózg. Wiodącym tematem jest moje życie. Wiem, że muszę je wziąć mocno w garść, tak by w efekcie osiągnąć kompatybilność nowego serca ze starym obwodem krążenia. Przychodzą mi do głowy same genialne pomysły. Trafna wydaje się myśl, by w walkę z odrzutem przeszczepu wprząc kolegów o silnych osobowościach. Jestem pewny, że obecność: Władka, Mariana, Bogusława, Witalisa oraz Staszka - kolegów z okresu nauki i pracy - ostawi mnie na nogi Chcę w rozmowie telefonicznej poinformować ich o aktualnym położeniu i prosić, aby między sobą uzgodnili czas przyjazdu i czasookres pobytu przy mnie w klinice. Na luźnej, brzydkiej kartce, czystej tylko z jednej strony, z drugiej pokrytej wydrukiem komputerowym, piszę krótki zarys rozmów, gdyż po przejściach związanych z operacją dość często tracę równowagę myślową, nie potrafię się skupić na jednym problemie i wypowiadam się bezładnie, niezrozumiale dla słuchacza.

Ustalam sobie, że na początku zacznę: .....Dziękuję za słowa pocieszenia i troskę. Drogi przyjacielu, odpowiedz mi na kilka pytań. Czy ty jesteś zdrowy? Czy żona twoja jest zdrowa? Czy nie kontaktowałeś się z chorymi lub nie kontaktujesz? I najważniejsze czy mógłbyś przyjechać do Zabrza pobyć ze mną, i w jakim czasie, i na jak długo? ...

 

Czternasta czterdzieści pięć. Z sali zabrano Witka. Zostałem sam.

 

Siostra, przy jakimś tam zabiegu koło mnie, zapytała informująco:

- Czy pan wie, że będzie przeszczep dwudziestosześcioletniej góralki?

Nic nie odpowiedziałem, nie podjąłem tematu, bo głowę zaprzątniętą mam swoją - najeżoną trudnościami - sytuacją, która mnie przeraża.

 

Telefonowanie do kolegów odkładam na późne popołudnie. W międzyczasie poprosiłem doktora opiekującego się osobami po przeszczepach o wyrażenie zgody na spotkanie z kolegami. W odpowiedzi usłyszałem, że w moim interesie jest, by mieć jak najmniej kontaktów z ludźmi spoza szpitala.

Pewno domyślając się, iż mimo wszystko ich zaproszę - dodał, podkreślając, - By nie była to przypadkiem cała klasa.

 

Tuż po wyjściu lekarza zadzwoniła Krysia z informacją, że jeszcze dziś, poprzez brata dostarczy wszystko o co prosiłem, a Marysia przywiezie mnóstwo produktów mleczarskich.

Natychmiast rozpocząłem przygotowania do spotkania z rodziną.

Najpierw, poprosiłem pielęgniarkę o foliowe rękawice, które mają mi zapewnić ochronę przed kontaktem z bakteriami jakie ze sobą wniosą na rękach odwiedzający.

Potem, dobrałem jeszcze maseczkę na twarz, bo gdyby tak, nie daj Boże, kichnęli podczas powitania, na bank złapałbym groźną infekcję.

Na wszelki wypadek, by izolacja od bliskich, którzy nie wiadomo co wniosą na sobie, była skuteczniejsza, odstawiłem jeszcze krzesło daleko od łóżka, w najodleglejszy zaułek sali.

Po starannym odświeżeniu skóry, zapachową substancją antyperspirantem w postaci emulsji w kulce roll-on, założyłem ochraniacze na odpowiednie części ciała. Drogi oddechowe zabezpieczyłem zakładając maseczkę na twarz, a dłonie foliowymi rękawicami.

Po zakończeniu czynności mających mnie chronić przed złymi mikrobami, wygodnie usiadłem na wyprofilowanym, jak fotel, łóżku i zniecierpliwiony czekałem na gości.

Niebawem za przeszkloną ścianą ujrzałem szwagierkę, ubierającą płaszcz ochronny koloru owocu kiwi i jasnobłękitną maseczkę na twarz.

Tak wyposażona mogła dopiero wejść na salę.

Jeszcze w progu uspokoiła mnie, komunikując, że jest wszechstronnie zdrowa.

Ta uwaga, i Marii urok ogólny, zadziałały na mnie rozluźniająco, do tego stopnia, że zachowywałem się jak zupełnie zdrowy człowiek.

Wykonałem nawet parę telefonów z komórki, którą szwagierka chętnie mi udostępniła. Wprawdzie żaden, spośród wybieranych abonentów - wywoływanych przez Marysię - nie odpowiadał, ale do rozmów byłem w stu procentach gotowy.

Żona szwagra umiejętnie zajmowała mnie rozmową, a w tym czasie jej mąż z moim kuzynem, przynosili na drugie piętro z samochodu śmietany, twarogi i różnego smaku jogurty owocowe i naturalne.

Po paru minutach od przybycia Marysi, wszedł na salę doktor Zakliczyński. Kiedy spojrzał na mnie, złapał się za głowę i z nieskrywanym krytycyzmem, skomentował jednym zdaniem, to co ujrzał.

- Co pan, panie Leśniczek, zrobił ze sobą?

Odpowiedź, której udzieliłem jeszcze bardziej skomplikowała sytuację, bo niedwuznacznie sugerowała jakbym postradał zmysły.

Ale wcale się tym nie przejąłem. Mając na uwadze swoje bezpieczeństwo, nie pozbyłem się niczego, co mogłoby je zmniejszyć.

Również z Jurkiem przywitałem się przez podanie dłoni ubranej w foliową rękawicę i w maseczce na twarzy.

Jego, w przeciwieństwie do szwagierki Marii, mój wygląd wprawił w osłupienie.

Sam od siebie, nie powiedział nic, a na pytania odpowiadał, stale tymi samymi - dwoma słowami: ak albo ie

Szwagier Staszek, który odwiedzał mnie już wielokrotnie, tym razem na salę nie wszedł.

Po odjeździe bliskiej mi trójki, dość wolno pomyślałem o zagospodarowaniu artykułów mleczarskich.

Ponieważ nabiału było wielokrotnie więcej niż potrzebowałem, prosiłem siostrę by rozdysponowała go według uznania, bo inaczej produkty te stracą swoją przydatność do spożycia.

Okazało się, że po pożegnaniu ze mną, Marysia bezzwłocznie uzgodniła z personelem szpitala jak zagospodarować jej dar serca.

Część artykułów umieszczono w dwóch lodówkach, w salach chorych, do ogólnego wykorzystania przez pacjentów i sporo na moje potrzeby - w kuchni oddziałowej. Pozostałą resztę degustowano na bieżąco, chwaląc przy tym smak wyrobów Częstochowskiej Spółdzielni Mleczarskiej, zwłaszcza jogurtów owocowych.

 

Przed osiemnastą pośpiesznie piszę, na kartce papieru formatu A-4, nagłówek:

chłopaki, Przyjaciele, pomóżcie to załatwić. Tosiek , Antek a w nią wkładam tekst:

Ktokolwiek, Janusz Pomorski, Witold.

Janusz zamęczę cię prośbami. Może jest ktoś zdrowszy, to przekaż moją prośbę. Chodzi mi, by w trybie pilnym skontaktować się z panem Stanisławem Gradkiem z Nysy. Nie znam dokładnie numeru, ale tak coś stale widzę taki: (???) . Ten w nawiasie, a jego nie znam, to kierunkowy na Nysę albo Opole i może brzmieć 0-78, ale tu się chyba mylę. Całość byłaby 0 - ?? .. i prośba, by ten człowiek dusza, bezzwłocznie zadzwonił do mnie na komórkę..

Janusz, wyjątkowy człowiek, odnalazł kierunkowy i wpisał mi w wykropkowane miejsce. Zadzwonił do Staszka.

 

Zaraz po osiemnastej dostaję dużą butelkę kroplówki i telefon od żony. Dwudziestominutowa rozmowa przypada w okresie mojej niedyspozycji intelektualnej. Dominuje w niej obawa i strach.

 

O godzinie osiemnastej trzydzieści dociera do mnie strzępek rozmowy, że pojechali po serce dla dwudziestosześcioletniej kobiety.

 

Bardzo samolubny się robię. Myślę tylko o sobie. To, co obok mnie jest mało ważne.

O dziewiętnastej piętnaście przybywa do sali ojciec Sajewicz. Mówię o strachu i obawach, którymi teraz żyję. O. Ireneusz przytacza przykłady beznadziejnych sytuacji, z którymi spotkał się, a które kończyły się happy endem. Pociesza mnie niczym zawodowy psycholog. Umiejętnie kieruje myśli na tematy pobudzające wyobraźnię w kierunku uspokojenia ducha. Niesamowicie zajmująco opowiada o założycielu Zakonu Ojców Kamilianów.

Dowiaduję się, że Kamil de Lelli był z pochodzenia Włochem. Urodził się 25 maja 1550 roku. Jego ojciec był oficerem wojsk zaciężnych Karola V, a matka pobożną i zacną kobietą. Przyjęła ona narodziny syna z wielką radością, ale jednocześnie z ogromnym niepokojem. Powodem niepokoju matki stał się dziwny sen, który miała jeszcze przed narodzeniem dziecka. Ujrzała mianowicie w marzeniach sennych chłopca stojącego na czele grupy rówieśników. Każdy z chłopców nosił na piersi czerwony krzyż. To zgubny znak pomyślała matka. Takim krzyżem znaczono przestępców skazanych na karę śmierci, prowadzonych na szubienicę. A zatem jej syn będzie bandytą, przywódcą innych złoczyńców. Matka nie doczekawszy pociechy z syna zmarła, kiedy chłopiec skończył trzynasty rok życia.

W wieku siedemnastu lat Kamil idzie w ślady swojego ojca. Wspólnie zaciągają się na wojnę z Turkami. Ojciec i syn nie zaszli razem daleko: obydwu złamała choroba. Giovanni umarł i Kamil został sam na świecie. Jeszcze kilkakrotnie Kamil zaciągał się do wojska, jednak wszystkie zarobione na wojnie pieniądze tracił uprawiając hazard, grając namiętnie w karty i kości. Któregoś dnia stracił wszystko, przegrywając w karty swoje szlachectwo, majątek, broń a nawet rzeczy osobiste. Taki styl życia doprowadził go do skrajnego ubóstwa i Kamil zmuszony był żebrać, aby nie umrzeć z głodu. Kiedy 30 listopada 1574 roku prosił o jałmużnę przed kościołem Kapucynów w Manfredonii, niejaki Antonio di Nicastro, prokurator klasztoru, zaproponował mu prace przy budowie kapucyńskiego klasztoru. Kamil przystał na te propozycję chcąc raz na zawsze zerwać z dotychczasowym życiem.

Pracując przy budowie klasztoru Kamil styka się z życiem zakonnym. Jest pod wrażeniem, widząc jak ludzie potrafią z radością i poświęceniem służyć Bogu. W nim samym wyzwala się to samo pragnienie. Ogień młodzieńczych namiętności zaczyna krzepnąć. Kamil otwiera się na działanie łaski. Drugiego lutego 1575 roku doznaje cudownego nawrócenia. Radykalnie zrywa z dotychczasowym życiem. Pragnie całkowicie poświęcić się Bogu podejmując decyzje wstąpienia do zakonu.

Wkrótce Kamil otrzymał upragniony habit franciszkański. Jednak wcześniej zaniedbana rana na nodze (pozostałość po jednej z bitew) pod wpływem szorstkiego zakonnego sukna otworzyła się na nowo i zakonne śluby Kamila musiały zostać odłożone. Zmuszony poddać się leczeniu, Kamil w szpitalu świętego Jakuba w Rzymie spotyka się z ludzką niemocą i cierpieniem. Przez okres czterech lat, w czasie których leczył ranę, z pełnym poświęceniem służył ludziom chorym. Szpital stał się dla niego domem, a leczeni w nim chorzy rodziną. Oddając się bezgranicznie chorym i cierpiącym odnajduje w ich przepełnionych bólem twarzach oblicze samego Chrystusa. Chce im służyć i dla nich tylko żyć.

Zainteresował mnie temat, ale nie chcąc zatrzymywać ojca zbyt długo, przechodzę do innej sprawy. Proszę zakonnika o odprawienie mszy w mojej intencji w niedzielę, ale ostatecznie zgadzam się na sobotę.

Po dwudziestu pięciu minutach zostaję sam z problemem jak wysoką ofiarę złożyć za mszę. Pomysł otrzymuję natychmiast - dam wszystkie drobniaki z pięterka, niezależnie od tego ile ich będzie. Zaraz je przeliczam. Jest dwadzieścia dziewięć złotych i sześćdziesiąt jeden groszy.

 

Kwadrans po dwudziestej pierwszej, zapobiegawczo proszę o zastrzyk przeciwbólowy. Młoda panieneczka, o olśniewającej urodzie, przygotowując pole do wkłucia, pochyla się nade mną tak niziutko, że słyszę jej ciepły oddech i delikatne tony kobiecego serduszka. Pokój wypełnia się upajającym zapachem kwiatów. Odsłonięte części ciała pani Agnieszki przybierają ciepłą barwę różowości. Aksamitna, cudownie gładka skóra i rozświetlone aureolą puszyste włosy w niczym nie przypominają ziemskiej istoty. Przy każdym ruchu rzęs i powiek anioła, odrywa się od nich jedwabisty pyłek. Unosząc się w powietrzu błyszczy odcieniami różnych kolorów, w zależności od tego na jaką intensywność oświetlenia trafi. Zauroczony zjawiskiem nie odczuwam żadnego bólu podczas wkłuwania, a potem wtłaczania do żyły dawki leku. Popadam w nastrój ekstazy.

Urodziwa kibić anioła znika, lecz na długo w sali pozostają srebrzyste drobiny rajskiego pyłku oraz niebiańska woń lukrecji, tuberozy i lotosu. Niespotykane wrażenie zmysłowe trwa prawie do dwudziestej drugiej.

 

Przed telefonem z domu, o dwudziestej drugiej pięć, zjadam mandarynkę. Później otwieram jogurt owocowy, przez chwilę delektuję się jabłkowym aromatem, a następnie piję łyka, potem drugiego

Obrzydliwie ciepły, a smakiem przypomina miksturę gipsową płyn który wypija się przed wykonaniem rentgenowskiej fotografii serca.

Jednak do dna wypijam prawie czterystugramowy pojemnik, dar od Marysi. Nabiał od niej ma przywracać mi zdrowie, a lekarstwo nie musi przecież wcale smakować, ważne by leczyło. Jestem głęboko przekonany, że ten jogurt ma właśnie takie - przede wszystkim - właściwości.

 

Jest dwudziesta druga piętnaście. Z korytarza słychać przejazd łóżka na blok operacyjny.

 

Układam treść intencji. Chciałbym, aby ojciec Ireneusz przeczytał ją w całości w następującym niezmienionym brzmieniu:

opomóż STWÓRCO abym to, co pozwoliłeś mi w ciągu dwunastu lat mojej choroby nauczyć się o TOBIE, zaczął z wiarą wypełniać. Za dotychczasową opiekę, i za dwa kolejne przywrócenia do świata żywych, bardzo serdecznie dziękuję. /P>

 

Po dwudziestej trzeciej trzydzieści, układam modlitwę, która mam wesprzeć duchowo pierwszokomunijne, parafialne księdza dzieci. Mam ją odmawiać w niedzielę.

 

W obliczu wielkich dokonań medycznych zastanawia fakt, że tak niewiele się robi, by wzmacniać wolę życia pacjentów. W szpitalu rolę taką spełnia, w moim odczuciu jedynie kapelan.

 

Piątek, dziesiąty maja dwatysiące drugiego roku.

 

Dwadzieścia minut temu minęła północ. Za szerokich drzwi sali, na której leżę, usłyszałem przez chwilę odgłos kół niewielkiego wózka, pośpiesznie toczonego korytarzem. Pacjent, z którym od kolacji jestem w pokoju, rzuca w moją stronę:

- Jedzie serce

Przez moment pomyślałem o kimś leżącym teraz na bloku operacyjnym, ale jakoś obojętnie, bo mocno zajęty jestem układaniem kolejnego tekstu dla Kamilianina. Uznałem bowiem, że po wygłoszeniu intencji tak o. Sajewicz powinien mnie krótko przedstawić:

Antoni z Częstochowy,

- pięćdziesiąt cztery lata,

- absolwent Politechniki Częstochowskiej i warszawskiej Akademii Spraw Wewnętrznych,

- górnik, hutnik i policjant,

- mąż, ojciec, i dziadek,

- miłośnik przyrody i turystyki. Zna najpiękniejsze zakątki Polski. Pieszo przeszedł góry od Ustrzyk do Świeradowa. Najwyżej, gdzie dotarł to, Orla Perć w Tatrach. Ze starszą córką Samuelą był na Turbaczu. Młodszej z córek - Karolinie, obecnie trzynastolatce, pokazał widoki ze Śnieżki i Czarny Staw w Tatrach. Spraw Wielki Boże, by również swą wnuczkę Martynę, która dwudziestego maja tego roku przystępuje do I komunii świętej, też doprowadził na wysoki szczyt.

 

 

Pierwsza trzydzieści.

Wraca wózek po sercu

Nowy narząd jest już pewno we wnętrzu biorcy - kwitujemy odgłos z holu.

Za pięć druga. Nie śpię. Nic mnie nie boli. Na dyżurce jasno, krzątanina, generalne sprzątanie. Pielęgniarki porządkują też leki i środki opatrunkowe oraz inne medykamenty w sali, na dużej ruchomej szafce. Domyślam się, że za cztery dni, a może wcześniej będę miał na sali towarzystwo nowej osoby.

O czwartej dwadzieścia pięć poczułem okropny ból klatki piersiowej. Zastrzyk przeciwbólowy. Dokuczliwie uraża ochraniacz mostka rozpięty bezpośrednio na gołym ciele. Skóra w miejscach po plastrze osłaniającym rany, jest zaczerwieniona i bardzo wrażliwa.

Poprawiam posłanie, układam w odpowiednim miejscu zwinietą w wałek poduszkę, dobieram pilotem odpowiedni kształt łóżka. Może jak będzie wygodnie, uda mi się choć na krótko przysnąć.

Niestety, już za dziesięć piąta włączam odtwarzacz i słucham kasety z nagraniem odgłosów ptaków. Głowa pełna lęków. Narasta we mnie poczucie osamotnienia. Rozpaczliwa tęsknota za wieloma ludźmi, z którymi miałem możliwość pracować, odbiera mi rozum. Zaczynam bezgranicznie wierzyć, że jakikolwiek drobiazg od nich przyczyni się do poprawy kiepskiego stanu zdrowia w jakim się znajduję. Jutro zadzwonię do dyrektora banku, w którym byłem ostatnio zatrudniony. Jeśli go nie zastanę będę rozmawiał z kimś z kierownictwa. Na samą myśl o tym oczy wilgotnieją. Śpiesznie zapisuję scenariusz przyszłej rozmowy telefonicznej.

Błagalna prośba do Pana Dyrektora o krzyżyk ze starej lub nowej siedziby banku, albo obu i inne drobiazgi przypominające mi miłe doznania i niepowtarzalną atmosferę Waszych serc. Zależy mi szczególnie na starym folderku, do powstania którego przyczyniłem się robiąc parę zdjęć. Gdyby udało się podrzucić mi to do miejsca, gdzie jestem, wdzięczność moja nie będzie miała granic. Gdyby ktoś przywoził, proponuję jako kierowcę Piotra, bo zależy mi zobaczyć go przez szybę izolatki; chyba, że będzie miał inne ważniejsze zadania. Ściskam bardzo mocno wszystkich podwładnych Pana Dyrektora, którzy mnie jeszcze trochę lubią. Pozdrawiam uczuciem z nowego serca i wspomagających go maszyn. Snucie marzeń o tym kto przyjedzie, i jaki miły będzie dla mnie oraz o sielskiej atmosferze spotkania z bankowcami, przerwał dźwięczny głos pielęgniarki przygotowującej się do podania mi leku dożylnego.

- Pan Antoni już nie śpi? Nic pan nie spał ?

Wstydliwie rękawem piżamy wytarłem mokre policzka i by zatuszować zakłopotanie odpowiedziałem starając się wypaść jak najlepiej.

Do sali, po przez ścianę, przenikały niezwykłe fale, emitowane przez pani urodę, tworząc w mojej wyobraźni obrazy odznaczające się niepowtarzalnym pięknem kształtów i barw. Oglądałem je z większym zachwytem niż kiedyś filmy z Brigitte Bardotte. Nie mogłem przepuścić takiej okazji - zasypiając.

 

Szósta pięćdziesiąt. Rozbudzony do życia poranną toaletą leżę wygodnie. Kroplówka cieknie powoli. Popijam ywiec wodę. Z głośnika radia płynie muzyczka. Jedno okno uchylone. Piszę.

Po dziesięciu minutach od podłączenia kroplówki, doznaję halucynacji wzrokowych. Od otwartego okna, w moim kierunku, przesuwa się pasmo poświaty. Za chwilę zdziwiony zauważam, że odkryte stopy otaczają miliony mikroskopijnych przeźroczystych drobinek, a kolorowa rosa pokrywa włosy na nogach. Poświatę przytłumiają teraz napływające do pokoju tumany barwnej pary. Ona i mnóstwo zabarwionych na różowo mikro-baloników pokrywają i wypełniają wszystko; znajdują się w butelce wody mineralnej, w pustej szklance, na monitorach, szafkach .

W sali wypełnionej mini bańkami mydlanymi, rozpoczyna się wizyta lekarska. Pan doktor pyta o moje samopoczucie.

Nie zdradzam się z trwającymi omamami z obawy, by nie uznano mnie za psychicznie chorego. Odpowiadam, że dobrze. Tymczasem wszystkie postacie widzę w przestrzeni, w której znajdują się tysiące tysięcy przezroczystych mikro-baloników w odcieniach różowości.

W tym akwarium wypełnionym widzialnymi kuleczkami gazu, obok lekarza i pielęgniarki, znajduje się całe wyposażenie pokoju. Z ulgą odetchnąłem, gdy obchód zakończył się.

 

Dziesiąta. Ciśnienie sto dwadzieścia na sześćdziesiąt, a tętno dziewięćdziesiąt cztery.

Krążenie chyba w porządku, ale rozum dostaje fiksacji Mam ustalić numery telefonów do swoich pięciu najbliższych kolegów, ale zanim mi się to uda piszę teksty dla kogoś, kto w moim imieniu rozmawiałby z wytypowanymi osobami.

zień dobry ..Stanisław, Marian, Władek, Bogusław, Witek. Dzwonię z upoważnienia osoby związanej z panem. Osoba ta jest przy mnie. Za chwilę oddam jej słuchawkę, podkreślam, słuchawkę nie mikrofon. Jak pan będzie gotowy do mówienia, proszę powiedzieć: - tak. Może pan mówić, ale o nic nie pytać tego, który będzie słuchał. Na jakieś proste pytania odpowiem sam, gdy Tosiek, wysłuchawszy pana, odda mi słuchawkę z mikrofonem

 

Ogarnięty histerią pisania kontynuuję je, mimo znacznego zaburzenia toku myślenia.

Władku, przyjacielu!

Proszę cię o wykonanie ściśle tajnego zadania. Na pewno poprzez różnorakie cierpienia, ale stanę jeszcze przy tobie moim jedynym przyjacielu.

Termin zadania - bezzwłocznie.

Cel zadania zarezerwować w terminie 13 czerwca 2002 r. około godziny osiemnastej skromne nabożeństwo dziękczynne za moje zdrowie.

Sposób realizacji zadania.

Pojechać do proboszcza. Zacząć tak:

Latem od czterech lat ma ksiądz trzech parafian więcej na sobotnich mszach. To mój przyjaciel z rodziną. Ma działkę na Jamkach Pasterniku, z pięknym widokiem na wieżyczkę rększowickiego kościoła. Kiedy w sobotę dojdzie ich tylko odgłos dzwonu, wsiadają do samochodu i po pięciu minutach są w świątyni. Znajdują się pod urokiem odmienności kościoła, sposobu odprawianych tu nabożeństw. Trzynasty czerwca 2002 r. mógłby być dla rodziny mojego przyjaciela dniem szczególnym.

Tu opowiedz o mojej poważnej chorobie.

Jeśli termin byłby zajęty, to może dałoby się odprawić drugą mszę, przez pomagającego księdzu jego brata, ale też tego dnia. Zorientuj się o wysokość ofiary, o cenę. Gdyby były jakieś przeszkody możesz pokazać list napisany do ciebie na komputerze i oryginał, może tym księdza przekonasz.

Czy zadanie jest wykonalne zależy przede wszystkim od ciebie.

To zadanie ściśle tajne wiedzą o tym tylko trzy osoby i tak niech do czasu pozostanie.

 

Maniakalną gonitwę myśli przelewam dalej na papier.

 

Dyrektor BGŻ

Szanowny Pan dr inż. Wojciech G.

Panie Dyrektorze serdecznie gratuluję talentu literackiego i wrażliwości duszy. Tomik wierszy wspaniały. Szata graficzna nie do powtórzenia. Z wyjątkowej na rynku literackim pozycji, w pamięci utkwił mi zwłaszcza utwór dotyczący uroczej Pana małżonki.

Ponieważ Pan wie co, to znaczy kochać, a przede wszystkim potrafi kochać, proszę, bardzo proszę, być wyrozumiały dla mojej żony, jeśli jest teraz odrobinę mniej wydajna w Banku niż było to kilkanaście dni temu. To przeze mnie.

Pozostający pełen uznania dla osobowości Pana Dyrektora A.L

Ps. Proszę pozdrowić urzekającą pana małżonkę i przekazać Jej, że dokąd ma tak kochającego męża zawsze będzie młoda. Olbrzymie podziękowanie dla Pana Dyrektora i dla Pana podwładnych, którzy obciążeni swoimi obowiązkami znajdują jeszcze czas, aby na bieżąco pytać żonę o moje samopoczucie i podtrzymywać ją na duchu.

 

Przypominając sobie o pożywieniu piszę kartkę do pani zaopatrującej mnie w artykuły spożywcze:

 

Droga Pani Anielo.

Korzystając z Pani uprzejmości przekazuję Pani kwotę na zakup żywności dla mnie. Według potrzeb będę dopłacał. Każdego dnia rano, kiedy Pani pracuje, prosiłbym o kupno i przechowanie w lodówce:

- pomidora, z tak sparzoną wrzątkiem skórką, aby dało się go obrać łatwo,

- sześć gotowanych na twardo jaj,

- małą konserwę szynki lub polędwicy,

- dwa mleka zagęszczane.

W sali chorych zaś:

- pomarańczę, banana,

- litr soku pomidorowego w kartonie, ale soku, a nie rozrzedzonego koncentratu,

- butelkę wody niegazowanej o pojemności półtora litra.

Okresowo będę Panią prosił i o inne artykuły. Gdy Pani będzie mieć wolne, sam będę organizował sobie zaopatrzenie

 

W południe telepanie ciała unieruchamia mnie. Cały pokój wypełniają, niczym neony, zwoje przezroczystych węży z różowym światłem wewnątrz.

W takiej scenerii jem zamówiony obiad. Jest coś, co bardzo lubię. Zupa pomidorowa, a na drugie dorsz z zestawem surówek. Wolno przeżuwam każdy kęs doszukując się charakterystycznego smaku ryby i warzyw. Poza goryczą nic innego nie wyczuwam. Wielki zawód.

 

Ale powraca normalne widzenie.

 

Wykorzystując lepsze samopoczucie zabrałem się do sformułowania paru słów do Karolinki z okazji jej urodzin przypadających szesnastego maja. Powoli z zapełnianych dużymi literami karteczek zaczyna wyłaniać się treść przepełniona serdeczną miłością do córki. Ale nie jest to, to, o co mi chodzi. Dokonuję więc wielu skreśleń, zmieniam wyrazy, dopisuję nowe zdania starając się nadać tekstowi jakąś czułość. Wreszcie uznałem, że udało mi się napisać coś więcej niż tylko powinszowania. Zadowolony z siebie, już czytelnie, na innych kartkach, piszę :

 

Kochana Karolinko !

W tym uroczystym dla Ciebie dniu, przyjmij, najukochańsza Córeczko, serdeczne życzenia.

Życzę Ci, abyś miała nadal wielu lubiących i darzących Cię sympatią kolegów i koleżanek.

Życzę Tobie, jak najwięcej celujących ocen i utrwalania fascynujących Cię zainteresowań, w tym sportowych.

Staraj się być uśmiechnięta, miła i życzliwa dla rówieśników.

Bądź troskliwa i wyrozumiała dla Mamy bardzo kochającej Cię.

Niech w dniu szesnastym maja, dniu Twoich Urodzin, i w następnych dniach, Pan błogosławi Ci, strzeże i rozjaśnia oblicze Twoje.

Ps.

Na Twoją uroczystość przekazuję Ci symboliczny prezencik: wkładki do albumu i kilkanaście zużytych kart telefonicznych do zgromadzonej kolekcji. Szczególnie cenne są przeźroczyste wkłady do gromadzenia kart telefonicznych, których brak od dawna w częstochowskim sklepie filatelistycznym. Wyobraź sobie, że cierpiąc w chorobie stale myślałem o Tobie. Pamiętając o Twoim hobby wszelkimi sposobami szukałem kolekcjonerów kart. Zupełnie przypadkowo zgadałem się na ten temat również z jedną z pielęgniarek. To ona spełniła moje marzenie, by sprawić Ci małą radość - zakupiła wkładki

 

O godzinie szesnastej znowu, jak zwykle o tej porze od paru dni, obezwładnia mnie potężne telepanie.

 

Zdezorientowany, podniecony, w stanie splątania i zaburzenia toku myślenia, o siedemnastej trzydzieści, piszę do drowych kolegów i podaję przez pielęgniarkę taki tekst:

Janusz ,Adam, Wiesiek, Witold i inni luzacy!

Przeczytajcie, zastanówcie się i działajcie. Od waszego sukcesu zależy moje samopoczucie Tolek.

Janusz Pomorski - depesza do siostry mojej.

Zadzwoń proszę na podany niżej numer i przekaż taką wiadomość:

 

Józiu ! Ryżowa zupka niebo w gębie Dziękuję.

Dziękuję też za listy. Dusza Wasza, Twoja w nich. Będę czytał je jeszcze kilka razy.

Jestem ucieszony, że robota ogrodnicza na Pasterniku pali wam się w rękach. Cieszy, że rośnie i ptaki lubią to miejsce.

Do trzeciej biopsji niech nikt nie przyjeżdża. Krysia da znać kiedy. Jestem pozbawiony wszelkiej odporności ustrojowej.

Jurek zaniepokoił mnie, że nie przycięłaś Józia wszystkich wierzchołków wysokich sosen przy żywopłocie. Trzeba tak zrobić, jak narysowałem. Chodzi głównie o ograniczenie ich przyrostów. Syrop to, sprawa drugorzędna.

Nie dopuśćcie, by borówki amerykańskie zarosły trawą. Podłoże trzeba wysypać trocinami lub igliwiem. Pa. Tosiek.

 

Zapamiętaj co powie siostra i napisz mi

 

Bardzo wolno i z wielkim trudem nagryzmoliłem tych kilka zdań, gdyż uciążliwe telepanie całego ciała nie tylko nie ustawało, a wręcz odwrotnie - nasilało się. Gdy kończyłem przypadło jego apogeum.

 

Po pewnym czasie, o dwudziestej, Janusz wszedł do mnie w masce i z holterem w futerale przy boku. Załatwił na medal, choć sam ma rzęsawicę

Zrobił nawet coś ponad to, Józi podał telefon do mnie. W niespełna piętnaście minut, zadzwoniła. Tyle co wyszedł Janusz i lekarz. I pytała o wszystko to, co przekazał Janusz. Męczył mnie ten telefon, gdyż nie potrafiłem się skupić nad rozmową będąc zgorzkniały i przestraszony nowymi przykrymi doznaniami. Czując się zupełnie wyczerpany i niezdolny do wymiany zdań, klepnąłem ze złością, bardzo nieuprzejmym tonem:

- Nie męcz mnie, Józia

- Dobrze, dobrze. Cześć - tonem wybaczającym moją niegrzeczność - zakończyła siostra.

 

W pokoju zrobiłem totalny bałagan, nie mogę znaleźć, to chusteczki, to długopisu lub ołówka, to czegoś innego. Szafka jest przeładowana, a blat zastawiony na całej powierzchni.

Coś zżera mi narządy w klatce piersiowej.

 

O dwudziestej trzydzieści, będąc w łazience przypadkowo spojrzałem w lustro. Tym co ujrzałem, okropnie się przeraziłem. Twarz była odkształcona jak w krzywym zwierciadle.

Odłaziły z niej duże płaty skóry i to w niekończącym się ciągu. Coś dziwnego działo się także z włosami. Stały się bardzo długie. Falowały jakby na wodzie i podobnie jak skóra twarzy - bez końca odpływały w dal.

 

Szybko wróciłem na łóżko. Leżę i widzę znowu dziwy. Całe pomieszczenie wypełnia niezliczona ilość mikroskopijnych kuleczek. Niektóre, jakby nawleczone na nitkę, to przepiękne sznury korali o brzoskwiniowych, beżowych i różowych barwach. Wszystko leniwie faluje i jak pajęczyna babiego lata, poruszana wiatrem, przemieszcza się w przestrzeni pokoju, w którym leżę.

 

O godzinie dwudziestej pierwszej na salę wchodzi w masce ojciec Ireneusz. Jego twarz przybrała kształt świńskiego ryja. Włosy mu wychodzą. Skóra, z nie zastawionej maską części twarzy, odpada jak u rozkładających się zwłok. Nie jestem zdolny do rozmowy z księdzem.

Mówię duchownemu o swoim dziwnym stanie, widzeniach niekształtnych, telepaniu, nie panowaniu nad ciałem. Ksiądz pociesza, że to szybko minie. Rozumie taki stan, bo wielokrotnie spotyka się z dziwnie zachowującymi się pacjentami. Często obrzucają go wyzwiskami, a później przepraszają za nieświadome swoje zachowanie, tłumacząc, że byli niepoczytalni.

Wręczyłem ojcu Ireneuszowi ofiarę za jutrzejszą mszę wraz z tekstem intencji czytelnie przepisanym przez Krysię i podziękowałem za odwiedziny.

 

O dwudziestej pierwszej trzydzieści dzwoni Krysia. Tym razem rozmowa jest krótka. Informuje, że przyjeżdża bez Karolinki. Cieszy mnie to, a jeszcze bardziej, że bez Karolinki. Co by to dziecko zobaczyło? Jak odbiłoby się to na jej psychice? Może Krysia zostanie dłużej i dzień nie będzie mi się tak wlókł?

 

Przed snem zastrzyk przeciwbólowy i osiem tabletek. Nie przywiązuję zupełnie uwagi jakie leki otrzymuję. Czasem tylko zerknę jeśli nie muszę ich połknąć od razu. Dziś biorę też tabletkę nasenną.

 

Zanim zasnę, notuję jeszcze co jutro powinna przywieźć mi żona. Potrzebuję:

wody ywiec Zdrój małą dobrą kawę plus mleczko do niej, numery telefonów do kolegów, duże zdjęcia Karolinki i Martynki, album zdjęć z działki oraz zdjęcia z wakacyjnych wypraw w Tatry i na Śnieżkę.

Wyznaczam też zadania dla siebie:

Napisać listy do trzech osób, rano wypić sok pomarańczowy, przygotować danie rybne i sałatkę dla Janusza i Witka.

 

Jest północ. Przed chwilą przebudziłem się po godzinie kamiennego snu. Od razu biorę do ręki kartkę i ołówek. Chciałbym napisać coś sensownego, ale nie jestem zdolny opanować chaosu myślowego.

 

Sobota, jedenasty maja dwa tysiące drugi rok.

 

Za dziesięć pierwsza. Na korytarzu turkot łóżka kolejnego pacjenta transportowanego na blok operacyjny.

 

Dziś msza za mnie. Idźcie, kto może - telepatycznie przekazuję wiadomość i prośbę w wiat W trakcie przesyłu - przysypiam.

 

Druga trzydzieści. Zaczynam pisać list do szefowej jednego z wydziałów częstochowskiego oddziału BOŚ iu.

 

Szanowna, Droga,

Pani Basiu,

zawsze lepiej rozumiałem się z kobietami. Im bardziej ufam. Przekonany jestem, że i tym razem będzie tak samo.

Droga pani Basieńko cierpię niewyobrażalnie. od dwudziestego piątego kwietnia do dzisiejszego świtu znoszę, i nadal, będę znosił ból, bo mam po co żyć.

Na dobę śpię najczęściej około godziny. Ból fizyczny mimo leków nie niknie. Cały czas trwam w pragnieniu życia. Pomysłów na mobilizację trwania w swoim postanowieniu mam mnóstwo. Dwie operacje i tyle dni minęło, a serce uparcie nie chce przyjąć się w mój układ krążenia.

Teraz, od dwóch dni, jesteśmy - jak ja to nazywam w domu izolacji. Jesteśmy odseparowani od otaczającego świata podobnie jak uczestnicy programu reality show SPAN style="FONT-SIZE: 8pt">BIG BROTHER

Jesteśmy, bo to: ja ze swoimi obwodami krążenia i ON (ONA) z silnikiem do tego krążenia.

Idąc do szpitala zabrałem ze sobą słowa ludzi życzących mi dobrze.

Teraz błagam o drobiazgi będące wyrazem sympatii ku mnie na czas izolacji i po niej, ale tylko od tych, którzy mnie lubią. Proszę wybaczyć, że się tak do Pani zwrócę: MÓJ SKARBIE z kilku lat wspólnej pracy wiem, że najwymowniejszy będzie DAR DUSZY OD CIEBIE.

Moim marzeniem jest mieć tu, w Zabrzu, na stałe taki metalowy krzyżyk spośród tych jakie wisiały na ścianach w biurach BOS-iu przy krakowskiej, bo nie wiem czy w nowej siedzibie też są zawieszone. Gdyby były, to może z nowej siedziby też. OFIAROWAŁBYM ojcu Ireneuszowi Sajewiczowi Kapelanowi Śląskiego Centrum Chorób Serca, który przez moje dwa dni izolacji poświęca mi dużo czasu i tylko on może to robić.

Pani Basiu, uproś Pana Dyrektora, by Piotr G. przesympatyczny człowiek - dowiózł mi te SKARBY WASZYCH DUSZ w poniedziałek - wcześniej się nie da. Będzie to piąty dzień izolacji.

Mając dar od Pani i inne drobiazgi od części członków załogi lubiących mnie - szybko będę zdrowiał. Może darowane elikwie sprawią, że Stworzyciel wreszcie doceni wysiłek wszystkich dotychczas zaangażowanych i połączy trwale SWOJE DZIEŁO, czyli ilnik z układem krążenia, udzielając mu jednocześnie łaski pomyślnego startu w drogę ku radosnej egzystencji. JA ruszy z miejsca ku WAM.

JESTEM PRZEKONANY, ŻE DROBIAZGI Z WASZĄ DUSZĄ ZDZIAŁAJĄ CUD !

 

Tosiek Leśniczek

 

Obok wsparcia duchowego spodziewałem się wielu reklamówek bankowych. W wyobraźni liczyłem długopisy, otwieracze, notesy. Rozdawałem je szpitalnym ludziom do wykorzystania i na pamiątkę swego pobytu. I tak nadszedł ranek.

 

Gdy spojrzałem na nogi, nie poznałem ich. W wyniku obrzęku, stopy i obwód nóg w kostkach znacznie zwiększyły rozmiary. Pomyślałem, że tak musi być i dalej wypełniałem czas mało istotnymi sprawami.

 

Po pojawieniu się żony natychmiast zaprzągłem ją w realizację swoich zwariowanych pomysłów.

Na początek poprosiłem, by na ładnej kopercie, ozdobionej wazonem przepięknych kwiatów, napisała:

 

 

Zaproszenie na Mszę Świętą jedenastego maja dwa tysiące drugiego roku o godzinie osiemnastej trzydzieści.

 

Następnie podyktowałem treść informacji do koperty:

 

Zabrze jedenastego maja dwa tysiące drugiego roku.

 

Dziś, jedenasty maja w sobota, jest msza Święta o godzinie osiemnastej trzydzieści.

Zapraszam do wspólnej modlitwy w intencji: WAS, DRODZY CHORZY oraz PERSONELU POSŁUGUJĄCEGO w Śląskim Centrum Chorób Serca.

Kapelan ojciec Ireneusz Sajewicz z Zakonu Ojców Kamilianów.

 

W brudnopisie podkreśliłem, że podczas mszy celebrans modlił się będzie w mojej intencji, ale po konsultacji z Krysią zmodyfikowałem tekst i dodatkowo, zamiast skrótowych nazw szpitala oraz zakonu, użyłem pełnych. Żona tak rozmieściła treść, aby w tekst wkomponować podpis kapelana, o który poprosiłem wczoraj.

Następnie podyktowałem jej parę słów do wspierającego mnie, w niedoli szpitalnej, kolegi.

 

Janusz! Będzie dla Ciebie ZADANIE NOWE. Czekaj na sali.

Do koperty dołożyłem kartkę z treścią:

Po kurendzie. Antoni Leśniczek prosi o zwrot na Oddział.

 

I przez pielęgniarkę podałem korespondencje Januszowi.

Zależało mi aby dużo osób ze szpitala uczestniczyło we mszy, bo im więcej modlących tym lepszy będzie rezultat ich próśb. I stanę się również znany wirtualnie.

Zawiadomienie o mszy chciałem zatrzymać na pamiątkę, stąd ta prośba o zwrot korespondencji. Trochę byłem zaskoczony, gdy już po kilku minutach miałem ją ponownie w rękach. Pochłonięty nowymi sprawami, nie skojarzyłem wtedy, że to zbyt mało czasu na powiadomienie całego szpitala; ale w sam raz na poinformowanie szóstki z transplantologii.

 

Od paru dni mam okropny apetyt i różne zachcianki. Na dziś prosiłem, by żona przywiozła z domu: sałatę, żółtą paprykę, cebulę czerwoną, pomidory, ogórka zielonego, cytrynowy sok, olej z oliwek, banana i paprykę czerwoną. I oczywiście dorsza.

O jedenastej zabieram się do urzeczywistnienia kilkudniowego marzenia. Przystępuję do zrobienia samodzielnie surówki z warzyw i nowalijek. Niestety zbyt to trudne zadanie dla mnie na teraz. Ręce tak mi się trzęsą, że nie jestem w stanie użyć bezpiecznie ostrza noża. Zaczętą czynność kończy żona. Surówkę mieszam z sosem Vinaigrette i nim polewam też rybę. Jak głodny wilk, łapczywie pożeram potrawę. Drżenie rąk jest tak silne, że zanim z talerza przeniosę pożywienie do ust, to część z widelca spada. By to ograniczyć, nachylam się niziutko nad talerzem. Zbyt szybko spożywam rybę. Czasem natrafiam na ości. Lękam się zadławienia, ale mimo to nie zwalniam. Łaknienie przeważa nad strachem. W parę minut wszystko zniknęło z dużego talerza.

Takie danie to jedna z moich ulubionych potraw. Tym razem - po skonsumowaniu kolorowej surówki, dobrze wymieszanej z sokiem cytrynowym, oliwą, sola i pieprzem oraz dobrze przyprawionego dorsza upieczonego w folii - nie poczułem żadnych walorów smakowych potrawy. I to mimo wielokrotnego polewania ryby ulubionym sosem. Czyżbym utracił zmysł smaku?

 

Po posiłku dyktuję Krysi list napisany nocą. Potem nachodzą mnie znowu wizje halucogenne.

Oświetlona, niczym Chrystus Miłosierny, postać żony przybiera rożne kształty. Zaś z jej skórą twarzy, rąk, z włosami, dzieją się niesamowite rzeczy. Zmieniają się barwy, ciało odwarstwia się. Na bieżąco mówię Krysi o tym, co widzę. Jej dobremu samopoczuciu zawdzięczam, że doznawane halucynacje nie odczuwam jako postrzeżenia rzeczywiste.

 

Tylko dzięki temu, że wcześniej zapisałem sobie, to teraz mogę poprosić Krysię, by jutro przywiozła mi: papier śniadaniowy, cebulę, szczypior i sałatę z działki oraz śmietanę z zielonym przykryciem i grzałkę oraz kalendarz-kronikę z dwutysięcznego roku. Proszę też, by dała numer mojej komórki trzem bliskim kolegom.

Tym razem żona opuściła mnie dość późno, bo po siedemnastej.

Wyczerpany dokuczliwym elepaniem złudnymi zwidami uporczywie powracającymi, utraciłem w pewnym sensie kontrolę nad swoją świadomością. Została zakłócona łączność zewnętrzna.

 

Okropny ból mostka o dwudziestej trzeciej piętnaście przywraca kontakt z otoczeniem. Ale normalny, to nie jestem. Mam potrzebę oddania moczu, ale nie wiem jak to uczynić. Nie umiem usiąść na łóżku. Pan Michał cierpliwie instruuje jak to zrobić. Poleca chwycić drabinkę, podciągnąć się, usiąść, ruchami pośladków po materacu pójść plecami do tylnego oparcia. W takiej pozycji łatwo mogę użyć kaczora Potem pielęgniarz pilotem wyprofilowywuje łóżko i pod plecy podkłada mi poduszkę. Chwilowa tylko ulga. Proszę wiec o zastrzyk przeciwbólowy. Nie zasypiam, ale umysł jest nie do wykorzystania.

 

Niedziela, dwunasty maja dwa tysiące drugiego roku.

 

W ciągu nocy stale odczuwałem parcie na mocz. Wydaliłem z siebie sześć litrów płynu.

Przy porannej kontroli ciężaru ciała waga wskazuje dziewięćdziesiąt dwa kilogramy osiemset gram.

 

O godzinie ósmej w radiu BIS rozpoczęła się transmisja mszy Adwentystów Dnia Siódmego z Warszawy. Z uwagą wysłuchałem nauki wygłoszonej przez pastora Andrzeja Sicińskiego - tak wielka miłość Zdaniem mówcy, oddać życie za drugą osobę, to najwyższy dowód miłości. Miłość, to gotowość poświęcenia życia dla drugiego człowieka, swego czasu, swych sił, umiejętności, talentu. Olbrzymim dowodem miłości jest poświęcenie życia za nieprzyjaciół. Jak można kogoś nie miłować za kogo płaci się tak wielką cenę. Dlatego Jezus Chrystus cię kocha. Jaka tu podstawa do wątpliwości, do gniewu, gdy Jezus za nieprzyjaciół nawet swe oddał życie? Tak więc nie może być żadnych wątpliwości, że nie kocha człowieka.

Po zakończeniu nabożeństwa podano numer telefonu, pod który można dzwonić przez godzinę dzieląc się swymi odczuciami.

Okropnie wzruszony, bardzo chciałem podzielić się moimi doznaniami. Ponieważ żaden z pacjentów nie mógł tego uczynić w moim imieniu - z różnych powodów - uprzejmość wyświadczyła mi pielęgniarka. Przedtem musiałem ją wtajemniczyć, do kogo, co i jak. A potem prosiłem o odczytanie z kartki:

acjent po przeszczepie serca, Antoni, słyszał słowa Andrzeja Sicińskiego. Pozostaje pod ich wrażeniem. Dziękuje.

Wkrótce nawiąże dalszy kontakt. Wkrótce, za dwa - trzy miesiące.

 

Zaraz po mszy radiowej zabrałem się do odmówienia modlitwy za o. Ireneusza - tak jak obiecałem mu w piątek. Seans myślowy trwał ponad dwie godziny. Przerwał go obiad o trzynastej pięćdziesiąt. W ostatniej, najdoskonalszej wersji, modlitwa przybrała taki kształt:

Ojcze Nasz, doskonały nauczycielu. Czuwaj nad dziećmi, przygotowanymi przez o. Sajewicza Ireneusza do sakramentu pokuty, od chwili dzisiejszej uroczystości do ostatniej w ich ziemskim życiu. Nagradzaj ich obcowaniem z tak znakomitymi duchownymi jak Twój młody uczeń. Dla Ciebie, Stwórco, to nie żaden problem!

Bóg zapłać. Wszystkim Szczęść Boże.

 

Tuż po obiedzie zapytałem pielęgniarkę:

- Co z panią, która miała w piątek przeszczep? Na jakim etapie leczenia jest?

- Są jakieś problemy z nerką...

- Nie będę miał więc towarzystwa?

- Pan i tak nikogo by nie miał, do czasu, aż organizm uodporni się.

Później z za szyby podsłuchałem jak ktoś zapytał:

- Gdzie jest ta pani po nieudanym przeszczepie?

- Chyba na R - ce. Padła odpowiedź i temat zakończono.

 

Teraz dopiero spostrzegłem, że dziś, jak na razie, obyło się bez halucynacji wzrokowych. To dobrze, bo o piętnastej ma do mnie zadzwonić syn siostry, a cała rodzina zgromadzona przy telefonie przysłuchiwać się będzie rozmowie. Przy obecnym samopoczuciu nie będzie to dla mnie uciążliwe.

Przed rozmową poczułem się jak podczas licznych telekonferencji, które odbywałem z centralą w Warszawie pracując w resorcie spraw wewnętrznych. Zrobiłem sobie kawę, wygodnie - jak w fotelu rozsiadłem się na łóżku i czekając na sygnał swojej komórki, przeglądałem osiem stron scenariusza, a właściwie gotowego do odczytania tekstu. Inaczej - przy moim aktualnym stanie charakteryzującym się zaburzeniami toku myślenia - wątek rozmowy byłby porozrywany, niejasny, a formy gramatyczne nieprawidłowe.

Gdy odebrałem telefon zacząłem tak:

- e cię słyszę Jureczku, bardzo się cieszę! Mów powoli. Za rozmowę płacę ja z ruszynką Ja będę rozmawiał z tobą i tylko ty mi odpowiadaj. Będę też, mówiąc do ciebie, zwracał się do tych, którzy ci towarzyszą.

Bierzcie kartki i piszcie, by przekazać innym to, co powiem.

Nalejcie sobie, co tam kto ma, i Jureczku zaczynamy - do wyczerpania tematu.

Będę cię pytał, a ty odpowiadaj, ale powoli i nie denerwuj się

Po tym wstępie przystąpiłem do szczegółowych pytań dotyczących działki. Przed sobą miałem plan, na którym zaznaczyłem drzewka i krzewy oraz szkic wszystkich trzynastu grządek warzywnych z opisem co na nich powinno rosnąć. Wolno ustalałem czy zgadza się to z rzeczywistością. Jeśli na którymś poletku było inaczej - utyskiwałem, że to niezgodne z płodozmianem i nanosiłem poprawkę na szkic przede mną.

Jurka szybko zmęczyłem. Rozmowę - wykazując anielska cierpliwość - kontynuowała ze mną siostra.

W dwudziestej piątej minucie zacząłem wyszczególniać osoby, które chciałbym, aby pozdrowili ode mnie. Wymieniając wszystkich z rodziny w Jamkach i okolicy oraz czterech znajomych, podawałem niekiedy jak pozdrowienia mają brzmieć.

Zakończyłem elekonferencję z rodziną zwracając się do nich w następujących słowach:

Powiedz Jurek, w sklepie, że pozdrawiam wszystkich, a szczególnie tych, którzy wyśmiewając i drwiąc z naszych innowacji upiększających teren, mobilizowali mnie do coraz to nowszych i dziwaczniejszych pomysłów.

Może jeszcze coś wam powiem o pomieszczeniu, w którym leżę?

Pierwsze moje spojrzenie zawsze trafia na zegar. Niebieska oponka, średnicy głowy, a w niej cztery cyfry: 12,3,6, i 9. Teraz też go widząc wiem, że rozmawiamy już ponad trzydzieści minut.

Dalej dwa ekrany monitorów rozszerzających wiedzę lekarzy o stanie zdrowia leżących w sali pacjentów.

Cała lewa ściana to, pięć okien koloru starego drewna z żaluzjami. Jedna nieco rozchylona. Przez nią widzę trochę korony kwitnącego kasztana.

W pokoju mikroklimat, jak pod lasem w altanie tuż przed wschodem słońca.

Kończąc zapewniam was o miłości, którą czuję ku wam.

Do usłyszenia, a później zobaczenia. Cześć

 

O szesnastej do głowy napływają mi bezsensownie smutne myśli. By nie ulec im, by zająć czymś innym umysł, postanawiam rysować plan izby, w której leżę. Rysowanie ściany za mną zaczynam od widoku z przodu. Zachowując odpowiednią skale nanoszę na kartkę otwór okienny i drzwiowy, osprzęt zamontowany na ścianie oddzielającej salę od dyżurki. Potem każdy szczegół, który dostrzegam. Następnie w przybliżeniu wszystko wzrokiem wymiarowuję w przestrzeni, a później - proporcjonalnie zmniejszone - kreślę na kartce. Chowam ją szybko pod kołdrę, gdy tylko na salę wchodzi pielęgniarka. Wstydzę się dewiacji, ale nie umiem czym innym zająć mózgu. Kiedy skończyłem opis i wymiarowanie tej ściany, robię to samo z następną - przyległą do korytarza.

Takie zajęcie wypełniło mi ponad siedem godzin samotności.

 

Poniedziałek, trzynasty maja dwa tysiące drugiego roku.

 

Rozpoczęła się osiemnasta doba życia z nowym sercem i sto trzydziesty trzeci dzień od początku roku.

 

Przed śniadaniem do sali przybył, na badania kontrolne, czterdziestotrzyletni pacjent. Bogusław Zasadny jest cztery lata po przeszczepie. Pracuje, uprawia sport, biega; czuje się znakomicie. Słucham jego opowiadania o doskonałym zdrowiu z niedowierzaniem. Ale jego optymizm, ruchliwość i pogodny uśmiech w pewnym sensie potwierdzają to, o czym mówi. Może za cztery lata i ja będę cieszył się lepszym samopoczuciem niż dotychczas? Szybko nawiązuję z nim dialog. Jest z Olesna. Znamy tam nawet jednego z jubilerów.

 

O godzinie dziesiątej trzydzieści na salę wwożą Adama Wojnowskiego po biopsji. Pielęgniarki podłączają go do aparatury kontrolnej. Jesteśmy w trójkę.

Oraz Krysia, która jest już od dziesiątej. Pociesza mnie jak umie. Podtyka do jedzenia smakołyki. Kolorowe jedzenie błyskawicznie znika z jednorazowych talerzy. Nie umiem powstrzymać pośpiechu. Nic nie mówię, ale wszystko - ryba i sałata, papryka i szczypiorek - ma jednakowy posmak goryczy. Przy odjeździe proszę żonę by nic mi nie zostawiała z warzyw, gdyż są tak niesmaczne, że ich nie ruszę. Chcę natomiast by jutro przywiozła mi: śliwki suszone kalifornijskie, łososia wędzonego, konserwy mięsne, a zwłaszcza golonkę z indyka i szynkę wieprzową.

 

Od szesnastej znowu jestem sam ze swoimi obsesjami myślowymi. Sam, bo współlokatorzy śpią.

Gdzieś daleko głuche pomruki wyładowań atmosferycznych. Tam kieruję myśli. Liczę sekundy od błysku do grzmotu. Odstępy wolno się skracają.

O szesnastej trzydzieści początek deszczu nad szpitalem. O siedemnastej dziesięć rozpoczęła się nawałnica gradowa i silne grzmoty.

Apogeum wyładowań ma miejsce o siedemnastej dwadzieścia. Wtedy piorun uderzył chyba w anteny na dachu szpitala. Przygasło na chwilę światło, zadzwoniły szyby w oknach, a ja aż podskoczyłem w łóżku ogłuszony hukiem. Mimo zamkniętych okien pokój wypełnia się ozonowanym powietrzem.

Siedemnasta trzydzieści pięć. Koniec opadów. Grzmoty coraz odleglejsze.

 

Koledzy nie śpią. Adam mówi o nieudanym przeszczepie dwudziestosześcioletniej kobiety.

Rozcięto ją, ale to, co było wewnątrz, jakieś przerosty, nie pozwoliło wymienić serca. Z nowego pobrano tylko zastawki i zmarnowało się.

 

Wymieniam korespondencję ze salową.

 

Pani Anielo Droga !

Na wtorek proszę o dwa pomidory, banana i dwa soczki pomidorowe.

Dziękuję za dotychczasową opiekę.

Antoni

 

Panie Antoni,

będę się dalej Panem opiekować. Staram się zawsze opiekować osobami, które tego potrzebują. Życzę Panu dużo zdrowia. Dzisiejsze produkty kosztowały:

7 10 - sok pomidorowy

2 15 - pomidor + banan.

9 25 - razem

 

Aniela

 

Około dwudziestej poprawia mi się nastrój, bo Adam dochodzi do siebie i opowiada. O mało co, a by nie żył. Na stole, w trakcie biopsji, stanęło mu serce. Trzeba je było pobudzać elektrowstrząsami. Mimo paru godzin od zaistnienia sytuacji nadal podchodzi do niej emocjonalnie.

Potem szczegółowo opowiada o dniu, w którym powiadomiono go, iż jest dawca serca dla niego. Siedemnastego kwietnia, o osiemnastej trzydzieści, odezwał się telefon z Zabrza. Z Grudziądza do Bydgoszczy przewieziono go ambulansem pogotowia. Na ulicach były duże korki, gdyż w mieście odbywał się mecz piłkarski. Do Katowic przyleciał samolotem, a stąd do Zabrza.

W pewnym momencie wyłączyłem słuch i myślami przeniosłem się do drugiej dekady kwietnia. Wtedy, bowiem, w tym samym dniu lecz o kilka minut wcześniej, też miałem z Zabrza telefon.

 

Pomiar wydalanego moczu i wypitych płynów nadal skrupulatny.

 

 

Wtorek, czternasty maja dwa tysiące drugiego roku.

 

Zaczęła się dziewiętnasta DOBA PO PRZESZCZEPIE

 

Od wczoraj dokonuję takiego zapisu, bo podczas wizyt lekarskich zaczęto pytać ile czasu upłynęło od przeszczepu.

 

Minęła północ. Nie mogę spać. Piszę listy.

 

Pierwszy do brata.

Braciszku Najdroższy!

Z Tobą przeprowadziłem pierwszą rozmowę stojąc na nogach z nowym sercem. Chwilę później zadzwoniłeś Ty, ale ja musiałem już siedzieć i mieć wspomaganie pompy. Nie wiem, czy Ty to czujesz? Rozumiesz, jak ja Cię bardzo kocham? Czy Ty potrafisz zrozumieć, że ze wszystkimi mogę rozmawiać normalnie, a z Tobą tylko z cieknącą strugą łez i załamującym się głosem. Czuję ogromną trwogę, że jak usłyszę Twój głos pęknie mi serce. Nie śpię, a jest już po północy. Tak jak w każdym momencie, myślę o Was. Tyś dla mnie był zawsze wyrozumiały i dobry. Jestem dumny, że mam takiego brata, który mi niczego nie odmawiał. Janeczku wstrzymaj się jeszcze z odwiedzeniem mnie do czasu, aż się wzmocnię. Ty się wzmocnij też aby, gdy się zobaczymy albo usłyszymy, obu nam nie pękły serca.

Kochający Cię niepowtarzalnie Twój brat Tosiek

 

 

Następny list kieruję do siostry i jej rodziny.

Kochani, Drodzy!

Józia i Heniek z Jurkiem

Dziękuję Wam za prace jakie wykonujecie na działce. Aby nie były one takie uciążliwe, tam, gdzie rosną warzywa, między rzędy i przestrzenie pomiędzy roślinami, trzeba wyłożyć cienką warstwą ściółki. Każdą roślinkę najlepiej obkładać wykoszoną na placu trawą. Nie będą wtedy rosły chwasty. Ściętą trawę trzeba dokładać systematycznie, by zbyt gruba warstwa nie zaczęła butwieć. Po czasie utworzy się powłoka, która nie pozwoli się przebić chwastom, ociepli rośliny i utrudni wysuszanie ziemi wokół nich.

Proszę Was bardzo zróbcie tak, wypróbowałem ten sposób już w ubiegłych latach.

Bardzo dziękuję za przesłane wyrazy wsparcia i sympatii. Czytam je sobie każdego wieczoru i wzruszam się przy tym. Znam je prawie na pamięć, ale stale lubię patrzeć na treści jakie znalazły się na karteczkach. Jeśli znajdziecie czas to proszę o jeszcze takich parę słów.

Ciekaw jestem czy pozdrowiliście wujka Czerwika i Jadzię ze Stefanem z Rększowic. Miło by mi było gdybym i od nich, a także Badorów, otrzymał jakąś karteczkę sympatii w tych trudnych dla mnie momentach.

Bardzo serdecznie dziękuję Wam, Józia z Heńkiem, oraz Jurkowi, za wszystko coście dla mnie dotychczas zrobili Tosiek.

 

Przed dziewiątą Adam opuścił OIOT - wrócił na szóstkę.

 

Tuż po śniadaniu odwiedza mnie Samuela. Podyktowałem jej dwa listy z przygotowanych w nocy brudnopisów. Nie mogę pisać samodzielnie, bo trzęsą mi się ręce bardzo mocno i litery byłyby nieczytelne. Sam dopisuję tylko ostatnie zdanie.

Ponieważ polepszyła się moja sprawność intelektualna jeden list dyktuję głowy

 

Drodzy

Teresa, Stefan, Ania i Marcin

Dziś dziewiętnasta doba mojego pobytu w Śląskim Centrum Chorób Serca. Dziękuję za pozdrowienia od Was i trzymanie kciuków, aby wszystko poszło jak najlepiej. Powoli wracam do sił. Myślę, że jeszcze w tym sezonie pojawię się na Pasterniku na działce.

W związku z tym mam do Marcina, ewentualnie gdyby Stefan znalazł czas, prośbę o uruchomienie wody. Marcin, sądzę, że sobie poradzisz. Masz smykałkę po ojcu do prac technicznych, wszystko co robisz wychodzi Ci dobrze.

W altanie porozkręcałem na zimę cały śrubunek hydrauliczny: odkręcone krany, bojler, odpływ do muszli, a w piwnicy wszystkie zawory z wyjątkiem zasilającego.

By załączyć zasilanie wody trzeba wszystko poskręcać, sprawdzić i załączyć obwód, ale nie na ul najwięcej na jedną trzecią zaworu. Jeśliby nie ciekło, zostawić tak. Najważniejsze, by była woda na zewnątrz, do podlewania nowo posadzonych drzewek na wypadek suszy.

Do węża gumowego, być może, potrzebna będzie złączka do zamontowania na kran. W altanie prawdopodobnie jest nowa, ale gdybyś jej nie znalazł to kup, pieniądze poda Krysia.

Bardzo mi na tym zależy, bo jeśli nie będzie wody zmarnieją drzewka i krzewy pielęgnowane parę lat i młode, a po powrocie do domu raczej nowych nie będę miał już siły sadzić.

Ściskam Was serdecznie i proszę, dalej podtrzymujcie mnie na duchu, czasem wspominając.

List podpisałem własnoręcznie: olbrzymim podziękowaniem i wdzięcznością Tosiek.

 

W ciągu dnia, tuż po południu, wyjęto mi część szwów, od góry w dół - do połowy cięcia mostka.

 

Po wyjeździe Meli, o czternastej, zażyłem dwie tabletki na przeczyszczenie.

W chwilę potem otrzymałem niezwykłego kopa. Ogarnęło mnie okropne podniecenie ruchowe. Przez dwie i pół godziny byłem stale na nogach, w milczeniu, pośpiesznie chodząc po pokoju. W tym czasie, po raz pierwszy od czasu pobytu w szpitalu, zwróciłem uwagę na optymistyczną wiadomość z radia. Jest trzy miliony dwieście sześćdziesiąt tysięcy bezrobotnych. W marcu było o pięćdziesiąt tysięcy więcej.

Zmęczony wysiłkiem fizycznym i wyczerpany zniecierpliwieniem z powodu jutrzejszych inwazyjnych badań serca, zaczynam odczuwać szereg nieprzyjemnych wrażeń; przede wszystkim ściskanie w gardle i drżenie kończyn.

Tabletki na przeczyszczenie nie działają. Boję się bym jutro w czasie badań nie miał potrzeby skorzystania z basenu.

O szesnastej trzydzieści w odbyt wkładam czopek, który ma ułatwić mi opróżnienie. Po czterdziestu minutach zniecierpliwiony udaję się do łazienki. Siadam na sedes i tak, jak prawie dwa tygodnie temu, nadymam się. Lękam się, by z mostkiem nie wydarzyło się znowu coś złego, tym bardziej, że połowa cięcia pozbawiona jest szwów.

Delikatnie zabezpieczam klatkę piersiową obejmując ją rękami. Nie chcę urażać rany mostka ochraniaczem. Co jakiś czas rozsądnie prę na stolec starając się wypróżnić. Wyczuwam utrudnienie wydalenia mas kałowych z odbytnicy, zalegających od paru dni w jelicie grubym.

Czoło pokrywają mi kropelki potu. Wilgotnieje też całe ciało. Przed oczami pojawiają się najpierw mroczki, a potem widzę otoczenie w plamach i jakby przez nieregularnie wybite otwory w grubych szkłach okularów. Również po zamknięciu powiek mam taki sam efekt, ale bez obrazu wnętrza łazienki.

Dużym wysiłkiem woli bronię się przed pogorszeniem nastroju. Do jutrzejszego ranka jeszcze wiele godzin. Nie mam powodu martwić się i przewidywać, że wszystko co nastąpi będzie znowu nieszczęściem.

Wreszcie udaje mi się pokonać zaparcie. Wydalony, twardy i zbity stolec jest obfity. Po dokonaniu zabiegu higienicznego odbytu wracam na salę. Spokojniejszy o jutro kładę się do łóżka.

 

Po krótkim relaksie piszę kartkę do salowej:

 

Pani Anielo, dziękuję !

Na jutro proszę po: dwa jabłuszka czerwone DOBRE, pomidorki, mandarynki; i gdyby się udało to, jeszcze dwa soczki winogronowe, ale małe.

To wszystko.

Antoni

Kiedy filigranowa konserwatorka wnętrz zabiera worki z nieczystościami z kosza w łazience, przekazuję mój pakiecik z korespondencją, a ona mnie swoją wiadomość:

 

Zapłaciłam 5 20

 

Panie Antoni, jutro będą soczki.

 

By nie dopuścić do obniżenia nastroju, uniknąć widzenia w zarnych barwach swojej przyszłości, kontynuuję rysowanie planu pokoju zaczętego przedwczoraj. Tym razem szkicuję widok z mojego łóżka na ścianę łazienki, a potem ścianę z oknami. Takie zajęcie to dla mnie skuteczny sposób ochrony przed urojeniami hipochondrycznymi.

 

Środa, piętnasty maja dwa tysiące drugiego roku. - dwudziesta doba po przeszczepie

 

Przed południem odbyła się planowa biopsja.

 

Tuż po obiedzie pani Ewa usunęła z mostka pozostałe szwy. Pobrano krew na zbadanie ilości komórek odpornościowych w moim organizmie. Jeśli wykryje się ich odpowiednio dużo, będzie można do mnie wchodzić bez maski. Rezultat poznam jutro.

 

W wyniku przeżywanego stresu szwankuje pamięć.

O siedemnastej trzydzieści w formie korespondencji napisałem od góry kartki:

 

Witku, Przyjacielu,

 

proszę, napisz mi słowa modlitwy Ojcze Nasz Dalej zostawiłem miejsce na tekst, a u samego dołu dodałem:

Chciałbym pomodlić się i tradycyjnie, a nie do końca jestem pewny jak ta modlitwa brzmi. Mimo, że poznałem ją już we wczesnym dzieciństwie. Teraz, tu w szpitalu, modlę się wyłącznie własnymi słowami. Tolek

 

O osiemnastej pięćdziesiąt, na kartce A 5 zwróciłem się z prośbą do Janusza:

 

Janusz, Przyjacielu

 

Proszę zatelefonuj pod te numery: ( - mój brat, (...) - moja siostra i przekaż im, że prosiłem, by zadzwonili do mojej żony, to odczyta im listy ode mnie. Powiedz im, że dziś badania nie wykazały odrzutu serca. Biopsja Czuję się lepiej. Przez siedem dni byłem w izolatce i jestem nadal. Nie wolno mnie odwiedzać jeszcze. Gdyby chcieli zamienić parę słów to, niech dzwonią w godzinach osiemnastej trzydzieści do dziewiętnastej dwadzieścia na moją komórkę.

Janusz, drogi przyjacielu, dodaj też coś od siebie oraz zapytaj, co oni chcieliby mi przekazać.

Tosiek

 

O dziewiętnastej dziesięć, Janusz Pomorski przyniósł pocztę szpitalną Otrzymałem odpowiedź od Witka. W wolnym miejscu kartki maczkiem wpisał:

 

Ojcze Nasz ... i nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Amen.

Zdrowaś Mario Łaskiś pełna. Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między nami niewiastami. I błogosławion owoc żywota Twego. Amen.

Święta Mario, Matko Boża, bądź wola Twoja, jako w niebie tak i na ziemi, chleba naszego. Amen

 

Janusz chwilę pozostał na sali. Mimo, że sam przeżywał trudny okres starał się mnie rozweselić. Na wstępie zapytał:

- Co robić, jeśli śnisz w języku obcym?

Ponieważ nie znałem odpowiedzi wyjaśnił:

- Spać z tłumaczką.

Potem było jeszcze parę zabawnych innych pytań, i oczywiście kawał o babie:

Przychodzi baba do lekarza na kontrolę wzroku, ale nie może odczytać ani jednej litery.

- Oj, niedobrze, z pani wzrokiem - mówi lekarz.

- E tam, ze wzrokiem u mnie w porządku, jo ino czytać nie umiem.

A na odchodne usłyszałem jeszcze inny dowcip:

- Czy był dzisiaj stolec? - pyta lekarz pacjentki w czasie obchodu.

- A kręcił się tu jakiś facet, ale się nie przedstawił.

Chciałbym mieć takie poczucie humoru jak kolega. Przypuszczam, że właśnie śmiech i radość są jego sprzymierzeńcami w życiu. Zaś tu w szpitalu, emocje związane z pogodnym spojrzeniem na wszystko co nas otacza, stanowią dla Janusza pewno psychiczny napęd poruszający biologiczne tryby jego procesu zdrowienia. Ale i mnie kontakt z nim daje kopa ku zdrowiu. Fajnie, że jest.

 

O dziewiętnastej trzydzieści pielęgniarz pan Michał przyniósł mi znacznie mniej leków niż zwykle otrzymywałem. Obecna porcja to, cztery sztuki Cell Ceptu i jedenaście mg Prografu oraz Mycophenolate i Mafetil.

Zazwyczaj o tej porze dzwoniła Krysia, ale tym razem telefonu nie było. Czy aby przypadkiem coś złego jej się nie stało?

 

By odwrócić uwagę mózgu od takiej myśli, piszę list do znajomych ze szkoły podstawowej.

 

Godzina dwudziesta druga. Zabrze, piętnasty maja dwa tysiące drugiego roku.

 

Kochani, Jadziu i Gabrysiu.

 

Serdecznie dziękuję Wam za wyrazy wsparcia w tych trudnych dla mnie momentach, przekazywane poprzez Janka.

Bardzo bym mile przyjął, gdybyście znaleźli czas i napisali obszerniejszy list.

Napiszcie też więcej o planowanym spotkaniu w Korzonku z okazji czterdziestolecia ukończenia podstawówki. Jak to planujecie zorganizować?

Osobiście byłoby dla mnie ogromnym przeżyciem uczestniczenie znowu w takim spotkaniu. Musiałoby to jednak być wyjątkowo dograne, by impreza nie straciła swego rozrywkowego charakteru i bym ja podołał udziałowi w niej.

W załączeniu przesyłam Wam do zapoznania i rozpowszechnienia, wśród tych, którzy mnie lubią, list jaki napisałem tuż po operacji i rozbudzeniu. Może ktoś oprócz Was napisze mi parę słów. Zależy mi bardzo, by Barbara, z domu Kołodziejczyk, krobnęła co nieco. Bardzo lubię Basię, bo jest niezwykłą optymistką. Radość i szczęście są w niej zawsze. Nie przejmuje się drobiazgami, lecz otwiera się na nowe pomysły i realizuje twórczo, w tym w Kole Gospodyń Wiejskich. Ostatnio widziałem się z nią w hali polonia na spotkaniu przedwyborczym z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim starającym się o reelekcję, gdzie bez tremy wycałowywała ministra Ryszarda Kalisza, życząc mu utraty zbędnych kilogramów.

 

Pamiętający o Was Tosiek

 

Czwartek, szesnasty maja dwa tysiące drugiego roku. - dwudziesta pierwsza doba po przeszczepie

 

W nocy spałem dwa razy po około godzinie. Pozostały czas starałem się spędzać aktywnie. Spokojne ruchy, imitujące gimnastykę różnych partii mięśni sprawiły, że całe ciało ogarnęła zdrowa dynamika. Pogodna muzyka płynąca z walkmana ułatwiła mi otoczenie się obrazami i dźwiękami dostarczającymi przyjemności. Po raz pierwszy od operacji pojawił się u mnie silny wzwód i równocześnie z nim żądza doznań erotycznych. Uaktywniły się zmysły spragnione życiodajnego czynnika będącego źródłem rozkoszy.

Wyobrażenie satysfakcjonującego zbliżenia fizycznego przynosi dużo zadowolenia. Zaspakaja moją potrzebę ciepła, troski i emocjonalnej bliskości.

Nie tylko dostarcza ogromnej przyjemności, ale staje się też podstawą dobrego samopoczucia.

Mam świadomość, że doznałem czegoś niezwykłego, bo posiadłem zdolność do odczuwania kobiecego ciepła wyrażającego miłość i oddanie; posiadłem dar odczuwania dotyku, który zaistniał wyłącznie w mojej wyobraźni.

Umiejętność odczuwania przyjemności odczytuję jako jedną z ważnych oznak powrotu do zdrowia, a zarazem jako element budujący moje poczucie szczęścia.

W godzinach piąta dziesięć szósta piętnaście, dokładnie wykonałem poranną toaletę. Bardzo dbale, bo nadal - tak jak każdego dnia dotychczas - liczyłem na odwiedziny generała.

Po niej zjadłem skrawek suchej bułki popijając dwoma szklankami wody z roztopionego lodu.

Od szóstej trzydzieści słucham w łóżku radia i robię notatki. Zapisuję też co potrzebuję z domu i o co mam zapytać lekarza podczas wizyty.

 

Okropnie się cieszę, bo ważę poniżej dziewięćdziesięciu kilogramów mimo, że jem to, na co mam ochotę i bardzo często, ale w małych ilościach.

 

Po śniadaniu przez pół godziny spaceruję po pokoju. Mam rewelacyjne samopoczucie.

Za szklaną ścianą dyżurują sympatyczne pielęgniarki. Jedna z nich jest panią, która przyjmowała mnie dwudziestego piątego kwietnia do przeszczepu. Kiedy przyszła mierzyć ciśnienie, proszę ją, aby krótko opowiedziała, co się dzieje z pacjentem przywiezionym do przeszczepu serca po jego wejściu do szpitala, bo ja niewiele pamiętam z własnego doświadczenia.

Z uwagą słucham informacji pani Kasi i zapisuję szczegółowo to, co mówi. A było tak:

Po wstępnych badaniach na parterze Ś C C S trafiłem na Oddział Transplantacyjny do dyżurki pielęgniarek.

Tu pani z Izby Przyjęć założyła mi teczkę, historię choroby.

Następnie pielęgniarka pobrała krew do całego kompletu badań w tym: na wirusy, morfologię, Hbs, posiew krwi na 2 buteleczki, grupę krwi, krzyżówkę (krew pacjenta z krwią z Banku Krwi w Katowicach). Potem wymaz z nosa i gardła. Oddałem też do badań mocz, a następnie wykonano mi EKG i rentgen klatki piersiowej.

Potem siostra prowadzi do pokoju chorych, gdzie przebieram się w piżamę, a ona spisuje odzież i inne przedmioty, które przywiozłem ze sobą z domu. Będą one czekały na mnie w depozycie. Następnie dostaję przyrządy do przygotowania pola operacyjnego. Trzeba wygolić klatkę piersiową i pachwiny oraz szyję. Otrzymuje się również mydełko antybakteryjne w płynie oraz koszulę operacyjną do założenia po kąpieli. W niej oczekuje się na decyzję wyjazdu na blok operacyjny.

Ma to miejsce po telefonie, że serce dawcy nadaje się do przeszczepu. Dostaje się wtedy leki immunosupresyjne, czyli przeciw odrzutowe, które już po operacji będą na stałe.

 

Zanim to nastąpi, rozmawiają ze mną chirurg i anestezjolog.

Z przedoperacyjnej informacji anestezjologa, kolejny raz od chwili rozpoznania u mnie niesprawności serca, dowiaduję się, że w leczeniu występującej u mnie choroby konieczne jest wykonanie zabiegu kardiochirurgicznego. Oznacza to, że przez okres wielu godzin, a potem dni, nad bezpieczeństwem moim będzie czuwał nieustannie wieloosobowy zespół składający się z wysoko wykwalifikowanych, doświadczonych lekarzy, perfuzjonistów i pielęgniarek. W skład tego zespołu wejdą miedzy innymi:

 

- lekarz chirurg, który w asyście innych chirurgów wykona zabieg operacyjny i będzie odpowiadał za cały przebieg leczenia,

 

- lekarz anestezjolog, który poprowadzi znieczulenie (czyli narkozę) i będzie odpowiadał za przebieg leczenia w oddziale pooperacyjnym,

 

- lekarze chirurdzy i kardiolodzy, którzy poprowadzą dalsze leczenie w oddziale kardiologii i transplantologii,

 

- perfuzjonista, który będzie obsługiwał sztuczne płuco-serce podczas operacji,

 

- pielęgniarki bloku operacyjnego, oddziału pooperacyjnego i oddziału transplantologii, które będą przez cały czas opiekować się mną, zarówno podczas zabiegu operacyjnego, jak i po jego zakończeniu.

 

Anestezjolog uprzedza również, że około godziny przed przyjazdem na blok operacyjny podawana jest tzw. premedykacja (w formie zastrzyku lub tabletek), po której zwykle zmniejsza się lęk i pojawia senność. Po przekazaniu na blok operacyjny i krótkim wstępnym przygotowaniu nastąpi łagodne wprowadzenie w stan głębokiej narkozy (czyli uśpienia), w którym pozostanę przez okres następnych kilku godzin. Po operacji (wciąż w stanie uśpienia) nastąpi przekazanie do oddziału pooperacyjnego.

Powrót do pełnej świadomości będzie następował powoli, a czynność płuc będzie wspomagana przez specjalne urządzenie zwane respiratorem, stąd w początkowym okresie pozostanie w krtani tzw. rurka intubacyjna. Po wybudzeniu i usunięciu tej rurki - pomimo odczuwalnej senności - będzie trzeba wykonywać zalecane przez pielęgniarki ćwiczenia oddechowe. Uciążliwe będzie ograniczenie płynów i uczucie ogromnego pragnienia, natomiast nie należy oczekiwać wystąpienia większego bólu pooperacyjnego.

Chorzy zwykle przebywają w oddziale pooperacyjnym przez okres 24 48 godzin, a po osiągnięciu stabilizacji układu krążenia i oddychania następuje ich przekazanie do odpowiedniego oddziału.

 

Pani Kasia dopowiada jeszcze, że gdy ja jestem już na bloku operacyjnym, gdzieś w Polsce jest człowiek z otwartą klatką piersiową. Lekarze oceniają stan narządów i ekipa ze ŚCCHS w Zabrzu pobiera od zmarłego dawcy jego serce. W momencie, kiedy ono dojeżdża do Zabrza moje jest już wyjmowane. Pozostają od niego naczynia, tętnice i żyły. W przeznaczonym do przeszczepu sercu zostawia się dłuższe naczynia, żeby chirurg miał większa rezerwę przy zszywaniu z tymi, które łączyły mój narząd z układem krążenia.

Ciało wychładza się do trzydziestu dwu stopni.

 

Podczas wizyty, doktor Zakliczyński zastanawia się czy nie usunąć głębokiego wkłucia i dwóch elektrod - spośród czterech podłączonych do serca - a dwu pozostałych jutro. Pozwala mi obciąć włosy i umyć je. Udziela też zgody na odwiedzenie mnie przez młodszą córkę. Zaraz po wizycie wyłączono mi pompę z Dopaminum, a po dwunastej odłączony będzie Isuprel. Jeśli tylko odbudują się komórki odpornościowe CD 3 (leukocyty) będzie OK.

 

O godzinie dwunastej pięć odpięty zostałem od drugiej pompy. Mogę się już poruszać bez stojaka.

W pół godziny później wstałem z łóżka i podszedłem do jednego z pięciu okien. Poprzez rozchylone żaluzje spojrzałem na zewnątrz. Przez dłuższą chwilę nie mogłem oderwać wzroku, bo za oknem było to, co tak bardzo kocham; piękna przyroda. Między skrzydłami budynku, na usypanej skarpie, szerokiej na może osiem metrów i dłuższej o dziesięć, zieleniała młoda trawa. Wśród niej trzy klombiki różnokolorowych bratków. Na środku kępka róż, a na całej powierzchni skarpy - dość gęsto, ale nierównomiernie - rosły setki białych stokrotek. Dłuższy bok prostokątnego skwerku porastał bzowy żywopłot. W oczy rzucały się również dwa sumaki; na początku i po przeciwnej stronie skwerku. Ponad ceglanymi murami i dachem parterowego starego budynku, zasłaniającego dalszą perspektywę, dominowała bujna zieleń liści dorodnych jesionów, buków, platanów i przekwitłego już kasztana.

W błogiej bezczynności przyglądałem się temu skrawkowi wiosennej natury, a do głowy przychodziły mi najlepsze pomysły, ogarniały najpiękniejsze marzenia. Na ten czas pierzchły gnębiące mnie problemy. Zabłysła iskierka entuzjazmu, a myśli uśmiechnęły się.

 

O godzinie trzynastej jedno z wolnych łóżek zajął Jerzy Malinowski ze Świecia, który zgłosił się na badania kwalifikacyjne do przeszczepu serca. Zarzucałem go pytaniami i z zainteresowaniem słuchałem, co ma do powiedzenia. Szybko znaleźliśmy wspólne tematy.

 

O piętnastej, wykorzystując jego nieobecność w sali, przez uriera podałem - Januszowi z okolic Lublina - kartkę ze starannie napisaną, następującą treścią:

Januszku, zadzwoń na numer odczytaj mojej żonie, że odłączony zostałem od pomp. Podszedłem do okna. Jest bosko! Jutro wyciągnięte będę miał głębokie wkłucie z szyi oraz elektrody z serca. Jutro też będzie badana krew na zawartość komórek odpornościowych CD 3 w moim organizmie.

Doktor Zakliczyński zorganizował mi towarzystwo. Jest to, pan Jurek ze Świecia.

( A dalej czerwonym flamastrem) Jutro nie przyjeżdżaj, ale za to w sobotę z Karolinką. Doktor się zgodził.

Chodzę już!

 

Z Jurkiem, z małymi przerwami przegadaliśmy do osiemnastej. Potem zasnął twardo.

Nie mogąc znieść bezczynności, kończę wczoraj zaczęte szkice, a następnie, linijką zrobioną z kartki papieru w kratkę, wymiaruję pomieszczenie.

Przerywam tylko na moment spotkania z kapelanem.

Proszę ojca Ireneusza o dokończenie opowieści, sprzed siedmiu dni, o świętym Kamilu. A on chętnie kontynuuje mówiąc, jak na kazaniu:

amil służąc w szpitalu chorym niebawem zostaje ekonomem placówki i wtedy jeszcze bardziej uświadamia sobie fakt, jak wiele można uczynić dla ludzi chorych. Trzeba zatem więcej rąk do pracy, więcej i miłości i współczucia. Tak rodzi się idea powołania do życia towarzystwa ludzi gotowych w imię miłości Boga nieść pomoc cierpiącym i konającym. Początki nie były łatwe. Kamil nie był w stanie sam stawić czoła niechęci i niezrozumieniu, jakie spotkały go ze strony otoczenia.

Był już bliski załamania, ale wtedy sam Jezus przemówił do niego z krzyża: dlaczego martwisz się człowieku małej wiary? Idź naprzód! Ja będę z tobą. To przecież moje dzieło, nie twoje.

Od tej chwili nic nie było w stanie zatrzymać powodzi miłosierdzia. W tysiąc pięcet osiemdziesiątym czwartym roku Kamil przyjmuje święcenia kapłańskie. Osiemnastego marca tysiąc pięcet osiemdziesiątym szóstym roku papież Sykstus piąty zatwierdza wspólnotę założoną przez Kamila jako Stowarzyszenie Sług Chorych i daje Towarzystwu przywilej noszenia na zakonnym habicie czerwonego Krzyża. Tak wypełnił się proroczy sen matki, w którym jej syn rzeczywiście stanął na czele niezwykłej grupy ludzi z czerwonymi krzyżami na piersi. Dwudziestego pierwszego września tysiąc pięcet pierwszym roku papież Grzegorz czternasty podniósł towarzystwo do rangi Zakonu i nadał mu nazwę: Zakon Kleryków Regularnych Posługujących Chorym.

Kamil przemierzał Włochy dziesiątki razy. Bywał w wielkich miastach i maleńkich wioskach - wszędzie tam, gdzie ludzie cierpieli i umierali. Wycieńczony pracą ponad siły i rożnymi chorobami czternastego lipca tysiąc szejset czternastego roku zmarł w domu macierzystym w Rzymie, gdzie do dnia dzisiejszego przechowywane są jego doczesne szczątki.

Kościół katolicki w pełni uznał heroizm chrześcijańskich cnót Kamila de Lelli i ukazał go jako wzór miłości i miłosierdzia dla wszystkich wierzących. Ósmego kwietnia tysiąc siedemset czterdziestym drugim roku papież Benedykt czternasty dokonuje beatyfikacji Kamila, a dziewięćdziesiąty czerwca tysiąc siedemset czterdziestym szóstym roku jego kanonizacji. Dwudziestego drugiego czerwca tysiąc osiemset osiemdziesiątym szóstym roku papież Leon ósmy ogłasza świętego Kamila patronem wszystkich chorych i szpitali na świecie, a dwudziesty ósmy sierpnia tysiąc dziewięćset trzydziestego roku papież Pius jedenasty - patronem i opiekunem personelu medycznego.

 

Słucham słów ojca jak ciekawej bajki, a wyobraźnią przenoszę się w czasy współczesne świętemu. Jest mi lżej, bo moje cierpienie jest błahostką w porównaniu z przeciwnościami losu jakiego doświadczał Kamil i ci, którymi się opiekował.

Znowu zmitrężył kapelan ze mną ponad dwadzieścia minut.

 

Piątek, siedemnasty maja dwa tysiące drugiego roku. - dwudziesta druga doba po przeszczepie

 

Dziewiąta doba odosobnienia na Oddziale Intensywnej Opieki Transplantacyjnej. Izolacji od świata, zarówno chorych, jak i zdrowych.

 

Około trzeciej nad ranem, pani Justyna - pewno po konsultacji z lekarzem - podłączyła mi znowu pompę, bo tętno spadło do pięćdziesięciu pięciu uderzeń na minutę, a ciśnienie krwi wyniosło zaledwie dziewięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Na moje samopoczucie nie miało to zbytniego wpływu. Nie odczułem żadnych różnic i odchyleń od normy. Zaraz po podłączeniu tętno wzrosło do stu piętnastu, a ciśnienie wynosiło sto na sześćdziesiąt.

Od tej pory w chwilach kiedy nie spałem wpatrywałem się w parametry na monitorze. Tętno wahało się w granicach od osiemdziesiąt dziewięć do dziewięćdziesiąt dziewięć, a ciśnienie sto na pięćdziesiąt siedem do sto czternaście na sześćdziesiąt trzy.

 

Niby w normie, ale to znowu nie zasługa serca, a sprzętu i leków.

 

Uczucie niepokoju narasta. W miarę jak przybywa myśli o czymś, co może się zdarzyć, serce przyśpiesza. Pojawiają się nieprzyjemne odczucia w jamie brzusznej i niemiłe doznania w klatce piersiowej. Potrzebuję kogoś, z kim mógłbym się podzielić swymi kłopotami. Najlepiej, by był to profesjonalista w tej dziedzinie, albo lekarz od dusz Tymczasem o rozmowie z psychologiem nie ma co marzyć. Rodzina i przyjaciele daleko. Od paru dni brakuje mi nawet rozmów z osobami cierpiącymi, których nawiedzają podobne obsesje. I tym razem, sam muszę stawić czoła zbliżającemu się atakowi paniki.

Znam kilka metod walki z lękiem, ale prawie wszystkie wymagają czyjejś pomocy z zewnątrz. Najskuteczniejsza zaś była dla mnie zawsze pomoc profesjonalistów. Teraz, tu w szpitalu, nie umiem się nawet relaksować. Myślenie o rzeczach przyjemnych zamiast poprawić nastrój - wzbudza żal, że to się nie powtórzy już więcej. Wiem, że muszę się czymś zająć, czymkolwiek, co przerwie błędne koło chorobliwego lęku przed bólem. Sprowadzi go do właściwych wymiarów.

Jedyne co potrafię w czasie rekonwalescencji robić wytrwale i co mnie stale zajmuje, to pisanie. Nie zrażam się tym, że w otoczeniu sprawiam wrażenie nienormalnego. Dla mnie pojęcie normalności jest sprawą indywidualną.

Dziś skrupulatnie będę odnotowywał czas i zdarzenia wypełniające go.

 

Godzina: piąta pięć.

 

Początek toalety.

Ze stojakiem pomp idę do łazienki. Nadal, spoglądając w lustro staram się nie patrzeć na rany po cięciu. Nanoszę miękkim pędzlem na brodę sporą ilość pianki. Golę się starannie, ścinając włos przy samej skórze, a zarazem ostrożnie, by się nie zaciąć. Zdaję sobie sprawę z faktu, ze każda nowa rana to dodatkowe obciążenie dla organizmu. A ponadto może stać się źródłem infekcji. Po odłożeniu żyletki, do wykonania pozostają same przyjemne czynności: dezynfekcja twarzy kojącym balsamem i spryskanie dezodorantem miejsc, do których jest on przeznaczony, a reszty ciała wodą toaletową.; na koniec nawilżenie wysuszonych miejsc skóry odpowiednimi kremami. Zapach mchu, piżma i ambry dodają mi pewności siebie. Oddech nimi odurzony uspokaja się. Pogodnieje usposobienie. Czuję się elegancko odziany.

szósta dziesięć .

Pomiar temperatury.

Termometr trzymany ponad dziesięć minut pokazuje trzydzieści sześć stopni i pięć kresek.

szósta trzydzieści

 

Spożywam półlitrowy jogurt i zjadam słodką bułkę.

siódma dwadzieścia pięć

 

Ważenie i mierzenie.

Od chwili przybycia do szpitala schudłem tysiąc sześćset gram. Ważę dziewięćdziesiąt dwa kilogramy czterysta gram. Zmalałem przez operację o dwa centymetry. Teraz mam sto siedemdziesiąt dwa.

ósma dziesięć

 

Wizyta.

Zejście z pomp będzie bardzo wolne, a później tętno i ciśnienie podwyższane będą lekami.

dziewiąta

 

Śniadanie.

Zjadam dwie zupy mleczne po trzysta mililitrów każda, sto gram pieczywa z dziesięcioma gramami masła, rogal i popijam wszystko szklanką kakao.

dziewiąta trzydzieści

 

Siedzę na krześle i dialoguję z Jurkiem. Rozmowa jest zajmująca.

jedenasta

 

Wzywam pielęgniarkę, panią Joasię, i proszę o odłączenie pustej kroplówki. Jurek od dwudziestu minut śpi.

jedenasta dziesięć

 

Rehabilitacja.

Polubiłem spotkania z panią Drżał. Choć w trakcie ćwiczeń niekiedy mocno zakłuje w mostku, chętnie ruszam kończynami. Życzliwość rehabilitantki, jej młodzieńczy entuzjazm i uśmiechnięte oczy niwelują każdy ból. Przywracają sprawność nie tylko mięśniom.

jedenasta czterdzieści pięć

 

Jurek obudzony do badań krwi. Teraz słucha radia na słuchawki. Nie będę go indagował. Ciekaw jestem, o której coś sam zainicjuje. Rola zagabywacza już mnie zmęczyła.

Jestem cały czas senny. Dużo piję. Od rana już tysiąc pięćset siedemdziesiąt mililitrów różnorakich płynów. Doktor Zakliczyński zaleca wypijać do dwa i pół litra napojów dziennie. Najlepiej nie gazowanej wody. Rozumiem, że to minimum. Dziś wypiję chyba znacznie więcej.

jedenasta pięćdziesiąt pięć

 

Jurek ze słuchawkami od radia leży płasko w łóżku, pewno śpi.

Spróbuję obmyśleć formę nawiązania kontaktu z niektórymi pracownikami szpitala. Może do obiadu mi się uda. Tęsknię za widokiem kogoś bliskiego z rodziny. Tymczasem nikogo nie będzie, bo kazałem nie przyjeżdżać.

dwunasta pietnaście

 

 

Tętno sto siedem, ciśnienie sto piętnaście na siedemdziesiąt. Wydaliłem już dwa i pół litra moczu.

dwunasta czterdzieści

Obiad.

Zupa grysikowa - czterysta mililitrów, schab gotowany - sześćdziesiąt gram, sos, ziemniaki - dwieście pięćdziesiąt gram, surówka z kapusty białej - sto dwadzieścia gram i kompot - dwieście mililitrów.

trzynasta pietnaście

Przyszedł mi do głowy pomysł, aby mimo rozdzielności pobytu bliżej poznać chłopaków, którzy tuż przede mną mieli przeszczep. Napisałem do Janusza:

 

Szanowny Przyjaciel - Janusz Pomorski

Proszę wpisz się na kartkę i przekaż innym luzakom po przeszczepie lub przed, a zwłaszcza Witkowi z Lublina i Adamowi z Grudziądza. Proszę o wpis w takiej kolejności:

nazwisko i imię

adres

numer telefonu

rodzina ( imiona; żony, dzieci )

data przeszczepu

zamiłowania ( hobby )

jaki jestem?

autograf ( podpis )

Proszę zbierajcie dla mnie zużyte karty telefoniczne.

Adasia proszę o narysowanie na kartce rybek najładniejszych ze swojego akwarium.

Tosiek

Do prośby dołączyłem parę czystych kartek i dodałem długopisy i flamastry.

 

Na brzydkiej kartce zadrukowanej w części drugiej strony piszę:

Drodzy przyjaciele, Witku i Januszu.

Napiszcie parę słów co u Was? Co w wielkim świecie Jakie postępy robicie? Jak obok Was towarzystwo, Panie Siostry, inny znakomity personel?

Ja wierzę w siebie, ale w pojedynkę trudno. Czasem zapominam w porę zabezpieczyć sobie pożywienie, picie, a potem sensacje i dyskomfort pobytu w czterech ścianach pogarsza się. Jeszcze dużo muszę się uczyć i cierpliwie pracować aby panować nad swoimi emocjami. Dziękuję, że zaglądacie.

NA PEWNO I JA będę wkrótce w dobrej formie.

Janszku dziękuję za pomoc w kontakcie z żoną.

Antek, Tosiek Leśniczek

trzynasta czterdzieści

Pierwszy raz, po przeszczepie, wziąłem do ręki gazetę. Przejrzałem uper Expres w tym horoskop. W rubryce dobrze powiedziane spodobała mi się wypowiedź amerykańskiej aktorki Doris Day: Kobiety tylko dlatego tak się stroją, że oko mężczyzny jest lepiej rozwinięte niż jego rozum.

Przeczytałem też artykuł dwaj bandyci pod kluczem informujący:

Policja schwytała gangsterów mających na sumieniu zastrzelenie dwóch sosnowieckich konwojentów, zamordowanych dwudziestego piątego kwietnia dwa tysiące drugiego roku podczas przewożenia do banku 60 tysięcy złotych pochodzących z kasy spółdzielni mieszkaniowej.

A więc to dlatego tyle radiowozów i uzbrojonych policjantów było na drodze, gdy mnie dwudziestego piątego kwietnia wieziono do Zabrza?

czternasta piętnasta pięć

 

Siedzimy przy użej czarnej bo Jurek zrobił kawę. Nie wytrzymałem zbyt długo w milczeniu. Po paru łykach zacząłem opowiadać Jurkowi o przeżyciach szpitalnych, przed i po operacji. Pomijam sytuacje trudne i takie, które mogłyby wzbudzić w nim strach przed czekającym go przeszczepem.

Następnie zastanawiamy się nad problemami gospodarczo-socjalnymi.

Przy naszych warunkach klimatycznych mamy głodne dzieci. Jak to możliwe? Nie dorośliśmy chyba do tego, by mieć samodzielny byt. Przez niedożywienie ludzi sprzyja się chorobom. Państwo samo produkuje rencistów, a winę zwala na kogo innego.

Ostatecznie zgodziliśmy się, że państwo powinno się opiekować osobami niezaradnymi.

piętnasta dziesięć

 

Spływają pierwsze adresy i dane od leżących w salach numer sześć i siedem.

Janusz, dodatkowo, na wolnej połowie kartki z korespondencją napisał :

ozdrowienia od chodzących luzem tj. Janusz, Adam, Wiesiek i Witold. Póki co to niczym się nie martw. Wszystko jakoś musi przejść. Nadzieją jest to, że z każdym dniem będzie lepiej. Mężczyzna nigdy nie płacze i tego się trzymaj. Ta nadzieja i lepsze jutro wzmacnia naszą wiarę w lepszą przyszłość.

Adam, Janusz, Witold i Wiesiek.

Jakie to szczęście, zrządzenie losu, że w sumie jest nas tylko sześciu na oddziale. Nie wyobrażam sobie jaką miałbym opiekę przy pełnym obłożeniu; pewno dwa razy gorszą. Czy to przypadek?

Piętnasta piętnaście

Założenie holtera Jurkowi i wiadomość, że dziś ma koronarografię. Od razu zaczął się do niej przygotowywać. Kupił sobie wodę w dużej i małej butelce, przyniósł pojemnik na mocz i wygolił wyznaczone przez pielęgniarkę miejsca na udach.

Kontynuujemy rozmowę. Obszernie opowiadam o działce rekreacyjnej. Szkicuję plan całej powierzchni i altanę oraz rozmieszczenie roślin w części sadowniczo- warzywniczej.

Piętnasta czterdzieści

 

Pomiar ciśnienia.

Wynosi: sto osiemnaście na sześćdziesiąt cztery, przy drugim odczycie sto dwadzieścia dwa na sześćdziesiąt dwa.

szesnasta trzydzieści

 

Koniec opowieści o altanie. Zainteresowałem Jurka niezwykłością zagospodarowania rodzinnej działki na wsi.

Rozważamy następnie swoją sytuację materialną teraz i po przeszczepie.

Puszczamy wodze fantazji, snujemy plany, zastanawiamy się nad znalezieniem zatrudnienia po wyjściu ze szpitala, bo żeby się odpowiednio odżywiać i leczyć koniecznie trzeba dorobić do renty. Powstawał na poczekaniu pomysł reklamy usług bankowych i supermarketów przy pomocy samochodu i zamontowanego na nim nagłośnienia. Najpierw należy załatwić zgodę na nagłośnienie w urzędzie miasta, ale to żaden problem dla mnie. Jurek na swojej działce leśnej, zajmie się zaś uprawą, na skalę przemysłową, borówki wysokiej.

siedemnasta

 

Słuchamy radia. Dostaję notes z wpisem: ozsiewaj radość wśród swoich bliskich, a zobaczysz, jak ona zakwitnie w Twoim sercu Pani Asia Wiśniewska, to kolejna osoba, którą poprzez ten wpis zapamiętam na trwale. Spośród wielu osób personelu dopiero piętnaście jest mi znanych z imienia i nazwiska. O wpis do notesu-pamiętnika proszę ludzi, do których czuję jakąś nić sympatii.

siedemnasta dwadzieścia

 

Telefon do kuzyna.

siedemnasta trzydzieści

 

Pielęgniarka podłącza mi kroplówkę.

siedemnasta trzydzieści pięć

 

Dietetyczka przynosi kolację.

Na talerzu: osiemdziesięciogramowa gorąca parówka, dziesięciogramowa kostka masła roślinnego, dwie kromki ciemnego pieczywa i jedno rumiane duże jabłko.

osiemnasta trzydzieści

 

Telefon od Krysi i brata.

Dziewiętnasta pięćdziesiąt do dwudziesta dziesięć

 

Wizyta ojca Ireneusza.

Jak przeważnie, również i tym razem poświęca trochę czasu na podtrzymanie mnie na duchu. Kiedy poczułem się już naładowany wewnętrznie zechciałem coś usłyszeć tym razem o samym już zakonie.

Uważnie słuchając kapelana dowiedziałem się, że do Polski dotarli Kamilianie przez Śląsk. Pierwszy dom zakonny powstał w tysiąc dziewięćset piątym roku w Miechowicach. Następnie w 1907 roku zakończono w Tarnowskich Górach budowę lecznicy im. Św. Jana Chrzciciela, gdzie leczono nałogowych alkoholików, a przez pewien czas też chorych umysłowo. Obecnie Tarnowskie Góry to, główna siedziba Kamilianów w Polsce. Dom generalny znajduje się w Rzymie.

Kamilianie to ostatni zarejestrowany przez papieża zakon. Aktualnie osoby tej wspólnoty składają cztery śluby: ubóstwa, posłuszeństwa, czystości i służby chorym.

Duchowni i bracia z tego zgromadzenia mają nieustanny kontakt ze światem cierpienia. Różne sytuacje zdarzają się w ich pracy zakonnej. Mają do czynienia z ludźmi bezdomnymi, narkomanami, chorymi na AIDS. Nie obcy jest im brud, smród i inne obrzydliwości. W każdych okolicznościach starają się wspierać chorych i szanować ich cierpienie. Bardzo to trudna służba, bo tylko ten kto zaznał w łóżku szpitalnym czym jest choroba, czym jest bezradność, czym jest bezsilność, tylko ten może zrozumieć tego, który przez takie doświadczenie przechodzi.

Bywa i tak, że zakonnicy wzruszają się w obliczu zmagań ludzi z ich krzyżem bólu. Ale w życiu są przecież takie sytuacje, w których ten, kto ma uczucia, ten musi zapłakać wobec pewnego cierpienia. Wobec pewnego dramatu, łzy mogą być jedynym językiem komunikacji.

Pomyślałem sobie w tym momencie, że moje położenie nie jest jeszcze takie najgorsze ponieważ z otoczeniem komunikuję się w różnoraki sposób.

dwudziesta pierwsza siedem

 

Pielęgniarka wchodzi na salę i zabiera Jurka na koronarografię.

dwudziesta pierwsza dwadzieścia trzy

 

Wraca Jurek, bo przywieziono świeży zawał i lekarze przystąpili najpierw do ratowania życia przywiezionego pacjenta. Badanie Jurka odwleka się w czasie.

dwudziesta druga siedem

Jurek ponownie wychodzi na koronarografię.

dwudziesta druga dziewietnaście

 

Powrót Jurka do sali. Poszedł z holterem. Badanie będzie możliwe dopiero po zdjęciu tego urządzenia.

dwudziesta druga dwadzieścia

 

Wieczorna toaleta.

dwudziesta druga trzydzieści

 

Przypadkowo spoglądam na nogi. Mocno nabrzmiałe stopy. Kostek nie widać. Obwód, nieco powyżej miejsca, gdzie zwykle widać kostki - mierzony kartka papieru w kratkę - wyniósł dwieście dziewięćdziesiąt pięć milimetrów i był aż pięć centymetrów większy, niż zwykle. Niepokoi mnie to mocno. To objaw złej pracy nerek.

dwudziesta druga czterdzieści pięć

 

Kładę się do łóżka. Może zasnę. Dopóki to nie następuje, słucham kaset ze swojego walkmana. Potem szukam czegoś interesującego w radiu.

 

Sobota, osiemnasty maja dwa tysiące drugi rok - dwudziesta trzecia po przeszczepie

 

Minęła północ, a sen nie nadchodzi. Zabieram się za pisanie tekstu, który może wykorzystam przy pisaniu wspomnień ze szpitala.

W czwartek Jurek opowiadał dużo o swoich doświadczeniach życiowych. Interesowało mnie to bardzo, ale byłem pod dużym wpływem, źle działających na psychikę, leków. Roztargnienie, nadmierne pobudzenie przeszkadzały w prowadzeniu logicznych zapisków. Notowałem tylko skrótowo pewne myśli.

Teraz spróbuję dokonać analizy przemyśleń i tematów poruszanych w dwudziestym pierwszym dniu po przeszczepie.

 

Nie sposób ocenić człowieka wykorzystując w tym celu tylko jeden zmysł.

Człowiek jest jednostką wielowymiarową i w różnych sytuacjach różnie może reagować. Może być bardzo dobry w otoczeniu dobrych ludzi i odwrotnie: ta sama osoba w otoczeniu przestępczym może być złym człowiekiem. Zbyt łatwo można się pomylić co do człowieka. Człowiek sprawdza się najlepiej, daje się poznać, w sytuacjach trudnych, na przykład, gdzie nastawienie jest nie na brać, ale dawać coś od siebie. Jeśli nic nie potrzebowałeś od niego, był znakomitym przyjacielem, a gdy zaistniała z twojej strony potrzeba, nastąpił zawód.

Do oceny człowieka najczęściej wykorzystujemy jedynie zmysł wzroku. Pierwsze wrażenie jest dla nas bardzo istotne. Niekiedy już na jego podstawie czujemy niechęć albo sympatię do kogoś. Dotychczas i ja tak postępowałem Teraz wiem, jak bardzo wielką rolę w poznaniu kogoś odgrywają spostrzeżenia i przemyślenia. Wyciąganie wniosków, analizowanie ich i ten rzut oka na zewnętrzną osobowość, pozwala dopiero na wystawienie zbliżonej do rzeczywistości cenzurki. By ocena była najbliższa prawdy, najbardziej trafna nie trafna, a najbardziej trafna - potrzebny jest zbiór ocen o tym samym zjawisku czy osobie, w różnych sytuacjach i z wielu źródeł.

Między innymi z tego powodu, z powodu utrwalania w sobie negatywnych obrazów personelu medycznego na podstawie pierwszych kontaktów, jest mi tak źle w szpitalu. W moim odczuciu: wokół dominuje oschłość, chłód, zimno, znieczulica. Tylko, od czasu, do czasu pojawi się jakiś NIOŁ A potem znowu piekło.

Te moje cenzurki na podstawie jednego źródła są krzywdzące dla personelu, ale na razie tak pozostaje, bo ten ogólny chłód wypełnia moje serce i utrudnia proces zdrowienia.

 

Spośród wielu historyjek opowiadanych przez Jurka, jedna zrobiła na mnie szczególne wrażenie.

Lekarz Jakub Gordon, z którym Jurek kiedyś pracował, opowiedział mu o swojej przygodzie życia, jakiej doznał w Oświęcimiu. Przedwczoraj, Jurek przekazał ją mnie.

Największym skarbem dla więźniów obozu koncentracyjnego, najważniejszym i najpotrzebniejszym do przeżycia - była żywność. Jedzenie równało się życie. Pan Jakub wiedział o tym doskonale. Przewidując i obawiając się, że kiedyś może znaleźć się w wyjątkowym kryzysie, który pokonać może jedynie dostarczając organizmowi pożywienia, systematycznie odkładał, ze skromnych porcji, niewielkie jego ilości - na ten moment. Odkładał skórki z racjonowanych kromek chleba. Swój skarb chował w osobisty obozowy sejf poduszkę.

I nadeszła chwila najtrudniejsza, zagrożenie życia, które uratować mogły zgromadzone skórki chleba. Sięgnął do sejfu. I szok! Nie znalazł nawet skrawka chleba. W poduszce nie znalazł nawet okruszyny ze gromadzonych skórek, nie było śladu po jego skarbie. Mimo to udało mu się przeżyć obozowe piekło.

Po wojnie znalazł zatrudnienie jako lekarz neurolog- psychiatra w Szpitalu Psychiatrycznym w Świeciu nad Wisłą.

Po wielu latach, na jednym ze spotkań byłych więźniów Oświęcimia, podszedł do niego mężczyzna. Ze skruchą wyznał, że to on wyjadł mu skarb. Prosił o wybaczenie.

Pan Jakub Gordon nie wybaczył, mimo, że był to nadzwyczajnie dobry człowiek, gotów zawsze wszystko zrozumieć i nawet bardzo naganne postępki usprawiedliwić. Nie można jednak darować komuś świadomego morderstwa. Przecież wszyscy więźniowie Oświęcimia wiedzieli, że brak żywności równa się śmierć. Tak więc kradzież ta równała się prawie morderstwu. Mogła być przyczyną śmierci, a życie doktor Jakub zawdzięcza jedynie Opatrzności.

 

Potem napisałem jeszcze kilka listów i podziękowanie w formie ymnu pochwalnego

Napisanie powyższych tekstów zajęło mi parę godzin, bo wielokrotnie je poprawiałem, zmieniałem, a w końcu pisałem od nowa. Była to też forma zajęcia się czymś, aby nie dopuścić myśli lękowych do głowy.

 

Cały czas grało radio, ale tylko wybiórczo je słuchałem. Nad ranem zainteresowała mnie wiadomość:

Osiemnastego maja tysiąc dziewięcet dwudziestego roku w Wadowicach urodził się Karol Wojtyła, Jan Paweł drugi papież od szesnastego października tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku.

Dziś więc osiemdziesiąte drugie urodziny Ojca Świętego. W tym momencie pomyślałem o jego wieku i o cierpieniach, które przezwycięża wyczerpującą pracą. Swoją postawą udowadnia wszystkim, zwłaszcza schorowanym, że życie jest największą wartością i godnie w nim należy trwać. A jak trwać, gdy brak sił na cokolwiek, podpowiada w wierszu chizotymik pisząc:

 

Są takie chwile głuche, chwile beznadziejne

czy wydobędę jeszcze z siebie myśl, czy z serca ciepło wykrzeszę?

 

Lecz wtedy tak bardzo mi ciąży nawet najlżejszy ciężar.

Idę, lecz cały stoję, nie czuję żadnego ruchu.

Pamiętaj wówczas - nie stoisz, lecz w ciszy te siły się prężą,

które odnajdą swą drogę, te siły, które wybuchną.

 

I wtedy znów - nie gwałtownie, nie cały sobą na raz

Rozkładaj momenty serca, rozkładaj napór woli.

W gorączkowym blasku źrenic niech się natychmiast nie spala

to, co rośnie w okresach zastoju

 

Następny komunikat radiowy informuje:

W dzień w województwie Śląskim będzie słonecznie i bez opadów. Temperatura 20 22 stopnie. W nocy pogodnie, bez opadów. Chłodno 8 5 stopni.

 

Jest postęp w leczeniu, przybywa mi sił. Po przyjeździe żony wyzwala się we mnie duża aktywność. Podwyższa się nastrój. Sytuację w jakiej się znajduję zaczynam oceniać bardzo optymistycznie. Ogarnięty nadmierną ruchliwością i przyspieszonym tokiem myślenia, proszę Krysię, a właściwie każę, by w moim imieniu napisała - na odpowiednich kartkach - to, co będę jej dyktował. Zaczynam tak:

 

Szanowna Pani

 

Primus inter pares ! Bo jakżeż inaczej?

Cenna jest Pani życzliwość, bo najprawdziwsza i inna.

I choć wszyscy pacjenci są przez Panią jednakowo

- bez wyróżnień - traktowani, czuję się zaszczycony,

że znalazłem się pod Pani opieką i obdarzony sympatią.

Wdzięczny pacjent z Częstochowy

 

Nie wiem jeszcze do kogo ten tekst trafi. Znam natomiast adresata następnego, który dyktuję żonie:

 

Zabrze, osiemnasty maja dwa tysiące drugi rok.

 

Cenna Stanisławo, Serdeczna Przyjaciółko, Wspaniała Kobieto!

Olbrzymie podziękowania za Twoją troskę i życzliwość z jaką mnie wspierasz. Bałem się, że zabraknie mi pożywki psychicznej do walki z bólem i cierpieniem, dlatego zwróciłem się z apelem do wszystkich, których pozytywnie zapamiętałem z ostatniego okresu swego pięćdziesięciopięcioletniego życia. Z bezładnie zapełnionych gryzmołami karteluszek rozpaczliwie krzyczę, zawiadamiając o swoim położeniu, a jednocześnie prosząc o podtrzymanie mnie na duchu. Zdecydowana większość moich znajomych, bezbłędnie odczytała zawarte w moim apelu błaganie i szybko podjęła się trudu wyzwolenia we mnie bodźców koniecznych do rozbudzenia iskierki nadziei. Pchnęła mnie w szpony optymizmu, dodała siły do trwania.

Ty Stanisławo, wykazujesz nadzwyczajną postawę. Czyż może być w życiu większe szczęście niż mieć tak niezawodnego przyjaciela? Kogoś, kto akceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy, mimo naszych wad? Nasza przyjaźń zapuściła głębokie korzenie. Rosła i dojrzewała mimo rozdzielenia czasem i odległością. Jesteś prawdziwym i wiernym przyjacielem. Jesteś, w tej chwili, po mojej żonie, rzeczywistym skarbem umacniającym mojego ducha swoimi słowami i po prostu Twoją obecnością w Zelowie. Jesteś posiadaczem najbardziej pożądanych towarów na świecie - ciepła, dobroci, uczynności i przyjaźni. Serdecznie dziękuję Ci, że obdarzasz mnie również Twoja własnością.

Teraz, od trzeciego maja dwatysiące drugiego roku, budzę się każdego ranka z głębokim uczuciem wdzięczności, za Ciebie, za moich przyjaciół, starych i nowych. Dziękuję Opatrzności, że umieściła ich na mojej drodze życia.

 

Ps. Rozpoczęła się dwudziesta trzecia doba po przeszczepie. Z dnia na dzień przybywa mi sił i czuje się lepiej, czego i Tobie szczerze życzę.

Niech Stwórca wszystkiego, nasz nieomylny przewodnik, błogosławi Ci, strzeże i rozjaśnia bezustannie oblicze Twe.

Promieniujący wdzięcznością Tosiek

 

Po wyjeździe Krysi ogarnia mnie senność, ale nie kładę się, mam zamiar wytrwać do dwudziestej drugiej.

Postanawiamy zagrać w szachy, które na moją prośbę dziś przywiozła żona. Pierwszymi ruchami osiągam przewagę, ale ostatecznie partię wygrywa Jurek. Mija mi ochota do grania.

 

Jurek rzuca temat do dyskusji:

Czym, my Polacy, jako naród o tysiącletniej tradycji, możemy się szczycić?

Szukamy w historii, w teraźniejszości, czegoś, co Polaków wyróżnia spośród innych narodów. Otwartość, tolerancja, duch narodu, waleczność i bohaterstwo - to naszym zdaniem dobre cechy Polaków, których brak innym społecznościom. Współcześnie zagranica widzi też Polaka jako osobę wiecznie narzekającą, klnącą. Pewnym wyróżnikiem polskości, stereotypem ukształtowanym jeszcze w XVII wieku, a funkcjonującym do dzisiaj, to pobożność i religijność katolicka, często na pokaz.

 

Napisałem parę słów do mojej siostry i poprosiłem Janusza - on był najżyczliwszy i dość zdrowy z przeszczepieńców - by zadzwonił do siostry i przekazał jej wiadomość o mnie, że:

czuję się coraz lepiej, choć nadal jestem izolowany. Piszę do was list, ale dojdzie za parę dni. O mnie się nie martwcie, wszystko na najlepszej drodze. Wiem, że macie dużo swoich problemów, ale może zrobilibyście coś dla mnie. Może Józia zerwałaby trochę sałaty, pietruszki, rzodkiewki i podesłała Krysi w poniedziałek, po siedemnastej, jak ona wróci z pracy. Może przez Jurka.

Na balkonie są cukinie, ogórki, nasturcja. Niech to Jurek zabierze na działkę. Gdzie wsadzić, napiszę. Może Józia pojechałabyś z Jurkiem Krysia koszty podróży pokryje. Szkoda by się sadzonki zmarnowały. Więcej piszę w liście, który niedawno podyktowałem Samueli. Może już doszedł.

Tosiek

 

Poprosiłem też Janusza, by zatelefonował do mojego kuzyna i podał numer komórki, aby ten do mnie przekręcił.

Mirek nadspodziewanie szybko zatelefonował. Był mocno zaskoczony, że jestem po przeszczepie. Zadzwoni ponownie w poniedziałek.

Trochę później odezwał sie Staszek z Nysy, kolega ze szkoły średniej, zaprasza do siebie po wyjściu ze szpitala. Myślami tak daleko nie wybiegam, ale może skorzystam wraz z rodziną.

 

Przed dwudziestą zajrzał na salę ojciec Ireneusz. Dziś jest w gorszej dyspozycji, ale znajduje chwile czasu by dokończyć swoją wypowiedź z dnia wczorajszego o zakonie w którym służy.

W Polsce jest około stu zakonników w ośmiu placówkach: w Zabrzu (dwie placówki) oraz po jednej w Tarnowskich Górach, Białej Prudnickiej, Pilchowicach koło Gliwic dzieci upośledzone, Zbrosławice - mężczyźni upośledzeni, w Wiśniczu koło Toszka i w Warszawie. Jedną z bardziej znanych postaci zakonu jest o. Arkadiusz Nowak doradca prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego do spraw narkomanów.

Na świecie jest ponad pięć tysięcy zakonników, ale liczba ta w sposób drastyczny zmniejsza się.

Sytuacja kadrowa jest dość trudna ponieważ w całej Europie poza Polską, nie ma powołań do zakonu. Są kraje, w których od czterdziestu lat nie było żadnego powołania. Do tych, między innymi, miejsc proszeni są do pracy Polacy. Służą więc w Niemczech, Austrii, Gruzji, na Słowacji, na Węgrzech i na Madagaskarze.

 

Po wieczornej toalecie spostrzegłem, że z prawej nogi zszedł obrzęk. Lewa jeszcze nieco spuchnięta.

 

O dwudziestej drugiej trzy, wezwano Jurka na koronarografię.

 

Po powrocie Jurka z badań długo rozmawialiśmy. W ciągu wspólnych dni pobytu poznaliśmy się do tego stopnia, że mogliśmy poruszać w rozmowach różne tematy. Teraz pora nocna sprzyjała rozmowie bardziej intymnej. Wymienialiśmy więc swoje doświadczenia z życia erotycznego. Najpierw o pierwszych uczuciach do dziewczyn, potem o związkach z kobietami, o uprawianiu seksu z żonami, ze swoimi żonami. Dość obrazowo informowaliśmy się o grze miłosnej, preferowanych stylach, o swoich możliwościach Na koniec zachwycaliśmy się żeńskim personelem szpitala. Wybraliśmy nawet najseksowniejszą pielęgniarkę; każdy inną.

Choć przegadaliśmy prawie pół nocy nikt nam nie przeszkadzał.

 

 

 

Niedziela, dziewietnasty maja dwatysiące drugiego roku - dwudziesty czwarty dzień od przeszczepu, jedenasta doba izolacji

 

Przy mierzeniu temperatury dowiedzieliśmy się, że nasza nocna pogawędka, w ztery oczy odbywała się przy uchylonych drzwiach z sali do dyżurki pielęgniarek.

 

Znowu od samego rana jestem wyjątkowo pobudzony. Dokąd Jurek nie będzie dysponowany, gotowy do wymiany poglądów muszę się czymś zająć. W szpitalu tylko jedno zajęcie sprawia mi przyjemność. Piszę więc:

Droga Aniu wraz z rodziną, serdecznie pozdrawiam.

Pewno już nie ma śladu w Twojej pamięci, kto to jest Antoni Leśniczek. Przypomnę więc. Kilka lat temu, w listopadzie poznaliśmy się na turnusie w Sanatorium Cegielski w Rabce. Aktualnie jestem w wyjątkowo trudnej sytuacji duchowej. Szczegóły w załączonym apelu. Proszę napisz obszerny list. Antoni Leśniczek z Częstochowy

Za chwilę następny list:

Szanowna pani Halino,

Pozdrawiam najserdeczniej jak tylko potrafię. Nikt, podczas mojego dotychczasowego pobytu w śląskim centrum chorób serca w Zabrzu nie sprawił mi tak miłej, a zarazem wzruszającej niespodzianki!

Pan Przemysław, poprzez którego zainteresowała się Pani moim samopoczuciem, spowodował, że rzuciłem mu się na szyję i dotąd trzymałem w objęciu, aż przestały mi wypływać łzy z oczu.

Niezwykła z Pani kobieta!!! Uczłowieczona - Homo Dei!

Dziękuję szczerze za psychiczne wsparcie w pełnych bólu i cierpienia chwilach.

Bardzo sympatyczny, młody pan doktor i za drugim razem na długo poprawił mój nastrój. Pytał o moje potrzeby, odpowiedział na parę interesujących mnie kwestii, a przede wszystkim wyraził Pani i swoją życzliwość.

Olbrzymie dzięki!!!!!

 

 

Ponieważ dziś nikt z rodziny mnie nie odwiedzi, bo Martynka idzie do pierwszej komunii, bez pośpiechu przechodzę do następnego tematu.

 

Od dość dawna, przebywając w większych zbiorowiskach ludzkich staram się zawierać jak najwięcej znajomości: zjednywać sobie poznane osoby poprzez uprzejmość, takt, używanie imion moich rozmówców w różnych odmianach itd. Również podczas leczenia na ciele, kiedy nadzieja na życie przewyższyła strach przed śmiercią, zapragnąłem poznać choć imiona personelu medycznego, który najczęściej zajmował się mną.

Najpierw nieśmiało, później trochę pewniej, prosiłem o wpis do grubego brulionu; przedstawienia się z imienia i nazwiska oraz dodania spod jakiego znaku się jest. Chodziło mi głównie o to, by nie zwracać się do personelu śiostro czy salowa a może raczej - do p. Michała - lecz po imieniu, dodając przed nim pani lub pan. Jakoś iostro nie przechodziło mi przez gardło. Używałem więc: pani, pan. Ale w sytuacjach przywołań humorystycznie brzmiało na przykład: pani pielęgniarko, proszę pani siostry.

Prośbę o wpis kierowałem do osób, co do których spodziewałem się, że nie odmówią nie powiedzą NIE!

Mimo to, do dziś dwie osoby nie powiedziały IE ale ich autografu nie otrzymałem. Na zmianie nocnej, z osiemnastego na dziewiętnasty maja, pierwsza pielęgniarka przedstawiła się chętnie i na me pytanie, czy jej koleżanka też mogłaby to uczynić, odpowiedziała twierdząco, dodając mi tym odwagi. Poprosiłem więc i drugą panią o wpis. Z japońską uprzejmością skinęła głową i powiedziała, że za chwileczkę. Po wielokrotnie dłuższym oczekiwaniu niż chwileczka zachęcającym gestem dłoni wskazałem na notes. Kiwnęła przytakująco, uśmiechając się przy tym pogodnie.

W tym momencie zrozumiałem, że moje oczekiwania są daremne.

Mój kompan z pokoju był odmiennego zdania.

O godzinie siódmej przyszła następna zmiana.

Ponieważ nadmiernie emocjonalnie przeżyłem ten epizodzik, zaczęliśmy się z Jurkiem zastanawiać głośno, co jest przyczyną takich zachowań jak opisane.

Moim zdaniem główny powód to zazdrość, że koleżankę obsypywaliśmy nadmiarem komplementów, a jej nie powiedzieliśmy nic miłego, choć jest bardzo ładną kobietą.

Kolega uznał, że prawdopodobną przyczyną mogło być: zaabsorbowanie pracą pod koniec zmiany albo sytuacja rodzinna; mąż na zmiany pracujący i trzeba szybko wrócić do domu, by zająć się małym dzieckiem, bo chore; niespodziewany telefon z domu w nagłej sprawie.

Banalne to, ale jakoś zrobiło mi się smutno i gdyby nie to, że na rannej wizycie zdobyłem autograf mojego wspaniałego opiekuna - dr Zakliczyńskiego Michała, to ogarnęłaby mnie pewno depresja. Postanowiłem jednak z pielęgniarkami nie zawierać już znajomości tym sposobem co dotychczas.

Mimo wszystko mam trochę satysfakcji, że z imienia i nazwiska poznałem piętnaście pań pielęgniarek i jednego pana pielęgniarza. Trzy osoby spośród nich dokonały nawet sympatycznych wpisów życząc tego co najlepsze.

 

Imiona i nazwiska innych, bardzo dla mnie ważnych osób, ustalam od paru dni. Obiecuję sobie, że do końca życia ich nie zapomnę.

 

Są to, opiekujący się mną stale od momentu przeniesienia na drugi Oddział Pooperacyjny,

doktor Michał Zakliczyński

i starsza pielęgniarka Halina Pisarska.

 

Są to też lekarze zespołu operacyjnego z dnia, dwudziestego szóstego kwietnia dwa tysiące drugiego roku.

 

Kardiochirurdzy:

dr Bogusław Ryfiński

dr Witold Gwóźdź

dr Adam Partyka

Anestezjolodzy:

dr Robert Kalisz

dr Włodzimierz Glanc

 

Są to również lekarze zespołu operacyjnego z dnia, drugiego maja dwatysiące drugiego roku.

Kardiochirurg dr Jacek Wojarski

Anestezjolog dr Halina Łatasiewicz

 

We wczorajszej gazecie znalazłem informację, że z okazji Dnia Matki wydrukuje ona życzenia nadesłane przez czytelników. Postanowiłem skorzystać z tej okazji. Piszę więc:

zanowna Redakcjo Dziennika Zachodniego

Szczególnie zależy mi na zamieszeniu moich i żony życzeń dla Matki w Gratce dla Mamy, gdyż nie mogę tego zrobić osobiście, bowiem przebywam i leczę się w śląskie centróm chorób serca w Zabrzu po przeszczepie serca przeprowadzonym dwudziestego szóstego kwietnia bierzącego roku , a nasza Mama mieszka w Złoty Potoku gmina Janów.

Jeśli byłoby możliwe prosiłbym o zwrot kuponu na adres domowy. Będzie to dla mnie cenna pamiątka.

Z wyrazami szacunku

Antoni Leśniczek

Ps. Załączam znaczek na korespondencje zwrotną, koperty mi zabrakło

Na kuponie wpisałem treść życzeń: roga Mamo Jadwigo! Każdego dnia prosimy Opatrzność byś była z nami jak najdłużej. Kochamy cię! Życzymy błogosławieństwa i opieki Bożej

 

Po obiedzie Jurek wyjawił, że jednym z jego ulubionych zajęć jest układanie fraszek. Na moją prośbę podyktował mi kilka. Oto one:

 

Kucharz

Stary Kuroń zup już nie gotuje

Choć coraz więcej ludzi głoduje

 

Pytanie premiera

Premier codziennie zadaje pytanie:

Co mogę jeszcze spieprzyć panie Maryjanie?

 

Na wejście do Wspólnej Europy

Sprzedaliśmy wszystko co miało kupca

Po co Wspólnej Europie brać teraz gołodupca

 

Nieszczęście

Każda partia ma dużo pomysłów i propozycji,

Lecz niestety; tylko wtedy, gdy jest w opozycji!

 

Nasz premier

Premier układu i obłudy,

Lecz ciałem i umysłem chudy.

 

Posłowie

Wybrańcy narodu

A wokół was tyle smrodu.

 

Po tym przerywniku układam scenariusz rozmowy z wnuczką i jej gośćmi oraz zięciem Robertem. Staram się być dowcipny, bo przypuszczam, że będą mnie słyszeć wszyscy obecni na przyjęciu pierwszokomunijnym.

Muszę sobie dokładnie zapisać, co będę chciał powiedzieć, gdyż rozmowa telefoniczna przypadnie na okres silnego działania leków zakłócających logikę myślenia.

 

Późnym popołudniem, o umówionej porze, czekam na telefon. Przy sobie mam kartkę. Czytam z niej:

- alo! Czy jestem na linii? Czy jestem słyszalny?

- .

- Króluj nam Chryste!

Witam wszystkich serdecznie i z olbrzymim wzruszeniem.

Proszę, jeśli to możliwe, z najważniejszą osobą dnia dzisiejszego, Martynką.

-

Kochana Martynko, czy wiesz, że dziś nie jeden anioł ci zazdrości?

Obecna niedziela to dzień zesłania Ducha Świętego. Owocem Ducha świętego jest miłość, radość i pokój. Pamiętaj o tym, Martynko, zawsze. A teraz powiedz, jak dużo masz gości i czy wszystkich znasz?

- ......

 

- Robercie drogi, przegrywając utwory, o które prosiłem poprzez Samuelę, zrobiłeś mi nadzwyczajny prezent. Z jakąż uciechą słucha się utworów: To nie sztuka wybudować nowy dom, To co dał nam świat .. itd.

Każdy dzień zaczynam od wysłuchania piosenki Alicji Majewskiej. Nie zaśpiewam jej wam, ale zadeklamuję fragment mimo, że całość znam już na pamięć. A oto on:

Jaki piękny świat, jaki piękny świat, jaki piękny świat,

To w takie dni wierszami szumią drzewa,

Same z siebie kwikną bzy, serce dojrzewa,

Zapala krew i coraz potężniej chce bić,

I narasta w nim wielki śpiew, wtedy wie się, że warto żyć!

Bardzo dziękuję.

 

- Dziękuję Wam pozostałym, którzy poprzez Krysię i Samuelę przekazujecie mi słowa wsparcia i otuchy.

 

- Zapachniało tatarakiem. Czyżbyście w dzisiejsze Święto Ludowe mieli go w wazonie?

 

- Może chcecie o coś zapytać? Jeśli potrafię to odpowiem.

 

- Całuję Was wszystkich. Delektujcie się serwowanymi potrawami i napojami. Do usłyszenia. Pa! /P>

 

Dialog ten, odpowiadając w myślach w imieniu swoich bliskich, poprowadziłem sam ze sobą, bo niestety telefon cały czas milczał.

Bardzo smutno zrobiło mi się z tego powodu. Trudno mi jeszcze zrozumieć, że każdy ma swoje życie i ono jest dla niego najważniejsze, a inny, choćby bliski, to drugorzędna sprawa.

 

Nie potrafiłem się nawet cieszyć z faktu, że usunięto mi głębokie wkłucie. Poczułem tylko pewną ulgę, a i optycznie wyglądałem już zdrowiej bez choinki wenflonów w szyi.

 

Mam jeszcze sporo nabiału w dwóch miejscach; w lodówce na sali numer sześć i w kuchni. Nie mam jednak ochoty na nic.

 

Jeszcze przed wieczorną toaletą przybył na salę nowy pacjent, Stefan Pilarz urodzony w Częstochowie, dwa lata przed wybuchem drugiej wojny światowej. W mieście tym przebywał do 1943 roku, a później przeniósł się z rodziną na zachód do Chojnowa w Legnickim. Jest osiem lat po przeszczepie. Ocenia personel szpitala, jako ludzi oddanych człowiekowi. Od niego dowiedziałem się, że do marca dwutysięcznego drugiego roku w Zabrzu przeprowadzono pięćset transplantacji serca.

 

Poniedziałek, dwudziesty maja dwa tysiące drugiego roku - dwudziesta piąta doba po przeszczepie.

 

Mimo dwóch tabletek nasennych przebudziłem się o północy. W głowie rodzą się pomysły i plany, które mają wypełnić czas kolejnego dnia.

Te, w tej chwili ważne, zapisuję by koniecznie realizować je już po przebudzeniu. Tak więc muszę solidnie zająć się swoimi mięśniami intensywnie ćwicząc przed śniadaniem i w trakcie rehabilitacji, zacząć czytać książkę księdza Tischnera, a potem inną: poradnik o planetach astronomię.

Myślę też zebrać wiadomości potrzebne mi do dziennika, który chce po wyjściu ze szpitala wzbogacić o pewne materiały. W tej chwili nie mam żadnej wiedzy na następujące tematy: o ogólnej historii ŚCCHS, używanym sprzęcie i zatrudnionym personelu.

Zastanawiam się również czy dokonywać w prowadzonym dzienniku oceny postaw personelu.

 

Po pierwszej, sporządzam szkic listu do teściowej, a następnie, już na odpowiednim papierze, piszę:

 

Kochana Mamo!

 

Dziękuję serdecznie za Twoje prośby kierowane do Boga w sprawie poprawy mojego zdrowia. Na pewno są wysłuchiwane, bo czuję się coraz lepiej. Już samodzielnie chodzę i to każdego dnia coraz dłuższe odcinki po pokoju, w którym mieszkam.

Mamo, gdyby nie Twój przykład wiary i dzielności w znoszeniu bólu, pewno bym się załamał. Wzmacniam się myślą, że skoro Ty wytrzymałaś tyle dotkliwych cierpień, to ja, jako mężczyzna, tym bardziej muszę wszystkie niedyspozycje cielesne znieść bez utyskiwań na los. Mam też łatwiej, bo najbliżsi mi w tym pomagają. Liczy się dla mnie każde wsparcie, w tym i Twoje.

Nie wyobrażałem sobie, że człowiek jest w stanie znieść najdotkliwszy ból, najnieznośniejsze cierpienie po to tylko, czy dlatego, żeby żyć dla swoich najukochańszych najbliższych.

Moje doznania bólu były różne, ale zdarzały się i tak przenikliwe jak Twój ból chorej nogi zbyt mocno ściśniętej bandażem w poradni przyszpitalnej na Tysiącleciu. Pamiętasz?

W szpitalu każdego dnia wszystkich chorych odwiedza kapelan. Ojciec Ireneusz Sajewicz z Zakonu Ojców Kamilianów przychodzi i do mnie.

Wie o mnie prawie wszystko.

Codziennie przyjmuje ciało Jezusa - Sakrament Chorych. Parę razy zdarzyło się to nawet w obecności Krysi. Gdy ojciec Ireneusz zachodzi do mnie na ostatku, poświęca mi wtedy sporo swojego czasu. Rozmawiamy o złożoności ludzkich losów, o doświadczeniu cierpienia, o potrzebie nadziei i darze wiary aż do końca, o jego pracy duszpasterskiej wśród personelu medycznego i chorych. Kapelan szpitalny chętnie opowiada też o swoich współbraciach.

Duchowny, ojciec Ireneusz Sajewicz jest bardzo młody. Ma zaledwie dwadzieścia siedem lat. Duchowo jest jednak tak dojrzały, jak doświadczony człowiek, który już niejedno przeżył. Jest znakomitym rozmówcą na każdy temat, a przy tym umie przekonywująco pocieszać.

Specjalizuje się w liturgii słowa. Inaczej formułując, doskonali się w ceremoniach, których centrum stanowi głoszenie słowa Bożego obejmującego trzy części: czytanie biblijne i rozważanie w ciszy usłyszanych słów, objaśnianie przeczytanych tekstów i śpiew psalmów, i wreszcie modlitwę wiernych po czytaniach, którą ujmuje w końcową formułę przewodniczący liturgii.

Bez wątpienia gdybyś go ujrzała pozostałabyś pod wrażeniem jego uroku osobistego i wyjątkowości duszy.

Jeśli dziś będzie miał trochę wolnego czasu poproszę go o błogosławieństwo dla Ciebie, Kochana Mamo.

Krysia jeździ do Zabrza bardzo często. Przywozi mi artykuły spożywcze i napoje, a przede wszystkim wyrazy wsparcia od siebie i te napływające w listach od rodziny, bliskich i przyjaciół. Cieszę się, że bywa długo przy mnie, bo jej obecność działa uspokajająco na moją psychikę.

Bywa też Samuela, ale rzadziej i krócej, bo w związku z komunią Martynki ma pełno dodatkowych prac.

Wkrótce, bo dwudziestego szóstego maja, Dzień Matki. Z tej okazji życzę Ci stabilnego zdrowia, stałej życzliwości ludzkiej, zwłaszcza od najbliższych sąsiadów i Bożego wsparcia w trudnych sytuacjach dnia codziennego.

Dbaj mamo o siebie. I oszczędzaj się. Do zobaczenia, wkrótce, w Złotym Potoku.

Antoś

 

Chyba dwugodzinna koncentracja nad treścią i pisanie na kartkach oświetlanych tylko ekranem monitora zmęczyło mnie, bo zaraz po odłożeniu listu i przyborów do pisania na trochę przysypiam.

Na dobre przebudziłem się o godzinie piątej. Spokojnie leżałem witając się z nowym dniem, gdy wtem niespodziewanie poczułem silne łaskotanie w płucach. Odruchowo sięgnąłem ręką po coś do picia, ale na blacie szafki tym razem wszystko było uprzątnięte. Przestraszyłem się okropnie. Czułem jak lada moment głęboki wdech rozerwie mi znowu szycie. W ostatniej chwili zacisnąłem na mostku szelki ochraniacza i - raz, po razie, kichnąłem ile sił w płucach. Nie poczułem nawet odrobiny bólu.

Pierwsze kichnięcie po operacji, w dwudziestej piątej dobie, mam za sobą.

 

Jest godzina piąta trzydzieści pięć. Przeżyłem.

Mimo wcześniejszych zamierzeń, gimnastyki po przebudzeniu nie wykonałem. Zapał minął, gdy spojrzałem przypadkowo na nogi. Lewa stopa tak obszerna jakby ktoś wtłoczył w nią z litr płynu. Prawa jest w lepszym stanie, bo obrzęk jest tylko śladowy. Ale i na nią nie włożyłbym w tej chwili swojego pantofla, z pary stojącej przy łóżku.

Boję się coraz bardziej o stan swoich nerek. Chcąc uciec od rodzących się w podświadomości lęków zaczynam odnotowywać każdą zmianę sytuacji jaką zauważam w swoim otoczeniu. W zasadzie koncentruję się na zapisywaniu upływającego czasu unikając emocjonalnego przeżywania poszczególnych scen. I tak, godzina:

piąta pięćdziesiąt

 

Pomiar temperatury. Trzydzieści sześć i cztery dziesiąte stopnia Celsjusza.

szósta piętnaście

 

Poranna toaleta.

siódma dwadzieścia

 

Pobranie krwi do dziewięciu probówek w celu jej zbadania.

ósma

 

Połknięcie leków.

ósma dziesięć

 

Telefon od Krysi. Nawiązujemy do tomiku poezji jej dyrektora. Do słuchawki mówię jednym z wielu wierszy Wojciecha Grabałowskiego:

 

Pomóż mi MIŁA

w tę chwilę rozłąki

myślą życzliwą

życzliwym wspomnieniem

uśmiechem pięknym

jak konwalii pęki

skróć czas niedobry

westchnieniem

 

Wzruszam się i Krysię.

ósma pięćdziesiąt pięć

 

Na salę wchodzi ze sprzętem do EKG na wózku, pogodnie uśmiechnięta, ładna dziewczyna. Wprawnymi ruchami palców zamocowuje na klatce piersiowej, nogach i rękach kilka elektrod z przewodami. Załącza urządzenie, a pisak na przesuwającej się taśmie rysuje różnokształtne linie. Jeszcze tylko wstrzymanie oddechu na parę sekund i pani Justyna, uśmiechając się przyjacielsko, komunikuje:

Badanie zakończone. Elektrokardiogram nowego serca gotowy. Teraz lekarz oceni czy jest prawidłowy, czy przeszczepiony organ dobrze funkcjonuje.

dziewiąta

 

Śniadanie.

 

Zupa mleczna 300 mililitrów

twaróg z rzodkiewka 60 gram

pieczywo dwie kromki,

mini kosteczka masła roślinnego,

kawa z mlekiem kubek 400 mililitrów

dziewiąta trzydzieści

 

Informacja od pani Halinki, że w południe będzie wypis dla Jurka.

dziewiąta pięćdziesiąt

 

Szybkie wydalenie Jurka z sali do grona oczekujących pod poradnią na parterze.

dziesiąta trzydzieści

 

Na łóżku pielęgniarki wwiozły do sali, znowu mocno zdenerwowanego, Adama Wojnowskiego. Próby uspokojenia go podejmowane przez pielęgniarki nie przynoszą rezultatu.

dziesiąta czterdzieści pięć

 

Piętnastominutowa rehabilitacja.

jedenasta dwadzieścia

 

Telefon od Meli. Moja wnuczka Martynka, jest szczęśliwa, bo zaproszeni na przyjęcie komunijne goście przekazali jej w prezencie aż dwa i pół tysiąca złotych oraz dużo podarunków rzeczowych.

jedenasta czterdzieści

 

Kontrola czystości powietrza w sali OIOT-u.

W wielu miejscach rozłożono pojemniczki w kształcie przeźroczystych słoików po kremie. Bada się czy w pomieszczeniu są drobnoustroje. Spośród drobnoustrojów najpowszechniejsze to grzybki.

dwunasta piętnaście

 

Wizyta.

Zmniejszenie leków odwadniających organizm. Dziś lub jutro Holter. W środę biopsja. Wszystko inne bez zmian.

dwunasta trzydzieści pięć

 

Obiad.

 

Krupnik 400 mililitrów

ryba gotowana 80 gram

ziemniaki 250 g, buraki 130 g,

kompot 200 mililitrów

 

trzynasta

 

Przyjęcie leków.

trzynasta piętnaście trzynasta czterdzieści

 

Popijam kawę.

 

Odrysowuje treść znaku ostrzegawczego przyklejonego na przeszklonych drzwiach oddzielających salę chorych od dyżurki pielęgniarek. Na czerwonym tle dwie białe osłony na usta i nos w formie twarzy ludzkiej. Lewa ma śmiertelnie smutną minę i przygnębione oczy. Druga tryska optymizmem; usta roześmiane od ucha do ucha i oczy też wesołe. Nadrukowany u góry i dołu karty czarny napis nakazuje:

PRZED WEJŚCIEM NA SALĘ ZAŁÓŻ MASKĘ NA TWARZ.

czternasta

 

Zmiana opatrunku na miejscu po wyjętych z serca elektrodach. Zdjęcie opatrunku z rany po głębokim wkłuciu.

czternasta dziesięć

 

Przyniesiono filtr do oczyszczania powietrza, urządzenie niszczące zarazem grzyby.

czternasta trzydzieści

 

Założenie Holtera.

czternasta trzydzieści pięć piętnasta czterdzieści

 

Spacer po pokoju.

piętnasta pięćdziesiąt

 

Posiłek z nabytych we własnym zakresie artykułów:

szynka konserwowa 120 gram,

olbrzymi pomidor,

kromka ciemnego pieczywa.

szesnasta

 

Ustalanie ciśnienia krwi; sto na siedemdziesiąt.

Mierzenie temperatury; wskazanie trzydzieści sześć i cztery kreski.

szesnasta dziesięć

 

Uzupełniam notatki z poprzednich dni.

siedemnasta dziesięć

 

Podłączenie kroplówki.

siedemnasta piętnaście

 

Wizyta doktora, pana Zakliczyńskiego Michała.

siedemnasta dwadzieścia

 

Koronarografia Pilarza.

siedemnasta czterdzieści

 

Kolacja.

 

Parówki śląskie 80 gram

masło roślinne,

trzy kromki chleba,

herbata.

osiemnasta

 

Ciśnienie. W normie.

osiemnasta piętnaście

 

Wrócił Pilarz z koronarografii.

osiemnasta trzydzieści

 

Elektrokardiogram Pilarza.

dziewiętnasta czterdzieści pięć

 

Oklepanie pleców i pomiar ciśnienia. W normie.

dwudziesta

 

Przyjęcie leków.

Własna kolacja.

Twarożek babuni 200 gram,

sok pomidorowy,

jabłko.

dwudziesta piętnaście

 

Telefon od Ewy, przyjaciółki rodziny.

dwudziesta pierwsza pięć

 

Telefon od żony.

dwudziesta pierwsza piętnaście dwudziesta pierwsza trzydzieści

 

Wizyta ojca Sajewicza. Zapoznaję go z listem do teściowej i proszę o jakiś miły gest dla niej.

Kapelan bierze do ręki kartkę z tekstem listu, który nabazgrałem w nocy i w wolnym miejscu wpisuje:

 

Bardzo serdecznie panią pozdrawiam.

Jestem tym młodym kapelanem szpitalnym. Pan Antoni napisał bardzo wiele miłych słów, sam u siebie tego wszystkiego nie potrafię zauważyć.

Szczęść Boże !

ojciec Ireneusz Sajewicz O S C am

 

Myślałem o błogosławieństwie, ale znając mamę i taki rodzaj życzliwości, zwłaszcza od duchownego, sprawi jej ogromną radość.

dwudziesta druga

 

Wieczorna toaleta.

dwudziesta druga trzydzieści

 

Słuchanie kaset i radia. Próba zaśnięcia.

 

Przez cały dzień, na bieżąco, skrupulatnie zapisywałem ilości wypitych i wydalonych płynów.

 

Wtorek, dwudziesty pierwszy maja dwutysięczny drugi rok - dwudziesty szósty dzień po przeszczepie.

 

Słońce wzeszło o czwartej czterdzieści jeden, a zajdzie o dwudziestej trzydzieści cztery.

 

Chyba zdrowieję, bo choć coś tam przemiennie boli jest ochota na seks. Silny wzwód.

Kolejna noc nie przespana. Tym razem, obok kłębowiska myśli, wypełniły ją głośne jęki i skargi Adama na okropny ból będący skutkiem dokuczających mu skurczy mięśni oraz częste wpadanie do pokoju przyzywanych pielęgniarek. Leki przeciwbólowe nie skutkują. Bardzo Adamowi współczuję, wiem przecież co to cierpienie, ale jestem bezsilny - nie umiem mu pomóc. Mógłbym go zabawić rozmową, ale dokuczający mu ból, mam wrażenie, że potęguje w nim dużą złość i obwinianie innych. Takie myśli powodują jeszcze większy dyskomfort ciała i absolutnie nie sprzyjają rozmowie. Początkowo z litością, później biernie, a potem już zobojętniały słucham jego zawodzeń. Zaniepokoiłem się dopiero, gdy Adam, najpierw łagodnie i sporadycznie, a potem w miarę upływu czasu, częściej i silnie zaczął kaszleć. A gdy zaczął spluwać flegmą byłem przerażony o siebie. Apogeum strachu wystąpiło gdy niespodziewanie, o siódmej dwadzieścia, potężnie kichnąłem. Stało się to, tak nagle, że nie zdążyłem zabezpieczyć mostka. Z mostkiem nic się nie stało, ale obawa o to, że zaraziłem się od Adama, narastała dość szybko i zajęła część moich szarych komórek.

Jeszcze ranna zmiana pobrała Adamowi krew, mocz i flegmę do badań. Tymczasem ból nie opuszczał go. Teraz już wił się, wiercił, rzucał w łóżku i krzyczał, iż zdaje mu się, jakby kolana gryzły mu psy.

Wszelkimi siłami staram się odizolować od trwających wokół mnie zdarzeń.

Nadal drobiazgowo zapisuję co dzieje się, o której godzinie, teraz zwłaszcza ze mną.

 

Podczas porannej wizyty lekarz przeprowadził ze mną wywiad potem zbadał i na długo zajął się Adamem. Z jego rozmowy z pielęgniarką wywnioskowałem, że postanowił mnie przenieść z OIOT do sali, w której przebywają pacjenci zdrowi oczekujący na badania.

Okropnie się ucieszyłem, że wreszcie nastąpi jakaś zmiana w moim szpitalnym pobycie, nie interesując się wcale przyczyną nagłej przeprowadzki. Ona była dla mnie zupełnie w tej chwili nieistotna.

 

Dopiero po paru godzinach, podczas obiadu, zacząłem dociekać, dlaczego tak nagle wydalono mnie z izolatki.

Na początku tłumaczyłem sobie to faktem, że w ciągu dwóch ostatnich dni systematycznie poprawiała się moja kondycja fizyczna i lekarz uznał, iż nowe środowisko nie zaszkodzi memu zdrowiu.

Innym powodem takiej decyzji również mógł być pogarszający się stan zdrowia Adama walczącego od kilkunastu godzin z bólem stawowo- mięśniowym i sukcesywnie narastającym kaszlem.

A może lekarz poznał moją psychikę i przewidując, że jeszcze kilka godzin wspólnego pobytu z tak cierpiącym chorym, a załamię się?

W końcu uznałem, że doktor Zakliczyński zrobił to z obawy bym się nie zainfekował kaszlem i flegmą chorego sąsiada.

 

Dziś po raz pierwszy zwróciłem uwagę na ogromną ilość tabletek, kapsułek, kroplówek jaką otrzymuję. I tak:

o siódmej czterdzieści pięć podłączono kroplówkę,

o ósmej połknąłem sześć kapsułek immunosupresyjnych,

o dziewiątej trzydzieści - siedem tabletek i jedną kapsułkę,

o czternastej czterdzieści - pięć tabletek.

Nie interesuję się jeszcze, co to są za leki, co leczą, jak się nazywają itd.

 

W gazecie przeczytałem, że dzisiaj na Śląsku,

po ciepłej i pochmurnej nocy temperatura sięgnie 19 stopni. Jutro już 21. Czwartek powinien być słoneczny, bez opadów, a temperatura może zbliżyć się nawet do 28 stopni. Od piątku wzrost zachmurzenia, burze oraz spadek temperatury nawet do 18 stopni, a więc będzie o 10 stopni chłodniej. Sobota i niedziela pochmurne, deszczowe, a temperatura około 20 stopni.

Powraca normalna wiosna, ale wegetacja jest przyśpieszona o miesiąc! Lipy są już przed kwitnieniem. Kwitnie czarny bez, łubin ogrodowy, a także trawy.

 

O czternastej czterdzieści zadzwoniła Krysia. Ucieszyła się, że jestem na ali zdrowych A ja mówiłem do niej półsłówkami. Nie czułem się swobodnie.

 

O piętnastej trzydzieści, podczas wizyty, lekarz podał mi regulamin pobytu. W pokoju, przy drzwiach, na lodówce, pudełko z maseczkami. Mogę spacerować po korytarzu, ale w okresach kiedy mało ludzi i z maseczką na twarzy. Przeniesiony zostałem, bo Adam zaniemógł na zapalenie płuc.

 

Szybko moja radość po opuszczeniu OIOT u prysła jak bańka mydlana. Nie liczyłem na rewelacje, ale zmianę otoczenia i spotkanie interesujących ludzi. Tymczasem dwóch współlokatorów zrobiło na mnie bardzo złe pierwsze wrażenie. Pokpiwanie i niewybredne uwagi dotyczące wielu moich zachowań, bądź czynności, były mocno irytujące. Katorgą stawało się wysłuchiwanie prostackich docinków. Trywialność jaką się odznaczali wzbudzała we mnie strach.

 

Najbardziej przeżyłem zakaz prowadzenia notatek wypowiedziany w następującej formie:

- Patrz, kurwa, szpiega nam nasłali.

- Tak, kurwa, zapisuje o czym pierdolimy.

- Zakabluje , kurwa, lekarzowi.

- Przestań, kurwa, notować!

- Weź mu , kurwa, tą kartkę!

Początkowo myślałem, że taka prostacka postawa to, prymitywny żart. Kiedy podobna scenka zaistniała powtórny i kolejny raz, przerwałem notatki, a wszystkie dotychczas zapisane kartki starannie ukryłem jak, cenną biżuterię. Zacząłem się bać poważnie o swoje życie.

W czasie snu mogą mnie zamordować myślałem jak najpoważniej w świecie.

W przeświadczeniu tym umacniałem się słuchając innych rozmów jakie ze sobą prowadzili. Narastająca trwoga sprawiała, że obawą napawały mnie nawet niewinne dialogi, jak choćby ten:

chudy Kurwa, na echo!

A ty , kurwa, masz już zrobione?

Tak. Kurwa, trzymał mnie z godzinę. Zrobił kontrast i, kurwa, nic! Lekarz mówi: kurwa, ładną masz pan, ... no.. kurwa, tę ...

Biopsję, kurwa!

Nie, kurwa! Tą ... wyrzutowość, kurwa! Sześćdziesiąt osiem, kurwa, mam!

Kurwa, ładnie masz; sześćdziesiąt osiem ?

Widziałeś, kurwa?

To, kurwa, teraz ja zapierdalam!

 

Ze strachu, że jak zobaczą co zaprotokołowałem to mnie w nocy uduszą dopisałem na końcu scenki: prawdopodobnie był to dialog dla jaj

Nie mogąc notować okropnie się męczyłem. Psychicznie znowu poczułem się fatalnie. Przyjmując postawę obronną postanowiłem nie reagować na zaczepki, dając jednocześnie do zrozumienia, że mam duże poczucie swej wartości intelektualnej.

 

Zaraz po kolacji, zachowując się jak więzień przygotowujący się do napisania grypsu, wykorzystując okazję samotnego pobytu w sali, pośpiesznie schowałem kartkę i ołówek do kieszeni piżamy.

Kiedy ze szpitala ubyło odwiedzających i personelu, po osiemnastej, założyłem maseczkę na twarz i wyszedłem z sali.

Początkowo poruszałem się w pobliżu pokoju. Gdy zorientowałem się w swojej dobrej kondycji windą zjechałem piętro niżej. Tam chodząc wąskim holem przed gabinetem dyrektora, profesora dr hab. n. med. Mariana Zembali, martwiłem się jak przetrzymać czas dokąd nie zmienią się współlokatorzy, z którymi nie potrafię nawiązać jakiegokolwiek dialogu.

By rozładować napięcie, usiadłem na wygodnym krześle stojącym w poczekalni kierownictwa kliniki. Wyciągnąłem dużą kartkę starannie złożoną w mały pakiecik, wziąłem do ręki miniaturowy ołówek i po krótkim zastanowieniu przystąpiłem do przelewania na papier aktualnych myśli.

Niestety przy pierwszych znakach wykruszył się grafit.

Poczułem się jak spadający balon, z którego uszło powietrze. Podniosłem głowę pochyloną nad kartką. Wszędzie wokół mnie tańczył kolor i wibrowało łagodne światło. Najpierw zwróciłem uwagę na jaskrawo żółte słońce naklejone na niebieskiej ścianie, wkomponowane w hasło ułożone z szarych liter, wykonanych tą samą techniką. Później na oświetlenie i plastyczny wystrój holu. Wpatrując się w żółty kolor słońca stawałem się krytyczny i trzeźwo myślący, zacząłem zwracać uwagę na szczegóły. Obejrzałem plakaty zapraszające na międzynarodowe konferencje kardiologiczne jakie w Zabrzu się odbywają, zerknąłem na wycinki prasowe mówiące o Śląskim Centrum Chorób Serca, ale najwięcej czasu poświęciłem analizie niedokończonego zdania, widniejącego na części niebieskiej ściany z promiennym słońcem; BO JESTEŚMY PO TO ABY RATOWAĆ, LECZYĆ, DAWAĆ NADZIEJĘ ...

- Ileż głębokiej treści, ileż ludzkich uczuć i oddania jest w tej misji Śląskiego Centrum ?! rozważałem w zadumie.

Czułem jak bardzo pozytywnie wpływają na mnie otaczające kolory i subtelne oświetlenie, które wytwarza efektowne odcienie we wnętrzu wydzielonej poczekalni.

Uzyskałem spokój wewnętrzny.

Tu znalazłem poczucie bezpieczeństwa. Postanowiłem, że w miejsce to, będę przychodził codziennie po radość do życia!

Po powrocie do pokoju i zażyciu leków słuchałem swoich kaset.

Nie mogąc pisać ani czytać, bo już o dwudziestej pierwszej w pokoju pozostało tylko światło awaryjne - zasnąłem.

 

 

Środa, dwudziesty drugi maja dwatysiące drugi rok - dwudziesta siudma doba po przeszczepie

 

Nadal nie mam żadnego kontaktu ze współ chorymi. Strach przed infekcją i obawa przed szperaniem w moich notatkach przez współlokatorów powstrzymuje mnie przed pójściem na dłużej do Janusza i Witolda, leżących na sali obok. Zajrzałem do nich tylko na chwilę, ale odniosłem wrażenie, że bardziej byli zainteresowani programem telewizyjnym niż moją wizytą. Poza tym zdominował ich właściciel telewizora. Trzeba więcej czasu by rozbudzić na nowo istniejącą wcześniej życzliwość, ale opanowany przez chandrę nie mam do tego chęci wcale.

 

Przed jedenastą na salę zajrzał Bernard Duży. Uradowałem się nieprzeciętnie, że mogę pogadać z kimś życzliwym. Wprawdzie nagadać się nie nagadałem, bo cały czas mówił on, ale za to dowiedziałem się sporo o działalności Stowarzyszenia Transplantacji Serca. Usłyszałem również dużo o talencie mediatorskim prezesa stowarzyszenia, Tadeusza Bujaka, i jego zaangażowaniu w poszukiwanie sponsorów, dzięki którym można zorganizować więcej spotkań pomagających żyć osobom po transplantacji.

Według Bercika, jak nazywają Bernarda pielęgniarki, w stowarzyszeniu dominuje wzajemne zrozumienie. Wszyscy mają bowiem poczucie wspólnego losu, podobnej drogi jaką przebyli od chwili zdiagnozowania choroby, poprzez leczenie do operacji.

Zacieśnieniu więzi, nawiązywaniu znajomości i przyjaźni sprzyjają liczne imprezy, które organizuje stowarzyszenie. Dzięki nim możliwość spotkania się mają przeszczepieńcy z różnych klinik i odległych krańców Polski.

Chciałbym móc uczestniczyć w różnego rodzaju rekreacjach, które firmuje STS i przeżywać je podobnie, jak przed przeszczepem turystyczne eskapady po Polsce. Ale bardzo nie chciałbym znaleźć się ponownie w towarzystwie wędkarzy i chudych.

Z tego między innymi powodu, jeszcze, mimo zachęt Bercika, waham się z podjęciem decyzji o wstąpieniu w szeregi organizacji zajmującej się osobami po przeszczepach serca.

Tuż przed wyjściem Bernard wspomniał o książce pod redakcją Tadeusza Bujaka, która porusza tematykę przeszczepów serca.. Wyraziłem chęć nabycia jej.

 

Dziś po kolacji spacer i medytację prowadzę tylko w korytarzu pierwszego piętra. Tam też wykonuje spontanicznie kilka krótkich telefonów do rodziny.

 

Mam nowe życie, ale jak je zorganizować, jak ignorować chamstwo i wulgaryzm? Jak stać się dla ludzi interesującym i wzbudzać ich podziw?

A może lepiej byłoby coś przedsięwziąć, by akceptować każde otoczenie i umieć się z nim integrować?

Co uczynić by z mimozy przeistoczyć się w twardego faceta z tupetem, tryskającego dowcipem i nieraz grubiańskim humorem?

 

Jest za kwadrans dwudziesta trzecia. Przebudziłem się po półtoragodzinnej drzemce. Sąsiedzi śpią. Skrycie, bezszelestnie wyciągam kartkę. Wykorzystując światło - wpadające z hallu przez otwarte na oścież drzwi - zaczynam pisać. Czuję się rześko, jak po przespanej nocy.

Boże! Za godzinę kończy się kolejna emocjonująca doba. Czas umiarkowanych przeżyć lecz wyjątkowy, bo bez cierpień i udręki cielesnej. Wprawdzie rano, z powodu schowania się żył, przy zakładaniu kaniuli dożylnej było trochę bólu, a także niepokoju, że pęknie mi lub zniknie kolejna żyła, ale szybko o tym zapomniałem.

 

Dwudziesta trzecia. W sali ciemność, bo na korytarzu przygaszono światło. Nie widząc już liter kontynuuję jeszcze chwilę zapiski.

 

Liczne telefony zmęczyły mnie trochę. Teraz pogadam z Jezusem, posłucham muzyki i pewno szybko zasnę.

oże jak mi nieswojo! Dopiero teraz pomyślałem o Tobie. Od dwóch dni, od czasu kiedy poprawiło się moje samopoczucie, wcale nie czuję potrzeby modlitwy. Zapomniałem o Tobie, ale na szczęście, Ty, mnie nie opuściłeś. Spowodowałeś, że serce nie jest już odrzucane przez mój organizm. Dzisiejsza zerowa biopsja i odwiedziny żony to, pewno też Twoja zasługa. A ja zamiast zachwycać się Twoją mocą, dostosowałem się do otoczenia, stając się wulgarny i stetryczały. Tylko dla Krysi i rozmówców telefonicznych jestem inny

 

Czwartek, dwudziesty trzeci maj dwa tysiące drugi rok - dwudziesta ósma doba po przeszczepie.

 

Trzecia godzina. Przebudzam się. Notuję pomysły, które przychodzą mi do głowy, a dotyczą sposobów zbierania materiałów do prowadzonego dziennika. W paru słowach odnoszę się też do odczuwanego pobolewania w klatce piersiowej, po czym układam się do snu chowając zapiski pod poduszkę.

 

Obudziłem się pierwszy, tuż po piątej. Przy porannej toalecie rozłożyłem kartkę by wypisać na niej pielęgniarki, z którymi chciałbym porozmawiać na tematy mnie interesujące. W miejscu tekstu pisanego po północy zobaczyłem kilka linijek zapełnionych gęsto pionowymi niekształtnymi kreskami. Po prostu, pisząc w ciemności, umieszczałem poszczególne wyrazy wielokrotnie na tych samych miejscach. Poza godziną, nic nie da się odczytać.

W tej chwili dotarło do moich zmysłów, że do tej pory posiadałem niebywały dar. Ja, stale używający do czytania okularów o mocy półtorej dioptrii, nie dość, że pisałem bez nich, to jeszcze w ciemności! Czy to nie nadzwyczajne?

 

W ciągu dnia nie mogę już wytrzymać bez pisania. Nadal lękając się skutków niechęci sąsiadów, stosuję zaszyfrowanie tekstu. Tylko w sprawach mało istotnych, otwarcie w punktach, sygnalizuję wydarzenia i potrzeby.

 

Rano przy podawaniu kroplówki okazało się, że wczoraj założony wenflon jest niedrożny, a miejsce wkłucia granatowe i opuchnięte. Również i druga dłoń bolała. Bezzwłocznie pielęgniarka zastosowała odpowiednie maści oraz płyn i bandażem owinęła obolałe miejsca po kaniulach dożylnych. Najgorsze było to, że dziś mam dostać dwie kroplówki i w związku z tym wenflon jest konieczny. Okropnie się bałem mając w pamięci ból i ostatnie trudności; kłute żyły trzykrotnie pękły. Taki też przestraszony siadłem w dyżurce wezwany przez pielęgniarkę. Podwinąłem lewy rękaw piżamy i gotowy na kolejną udrękę, ze zniecierpliwieniem czekam. Tymczasem jedno bezbolesne ukłucie pani Haliny Pisarskiej, zabezpieczenie sterylnym przylepcem zostawionej w żyle igły... i po wszystkim!

 

Ćwiczenia rehabilitacyjne odbywam dziś razem z czwórką innych rekonwalescentów, w sali wyposażonej w odpowiedni sprzęt i przyrządy.

Po raz pierwszy od czasu operacji, samodzielnie idę po schodach, jedno piętro w dół. Przyszło mi to z dużym problemem, bo przy każdej zmianie stopnia na niższy odczuwałem przenikliwe kłucia w mięśniach łydek i ud; przemiennie, to jednej , to drugiej nogi.

Z powodu maseczki na twarzy trudniej mi się oddychało i w trakcie wykonywania niektórych ćwiczeń szybko się męczyłem. Mimo to, z wielką ochotą wsiadłem na rower i przez dziewięć minut z dwoma przerwami wytrwale pedałowałem. Dla zwiotczałych mięśni nóg, był to jednak mniejszy wysiłek niż wcześniejszy spacer po schodach, bo nie odczuwałem tak dotkliwego bólu. Serce na pierwszym treningu rowerowym spisało się bardzo dobrze. Biło nawet wolniej niż niekiedy w spoczynku, bo tylko sto dziesięć uderzeń na minutę.

Po krótkim odpoczynku, w towarzystwie pani rehabilitantki, ruszyłem do szóstki na drugim piętrze. Tym razem, idąc po schodach, bólu nóg nie odczułem. Całkowicie pochłonięty byłem kontrolą oddechu i równowagi, bo trochę chwiałem się na nogach, a oddech dziwnie przyśpieszał. W połowie drogi musiałem krótko odpocząć. Zaś po pokonaniu ostatniego stopnia, nie puszczając się poręczy, kilka razy głęboko nabrałem powietrza w płuca, by dotlenić serce oraz uregulować oddech.

Zaraz potem z ulgą pomyślałem, że kolejną próbę mam za sobą.

Po uregulowaniu oddechu raźnie ruszyłem korytarzem przed siebie, ale szybko zwolniłem, gdyż w głowie kręciło mi się jakbym zszedł przed chwilą z karuzeli, a w oczach pojawiły się mroczki.

Przestraszony szybko oddychałem i szeroko rozstawiałem nogi. Pani Karina zauważyła, że chyba ze mną coś nie tak, bo troskliwie zapytała:

- Czy dobrze się pan czuje?

- Dobrze - odpowiedziałem jak najkrócej i bez specjalnej pewności tego, co mówię.

Na szczęście sala chorych była tuż, tuż! Na łóżku poczułem się już bezpiecznie.

 

Do obiadu niedaleko. Wyobraźnia wypełniona obrazami smakołyków, które bym chętnie zjadł. Piszę prośbę do Krysi i Meli o dostarczenie mi: duszonego - z pieczarkami - pstrąga lub dorsza, ugotowanego w termo mikserze gołąbka, budyniu śmietankowego, mleka z zawartością pół procent tłuszczu, płatków kukurydzianych, suszonych śliwek, orzechów laskowych i migdałów. Nadal mam wilczy apetyt. I choć szpital żywi chorych obficie rodzina musi mnie dokarmiać, a niejednokrotnie też dogadzać różnorakim zachciankom. Tymczasem, zarówno przy spożywaniu niedoprawionych szpitalnych potraw jak i ulubionych dań z domu dostarczonych, rozpoznaję tylko jedną chemiczną właściwość przyjmowanych posiłków - GORYCZ!

 

Po obiedzie słucham swojego radia, bo pokojowe nastawione jest teraz na nielubianą przeze mnie audycję o treści politycznej. Leżę sobie wygodnie na wznak, wreszcie zadowolony z faktu, że mnie nic nie boli. Płynąca ze słuchawek muzyka nastraja wyjątkowo optymistycznie. Myśli wybiegają w przyszłość. Rodzą się pomysły na uatrakcyjnienie pobytu w klinice. Zamysł napisania relacji z okresu leczenia przybiera realniejsze kształty mimo, że przejściowo maleje ilość materiału, emocje nie są już tak wyraziste jak dawniej, zanika subtelność uczuć, stabilizuje się stan ducha, a ból i negatywne oddziaływanie leków na organizm powszechnieją. Ale przecież - poza salą chorych - istnieje kopalnia surowca bez dna. Trzeba tylko rozpocząć poszukiwania. Dziś spacerując korytarzami szpitalnymi rozejrzę się wnikliwie. Może, obok plakatów i gazetek ściennych propagujących zdrowie, uda mi się odkryć parę miejsc, które warto sfotografować. Muszę znaleźć przede wszystkim logo Śląskiego Centrum Chorób Serca, które trzeba będzie wkomponować w karty moich wspomnień. Ostatni też moment na zebranie, od personelu medycznego, informacji o ich pracy i wiadomości o obiekcie. Muszę się śpieszyć, bo po biopsji, jeśli będzie dobra, mogę otrzymać wypis do domu.

 

Zadzwonił brat. Podczas rozmowy przekazał radosną wiadomość, że kupił dla mnie kozę na prezent urodzinowy. Później dodał, że ma też prezent imieninowy - królika.

 

Jest osiem komórek odpornościowych. Mogę wychodzić z pokoju bez maseczki, ale poruszać się tylko w miejscach, gdzie jest mało ludzi. Bardzo uważać.

Natychmiast skorzystałem z nowej możliwości. Po raz pierwszy po operacji, zadzwoniłem z telefonu poza salą bez maseczki na twarzy. Szukając automatu na drugim piętrze, zwracałem uwagę na wszystko, co po drodze napotykałem. Po zakończeniu rozmowy telefonicznej kontynuowałem poznawanie szpitala. Efektem mojej eskapady było wytypowanie miejsc, które warto uwiecznić na kliszy.

 

Ponieważ w sali nie można zapalać światła, gdyż razi ono w oczy sąsiadów, już po dwudziestej pierwszej ze słuchawkami na uszach układam się do snu. Nawet jak zasnę, a trzeba wziąć jakieś leki to, o odpowiedniej porze przyniesie je pielęgniarka i zbudzi mnie. Tak robię od chwili gdy trafiłem w obecne miejsce.

 

Piątek, dwudziesty czwarty maja dwa tysiące drugi rok - dwudziesta dziewiąta doba po przeszczepie,

 

pierwszy dzień piątego tygodnia od orotopowego przeszczepu serca - OHT

Zaraz po północy przebudziłem się. Jak zwykle napisałem parę zdań, przelewając niepokój na papier. Niestety, przy świetle dziennym, czytelne z tego były tylko trzy słowa: krótki oddech, słabość...

Choć przywykłem do otoczenia w jakim się znalazłem to, wiadomość o tym, że dzisiaj mogę znaleźć się w zupełnie innym towarzystwie dodała mi pewności siebie. Od świtu z zapałem zabrałem się za pisanie.

 

Parę razy, podczas tych trzydziestu dni, opiekowała się mną bardzo młoda pielęgniarka, pani Wioletta. Jest moją ulubienicą. W żadnej sytuacji nie jest impulsywna. Przy trudnym pytaniu lub złożoności sytuacji lekko rumieni się, a tremę tuszuje uśmiechem. Ze spokojem rozwiązuje każdy problem, znajdując sposoby przezwyciężenia go. Wczoraj gdy wenflon znów przytkał się, cierpliwie obejrzała jego zamocowanie, następnie otworem od góry przepłukała go nieco i przykładając strzykawkę równolegle do położenia ręki powoli wtłoczyła całą jej zawartość w żyłę. Jest delikatna i uprzejma.

 

Już dwadzieścia po piątej poczułem się bardzo głodny, wolno więc zjadłem duży rogal i przystąpiłem do porannej toalety, choć tu na sali, nikt z personelu nie wydaje poleceń aby to robić i nie pomaga w tych czynnościach. Jest pełna dowolność w tym względzie. Tylko rytm dawkowania leków, dokonywania pomiarów ciśnień i temperatury jest stały albo wynika z potrzeb chorego lub zaleceń lekarza. Regularnie też odbywają się wizyty lekarskie, sprzątanie i podawanie posiłków.

 

Tak jak najczęściej, piętnaście minut przed szóstą, ci co spali zostali zbudzeni, by mierzyć sobie temperaturę. O szóstej pielęgniarka przyniosła dwie tabletki Furosemidu, które od razu połknąłem i przystąpiła do pomiaru ciśnienia, odczytywania wskazań z termometrów i zapisywania wyników w kartę historii choroby. U mnie wszystko w normie.

Następnie poszedłem do sali zabiegowej, by dokonać kontroli swojej wagi. Ważę osiemdziesiąt dziewięć kilogramów siedemset gram. Codzienne ważenie jest jakby jednym z elementów badań. W powiązaniu z dokonywanym każdej doby bilansem cieczy - drobiazgowym zapisywaniem ilości płynów wypitych i wydalonych - pozwala między innymi zauważyć nieprawidłowości w funkcjonowaniu organizmu.

 

Po powrocie zastaję na wysięgniku nad swoim łóżkiem kroplówkę. Ledwo zdążyłem się położyć, a już zjawiła się pielęgniarka. Tym razem bez przeszkód popłynęły z plastikowej butelki kropelki bezbarwnej cieczy. Spojrzałem na zegarek, szósta dwadzieścia. Kontroluję tempo opróżniania butelki. Niekiedy zdarza się, że lek wypływa wolniej niż ustawiła pielęgniarka. Wtedy wystarczy, niekiedy, ułożyć odpowiednio rękę by przywrócić poprzedni stan. Najskuteczniej można przyśpieszyć czas cieknięcia kroplówki, choć jest to zabronione, poluzowując zacisk na wężyku łączącym ją z kaniulą dożylną.

 

O siódmej trzydzieści, jeszcze podczas trwania kroplówki, odbyło się pobieranie krwi na komplet badań. To zawsze stresujący moment. Żyły pod wpływem zażywania leków pochowały się. Pewno i lęk na to ma wpływ. Nie zdarza się jednak by pielęgniarki nie potrafiły wykonać zamierzonej czynności.

 

Już na pewno wiadomo, że współlokatorzy po śniadaniu zostaną wypisani ze szpitala, bo przeszli cały cykl badań: Wędkarz kontrolnych po przeszczepie, a Chudy kwalifikujących do przeszczepu. W ciągu trzech dni wspólnego przebywania, przeżywania różnych sytuacji, czyniłem wszystko, co tylko możliwe, aby ich zrozumieć. Gdy poznałem ich problemy, pomyślałem, że dzięki temu, iż stale oskarżają innych o stawianie przeszkód w życiu i są wulgarni - mogą trwać. Bo jak radować się, gdy jedną czwartą dochodów trzebaby wydać na leki, aby nie cierpieć? Nie umiałem przyjść z pociechą słysząc urywek rozmowy, podczas której pacjent obok, Wędkarz, narzekał na trudną sytuację finansową. Razem z żoną dysponują miesięcznie kwotą niewiele przekraczającą czterysta złotych, a on na wykupienie samych recept potrzebuje ponad sto. Nic dziwnego, że pytanie o stan serca kwituje zdaniem:

Po co mi było nowe serce, skoro nie mam pieniędzy na wykupienie podstawowych medykamentów chroniących je i leczących choroby innych narządów.

 

To co było, jest już historią. W tej chwili przeważa radość, że znowu będę z pełnym dobroci i cierpliwości Witoldem z Lublina.

Piękniejący nastrój sprawia, że z chęcią biorę do ręki gazetę. Przeglądam informacje ogólne, polityczno-gospodarcze i inne. Mam tak dobre samopoczucie, że z rozbawieniem czytam powiedzenia:

 

Jak każdy o sobie pomyśli, to będzie o wszystkich pomyślane.

Ten się śmieje ostatni, kto najwolniej kojarzy.

 

Dobry humor pomaga mi w ćwiczeniach rehabilitacyjnych. W trakcie monitorowanego treningu rowerowego interwałowego, przy obciążeniu piętnastu wat, ciśnienie wynosi sto dwadzieścia na osiemdziesiąt cztery, a tętno po pierwszym wysiłku sto sześć. Po każdych dwu następnych trzyminutowych cyklach, parametry te ulegały zmianie, nie większej niż w granicach do dwóch procent.

Tym razem bez niemiłych niespodzianek wróciłem, do pokoju i od razu do lektury ziennika Zachodniego

Z artykułu poświęconego Bliźniakom - Sposób na pomyślność - dowiaduję się bardzo dużo o sobie. Autorka, Barbara Koniecka, pisząc o Bliźniaku pokazuje dobre i złe strony jego osobowości.

Najważniejszą cechą osób spod tego znaku jest komunikatywność. Bardzo łatwo nawiązują kontakty, choć ta zdolność jest też u nich przyczyną gadulstwa. Energia Merkurego patronującej Bliźniakom planety - wzmacnia ich dążenia do poznawania świata. Wciąż szukania nowych przeżyć. Głód wiedzy zmusza Bliźnięta do ciągłych zmian zainteresowań i do zajmowania się kilkoma zagadnieniami jednocześnie.

Wszystko, co stałe jest dla Bliźniąt nużące. Nawet poglądy osoby spod tego znaku potrafią zmieniać ot, tak sobie. Bliźnięta zmieniają zdanie zwłaszcza wtedy, gdy okazuje się, że nie miały racji. Przyznanie się do błędu nie stanowi dla nich problemu, mimo, że mylą się dość często.

Potrafią stworzyć pozory tego, że znają się na wszystkim. Mogą rozprawiać na różne tematy z takim przekonaniem, że w opinii słuchaczy są wiarygodne. Trudno o problematykę, w której Pan Bliźniak nie potrafiłby choćby na krótko zabłysnąć. Dana idea, która go na razie zajmuje - wydaje mu się jedynie słuszna i chce koniecznie o tym przekonać swoje otoczenie. Gdy przejmie się czymś silnie - wówczas mało uwagi zwraca na sprawy materialne, gdyż w ogóle jest dość bezinteresowny.

Są uprzejme i życzliwe.

Często co innego myślą, a co innego robią. Pan Bliźniak z reguły postępuje tak, jak w danej chwili jest mu na rękę.

Zachwyciłem się sobą, nie dostrzegając żadnych złych cech w tej charakterystyce.

 

Jedząc, na drugie danie, gorzkawą rybę z pary, przypomniałem sobie niedawno przeczytany, następujący dowcip:

Pacjent w szpitalu zwraca się do pielęgniarki:

- Ale to lekarstwo niedobre. Obrzydliwość!

- To nie lekarstwo, proszę pana - odpowiada uprzejmie pielęgniarka. To obiad.

 

Po obiedzie na salę przeniesiono Witka, bo Chudy i Wędkarz zostali wypisani do domu.

Około szesnastej piętnaście poszliśmy z Witkiem na zakupy moje pierwsze w szpitalu. W drodze powrotnej wysiedliśmy na pierwszym piętrze, gdyż chciałem jeszcze wstąpić do sekretariatu szpitala i prosić o firmowy druk, na którym byłoby logo Śląskiego Centróm Chorób Serca. Pod drzwiami zatrzymaliśmy się by uregulować oddech. Z gabinetu wyszedł profesor Zembala z grupą gości rosyjsko i niemieckojęzycznych. Po pożegnaniu ich na korytarzu zwrócił się w nasza stronę. Podał rękę i zapytał o samopoczucie. Jak zwykle powiedziałem, że znakomicie. W tym momencie, postanowiłem wykorzystać wyjątkową okazję, by osiągnąć to, o czym marzyłem od kiedy uświadomiłem sobie, że będę żył, że będę tak sprawny fizycznie jak dwadzieścia pięć lat temu.

Niespodziewanie ogarnął mnie hura optymizm i niespotykana euforia.

 

- Panie profesorze, nie wiem czy to nie będzie nietaktem, ale bardzo proszę pana profesora o autograf.

- Mnie, o autograf? Cóż ze mnie za sławny człowiek? z uśmiechem i zdziwieniem rzucił profesor.

- Dla mnie, panie profesorze, jest pan najznakomitszym w Polsce człowiekiem. Jest pan wyjątkową osobą umotywowałem swą prośbę nie wypuszczając dłoni profesora ze swej ręki.

Prof. Zembala zgodził się spełnić moją prośbę. Zapraszając do gabinetu, zdążył powiedzieć jeszcze parę słów podtrzymujących nas na duchu.

Witold, onieśmielony i zaskoczony uprzejmością dyrektora kliniki oraz jego życzliwą bezpośredniością, osłupiał i pozostał w korytarzu.

Jakież wielkie było moje szczęście, gdy profesor wprowadził mnie do gabinetu, wygodnie usadził w obszernym fotelu przy solidnym stole i zachęcił by się częstować ciastkami lub owocami, wyłożonymi na dwie obszerne misy.

Sam jeszcze na chwilę wyszedł wydać parę - nie cierpiących zwłoki - dyspozycji, osobom czekającym na niego w sekretariacie.

Wrócił z piórem w ręku i zasiadł z drugiej strony biurka przy, którym oczekiwałem na autograf.

Nie sposób opisać tego co czułem gdy profesor podanym przeze mnie flamastrem, grubym końcem, zaczął pisać.

Chcąc zatuszować emocje, ze stosu owoców wybrałem mandarynkę, obrałem i najmniejszą cząstkę skosztowałem ostrożnie.

Spostrzegłem, że będzie to, nie tylko sam goły podpis. Siedziałem znieruchomiały, a profesor pisał: najlepszymi życzeniami, aby data 26 kwietnia 2002 roku pozostała w Pańskiej biografii jako dzień drugich narodzin. Z życzeniami zdrowia i pomyślności dla Pana i całej Rodziny M. Zembala. Z Bogiem Szanowny Panie Wpis do mojego notesu zakończył rysunkiem adziei słoneczka

Następnie Pan profesor krótko opowiedział o swoich związkach z Ziemią Częstochowską, akcentując, że zawsze się do tego przyznaje. Wyraził też opinię o wysokim poziomie nauczania w Liceum Ogólnokształcącym w Krzepicach podkreślając, że z jego klasy tylko dwie osoby nie dostały się na studia.

Poruszył temat modernizacji sal chorych, która podniesie komfort leczenia. Wspomniał o planach rozbudowy Śląskiego Centrum Chorób Serca, poprzez wzniesienie nowego obiektu.

Mówiąc o dokonaniach Śląskiego Centróm Chorób Serca, skomplikowanych operacjach na sercu, zasygnalizował, że w najbliższych dniach wykona się znowu pionierskie zabiegi, dotychczas w Polsce nie przeprowadzane.

Opuszczając gabinet, miałem bardzo podwyższony nastrój. Mówiąc: anie profesorze, jestem okropnie, jestem bardzo szczęśliwy z przeprowadzonej operacji i mojego samopoczucia. Jestem już w lepszej kondycji niż przed przeszczepem, a warto podkreślić, że nie boli mnie już mostek mimo, iż od dwóch dni leków przeciwbólowych nie biorę - swoje bezpośrednie odczuwanie stanu psychicznego i fizycznego oceniłem nadmiernie optymistycznie.

 

Po dwudziestej odwiedza nas kapelan. Jest atmosfera do krótkiej pogawędki. Tym razem mówimy jakie owoce nam smakują. Wszyscy lubimy mieszaninę owoców z puszek, gdyż są pyszne i syte. Ze względu na sytość zjada się też banany. Mogą one zastąpić z powodzeniem inne artykuły spożywcze, dostarczając organizmowi odpowiednią ilość witamin, pierwiastków, minerałów, a zwłaszcza kalorii dających energię. Podobne właściwości mają owoce awokado i papai.

Wymienione owoce, zwłaszcza banany, to pożywienie zabierane na dwudniowe wyjazdy w teren, przez ojców przebywających na misjach w Madagaskarze. Banany są świeże, wprost z drzew rosnących tam na plantacjach, ale i w warunkach naturalnych.

Bananowce rosną wszędzie; na olbrzymich plantacjach, w przydomowych ogródkach, parkach, a nawet w przydrożnych rowach. Owoce te są składnikiem wszystkich przepisów kulinarnych miejscowej kuchni. Dla smakoszy serwuje się specjalny gatunek bananów pieczony na ruszcie.

Ojcowie misjonarze z Madagaskaru wykorzystują też banany jako karmę dla świń. Zwierzęta rosnące na takiej karmie odznaczają się dobrym umięśnieniem, a małą ilością tłuszczu. W Polsce, nawet w najlepszych fermach, nie wyhoduje się takich tuczników. Nic więc dziwnego, że bardzo smaczny boczek z madagaskarskiej świni nie ma odpowiednika w świecie.

Na krótko, odbywamy wirtualną podróż na egzotyczną wyspę. Delektując się smakiem pieczonych bananów i chudego boczku z madagaskarskich tuczników, uciekamy na chwilę od szpitalnej codzienności.

 

Sobota, dwudziesty piąty maja dwa tysiące drugi rok - zaczęła się trzydziesta doba od O H T

 

Obudziłem się około czwartej bez dolegliwości fizycznych, bez wenflonów, ale za to z holterem i bandażami na dwóch rękach - na lewej dłoni i prawym łokciu.

Niestety już od śniadania zaczęły mnie pobolewać krwiaki na opuchniętych rękach i mostek.

Podczas odwiedzin Samueli, przed południem, byłem już mało kontaktowy, bo ból nasilał się coraz bardziej. Ustąpił dopiero gdy dostałem silny lek przeciwbólowy, chyba Dolargan. Ale wtedy pojawiło się łaskotanie w oskrzelach. Całą uwagę skupiam na tym by nie zakasłać. Nie mogę nic mówić. Za każdym razem, gdy podejmuję taką próbę, drga mi brzuch jak przy śmiechu i wypluwam z siebie tylko pojedyncze słowa.

Nawet do Witka nie mam umiejętności zagadać.

Długie milczenie przerwałem gdy po obiedzie zajrzał do sali doktor Zakliczyński.

Wykorzystując nadarzającą się sytuację zamieniam parę słów z lekarzem. Upewniam się, czy dawcą dla mnie był dwudziestoośmioletni mężczyzna.

- Ma pan bardzo młode serce. Trzeba przyznać, że dobrze pan trafił usłyszałem od doktora.

Niestety nie mogę zapytać już o nic więcej, bo już powyższe zdanie wydusiłem z siebie na raty i od razu pośpiesznie zająłem się powstrzymywaniem od kaszlu.

 

Po piętnastej, kiedy ubyło z korytarzy ludzi zszedłem na parter do kiosku po prasę. Od kiedy w głowie mniej zarnych myśli zacząłem czytać gazety codzienne, czasopisma dla miłośników kwiatów i działkowców oraz czasopisma dla kobiet. Interesuję się głównie błahymi wydarzeniami, a w momentach, w których mam problemy z koncentracją, czytam przepisy kulinarne i oglądam zdjęcia i fotografie. W ten sposób staram się urozmaicić monotonię szpitalnych dni.

W Dzienniku Zachodnim czytam między innymi swój, następujący tekst: DROGA Mamo Jadwigo! Każdego dnia prosimy Opatrzność byś była z nami jak najdłużej. Kochamy Cię! Życzymy błogosławieństwa i opieki Bożej. Krystyna i Antoni Leśniczek.

Nic nie zmieniono z treści, którą wysłałem. Cieszę się bardzo.

 

Tuż przed siedemnastą znowu mi się pogarsza samopoczucie. Odczuwam wyraźne objawy przeziębienia, dreszcze, pokasływanie, trudności w mówieniu, lekkie pocenie Zastanawiam się czy nie wziąć gorącego prysznica.

 

By poprawić sobie humor, po kolacji poszedłem zadzwonić do paru osób. Rozmawiało mi się trudno, właściwie wyrzucałem z siebie słowa w krótkich zdaniach, a kiedy czułem, że mnie złapie lada moment kaszel - szybko kończyłem rozmowę.

Wydzwoniłem kolejną kartę. Wzbogaci ona zbiór zużytych kart telefonicznych Karolinki. Niestety, tylko ta jedna, bo podczas obchodu automatów telefonicznych żadnej innej, tym razem nie znalazłem.

 

Po dziewiętnastej zmniejszyły się nieco odruchy kaszlowe. Nadal nie mogę jednak rozmawiać. Jestem zaniepokojony i o spaniu nie ma mowy. Szczęście, że Witek pozwala świecić światło. Mogę swobodnie pisać.

 

Niedziela, dwudziesty szósty maja dwa tysiące drugiego roku - trzydziesta pierwsza doba po przeszczepie.

 

Minęła północ. Jest niedziela dwudziestego szóstego maja. Dzień jest dłuższy, o osiem godzin i trzydzieści minut od najkrótszego. Dwudziestego szóstego maja tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego szóstego roku odbyła się koronacja ostatniego cara Rosji. W bitwie pod Ostrołęką w roku ... - płyną informacje z głośnika radiowego.

Z nadzieją na poprawę kondycji i nastroju zacząłem kolejną dobę po transplantacji. Nadal największe niebezpieczeństwo dla mojego życia stanowią infekcje bakteryjne. Choć z upływem czasu wystąpienie zakażenia bakteryjnego staje się mniej groźne, niepokoi każde łaskotanie w klatce piersiowej, bądź uderzenia ciepła i zmiany temperatury jak przy przeziębieniach.

Zbliża się chwila wypisania ze szpitala. Wstępnie doktor Zakliczyński założył, że będzie to środa dwudziesty dziewiąty maja. Jeśli chcę zebrać jakieś materiały o szpitalu i ludziach w nim zatrudnionych muszę się śpieszyć.

Podczas bezsennych nocy układałem scenariusze rozmów z różnymi osobami ze szpitala. Zbieram się na odwagę, by teraz w części wcielić w życie tamte przemyślenia. Ponieważ na rozmowy może mi nie wystarczyć czasu, korespondencyjnie zwracam się z zapytaniami o interesujące mnie sprawy, do osób, które obdarzam sympatią.

Do jednej z pielęgniarek piszę tak:

est Pani bardzo ważną postacią w procesie mojego leczenia. Gdy Pani pełniła dyżur na oddziale czułem się spokojny i zdrowy. Rozjaśniała Pani mój dzień. By mój obraz o Pani był pełniejszy proszę o odpowiedź na poniższe pytania:

Jakie przygotowanie zawodowe Pani posiada? - rodzaj szkoły, rok ukończenia, staż pracy.

Czy lubi Pani swoją pracę, dlaczego?

Jakie występują w pracy problemy, a co cieszy?

Jaki jest stosunek pacjentów do Pani i odwrotnie?

Proszę wymienić nazwiska pięciu, powszechnie znanych, osób, z którymi chciałaby Pani porozmawiać. Proszę dodać coś od siebie i o sobie.

Proszę też o parę słów odniesienia do takich tematów jak:

Zainteresowania, pasje, hobby. Rozumienie szczęścia. Sposób na pomyślność

Do innych pań zwracam się w podobnym tonie, z zaznaczeniem;

Chciałbym poświęcić pani nieco miejsca w moich wspomnieniach, dlatego też proszę przybliżyć mi swoją osobę odpowiadając na następujące pytania. o:p>

Pytania - do wytypowanych na drodze eliminowania nieciekawych i skrytych - były jednakowe do wszystkich. Wybierałem też takie osoby, które - spodziewałem się, że - odpowiedzą.

 

Odczuwam powtórne pogorszenie samopoczucia. Pierwsza dziesięć temperatura trzydzieści siedem i dwie dziesiąte. Lęk o następne godziny, wyzwala we mnie jeszcze większą mobilizację do - dokończenia zamysłu nietypowego poznania personelu medycznego.

Jestem w transie. Piszę więc dalej:

ani rozbrajająca swoboda zachowania w każdej sytuacji, jest niepowtarzalna. Promieniujący od Pani uśmiech i urok kobiecości, zamiast onieśmielać wzbogaca mnie o kolejną porcję miłości, wiary i nadziei. Dziękuję serdecznie, życząc zarazem jak najwięcej pięknych doznań osobistych i stałej dobroci, uśmiechu oraz dobrego słowa od spotykanych ludzi

Do innej pielęgniarki liścik dziękczynny brzmiał:

Gdy pani ma dyżur chciałoby się zaśpiewać:

Jaki piękny świat, jaki piękny świat, jaki piękny świat,

To w takie dni wierszami szumią drzewa,

Same z siebie kwitną bzy, serce dojrzewa,

Zapala krew i coraz potężniej chce bić,

I narasta w nim wielki śpiew, wtedy wie się, że warto żyć.

Dziękuję serdecznie za opiekę. Życzę dużo uśmiechu i mało zmartwień na co dzień, miłości bliskich i przyjaciół oraz mnóstwo sympatycznych ludzi wokół siebie

 

W trakcie pisania, parokrotnie na polecenie pielęgniarki dyżurującej, musiałem wyłączać światło. Mimo takich przeszkód nad ranem miałem napisane wszystkie zamierzone liściki

 

Jak gdyby z rozbiegu piszę po wizycie lekarskiej kolejny tekst. Tym razem list do rodziny z Kalisza.

 

Drodzy Aniu i Staszku,

Pozdrawiam was serdecznie ze szpitala w Zabrzu. W załączeniu przesyłam tekst świadczący o moim samopoczuciu. Obecnie bardzo powoli wracam do lepszej kondycji fizycznej i psychicznej. Samodzielnie poruszam się po korytarzach szpitalnych. Są dni, kiedy mnie nic nie boli. Jestem pełen nadziei i wiary, że będzie lepiej, i w końcu - dobrze. Ze względu na zagrożenie mojego życia odwiedza mnie tylko Krysia i Samuela starsza córka.

Całuję Tosiek

 

Odkąd znalazłem się poza OIOT-em mam więcej kontaktów z przeszczepnikami Przeważnie raz w tygodniu, zaglądają do sali. W rozmowach z nimi szukam wskazówek na dalsze życie; recept jak chronić nerki, żołądek i wątrobę przed działaniem mocno toksycznych leków immunosupresyjnych; rad jak dozować wysiłek fizyczny, by nie nadwyrężać serca i mostka.

Z dotychczasowych kontaktów dowiedziałem się sporo. Między innymi to, że:

Rano przed zażyciem leków należy koniecznie coś zjeść. Rozmówcy w zależności od apetytu i smaku spożywają na szybko, jeśli nie mają gotowego śniadania: kromkę chleba lub innego pieczywa, suchego albo posmarowanego, najczęściej miodem. Niektórzy - wywar z łyżeczki siemienia lnianego zalanego szklanką wrzątku i po dwudziestu minutach dodaną łyżeczką miodu. Mikstura taka osłaniając żołądek zapobiega jednocześnie powstawaniu w nim wrzodów.

Z racji tego, że leki przyjmowane przez nas obniżają bardzo odporność organizmu na choroby nowotworowe należy w posiłkach uwzględniać jak najwięcej warzyw, które mają działanie antyrakotwórcze. Najczęściej spożywa się kapustę.

W menu należy też uwzględnić dużo mleka, najlepiej z zawartością tłuszczu nie przekraczającą pół procent.

Ponieważ organizmy przeszczepieńców są mało odporne na przeziębienia i inne infekcje, w okresie od października do wiosny, chronią się oni przed przeziębieniami na swój sposób.

Najczęściej powtarzającym się procederem jest przyjmowanie codziennie rano Rutinoscorbinu oraz jednej tabletki witaminy C. Dodatkowo, i można to stosować stale, rozdrobniony ząbek czosnku wrzucony do rosołku i zalany wrzątkiem.

Dla poprawienia funkcji nerek z umiarem popijają piwo, a kto lubi lampkę czerwonego wina rozcieńczonego wodą.

Dla ochrony wszystkich narządów niektórzy popijają zioła.

W trakcie wysiłku, spaceru, jeśli dochodzi do zmęczenia, trzeba zatrzymać się i odpocząć. Tak długo, aż unormuje się oddech.

Weterani po przeszczepie opowiadają też dużo o swoich przeżyciach. Najczęściej o pozytywnych. Szczególnie zaś o nadzwyczajnej poprawie zdrowia w wyniku transplantacji.

Z takich rozmów pochodzą moje szczątkowe informacje o przeszczepach.

W trakcie operacji ciało jest wychładzane do dwudziestu pięciu stopni Celsjusza, a po zabiegu podgrzewane. Czasami zdarzają się przypalenia ciała na pośladkach, głowie. By przeszczep się udał trzeba mieć wszystkie inne, oprócz serca, narządy zdrowe. Zwłaszcza płuca są ważne. Zdążają się przypadki, że serce rusza bez zbytniego, lub jakiegokolwiek pobudzania, a pacjent nie wyjeżdża z bloku operacyjnego na I Oddział Pooperacyjny płuca nie wytrzymały ciśnienia. Bywa, że do jednego serca przybywa więcej biorców, i spośród nich wybiera się konkretną osobę do przeszczepu. Z Lublina na przykład: przybyły dwie osoby. Lżejsza z nich, Witold, dostała serce.

Obok rozmów dotyczących zdrowia fizycznego, znajduję - w trakcie ich trwania także wsparcie duchowe. Ci, którzy wpadają na krótkie pogawędki, są pełni przyjaznych uczuć. Dodają mi otuchy i uczą optymistycznego spojrzenia na życie. W tej szkole, niestety, jestem dopiero w erówce

 

Poniedziałek, dwudziesty siódmy maj dwa tysiące drugi rok - trzydziesta druga doba po O H T

 

Nic nadzwyczajnego się nie dzieje. No może ciśnienie mierzone po wizycie lekarskiej nieco odbiega od normy, bo wynosi sto na czterdzieści osiem. Jest dobrze.

Wtem, o dziewiątej trzydzieści, nagły ból brzucha. Staram się przetrzymać dolegliwość. Udaje się na pewien czas. Przy następnym ataku natychmiast biegnę do łazienki. Siedzę kilkanaście minut, dokąd nawroty bólów brzucha i wodnistego stolca nie ustąpiły. Mocno osłabiony kładę się do łóżka. Po chwili proszę o tabletkę przeciwbólową.

Jest dziesiąta trzydzieści. Długo nie wypocząłem, bo już w niespełna godzinę, znowu korzystam z toalety. Jestem bardzo osłabiony. Odbija mi się rzodkiewką i skiśniętym twarogiem.

Mimo niedyspozycji udaję się na rehabilitację. Bardzo chcę wzmocnić zanikające już mięsnie

Wytrzymałem dzielnie trening.

Bez niespodzianek dotrwałem do obiadu. Po nim, o trzynastej piętnaście, obfite wymioty.

W stanie wyczerpania i strachu zastaje mnie doktor d pani Haliny Wyzwalam w sobie siłę na uśmiech i krótką rozmowę o moim dobrym samopoczuciu. Po wyjściu doktora Trzeciaka poprawia mi się nastrój. Mam pragnienie i czuję głód. Zaparzam sobie kubek mięty.

O piętnastej, jem wolno suchą bułkę i małymi łykami popijam ciepły jeszcze napar. Po czterech gryzach przerywam posiłek. Zrywam się z krzesła i szybko biegnę , kolejny już dzisiaj raz, do łazienki.

Bardzo pochmurno w mojej głowie i na dworze. Wokół słychać grzmoty. Leje obfity deszcz. Leje się też z mojego wnętrza.

Ponownie, o szesnastej trzydzieści, dopada mnie biegunka.

Po siedemnastej lekarz ordynuje mi mniejszą dawkę jednego z leków.

O dwudziestej dziesięć na nowo jestem głodny. Przed połknięciem leków zjadam białka z trzech ugotowanych jaj. Prawie natychmiast biegnę do łazienki. Wypływa ze mnie już tylko wodnista substancja. Jestem skrajnie wyczerpany. Niezdolny do samodzielnej egzystencji umysłowej.

 

Wtorek, dwudziesty ósmy maj dwa tysiące drugi rok - trzydziesta trzecia doba po O H T.

 

Wstałem o piątej czterdzieści pięć w dobrym nastroju. Za oknem dostrzegłem intensywną zieleń liści pięćdziesięcioletniego klonu. Dwadzieścia metrów w dół ulicy następny klon, ale inny gatunek. Ma liście w kolorze morskiej trawy i mniej ich na drzewie. Ozdobiony licznymi gronami żółtawych kwiatów bardziej zachwyca swym urokiem.

Na wprost okien, po przeciwnej stronie ulicy, dwa przedwojenne domki. Każdy na cztery rodziny. Kiedyś były to pewno perełki architektury budownictwa mieszkalnego. Teraz, zeszpecone przez unowocześnianie i przeróbki. Dokonywane są one przez każdego z lokatorów, w zależności od zamożności, z innych materiałów i w innym stylu.

Przed wejściem głównym do szpitala ogromny, różnokolorowy klomb z mnóstwem roślin. Posadzono na nim drzewka miniaturowe, krzewy, kwiaty i ozdobne trawy. Z okna najokazalej wygląda dwumetrowy jałowiec. Przy najbliższej okazji muszę przyjrzeć się z bliska tym roślinom.

 

Bez dziesięciu minut, dwie godziny czekałem na ultrasonokardiografie. Może dlatego tak źle wypadła. Wyrzutowość mam już tylko pięćdziesiąt sześć procent. O dziewięć procent mniej, niż zaraz po przeszczepie. Znowu powód do lęku. Zmartwiony przyglądam się liczbom wpisanym do arkusza badań.

Minę miałem chyba marną, bo jadąca ze mną windą przypadkowa pielęgniarka z uśmiechem zachęcała:

- Nie poddawać się. Każdego dnia będzie lepiej.

 

W południe ciśnienie wyniosło sto dziewięć na siedemdziesiąt osiem, a tętno sto pięć uderzeń na minutę.

Odkąd jestem w szóstce razem z Witkiem, naszym ulubionym zajęciem jest obserwowanie, przez okna, prac dekarskich na jednym z czworaków. Planujemy robotnikom zakres prac do wykonania. Krytykujemy sposób ułożenia dachówek albo gąsiorów. Podziwiamy kunszt wykonania obróbek blacharskich. Gdy się zachmurzy, albo gdy słychać w oddali grzmoty, martwimy się ewentualnym zalaniem niezabezpieczonego strychu.

Ponieważ od rana, mamy kolejny upalny dzień, piękną słoneczną pogodę, wychodzimy z kolegą z Lublina przed szpital. Z bliska oglądamy zawansowanie robót na dachu. Robię też kilka zdjęć, a później prosimy młodą dziewczynę o sfotografowanie nas na tle budynku ŚCCHS.

 

O szesnastej dziesięć pogarsza mi się samopoczucie. Mierzę temperaturę. Jest trzydzieści siedem i dwie kreski. Fatalnie. Mój wypis w czwartek jest zagrożony. Dlatego dopiero za dwa dni mam jechać do domu, bo w środę jeszcze robione będzie echo i prześwietlenie płuc. Aktualnie jedno płuco zasłonięte jest płynem. Lekarz zleca mierzenie temperatury i ciśnienia co cztery godziny.

Siedzę osowiały. Na nic nie mam ochoty. Nie mam żadnych potrzeb wyżalenia się przed kimś. Młodość pielęgniarek, ich temperament, uroda i różnobarwne stroje, zamiast fascynować - w tej chwili przygnębiają mnie. Totalna chandra.

 

O dwudziestej drugiej trzydzieści, tak jak prawie każdej nocy, od kiedy jestem na sali szóstej, kładę się spać.

 

Środa, dwudziesty dziewiąty maj dwa tysiące drugi rok - trzydziesta czwarta doba po O H T.

 

O północy nie śpię już. Słucham radia. Gościem jedynki jest Irena Santor. Telefonujący obsypują piosenkarkę, zamiast pytań, komplementami. Z nadawanych piosenek, same nowości.

Około trzeciej trzydzieści przysnąłem. Obudziłem się o piątej.

O szóstej, temperatura trzydzieści sześć i siedem kresek, ciśnienie sto dziesięć na osiemdziesiąt pięć, a tętno osiemdziesiąt osiem.

 

O rana jestem posępny. Minął ponad miesiąc od operacji. Ja zamiast w domu, w dalszym ciągu jestem w klinice, a końca pobytu nie widać. Mam serdecznie dosyć szpitalnej atmosfery. Nie zachwycam się już urodą dziewczyn i kobiet. Nie rozbudzają też mojej wyobraźni zgrabne kształty niektórych pań.

Od paru dni ze zobojętnieniem i dystansem patrzę na pracę pielęgniarek. Spragniony wcześniej życzliwości, teraz biernie obserwuje miny i gesty. Nie jest już ważne dla mnie w tej beznadziei, czy siostra się uśmiecha, czy z grymasem niezadowolenia podaje leki, mierzy ciśnienie lub daje zastrzyk albo pobiera krew. Przychodzi mi to obecnie łatwiej, bo przyzwyczaiłem się do bólu oraz innych problemów i już nie muszę się przymilać pielęgniarkom, oczekując czegoś w zamian.

Podobnie, z dystansem, odnoszę się do wyższego personelu medycznego. Lekarze wykonujący echo serca, z którymi mam najczęściej kontakt mają różne humory. Przeważnie w trakcie badań słowem się nie odezwą, a jeśli już, to bardzo oschle, z takim tonem w głosie, że lepiej wcale o nic nie pytać. Też uodporniłem się na tego typu arogancję.

Coraz częściej zaczynam wszystko ignorować, ale rozgoryczenie narasta.

W wyniku takich odczuć staję się zgorzkniałym człowiekiem, bardziej niedoskonałym duchowo.

Czy jest to efektem zdrowienia? Raczej nie.

Ogarniająca mnie bierność i zniechęcenie, to nie efekt zdrowienia, ale pewno zwiastun zbliżającej się depresji, reakcja organizmu na jakąś, jeszcze nie zdiagnozowaną chorobę.

Dopinguję się, by zacząć żyć jak zdrowy. Lekarze, pielęgniarki, przeszczepieńcy, powtarzają stale:

Wy jesteście już wyleczeni, zdrowi.

Nie czuje tej prawdy.

Jedno co sprawia mi radość, to fakt, że moim towarzyszem niedoli w pokoju jest najczęściej Witek. Jego osobowość bardzo dobrze wpływa na moje samopoczucie.

 

Wczoraj przybył do nas jeszcze jeden pacjent Krzysztof Machaj z Olkusza. Czekają go badania kwalifikacyjne do przeszczepu.

Niepokoję się, że mocno kaszle i kicha. Może mnie zainfekować.

 

Od przebudzenia czuję pewien narastający dyskomfort. Towarzyszą mu odgłosy rzężenia w płucach i zmiana ciepłoty ciała; raz jest mi bardzo gorąco, a za chwilę dostaję dreszczy z zimna. Symptomy zapowiadające chorobę ciała przeradzają się w ogólny niepokój o zdrowie i lęk. Irracjonalny strach widzi już początek zapalenia płuc. Odczuwam boleści i inne objawy towarzyszące tej chorobie. Pewno zaraziłem się od Krzysztofa.

Wiem, że hipochondryczne odczuwanie mogę zatrzymać poprzez zignorowanie myśli drążących temat choroby.

Ponieważ mózg nie znosi pustki, muszę zająć go intensywnie tym, co dzieje się wokół mnie. Skupić jego uwagę na szybko zmieniających się sytuacjach, albo takich zajęciach, które nie pozostawią czasu na filozofowanie czy dokonywanie ocen bądź analiz.

Muszę cały czas pisać. Nawet bzdurnie i bez sensu. Dotychczas metoda ta była skuteczna.

 

Po rannej kontroli ciężaru ciała zaglądam do notatek i porównuje dzisiejszą wagę 90 900 kg - z wcześniejszymi odcztyami. Wypisuję na kartkę liczby z trzech dni:

 

dwudziesty piąty kwiecień dwa tysiące drugi rok 93 700 kilograma - dzień przyjęcia do szpitala,

jedenasty maj dwa tysiące drugi rok 94 200 kilograma - najwyższa waga,

szesnasty maj dwa tysiące drugi rok 89 400 kilograma - najniższa waga.

 

Tętno w stanie spoczynku w tym samym okresie, od dwudziestego szóstego kwietnia dwa tysiące drugiego roku do dwudziestego dziewiątego maja dwa tysiące drugiego roku, wahało się w granicach osiemdziesiąt osiem do stu trzynastu uderzeń na minutę.

 

Ósma zero pięć. Nadal pada. Deszcz jest miarowy i obfity. Zmarł w Warszawie znany adwokat broniący w latach siedemdziesiątych działaczy opozycji w procesach politycznych, parlamentarzysta.

Krzysztof, tak jak i wczoraj, opowiada dużo o swojej pracy na budowach w byłych Republikach Związku Radzieckiego i wycieczkach po krajach Europy Zachodniej. Turystyka to zajmujący mnie temat, dlatego też słucham z przyjemnością, zarzucając go mnóstwem dodatkowych pytań. W sumie opowieści jego dotyczą dwunastu państw. Są barwne i pełne przygód, i perypetii.

Aż trudno uwierzyć ile problemów wiązało się z powrotem z Tbilisi do Polski, po zakończeniu tam kontraktu, na początku lat dziewięćdziesiątych. Na środki lokomocji bilety trzeba było zamawiać z dużym wyprzedzeniem albo liczyć na łut szczęścia. Z osiemdziesięcioma kilogramami bagażu, podróżował więc Krzysztof prawie tydzień po Związku Radzieckim. Po przylocie do Leningradu trzy dni bezskutecznie czekał na miejsce w samolocie. Wrócił do Polski pociągiem, ale biletem ałatwionym u konduktora.

 

Po śniadaniu Witek udaje się na badania kontrolne, a na salę przybywa Janusz Misiewicz z Tczewa osiem lat po przeszczepie. Teraz on staje się obiektem moich zainteresowań. Wypytuję go jak dbać o zdrowie i postępować, by życie po wyjściu ze szpitala było znośne. Interesuję się również jak reagować, jak walczyć z różnymi ewentualnymi dolegliwościami. Przy okazji wysłuchuję opowiadania o przeżyciach zdrowotnych przed przeszczepem, samej operacji i problemach po niej.

 

O dziesiątej dwadzieścia pięć mierzę temperaturę, wyskoczyła trzydzieści siedem i osiem kresek. Idę po pomoc do pielęgniarki. Dostałem dwie tabletki pyralginy. Zażyłem jedną. Po godzinie do dwóch, jak temperatura nie spadnie, mam wziąć drugą.

 

Odwiedza nas optymistycznie nastawiony do życia, kolejny przeszczepieniec - Jerzy Kazalski. Pociesza, udziela rad, podpowiada jak reagować, gdy w rozmowie pada zarzut, że ktoś musiał umrzeć, byś ty mógł żyć

W chwilę potem zjawia się Bernard Duży z drugim sercem dla mnie. Drugie serce, to tytuł książki, o zakupienie której prosiłem go tydzień temu. Jest ona pewnego rodzaju informatorem dla osób przed i po przeszczepie serca.

Poza książką dziś Bernard przyniósł dla nas deklaracje wstąpienia do STS-u. Zdecydowaliśmy się z Witoldem zapisać do Stowarzyszenia Transplantacji Serca Koło Zabrze. Wypełniamy deklaracje. Zdjęcia dostarczymy później.

 

Za dziesięć jedenasta. Na salę wchodzi lekarz. Krzysztof Machaj otrzymuje informację, że jest dla niego dawca. Lekarz prosi o szybkie podjęcie decyzji w sprawie przeszczepu. Krzysztof ma duży dylemat, wychodzi dzwonić do domu. Po chwili wraca mocno zdenerwowany. Nie zastał żony. Radzi się nas. Każdy unika konkretnej odpowiedzi, mówiąc:

To, ty sam, musisz zdecydować.

Jeśli chodzi o mnie, po wszystkich bolesnych doświadczeniach związanych z transplantacją, dziś za żadne skarby nie zgodziłbym się na przeszczep. Oczywiście myśli tej nie formułuje w słowa, które mógłby usłyszeć Kolega.

 

Od jedenastej, przez pięćdziesiąt minut, gimnastyka rehabilitacyjna. Obciążenie już dwadzieścia pięć wat. Ciśnienie w normie, tętno w granicach sto dziesięć do stu dwudziestu, po każdej z trzy minutowej serii rowerka.

 

Dwunasta dziesięć. Temperatura trzydzieści siedem i sześć dziesiątych stopnia Celsjusza. Zażyłem drugą tabletkę pyralginy. Za dwie godziny mam zmierzyć znowu temperaturę. Nie mogę nic czytać od rana, nie potrafię się skupić: to między innymi niewygoda stanu podgorączkowego.

 

O godzinie trzynastej dwadzieścia Witek dostaje wypis. Przyjechali po niego syn i żona. Cieszy się bardzo. Podzielam jego radość, bo zdążyłem go polubić. Ja jutro też będę tak uśmiechnięty.

 

Krzysztof coraz bardziej nerwowy. Bez przerwy w ruchu. Chodzi: pokój, korytarz, telefon. I znowu: korytarz, sala, korytarz

Gdy do sali zagląda lekarz chcący najprawdopodobniej usłyszeć odpowiedź Krzysztofa, on chyba jest w pobliżu telefonu.

Napięcie emocjonalne i pewno strach wypełniają go teraz w całości. Przyjechał do Zabrza, bo chce być zakwalifikowany do przeszczepu. Gdy otrzymuje szansę na nowe serce, nie potrafi się zdecydować. Rozumiem jego rozterki, bo tak czy inaczej, ma rozstrzygnąć o swoim życiu bądź śmierci. Oczekuje w tym momencie wsparcia bliskiej mu osoby. A tu jak najczęściej bywa, o osobistych sprawach, szczególnie ważnych, musimy decydować sami. Krzysztof pewno nie jest jednak na tyle mocny by powiedzieć: tak. Mijają już dwie godziny, a on nadal nie może skontaktować się z żoną.

 

O trzynastej trzydzieści pięć, kolejny raz wchodzi do szóstki lekarz. Zwraca się w stronę Krzysztofa. Od tego co powie zależy najbliższa przyszłość współlokatora.

A pan doktor mówi tylko dwa słowa:

- Sprawa nieaktualna - i opuszcza pokój.

 

Zastanawiamy się nad powodem takiego obrotu sprawy. Prawdopodobnie dawca zmarł, albo rodzina nie zgodziła się na pobranie narządów.

Po wyjściu lekarza u Krzysztofa od razu pojawił się dobry nastrój. Znowu stał się rozmowny.

 

O czternastej, po dwóch tabletkach, temperatura trzydzieści siedem i dwie dziesiąte.

 

Czternasta trzydzieści. Udaję się, na ostatnie przed wypisem, badanie UKG. W opłucnej lekarz stwierdza pół centymetra, do ośmiu milimetrów, płynu.

Zaczynam mieć obawy o wyjazd na przepustkę. Tak myślę, że z tego powodu i z powodu zmiany dawkowania leków stoi on pod małym znakiem zapytania. Lekarz może nie zdążyć do jutra ustalić, czy aktualna ilości leków immunosupresyjnych jest optymalna. Gdybym poskarżył się jeszcze na pokasływanie, temat wypisu byłby na pewno nieaktualny.

Aby nie było przeciwwskazań do przepustki, o piętnastej, dość krótko trzymam termometr pod pachą. Jest dobrze - do trzydziestu siedmiu brakuje aż cztery kreski.

 

O piętnastej trzydzieści, na miejsce po Witku, przybywa Zbyszek.

Poprawia mi się samopoczucie. Nie mam już gorączki.

 

O szesnastej przez siedemdziesiąt pięć minut są ze mną żona i szwagier Staszek. Umawiamy się, że jutro po południu przyjadą mnie odebrać ze szpitala. Cieszymy się z Krysią, że to już koniec długiej rozłąki. Odprowadzam ich do samochodu.

Po pożegnaniu na dłużej zatrzymuje się przy rozległym klombie przed wejściem głównym do kliniki. Z bliska wygląda on jeszcze ładniej niż z okna. Fachową ręką posadzone rośliny tworzą harmonijną kompozycję. Wśród kolorowych kwiatów rozpoznaję: żeniszka, begonie, aksamitki, szałwie kwiatowe, lilie i bratki.

Oglądana natura, to mój pośrednik w kontaktach z NIM. Zachwyt przyrodą jest rodzajem mojej modlitwy. Teraz, podziwiając kwiaty, wyrażam im swoją wdzięczność słowami poety Antoniego Słonimskiego,

 

Że tak pięknie

I jeszcze w charakterze dodatku

Pachną.

I to bez względu na to, kto je wącha.

A przecież nieraz miałyby prawo

Stulić płatki,

Ba, nawet zwiędnąć.

A przynajmniej dozować zapachy.

 

Dowartościowany duchowo wracam do sali. Jeszcze tylko jedna noc i dom, rodzina.

Cieszę się też z innego powodu; mam czterdzieści dwie komórki odpornościowe. Już drugi dzień chodzę bez maski.

 

Po kolacji zdejmuję z korytarza dużą tablicę poświęconą tematowi ZDROWA DIETA zdrowe serce i przepisuję na kartkę linijka po linijce. Po trochu po to, by się zająć czymś, a po trochu, by się stosować do zaleceń.

 

CO WARTO JEŚĆ, A CZEGO UNIKAĆ ?

 

UŻYWAJ PRODUKTÓW WIELOZBOŻOWYCH I PEŁNOZIARNISTYCH

stosuj pieczywo razowe, pełnoziarniste lub typu graham

używaj makaronu, kasz, ryżu, płatków śniadaniowych

unikaj obierania skórek z owoców i warzyw

często podawaj warzywa, są one bogate w błonnik

 

MNIEJ TŁUSZCZU

zastępuj tłuszcze zwierzęce olejami roślinnymi

wybieraj mleko odtłuszczone

usuwaj widoczny tłuszcz z mięsa przed jego przygotowaniem

wybieraj gotowanie na parze, w wodzie, pieczenie na ruszcie, pieczenie w folii lub pergaminie

 

WYBIERAJ TŁUSZCZ ROŚLINNY

na zimno do sałatek, surówek, sosów winegrait, majonezu stosuj oleje zawierające tłuszcze wielonienasycone, które pomagają obniżyć poziom cholesterolu we krwi np. olej sojowy, słonecznikowy, arachidowy.

na gorąco do pieczenia, duszenia - używaj oleje jednonienasycone jak np. oliwa z oliwek, olej rzepakowy, bądź oleje uniwersalne

 

KORZYSTAJ Z RÓŻNYCH ŹRÓDEŁ BIAŁKA

cennym źródłem białka są: ryby, fasola, soczewica, bób, groch i soja

wybieraj chude gatunki mięsa: drób (kurczaki i indyki bez skóry), króliki, chuda wołowina i wieprzowina

unikaj baraniny, kaczek, gęsi, pasztetów, podrobów (wątróbka, cynaderki)

 

CHUDY NABIAŁ

zrezygnuj ze smarowania pieczywa lub zastępuj masło miękką margaryną

pamiętaj, że chude jogurty i kefiry świetnie zastępują śmietanę w sosach lub twarogach

zwracaj uwagę na zawartość tłuszczu w kupowanych serach

 

WYBIERAJ WITAMINY

owoce i warzywa są doskonałym źródłem witamin A, C i E działających przeciwmiażdżycowo oraz błonnika

 

ZREZYGNUJ Z DODAWANIA SOLI

zastępuj sól ziołami i innymi przyprawami bez dodatku soli. Sól kuchenna zawiera sód.

zmniejsz ilość używanej w przepisach soli

 

WODA MINERALNA

w ciągu dnia należy wypić 6- 8 szklanek płynów

zacznij dzień od wypicia szklanki wody mineralnej. Pij wodę po posiłku.

w upalne dni i wtedy, gdy się ruszasz, pij więcej wody niż zwykle

 

PRZESTRZEGAJ ZASAD ZDROWEGO ŻYWIENIA

jadaj co najmniej 4 5 posiłków dziennie

dbaj, by w każdym z głównych posiłków nie zabrakło produktów zbożowych, takich jak: ciemne pieczywo, płatki, kasze, ryż, makarony

ograniczaj spożywanie tłuszczów zwierzęcych

składnikami każdego posiłku winny być warzywa i owoce

pamiętaj o produktach mlecznych dziennie zaleca się dwie szklanki mleka, jogurtu lub kefiru oraz dwa plasterki sera

wystarcza jedna porcja produktów białkowych dziennie

 

COKOLWIEK JESZ, JEDZ Z UMIAREM

Łatwo jest odżywiać się prawidłowo, jeśli tylko lubisz to co jesz. Nie musisz używać kalkulatora ani liczyć kalorii w każdej potrawie. Nie ma potrzeby, abyś całkowicie rezygnował z ulubionych potraw. Zwracaj pilną uwagę na ilość tego, co jesz i jeśli dane produkty nie należą do drowych używaj ich drowo tj. rzadko w bardzo niewielkich porcjach.

Jeśli zmniejszysz ilość tłuszczów w diecie będziesz mógł obniżyć poziom cholesterolu oraz łatwiej ci będzie kontrolować Twoją wagę. Jeżeli będziesz odżywiać się prawidłowo, będziesz mieć więcej energii do czynnego trybu życia.

 

Na podstawie powyższej lektury mogę stwierdzić, że posiłki w klinice są zdrowe; zawsze mało słone, nie zawierają zbyt dużo tłuszczu i podawane są w niewielkich porcjach.

Dla przykładu podam jadłospis kuchni szpitalnej na dzisiaj, dla pacjentów będących na lżejszej diecie:

śniadanie zupa mleczna 300 mililitrów, masło roślinne 10 gram, pieczywo 100 gram, rogal, kakao;

obiad zupa grysikowa 400 mililitrów, schab gotowany 60 g, ziemniaki 250 gram z sosem, marchewka 150 gram, kompot 200 mililitrów;

kolacja twaróg ze szczypiorkiem 60 gram, masło roślinne 10 gram, pieczywo 150ggram, herbata.

Ilość produktów serwowana w posiłkach w zupełności wystarczyłaby mi, gdyby nie mój wilczy apetyt. Jem już po przebudzeniu, około szóstej. Na śniadanie dodatkowo zjadam zupę mleczną, za siebie i przeważnie za kogoś, kto jej nie lubi. Po obiedzie, podwieczorek robię we własnym zakresie z artykułów kupionych w trakcie spacerów w pobliskich sklepach lub dostarczonych przez rodzinę. Podjadam również po kolacji, ale dożywiam się chyba w normie, bo systematycznie spadam na wadze.

 

Czuję się nienajlepiej, ale postanawiam jeszcze koniecznie utrwalić na piśmie mądrości zdobyte od składaków A oto rady Bernarda Dużego, Janusza Misiewicza i Jurka Kazalskiego:

żyć normalnie, jestem zdrowy,

brać leki co do minuty,

przestrzegać diety, ale jeśli masz ochotę na golonkę - zjedz; byle nie często,

dużo się ruszać, spacerować, jeździć na rowerze

unikać ośrodków zakażeń, przychodni lekarskich, dużych zbiorowisk ludzkich, hipermarketów, kościołów, itd.,

kochać ile sił,

odrzucić używki, nie palić, nie pić mocnego alkoholu, najwyżej do dwu piw dziennie albo lampkę czerwonego wina,

utrzymywać niską wagę ciała,

kontrolować ciśnienie i tętno, założyć zeszyt do zapisywania tych pomiarów,

starać się o dobry humor, nie przejmować się tym, co będzie,

załatwić sobie u lekarza wojewódzkiego przyjęcia w przychodniach poza kolejnością,

w przychodni prosić lekarza o kontakt z lekarzem z poradni transplantacyjnej, czy przepisane przez niego leki nie kolidują z lekiem immunosupresyjnym,

po zrośnięciu mostka, nie dźwigać zbyt dużych ciężarów najwyżej dziesięć kilogramów. Mostek zrasta się do trzech miesięcy.

 

O godzinie dwudziestej lekarz zawiadamia mnie, że pozostaję w szpitalu do poniedziałku, do biopsji.

Wymęczony psychosomatycznie całodziennymi doznaniami, zareagowałem bez emocji. Mimo wszystko jestem zły, że robiłem sobie nadzieję na wyrost.

 

Przez cały dzień, poza temperaturą, dokucza mi łaskotanie i rzężenie w płucach. Obok innych przyczyn, podrażnia je pewno zalegająca flegma. Drga mi brzuch i boleśnie klatka, ale nie potrafię wydalić flegmy. Wreszcie o dwudziestej pierwszej czterdzieści odważyłem się, zacisnąłem szelki na klatce, udałem się do łazienki i zakasłałem mocno. Wyplułem sporo flegmy. Przestało mi rzęzić w płucach. Zaczęło boleć szycie mostka.

 

O dwudziestej drugiej położyłem się spać.

 

Boże Ciało, trzydziesty maj dwa tysiące drugi rok - trzydziesta piąta doba po O H T

 

Po raz pierwszy, od pobytu w szpitalu, spałem jak zdrowy człowiek; bez dziesięciu minut, osiem godzin i leżąc - poza brzuchem - prawie na wszystkich częściach ciała: na wznak oraz lewym i prawym boku.

Obudziłem się o szóstej z uczuciem żalu, uczuciem tęsknoty za ciepłem, miłością, spokojem i ukojeniem jakie przynosi obecność Krysi. Obudziłem się chęcią spotkania z temperamentem, młodością i problemami Karolinki.

Obudziłem się wreszcie z wielką chęcią pokucharzenia oraz potrzebą poprzebywania w pokojach wypełnionych zielenią paproci i pamiątek zebranych przez Karolinkę, podczas wspólnie odbytych wypraw turystycznych.

Tęsknię za wysadzonym przeze mnie pod blokiem dziewięć lat temu modrzewiem, pięknie teraz pewnie śmigającym w górę; za swoimi roślinami na pasterniku tęsknię za wszystkim, głównie zaś za tym, co kojarzy mi się ze zdrowiem.

 

Porównuję swój los i przeżycia poznanych kolegów po przeszczepie.

Dużo osób ma zbliżone, do moich, rozterki.

Podobnie przeżywało wezwanie telefoniczne. Odnosili wtedy wrażenie, że ich serce wyzdrowiało i z nim mogą długo żyć. Po operacji cierpieli psychicznie i fizycznie. Cierpienie fizyczne łagodzą tabletki przeciwbólowe.

Na załamanie psychiczne, złe samopoczucie duchowe, konieczny jest lek trudnodostępny - miłość, i to miłość wielu osób. Potrzebna jest też umiejętność wytwarzania wokół siebie atmosfery pogody, uśmiechu, pomocy, wsparcia

Ludzie wobec, których jesteśmy życzliwi odwzajemniają się nam i to, ma zbawcze terapeutyczne działanie. Koniecznie należy unikać ludzi bez końca roztrząsających tylko negatywy. Tacy potrafią, jak jadem, zatruć nasze wnętrze.

Zauważam, że najczęściej chorzy uśmiechają się, żartują, dowcipkują zwłaszcza przy rodzinie. Aktorsko maskują swoje cierpienie psychiczne i rozterki duchowe.

Wielu składaków opowiadało mi, że płakało po wymianie serca, a jeszcze więcej po drugim cięciu, czy wielokrotnych odrzutach.

 

Od ósmej, przez kolejne godziny wzrasta mi temperatura ciała. I tak:

dziewiąta 37 1,

dziesiąta 37 3,

jedenasta 37 5,

dwunasta 37 7,

trzynasta 37 9.

Co sześćdziesiąt minut, o dwie dziesiąte stopnia. W takich odstępach czasowych, z godziny na godzinę pogarsza się również mój nastrój. Obecnie czuję się tak, jak dwoje ludzieńków z wiersza Bolesława Leśmiana, którzy pomarli

 

I pomarli oboje , bez pieszczoty, bez grzechu,

Bez łzy szczęścia na oczach, bez jednego uśmiechu.

 

Ust ich czerwień zgasła w zimnym śmierci fiolecie,

I pobledli tak bardzo, jak nikt dotąd na świecie!

 

Chcieli jeszcze się kochać poza własną mogiłą,

Ale miłość umarła, już miłości nie było.

 

I poklękli spóźnieni u niedoli swej proga,

By się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga.

 

Więc sił resztą dotrwali aż do wiosny, do lata,

By powrócić na Ziemię - lecz nie było już Świata.

 

Podczas wizyty w południe, lekarz dodał mi do leków Rutinoskorbin i zawiadomił, że jutro przeprowadzony będzie cały komplet badań krwi, w tym na wirusa. Mam też zgromadzić flegmę do badań.

Po obiedzie dostałem Rutinoskorbin i Pyralginę. Około czternastej poczułem się lepiej. Temperatura chyba spadła. Nie mierzę jej jednak aby nie rozczarować się niemiło. Wierząc ciału i psychice, że jest dobrze wychodzę na drugi spacer poza szpital. Dopiero drugi w ciągu tych trzydziestu dni mojego pobytu w Zabrzu. Czterdziestopięciominutowy, samotny spacer, w cieniu soczystej zieleni parku specjalistycznego szpitala, orzeźwił mnie. Przeżyłem wielką radość, że samodzielnie mogę się już powoli przemieszczać pokonując dłuższe odcinki.

Po powrocie zjadłem sto gram szynki, i z pozytywnym nastawieniem zmierzyłem temperaturę. Termometr pokazał trzydzieści siedem stopni i dwie kreski. Poczułem się okropnie senny.

Obudziłem się po trzydziestu minutach kamiennego snu. Do kolacji kibicowaliśmy dekarzom układającym na czworaku dachówki.

 

Po osiemnastej nie będąc w stanie nic czytać, nie znajdując innego zajęcia w pokoju, wyszedłem przez telefon porozmawiać z bliskimi. Zatelefonowałem do domu, córki Samueli oraz siostry i brata. Niestety niewiele mogłem pogadać, bo przy każdym słowie drga mi brzuch, a łaskotanie w płucach pobudza do kaszlu. Słysząc to, rozmówcy prosili bym się nie wysilał i szybko kończyli rozmowę.

Aby nie zamyślać się w pokoju nad złożonością procesu powracania do zdrowia, spacerowałem z aparatem fotograficznym po szpitalnych korytarzach. Zrobiłem jednak tylko pięć zdjęć, bo parę miejsc wcześniej wytypowanych, po dokładnym przyjrzeniu się im z bliska, nie nadawało się teraz do uwiecznienia na kliszy. Nic interesującego nie przedstawiały.

 

Przechodząc wielokrotnie koło kuchni zatrzymywałem się przed jadłospisem. Zastanawiałem się nad przepisaniem go, aby potem, w domu, czasem zjeść podobne do klinicznego danie i porównać smaki. W końcu zdjąłem z tablicy informacyjnej dzisiejszy jadłospis. Na pamiątkę.

W sali szczegółowo zacząłem porównywać produkty wchodzące w skład posiłków podawanych pacjentom. Każdego dnia kuchnia przygotowuje ich sześć wariantów. Są diety: miażdżycowa, wrzodowa, wątrobowa, cukrzycowa, sondowa, lżejsza, oraz zestawy dla lekarzy i dla stołówki ogólnodostępnej.

Diety: wrzodowa, wątrobowa i lżejsza nie różnią się między sobą; miażdżycowa różni się surówką podaną do obiadu; cukrzycy dostają dodatkowo drugie śniadanie i podwieczorek. Dłużej zatrzymałem się przy posiłkach dla pacjentów będących na diecie sodowej. Na śniadanie dostają oni o dwieście ml więcej zupy mlecznej niż jest to w innych dietach, zawsze jedno jajko, masło roślinne, ale co mnie zaskoczyło - nie podaje się im pieczywa. Na kolację, podobnie jak rano, też jest jajko, a ponadto: masło roślinne i dodatkowo zupa lekko strawna, czasem parówka mielona. Miele się też składniki obiadu. Jest też stałe drugie śniadanie sto pięćdziesiąt ml śmietany.

Ślinka leci jak czyta się jadłospis dla stołówki i lekarzy. Są tam same przysmaki; jest salceson i kiełbasa swojska, ser żółty i topiony, pieczeń wieprzowa, ryba smażona i kurczak pieczony oraz inne produkty, których po przeszczepie - zdecydowanie należy unikać.

 

Do dwudziestej pierwszej trzydzieści oglądałem festiwal opolski. Patrzyłem w telewizor, ale myślami byłem zupełnie gdzie indziej.

 

Piątek, trzydziesty pierwszy maja dwa tysiące drugi rok - trzydziesta szósta doba po O H T

 

Kolejna przespana noc.

Kompleksowe badanie krwi o siódmej trzydzieści.

Waga dziewięćdziesiąt kilogramów osiemset gram.

Wizyta lekarska przebiegła bez sensacji. Na temperaturę może jakiś lek jeszcze dostanę.

Umiem już odkasływać flegmę.

Nastrój - lepiej nie wspominać. Szukam, w zoperowanym, człowieczej godności.

Nic mnie nie boli poza mostkiem przy odkasływaniu.

 

Po śniadaniu wychodzę na zakupy do kiosku zlokalizowanego w parku szpitalnym.

Piękna, słoneczna pogoda.

A kiedy będzie taki nastrój w mej duszy?

Spraw,

TY,

który wszystko możesz,

oby jak najgorzej.

 

Na rowerze obciążenie dwadzieścia pięć wat. Mocno trzeba naciskać pedały, jakby podjeżdżało się pod spore wzniesienie. Ciśnienie w normie, a tętno nie przekroczyło stu osiemnastu uderzeń na minutę. Serce pracuje sprawnie. Chociaż ono jedne nie obciąża mojej nadwrażliwej psychiki.

 

W południe temperatura trzydzieści sześć i pięć. Cieszę się, że zdrowieję. O piętnastej trzydzieści, przed drugą wizytą lekarską, mierzę już bez napięcia temperaturę. Jest trzydzieści siedem i jedna kreska. Lekko się zdenerwowałem. Za godzinę znowu zmierzyłem o trzy kreski więcej; po kolejnej godzinie - jeszcze o dwie kreski wzrost. Samopoczucie już złe. Idę po lek przeciwgorączkowy.

 

Od osób z przeszczepionym sercem, przyjeżdżających na badania kontrolne, dowiaduję się jak postępować, by maksymalnie wykorzystać swoje serce i by było przyjemnie, szczęśliwie i radośnie.

Niestety między wierszami, choć to marginalizuje się, wyłapuję występujące poważne problemy komplikujące komfort życia.

Konieczność wszczepiania rozruszników, zmiany w naczyniach wieńcowych, uszkodzenia żołądka i nerek, pojawienie się cukrzycy, pogorszenie wzroku, odwapnienie kości i psucie zębów - to tylko niektóre z nich.

Na zewnątrz, na wierzchu, uśmiechnięta buzia, dowcipkowanie, komunikowanie - jestem zdrowy I tylko takie postawy i myśli prezentowane są w rozmowach. A głęboko ukryta troska i schowany pewno lęk; i obawa przed rozwojem schorzeń, zwłaszcza, wywoływanych ubocznym działaniem leków. Chwile zwątpienia neutralizowane są radością, że przeszczep uratował życie; że żyje się już: trzy miesiące, rok, kilka lat, piętnaście. Tym, którzy przyjeżdżają na kwalifikacje wydaje się, że przeszczep to zabieg kosmetyczny. Zgłaszają się nawet tacy, którzy mają wyrzutowość w granicach dwadzieścia pięć procent. Są wielce rozczarowani, jak lekarz odracza, w czasie, ich kwalifikacje ze względu na niezłą wydolność.

 

Moi współlokatorzy Krzyś i Zbyszek dużą część dnia przesypiają. Też jestem niekiedy senny, ale przetrzymuję te okresy wynajdując sobie odpowiednie zajęcia, szkoda mi upływającego czasu.

 

Staję się jakimś odludkiem. Bywam mało uprzejmy. Mija mi już chęć podziękowań personelowi za każdy gest, który przynosi ulgę w różnych stanach, który nie sprawia mi przykrości. Teraz wystarcza mi regularność wizyt lekarskich, częstość badań kontrolnych, profesjonalność kadry medycznej.

Będąc stale przestraszony tracę kontakt z osobami obok, a przez to, zbyt mało doświadczam życzliwości i miłego słowa od personelu medycznego: lekarzy, pielęgniarek, rehabilitantek, pań z biopsji.

Tak bardzo brakuje mi wsparcia psychicznego, pocieszenia w cierpieniu, ale nie wiem jak o to, i kogo prosić.

Myślałem, że dla człowieka obdarzonego duszą to, błahostka pomóc drugiemu w chwilach smutku i zwątpienia. Teraz wiem, że musi on jeszcze znaleźć czas, który może poświęcić bliźniemu.

 

Zdechlacy i smutasy ze swoimi problemami, zwłaszcza depresją, są utrapieniem dla szpitala, w którym leczy się tylko ciało i schorzenia narządu wewnętrznego serca. Całe szczęście, że niektórzy umieją radzić sobie sami. Nielicznym pomaga psycholog albo rozmowy. Mnie też pomagają rozmowy, ale tylko kapelan szpitalny znajduje na nie czas. Psychologowi nie miałem dotychczas okazji zwierzyć się z dręczących mnie myśli. Jest pewno bardzo zapracowany. Zresztą mając wielokrotnie bieżący kontakt z psychologami, prawie piętnastoletni, zauważyłem, że szczere odkrycie się przed nimi wywołuje uprzedzenia i niechęć do pacjenta, jeśli ma on inne poglądy polityczne, religijne lub w kwestiach rządu, biedy czy dobrobytu. Nawet przed moimi stałymi od lat psychologami odkrywam się bardzo rozważnie i w ograniczonym zakresie, bo nic o nich nie wiem. Takich obaw nie mam wobec księdza, bo z góry zakładam, że ma on, krańcowo odmienne, od moich poglądy polityczne i w kwestii wiary. Tych tematów nie dotykam wcale i nie komentuję.

 

W pierwszym okresie rekonwalescencji koniecznie musi być ktoś bliski, ktoś, kto, by zajął rozmową, pielęgnował, przynosił ulgę w cierpieniu, poprawił poduszkę pod głową, nakarmił, napoił, zaspokoił zachcianki, powstrzymał przed nierozważnymi zachowaniami itp.

 

Idąc po kolacji do telefonu, natknąłem się na dr Kubacką z Częstochowy, leczącą włosy Karolinki. Jej mąż leży tutaj po założeniu stenta w jednym z przytkanych naczyń wieńcowych. Obecnie jest w złej formie i stąd oczekiwanie na korytarzu. Pozdrowiliśmy się serdecznie jak starzy znajomi, obaj w nieszczęściu będący. Bardzo zaskoczyła ją wiadomość, że jestem po przeszczepie. Życzyła mi szybkiego powrotu do zdrowia.

 

Zadzwoniłem do domu. I znowu w trakcie telefonu łaskotanie w klatce piersiowej wywołujące drgania brzucha i wyrzucanie słów.

 

Sobota, pierwszy czerwiec dwa tysiące drugi rok - trzydziesty siódmy dzień po przeszczepie i trzydziesta doba po Re fiksacji

 

Ponieważ dość znacznie odstaję kondycyjnie od osób, które niedawno przeszły transplantację serca, zacząłem liczyć okres rekonwalescencji od drugiej operacji, a od niej upłynęło dopiero dwadzieścia dziewięć dób. Z tego powodu dla lepszego samopoczucia psychicznego pocieszam się, że tydzień wolniej mam prawo dochodzić do lepszej formy.

 

Pierwsza noc bez tabletki przeciwbólowej. Sen nie był już jednak tak mocny jak wczoraj, bo przebudziłem się o godzinie piątej, a wcześniej o trzeciej trzydzieści.

 

Dzień zaczął się mierzeniem temperatury; o piątej pięćdziesiąt - równe trzydzieści siedem stopni.

Po kąpieli, już o siódmej czterdzieści pojawia się drganie klatki i brzucha, spowodowane łaskotaniem w klatce. Mocno kasłałem, ale tym razem żadnej flegmy nie wyplułem.

Mimo kiepskiej formy fizycznej po śniadaniu wyszedłem do szpitalnego kiosku na zewnątrz. Poprzez ruch za wszelką cenę chcę zlikwidować zakwasy w mięśniach. Okropnie bolą mnie łydki i uda, zwłaszcza przy schodzeniu po schodach lub gdy przyjdzie trochę przykucnąć, aby na przykład wyjąć coś z lodówki. Trwa to już od kilku dni.

Po powrocie zastałem Roberta. Zrobiliśmy z zięciem parę zdjęć.

W południe wyjechał do domu Krzyś, dziewiętnastolatek z Łodzi. Mniej sprawny ode mnie, ale za to, bez powikłań

Odprowadzając Roberta odbyłem bardzo długi spacer - około siedemset metrów przy ogrodzeniu okalającym szpitale, stary i nowy. Szedłem bardzo wolno szerokim krokiem, bo doznawałem dużych zawrotów głowy. Tam gdzie teren nieco się wznosił, odpoczywałem co parę kroków by uregulować oddech. Pokonanie tak krótkiego odcinka zajęło mi czterdzieści minut (po trzech latach od przeszczepu, przejście tej trasy zajęło mi - siedem minut i szesnaście sekund).

Idąc samotnie poza szpital bardzo ryzykuję, ale spośród osób, które znam został tylko Adam Wojnowski. Nie może on jednak wychodzić poza pokój, bo nie wyleczył jeszcze zapalenia płuc. Leży w pojedynkę w izolatce. Wstęp do niego ma tylko personel szpitala. To usprawiedliwia moje samotne spacery.

 

Żadnego odzewu, na moje zapiski i pytania do pielęgniarek. Nie będę się przypominał. Pewno w nieodpowiednich osobach ulokowałem swe sympatie. Smutno mi.

 

Już siedem godzin nie mierzę temperatury, bo boję się pogorszenia nastroju. Mimo to, obniża się on stopniowo. Gorące ciało i niemożliwość koncentracji, dreszcze - mówią same za siebie. Cały czas przeżywam różne rozterki. Nie widzę przed sobą możliwości poprawy obecnej sytuacji. Ogarnięty apatią zasypiam o trzynastej trzydzieści. Jeszcze tu, w Zabrzu, nie zdarzyło mi się aby o tej porze spać.

 

Tuż po siedemnastej z drzemki wyrwał mnie, dochodzący z korytarza, głos dietetyczek rozdzielających kolację. Wstałem z łóżka osowiały. Niepewność co do terminu wyjścia ze szpitala, pojawienie się symptomów jakiejś kolejnej niedyspozycji fizycznej odbierają mi chęć do czegokolwiek. Po kolacji telefonuję do kuzyna Mirka aby porozmawiać i choć na chwilę przenieść się w atmosferę, która dominuje w życiu zdrowych ludzi. Doznaję zawodu, bo Mirek przebywa na uczelni w Kielcach, a jego żona zna mnie tylko z widzenia i brak nam wspólnego tematu do rozmowy. Nie odchodząc już od telefonu wykręcam numer do żony. Krótko informuję o swoim stanie zdrowia, bo wiem, że Krysia potrzebuje wsparcia, może większego niż ja, zaś wyżalanie się przed nią na swoją dolę, spotęguje jeszcze bardziej cierpienie, jakiego ona doznaje w związku z moją operacją. Zachęcony przez Krysię, parę słów zamieniam też z Karolinką. Bez jakiegokolwiek wyrazu uczuciowego przekazuję jej życzenia z okazji Dnia Dziecka i szybko kończę. Nie lubię rozmów telefonicznych z córką, bo najczęściej daje w nich do zrozumienia, że nikt nie poświęca jej dostatecznie dużo czasu, nikt ją nie lubi; czuje się osamotniona i pozbawiona naszej miłości. Wolę tego nie słuchać, bo nie potrafię ją niczym obecnie rozweselić.

 

Na mistrzostwach świata w piłce nożnej, niemieccy piłkarze wygrali osiem do zera z Arabią Saudyjską.

Dostałem dwie karty telefoniczne, a jedną wymieniłem.

 

Wracam do sali chorych. Narasta we mnie zwątpienie w możliwość odzyskania stanu zdrowia sprzed operacji. Nie mam nadziei na rychły powrót do domu. Zaczynam obwiniać siebie za obecną sytuację. To przecież ja, a nie kto inny, wyraził zgodę na przeszczep. Ogarnia mnie żal, że tego nie da się cofnąć; że nie ma możliwości odzyskania poprzedniego serca i ponownego amontowania go w moim wnętrzu. Jest mi obojętne, czy ktoś mnie jutro odwiedzi, czy nie. Wolałbym nikogo nie widzieć i z nikim nie rozmawiać.

Po dwudziestej przychodzi do nas kapelan szpitalny z komunią. Chwilę rozmawia wczuwając się w nasze dolegliwości aktualne i przyszłe. Zaznacza, że już do końca życia zdani będziemy na Klinikę, która będzie czuwać nad naszym zdrowiem. Zachęca do wytrwałej walki z przeciwnościami losu, do obrony przed zagrożeniami na jakie, w związku z niską odpornością organizmu, jesteśmy narażeni. Wychodząc z uśmiechem dodaje: będzie dobrze!

 

Podczas oglądania programu rozrywkowego w telewizji, Benefis Kałużyńskiego, patrząc na prezentowane obrazy i słuchając tego co mają do powiedzenia wykonawcy, odczuwałem już pewien spokój. Zachwyciłem się Szapołowską, jej urokiem osobistym, kreacją i interpretacją utworu muzycznego, który śpiewała. Parę razy rozweseliłem się wespół z widownią Teatru Stu, w którym goszczono jubilata. Zdrowieję?

 

By nie popaść ponownie w przygnębienie, zacząłem intensywnie myśleć nad rozwiązaniem problemu odprowadzania nieczystości w naszym domku letniskowym. Kombinowałem jak zrobić, by woda zużywana do kąpieli i zmywania naczyń, zamiast napełniać szambo, nawadniała las bądź inne rośliny. Rysowałem szkice, dokonywałem szczegółowych opisów, analizowałem różne warianty... I tak aż do zaśnięcia.

 

Niedziela, drugi czerwiec dwa tysiące drugi rok - trzydziesta ósma doba po przeszczepie i trzydziesta pierwsza po Re fiksacji

 

W nocy wstawałem dwa razy, by oddać mocz. Trzeci raz zbudził mnie, o godzinie piątej, wchodzący na salę mężczyzna, który przyjechał z Legnicy o nowe serce Kiedy trzy godziny później wstałem z łóżka celem dokonania porannej toalety, ukradkiem spojrzałem na kartę choroby dostrzegając, że przybyły pacjent ma pięćdziesiąt trzy lata. Leżał przygnębiony, nie zwracając uwagi na nic, co wokół niego się dzieje. Częstotliwość uderzeń jego serca, jak usłyszałem przy dokonywaniu pomiaru tętna przez pielęgniarkę, nie przekracza pięćdziesięciu uderzeń na minutę.

Moje serce funkcjonuje dobrze, ale czuję się fatalnie; myślę, że pewno gorzej niż legniczanin. Przy spożywaniu gorących potraw i napojów boli mnie żołądek. Czyżbym go już po miesiącu uszkodził?

Zaraz po śniadaniu dopada mnie znowu, jak my to nazywamy, trzęsawica W tym samym czasie pojawia się rzężenie w płucach i łaskotanie w drogach oddechowych. I natychmiast wyzwala się we mnie strach przed odkasływaniem, który paraliżuje mój umysł. Nie potrafię się niczym zająć. Z nikim nie mogę też porozmawiać by skrócić sobie czas nieprzyjemnych odczuć, bo z trudem wyrzucam z siebie pojedyncze słowa. Przy próbie zagadania zaczyna mi drgać brzuch i klatka piersiowa; następuje nieprzyjemne napinanie i rozluźnianie mięśni jakby działały na nie impulsy elektryczne; mięśnie brzucha, w chwili wypowiadania słów zachowują się tak, jak przy intensywnym śmiechu. Pielęgniarka chcąc mi ulżyć wykonuje oklepywanie pleców. Nadal nie mogę niestety wydalić z siebie zalegającej w płucach flegmy.

Zaczęto ogrzewać sale. Kaloryfery ciepłe. Widocznie na dworze musi być zimno.

Przestraszony swoim samopoczuciem zaczynam szukać przyczyny. Stale aktywna podświadomość natychmiast podsuwa odpowiedź; lekceważyłeś, zalecane tuż po przeszczepie, ćwiczenia oddechowe

 

Jest godzina dziesiąta. Bezzwłocznie przystępuję do ćwiczenia długiego oddechu przy użyciu butelki z wodą i wężyka, przez który wdmuchuję równomiernie i spokojnie powietrze. Obserwując powstające w wodzie bańki, staram się utrzymać je jak najdłużej.

W ciągu paru minut wykonuję pięć prób. Osiągnięte wyniki jeszcze bardziej mnie przygnębiają; średnio, zaczerpnięte do płuc powietrze wydalam z nich, poprzez wężyk zanurzony w wodzie, zaledwie przez dwadzieścia trzy sekundy. Moim zdaniem, świadczy to o zmniejszeniu pojemności płuc.

Odczuwam symptomy gorączki. Mierzę temperaturę. Termometr wskazuje trzydzieści siedem i trzy dziesiąte stopnia Celsjusza. Myślę, że to początek jakiejś infekcji.

Patrzę na film przyrodniczy w telewizji, ale komentarz lektora nie dociera do mnie, bo umysł wypełniony mam lękiem przed zapaleniem płuc.

Rozżalony, w paru słowach zwracając się do Zbyszka, wyrażam swą negatywną opinię o znieczulicy jednej z pielęgniarek.

To, że mnie wysłuchał przyniosło mi pewną ulgę.

Biorę się do ćwiczenia oddechowego. Jest lepiej; średnia wyniosła tym razem, po półtorej godzinie od pierwszego ćwiczenia, dwadzieścia siedem sekund. Ale nie ma powodu do radości, bo temperatura też wzrosła.

 

Do południa zostało dwadzieścia minut. Za oknem zaczyna padać drobniutki wiosenny deszczyk, ale ja widzę szarość dnia i mżawkę kojarzącą się z szarugą jesiennych dni.

Takie też myśli krążą mi po głowie.

Wokół porusza się mnóstwo ludzi, dla których mój byt jest obojętny. Niezliczona ilość nie wie nawet o moim istnieniu. Wcale dla świata nie liczę się. Życie toczy się obok. Skąd mi przyszło do głowy by sobą zajmować tak liczne grono znajomych? Ale przecież gdyby nie ich życzliwe listy i rozmowy telefoniczne już dawno bym się załamał. Jak rozbudzić w sobie siłę do trwania mimo ogólnej niesprawności?

Seans myślowy kończę przy obiedzie. Postanawiam na je DZIŚ

- nie robić sobie nadziei na jakiekolwiek przyjemne doznania,

- uprzejmie, z ciepłym uśmiechem traktować i pozdrawiać spotykanych ludzi nie oczekując nic w zamian.

 

Trzydzieści minut po trzynastej sprawdzam ponownie wydolność płuc. Podczas pięciu prób, tylko raz dmucham do wężyka dłużej niż piętnaście sekund; ale zaledwie siedemnaście. Temperatura utrzymuje się na poziomie trzydzieści siedem i cztery dziesiąte stopnia Celsjusza.

Ignoruję te parametry i wychodzę do sali telewizyjnej by obejrzeć teleturniej Familiada i serial filmowy Złotopolscy. Wracam przed zakończeniem filmu gdyż nie mogłem się w żaden sposób skupić na jego fabule.

 

O godzinie piętnastej pielęgniarki wtaczają do sali szerokie, wysoko podniesione łóżko, na które kładzie się przygotowany do przeszczepu pacjent.

Myślę o czekających go udrękach jeśli transplantacja się powiedzie. Zbyszek zaś rzuca w jego stronę: ędzie dobrze! o:p>

Niespodziewanie poczułem się dość dobrze; przestało mnie łaskotać w piersiach, nic mnie nie boli. Idę wykonać parę telefonów. Rozmawiam z domownikami, potem z siostrą, a na końcu ze znajomą z Pelplina.

Zwracam się do Ani tymi słowy:

Dziękuję Aniu, że mimo braku czasu odpowiedziałaś na moje wołanie

Po pierwszej operacji przywoływałem z mojego życia wspomnienia, które mobilizowały mnie, dawały siły do przetrwania cierpień. Po drugiej bałem się, że to może nie wystarczyć. Wsparcie jakie otrzymałem przerosło najśmielsze oczekiwania sprawiając mi wielką radość. Przy czytaniu dwóch listów łzy zalewały mi oczy, zaczynałem kilka razy, aż ostatecznie odczytała mi je żona. Pamiętam każdą chwilę z Rabki , jakby to miało miejsce wczoraj. Najczęściej wspominam spacer przed wschodem słońca, na ranną mszę do kaplicy sióstr Franciszkanek przy ulicy Słonecznej. Tą drogę, stromym zboczem Bani na skróty, którą pokonywaliśmy przy świetle księżyca i w puchu śnieżnym po kolana, a miejscami i głębiej. No i nabożeństwo z pięknym twoim śpiewem, i zakonnic. Sam wśród tak wielu kobiet na początku czułem się stremowany, ale potem - jak w raju

Ucieszyłem się gdy przeczytałem, że bywasz w Częstochowie. Zapraszamy z żona serdecznie wstąp na dłużej, albo chociaż na chwilę.

Dużo się modliłem pewno i dlatego żyję mimo różnych powikłań początkowych.

Moim nieszczęściem jest okropny, wprost nieludzki lęk i brak odporności na ból. Niesamowicie przeżywam każde ukłucie, a ponadto, wrażliwy jestem na bezduszność ludzi, z którymi niestety nieraz przychodzi mi być. Mimo, iż każdy człowiek jest dobry, czasem od tych dobrych, na otrzeźwienie dostaję kopniaka. Teraz jak nie jestem już tak cierpiący znoszę to normalnie, wcześniej było trochę gorzej

Oczywiście nie czytam całego tekstu jednym cięgiem lecz umiejętnie wplatam poszczególne myśli w tok rozmowy.

To dzwoniąc, to spacerując, spędzam poza salą chorych ponad czterdzieści minut.

 

O szesnastej ćwiczę płuca. Jest fantastycznie! Średnio wytrzymuję na wydechu trzydzieści jeden sekund, a najlepsza próba to czterdzieści pięć! By nie zepsuć sobie radości z tego osiągnięcia, temperatury nie mierzę już.

Zaczynam spacerować po korytarzach starając się zajmować myśli tym co zauważam wokół siebie.

 

O siedemnastej dwadzieścia na blok operacyjny transportowane jest serce do przeszczepu.

 

Po kolacji znowu przechadzanie się szpitalnym korytarzem. Chodząc powoli tam i z powrotem, raz odważam się na wejście po schodach z parteru na drugie piętro. Próba się udaje, ale z krótkim odpoczynkiem między kondygnacjami.

Już w pokoju z zaangażowaniem zajmuję się projektowaniem totemu do zawieszenia nad bramą ogrodzenia działki rekreacyjnej. Wypełniam w ten sposób czas do snu.

 

 

Poniedziałek, trzeci czerwiec dwa tysiące drugi rok.

 

W trzydziestą dziewiątą dobę po przeszczepie, rozbudziłem się trochę przed szóstą wezwany przez pielęgniarkę do pomiaru temperatury. Cztery kreski ponad trzydzieści siedem już na początku dnia, to kiepski bodziec do dobrego samopoczucia.

Trochę już zobojętniały na zdrowotne ułomności przystępuję do porannej toalety.

Dziś szczególnie starannie golę szyję, bo przewidziany jestem do biopsji. Golę też pachwiny, a to na wypadek gdyby były problemy z wkłuciem się w żyłę szyjną.

Po siódmej pielęgniarka pobiera mi krew do kompleksowych badań i zamocowuje kaniulę dożylną.

Proszę o Tramal, lek, który ochroniłby mnie przed bólem nacinania skóry na szyi.

Po śniadaniu, którego oczywiście nie tknąłem, zaczyna się niespokojne oczekiwanie na biopsje. Przy każdym otwarciu drzwi, pojawia się myśl: o po mnie i natychmiast serce przyśpiesza rytm.

A dziś, jak na złość, współtowarzysze wyjątkowo się kręcą, to do kiosku, to zatelefonować, to do sali opatrunkowej lub jeszcze gdzie indziej, a potem pojedynczo wracają.

Kiedy o dziesiątej w drzwiach stanęła pielęgniarka, nie zastanawiając się nad tym co robię, poderwałem się z krzesła, ale zanim ruszyłem w jej kierunku, usłyszałem:

Panie Leśniczek, idziemy na echo serca i wykonać elektrokardiogram.

Ponieważ wynik badań EKG nie odbiegał od normy, a wyrzutowość serca wyniosła sześćdziesiąt jeden procent poprawił mi się nieco nastrój, a napięcie oczekiwania zelżało.

Emocje wzrosły dopiero piętnaście minut przed jedenastą - kiedy to pod opieką pielęgniarki podążałem na blok hemodynamiki - i trwały przez godzinę, do czasu powrotu na salę. Tym razem, podczas biopsji nie odczuwałem bólu. Pewno to efekt działania Tramalu, który połknąłem około pół godziny przed pobieraniem próbek z serca.

 

Za oknami nie ma już śladu po czarnych chmurach porannej burzy. Stopniowo jaśnieje zieleń liści na pobliskich drzewach, aż wreszcie o trzynastej - pada na nie, z błękitnego nieba, światło promieni słonecznych.

Od paru dni, jeszcze nie zdając sobie z tego sprawy, zacząłem wkraczać w moje . A to pisząc swój dziennik, a to planując prace do wykonania na działce. Fajnie by było, aby myśli o przyszłości intensywniej zaistniały w mojej głowie. Ale jak to zrobić? Gdyby, tak dało się tylko, pokonać trwale moje objawy chorobowe....

Zadumę przerywa lekarz informując mnie, że w wyniku badań histopatologicznych biopatów nie stwierdzono uszkodzenia komórek mięśnia sercowego. Stopień biopsji A Jest iskierka nadziei na wypis do domu!

 

W związku z rozpoczynającą się modernizacją położonych piętro niżej sal, zostajemy - w godzinę po obiedzie - przeniesieni w prawe skrzydło szpitala, do pokoju chorych numer cztery, dość daleko od dyżurki naszych pielęgniarek. Jest to trochę większa sala, ale za to pięcioosobowa i skromniej wyposażona. Mnie brakuje tu zwłaszcza zegara na ścianie.

Zadowolony z miejsca przy oknie, pośpiesznie zapełniam szafkę swoimi ręcznikami, bielizną, kosmetykami i wychodzę na zakupy do miasta tuż za szpitalne ogrodzenie. Ponieważ w najbliższym sklepiku nie było pomidorów ani polędwicy, na którą przyszedł mi wyjątkowy smak, ruszyłem kilkaset metrów dalej. Następnie z pakunkiem foliowym w ręku odbyłem godzinny spacer w pobliżu szpitala. Dbając o nie przeciążenie serca i z powodu słabych, wiotkich mięśni nóg, dość często zatrzymywałem się; siadając na napotykanych ławeczkach lub przystając w cieniu drzew. Zdrowy człowiek na pokonanie drogi, którą ja przebyłem potrzebowałby najwyżej piętnaście minut.

 

Podczas kolacji zaczynam odczuwać drżenie całego ciała. Wkrótce pojawia się łaskotanie w klatce piersiowej. Nic nie mogę mówić, bo uniemożliwiają mi to mięśnie brzucha. Przypominam sobie, że drganie brzucha nasila się przy temperaturze, a teraz zauważam, że i w pozycji leżącej. Po kolacji, o wpół do siódmej, mierzę temperaturę. Parokrotnie patrzę na skalę termometru, który niezmiennie wskazuje trzydzieści osiem stopni Celsjusza.

Znowu boję się czegoś złego. Chcąc sobie ulżyć idę do dyżurki pielęgniarek po lek przeciwgorączkowy. Po godzinie czuję się na tyle dobrze, że próbuję dzwonić do domu. Niestety mimo czterokrotnych prób nikt telefonu nie odebrał. Również nie dodzwoniłem się do Meli, bo numer był stale zajęty. Mocno zaniepokojony, z katastroficznymi myślami w głowie, przewidującymi jakieś nieszczęście, ruszam pod czwórkę. Wyjątkowo szybko, bez przystanków w korytarzu w kształcie przeolbrzymiego ceownika, wróciłem na salę, gdzie brzmiał już dzwonek mojej komórki.

Dzwonił szwagier Staszek z informacją, że jego i Krysi mama zaniemogła. Zemdlała na wieczornej mszy w łotopotockim kościele skąd zabrało ją pogotowie do Częstochowy. Chyba zjadła coś zepsutego, bo cały czas wymiotuje. Leży w szpitalu, w którym pracuje Samuela. Obecnie, oprócz Meli, są przy niej Krysia z Marysią. Karolinka jest pod opieką Staszka w samochodzie pod szpitalem.

Wiadomość, choć smutna, przerwała mój horror myślowy. W tym momencie wiem, że to nie Krysi ani Karolince grozi jakieś niebezpieczeństwo.

Żeby tylko mama wyszła z tego i nie umarła w obecnym czasie, kiedy Krysia jest ponad miarę obciążona zmartwieniami związanymi ze mną - cały czas świadomość wypełnia mi ta jedno zdaniowa prośba.

 

O dwudziestej drugiej trzydzieści, pełen obaw o własne życie, ułożyłem się do snu.

 

Wtorek, czwarty czerwiec dwa tysiące drugi rok - czterdziesta doba po O H T

 

Przebudziłem się dziesięć minut przed piątą. Na dworze szaro, mglisto, kwiatom w klombie wyblakły kolory, żaden ptak nie śpiewa; najkrócej mówiąc ponuro. W duszy też stan przygnębienia i zatroskania. Żal i tęsknota, za tym co minęło, utrudnia przełykanie śliny. Czuję wypieki na twarzy i łagodne dreszcze ciała. Znowu daje o sobie znać stan podgorączkowy. Mimo kiepskiego samopoczucia jak najszybciej chciałbym opuścić łóżko szpitalne. Nie wiem dlaczego, bo przecież personel medyczny opiekujący się mną jest uprzejmy, a pielęgniarki bardzo zgrabne, młode i stale uśmiechające się. Czyżby dlatego, że niekiedy czuję jakiś chłód i obojętność w otaczającym mnie świecie?

 

O ósmej otrzymuję wiadomość od lekarza, że pozostaję nadal w szpitalu. O terminie wypisu można będzie rozmawiać dopiero po spływie na oddział wszystkich wyników badań.

Może w czwartek? myślę z nadzieją pocieszając się w ten sposób.

 

Wkrótce z rezygnacją wracam a ziemię Moje ciało przypomina o sobie zapowiadając, że dziś nie mogę liczyć na odrobinę ukojenia z jego strony. Nie mogę spodziewać się też pokrzepienia ducha od najbliższego otoczenia: zwłaszcza od pacjentów przebywających ze mną na sali, bowiem przeżywają również trudne chwile, choć przeszczep mieli parę lat temu. Z powodu trudności w mówieniu, od paru dni, głównie przysłuchuję się rozmowom jakie między sobą prowadzą. Ci, którzy dziś pojawiają się w zasięgu mojego słuchu, głowy zaprzątnięte mają różnorakimi kłopotami. Z wielkim trudem radzą sobie finansowo. Nie starcza im pieniędzy na życie i brakuje na kupno niektórych leków potrzebnych do wspomożenia funkcjonowania organizmu. Narzekają na uboczne działanie przyjmowanych preparatów zapobiegających odrzutowi serca. Obwiniają, w tej chwili, świat o wszystko. Nie czują zadowolenia z życia, nie potrafią niczym się cieszyć.

Rozumiem ich, bo jak można się czuć gdy po dziesięciu latach od przeszczepu okazuje się, że naczynia wieńcowe serca są tylko w niewielkim stopniu drożne; albo jak po pięciu latach oczekuje się znowu na przeszczep, ale tym razem nerki; bądź z powodu ropienia dziąseł stale bolą zęby, a w gębie piekło Jak nie być pesymistą gdy młode serce wspomagać musi już rozrusznik?

Ogarnia mnie zwątpienie co do słuszności dokonywania transplantacji narządów. Czy warto przedłużać ludziom życie takim kosztem; jedne cierpienia zastępując innymi?

Już teraz odczuwam niepokój na myśl o konieczności poddania się kiedyś zabiegowi wszczepienia rozrusznika serca. Przeraża mnie możliwość nawrotu cukrzycy, z którą boryka się wielu poznanych przeze mnie pacjentów, która również wystąpiła u mnie we wczesnym okresie po przeszczepie. Zdaję sobie sprawę z tego, że i ja z powodu obniżonej odporności organizmu łapał będę różnorakie choroby. Z upływem czasu cyklosporyna uszkodzi moje nerki, wątrobę i żołądek, a nowotwór zaatakuje inne narządy albo skórę.

Ale czy taki scenariusz musi się zawsze zdarzyć? zapytuję się w myślach.

Rozmyślanie nad odpowiedzią pomaga mi pozbyć się przygnębiających myśli. Dla mnie liczy się przecież: u i teraz Wszystko inne to jeszcze daleka perspektywa.

Jak bardzo przydałaby się teraz odrobina pociechy. Ktoś, kto wysłuchałby się w rozterki mego serca i ulżył mu. Moja pociecha - delikatna dłoń dogadzająca ciału, dobra twarz rozumiejąca łzy, nie zalewająca mnie potokiem zbytecznych słów - dziś jest przy mamie, potrzebującej obecnie bardziej opieki bliskiej osoby niż ja. Rozumiem, to i akceptuję, bo wiem, że choroba czasu nie wybiera. Wiem też, że w pierwszej fazie leczenia, w okresach zwątpienia, niezastąpioną pomocą jest obecność bliskiej osoby.

 

Po obiedzie spotyka mnie miła niespodzianka; odwiedziny brata Krysi. Krótko mówię o swoim nienajlepszym samopoczuciu, a następnie słucham, co on ma do powiedzenia.

Staszek barwnie i szczegółowo opowiada o wczorajszych przeżyciach związanych z nagłą niedyspozycją mamy. O jej zachowaniu po odzyskaniu przytomności, pierwszych chwilach w szpitalu i minionej nocy. Potem mówi o aktualnych wydarzeniach w rodzinie, a na koniec o problemach firmy, którą kieruje i swoich najistotniejszych zadaniach na stanowisku prezesa. Od czasu, do czasu, pociesza mnie i mobilizuje by nie przejmować się gorączką. Ma kolegę, który prowadzi normalny tryb życia, choć od kilku lat nie opuszczają go stany podgorączkowe.

Szybko mijają dwie godziny. Chwile bez bojaźni przed czymś niemiłym, czas bez odczuwania skutków trwającej niedyspozycji.

 

Czyżbym załapał jakąś groźną infekcję, która jest niewyleczalna?

Poważnie zaczynam się niepokoić temperaturą swego ciała. W ciągu dnia, godzina, po godzinie, sukcesywnie ona wzrasta. Proces ten przerywam, gdy mocno mi przeszkadza; gdy mam dreszcze, gorące czoło i policzki, gdy rozmowa mnie męczy, gdy nie mogę niczym się zająć, nad niczym skupić.

Teraz, o osiemnastej trzydzieści nadszedł właśnie taki moment, termometr pokazuje trzydzieści siedem i dziewięć dziesiątych stopnia Celsjusza. Biorę Pyralginę i w milczeniu czekam na zadziałanie leku i poprawę nastroju.

Dziś trwa to wyjątkowo długo, bo dopiero po trzech godzinach temperatura obniża się o jedną kreskę. Ulgę w samopoczuciu odczułem dopiero po kolejnej godzinie. Wtedy, o dwudziestej drugiej trzydzieści, metaliczny koniec rtęci skurczył się do skali oznaczającej na termometrze trzydzieści siedem i trzy dziesiąte stopnia Celsjusza.

 

Środa, piąty czerwieca dwatysiące drugi rok - czterdziesta pierwsza doba po O H T

 

Budzę się z odrobiną wiary w wyzdrowienie, bo czuję się znacznie lepiej niż w ciągu ostatnich dwóch dni. Pojawia się też ździebełko optymizmu, bo temperatura tylko trzydzieści sześć i siedem dziesiątych stopnia Celsjusza. Lekko zadowolony udaję się na pobranie krwi do dyżurki pielęgniarek, bo dziś znowu komplet badań laboratoryjnych oraz EKG.

 

Dobre samopoczucie pryska jak bańka mydlana, gdy o dziewiątej trzydzieści znajduję się znowu w stanie podgorączkowym. Zdając sobie sprawę z tego, że może on pokrzyżować moje oczekiwanie na rychłe wyjście ze szpitala, proszę bezzwłocznie pielęgniarkę o zastrzyk przeciwgorączkowy. Dzięki temu, w kilkadziesiąt minut później, po zbiciu temperatury, mogę bez przeszkód skupić się nad książką, posłuchać muzyki lub radia i uciec od pesymizmu demonstrowanego przez współlokatorów. Aktualnie wyjątkowo źle znoszę, ich zgorzkniałe spojrzenie na życie, agresję słowną wobec niektórych polityków i nie zgadzam się też - z różnymi od moich - odczuciami na gospodarkę i działania socjalne rządu.

Nie potrafię dostrzec w kolegach czegoś co mogłoby mnie zainteresować. Nie ma mowy o znalezieniu jakiegoś elementu, który sprzyjałby powstaniu pewnej więzi pozwalającej na otworzenie się na drugiego człowieka.

 

Podczas obchodu lekarskiego, nie narzekam na nic. Zaraz na wstępie wywiadu podkreślam, że moja temperatura ciała nie odbiega w tej chwili od normy; świadomie pomijając milczeniem fakt otrzymania leku przeciwgorączkowego.

- Widocznie był to wynik działających na pana emocji radości na wiadomość o możliwości opuszczenia szpitala zażartował lekarz.

 

Po obiedzie odbywam długi spacer w pobliżu szpitala, zaprawiając mięśnie do stopniowego wysiłku. Obserwuję reakcje układu oddechowego i pracę serca. Szybko się męczę, a zwłaszcza wtedy gdy przychodzi mi pokonać niewielkie podejście albo zrobić parę kroków po schodach w górę. Nogi stawiam szeroko, bo kręci mi się okropnie w głowie. Czuję zwiotczenie mięśni, niektóre nawet może zanikły. Moje ciało, na wysiłek w terenie, reaguje zupełnie inaczej niż podczas wędrówek korytarzami szpitalnymi, bądź w trakcie codziennych ćwiczeń rehabilitacyjnych znacznie gorzej.

 

Mimo wszystko okropnie chcę być jak najszybciej w domu. Tęsknię za przytuleniem się do Krysi, za rozmową z Karolinką, za bliskimi. Dom, to też smaczne potrawy, jak choćby galaretka z ryb, zupa z termo miksera, gołąbki z ryżem, dobra herbata z cytryną i miodem, itd. Jestem wyczerpany psychicznie przedłużającym się pobytem w szpitalu. Zaczynając wątpić w poprawę samopoczucia, oswajam się z myślą życia wypełnionego różnorakimi zaburzeniami w funkcjonowaniu organizmu. Nie dopuszczam do rozczulania się nad sobą. By ograniczyć wpływ temperatury na nastrój kupuję w aptece APPAP, który będę zażywał zanim poczuję skutki stanu podgorączkowego. Trzeba się wziąć w garść i do przodu!

 

Po powrocie ze spaceru dowiaduję się, że wynik kolejnych, trzecich już badań na wirusa, jest ujemny. To zwiastun prawdopodobnego wypisu ze szpitala. Nie umiem się cieszyć z tego faktu, bo w podświadomości utrwaliły mi się zawody jakich doznałem wcześniej. Przypominam sobie także rozczarowanie innych pacjentów pewnych spełnienia swoich oczekiwań. W naszej sytuacji nie ma nic pewnego. Ale mam inny powód do zadowolenia; minęła dwudziesta, a nie pojawiły się jeszcze żadne problemy zdrowotne spośród dokuczających mi w ostatnich dniach.

 

Wykorzystując możliwość swobodnego wypowiadania się, dzwonię do domu i znajomego, który mógłby mnie ewentualnie jutro odebrać ze szpitala. Trochę nadziei na wyjście jednak mam.

 

Przez cały dzień, poza rannym pomiarem, nie kontrolowałem temperatury. Dzięki temu, nie zaprzątałem sobie myśli troską o jej wzrost lub spadek w określonym czasie. Trochę oszukując się, poprawiałem sobie w ten sposób ogólny stan zdrowia i to, dość skutecznie. Przed snem zmierzyłem jednak temperaturę, ale pięć kresek ponad trzydzieści siedem nie pogorszyło mojego, i tak już smutnego, nastawienia do życia.

 

O godzinie dwudziestej drugiej trzydzieści na salę przywieziono, młodego, dwudziestotrzyletniego chłopaka do przeszczepu. Operacja Roberta ma się odbyć o piątej nad ranem.

 

Czwartek, szósty czerwca dwatysiące drugi rok - czterdziesta druga doba po O H T

 

Od przebudzenia wypełnia mnie nieprawdopodobna niecierpliwość. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy lekarz podejmie decyzję o wypisaniu mnie do domu. Kłębowisko nieuporządkowanych myśli rozerwie mi chyba głowę. Nie mogę nimi właściwie pokierować. Cały czas jakiś podszept wzbrania mi mierzyć temperaturę. Bezwolnie podporządkowuję się podpowiedzi. Jest mi tak nawet wygodnie, bo gdyby okazało się, że mam stan podgorączkowy - raczej o opuszczeniu szpitala mógłbym dziś zapomnieć. Zajęty wewnętrznym dialogiem nie dostrzegam nic i nikogo wokół.

 

W takim napięciu trwam do wizyty lekarskiej, podczas której doktor Zakliczyński zawiadamia mnie, że wychodzę na przepustkę do czasu następnej biopsji. Jestem zadowolony. Teraz już w spokoju przysłuchuję się rozmowom lekarzy z innymi pacjentami. Słysząc, że serce dla Roberta nie nadawało się do transplantacji, bo miało za grube ściany, dokładniej przypatruję się młodzieńcowi. Jest zasmucony, bo musi wracać do szpitala w Gliwicach, skąd przybył, i oczekiwać na kolejnego dawcę. Mnie los oszczędził długiego oczekiwania, ale za to obficie obdarzył innymi uciążliwościami po przeszczepie. Zauważam też, że po mojej operacji nie było jeszcze do tej pory żadnego udanego przeszczepu serca.

 

O godzinie dziesiątej, spokojny o wypis, odczytuję wskazanie termometru. Pokazuje on temperaturę trzydzieści siedem i osiem dziesiątych stopnia Celsjusza. Łykam tabletkę APAP-u i po chwili ponownie wkładam termometr pod pachę. Jestem w wielkiej rozterce, bo następny pomiar rejestruje wzrost temperatury o jedna kreskę. Wbrew logice nie powiadamiam o tym lekarza, a zdesperowany dzwonię do Maćka, mojego znajomego, by przyjechał mnie odebrać ze szpitala. Znam już sposób na obniżanie temperatury, wolę więc wreszcie być blisko przyjaznych mi osób, niż zdrowieć w warunkach szpitalnych.

 

O godzinie czternastej otrzymałem wypis ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu.

Obszerna EPIKRYZA informowała:

pięćdziesięcioczteroletni pacjent z ciężką niewydolnością krążenia w przebiegu kardiomiopatii zastoinowej, najpewniej na tle zapalnym, po wcześniejszej kwalifikacji do leczenia transplantacją serca został przyjęty do tutejszego oddziału w trybie pilnym celem wykonania zabiegu wobec zgłoszenia dawcy zgodnego grupowo. Dwudziestego szóstego kwietnia dwu tysięcznego drugiego roku w krążeniu pozaustrojowym wykonano orotopowy przeszczep serca. Pomimo bardzo niskiego wsparcia aminami opresyjnymi we wczesnym okresie po zabiegu, w szóstej dobie u pacjenta obserwowano objawy pogorszenia funkcji układu krążenia z uwagi na objawy radiologiczne tamponady założono chirurgicznie drenaż do śródpiersia. W tym samym czasie w wyniku planowanej biopsji stwierdzono istotne odrzucanie komórkowe. Pomimo zastosowania typowej terapii wysokimi dawkami glikokortykosteroidów nie uzyskano ani poprawy hemodynamicznej, ani wycofania się objawów histopatologicznych w kolejnej biopsji. W związku z tym pacjenta poddano terapii surowicą antytymocytarną uzyskując oczekiwany efekt. W trakcie terapii cytolitycznej, z uwagi na podejrzenie infekcji EBV stosowano gancyklowir w pełnej dawce. Ostatecznie infekcję wykluczono. Natomiast pod koniec pobytu pacjenta na oddziale pojawiły się okresowe stany podgorączkowe, nie przekraczające trzydzieści siedem i trzy dziesiąte stopnia Celsjusza. Wobec braku innych objawów infekcji, ujemnych badań w kierunku CMV i EBV, i dobrego stanu ogólnego zadecydowano o możliwości dalszego leczenia w trybie ambulatoryjnym. Pacjenta w stanie ogólnym dobrym wypisano do domu. Termin kolejnej kontroli z biopsją ustalono na dziewiętnastego czerwca dwu tysięcznego drugiego roku

 

W czterdziestym trzecim dniu pobytu w szpitalu, czterdziestej drugiej dobie od przeszczepu, opuszczam Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu!

 

W drodze do domu, wielokrotnie powtarzam sobie w myślach sentencję, którą wpisała mi do notesu starsza pielęgniarka, sympatyczna i młoda, pani - Halina Pisarska:

 

Żyj tak, aby każdy dzień sprawiał radość Tobie i Twoim bliskim.

 

Zanim dojechałem do Częstochowy, wiedziałem, że to mocne, pozytywne stwierdzenie, będzie dla mnie jednym z najważniejszych elementów w tworzeniu nowej rzeczywistości.

TERAPIA WSPIERAJĄCA MÓJ MARSZ PO DRODZE KU ZDROWIU

W okresie pobytu w szpitalu utrzymywałem ze światem zewnętrznym stałą łączność. Obok bezpośrednich spotkań z paroma członkami rodziny, najczęściej były to krótkie rozmowy telefoniczne z bliskimi, a także kilkoma - darzącymi mnie sympatią - przyjaciółmi. Dużo też informacji i serdeczności otrzymywałem w listach. Dla mnie wszystkie formy kontaktu z życzliwymi mi osobami miały niezwykle pozytywne działanie.

W okresie bólu i cierpienia, każdy, nawet najmniejszy gest dobroci miał znaczenie wyjątkowe. Czułem, że nie zostałem sam, że ktoś pamięta, że pokazuje mi cel i sens życia, że wreszcie odkrywa przede mną dobroć Boga i Jego Rodziny.

Zawarte w rozmowach i listach wyrazy wsparcia i pocieszenia nie tylko wzruszały mnie, ale wyzwalały również siłę do przetrwania. Robiłem wszystko by sprostać oczekiwaniom swoich bliskich, by ich nie rozczarować swoją słabością. Chciałem pokazać im się znowu pogodny, dobrotliwy, a przede wszystkim zdrowy.

Więź z przyjaciółmi przyczyniała się nie tylko do łagodzenia różnorakich cierpień, ale również rozniecała iskierkę nadziei, że będzie dobrze. Do słów zawartych w listach wracałem wielokrotnie, bowiem miały one dla mnie szczególne działanie terapeutyczne. Ładunek emocjonalny zawarty w nich nie da się przekazać inaczej, jak tylko cytując wybrane fragmenty korespondencji.

 

 

Antoni Leśniczek