W kolejce po życie



NAJWIĘKSZĄ SZANSĘ NA PRZESZCZEP MAJĄ OSOBY Z GRUPAMI KRWI (A) I (O)
 


 

Gdy inne sposoby leczenia zawodzą, pozostaje przeszczep. Oczekiwanie przez chorych na nowe serce,
nerkę czy wątrobę oznacza jednak często nieubłagany wyścig z czasem.


Wojciech Półchłopek z Opola, rocznik 1971, dobrze wie, co to znaczy. Od 17 października ubiegłego roku przebywa na oddziale hepatologicznym Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Szczecinie, gdzie czeka na przeszczep wątroby. Każdego ranka budzi się z nadzieją, że może akurat tego dnia znajdzie się dawca.
- Pani doktor, która od początku się mną opiekuje, powiedziała, że bez przeszczepu do domu mnie nie wypuści - stwierdza Wojciech. - Pogodziłem się z tym, trzeba się teraz przemęczyć, żeby potem dobrze się czuć. Przykra jest tylko dla mnie świadomość, że ktoś musi umrzeć, abym ja mógł dalej żyć.
Zachorował w roku 1996. Początkowo wszystko wskazywało na to, że ma żółtaczkę. Choroba okazała się jednak bardziej skomplikowana i długo stanowiła dla lekarzy zagadkę. Wojtek leżał w jednym szpitalu, potem w drugim, następnie trafił do kliniki, a jego stan coraz bardziej się pogarszał. W końcu wykryto, że zapalenie dróg żółciowych miało u niego tło immunologiczne. Przeciwciała, które powinny bronić organizmu, zaatakowały wątrobę. W klinice zakwalifikowano go do przeszczepu. Był rok 1998. Potem jednak doszły kolejne powikłania, Wojtek znowu leżał w szpitalu, aż nagle usłyszał dramatyczną dla siebie wiadomość, że transplantacja już nie wchodzi w grę.
- Ja jednak nie przyjąłem tego jak wyroku i postanowiłem nie tracić nadziei - opowiada. - Czułem się źle, cały czas byłem na lekach, ale wierzyłem, że zdarzy się cud. Tak minęły dwa lata. Aż nagle jesienią 2000 roku dowiedziałem się, że w Szczecinie istnieje ośrodek zajmujący się przeszczepami wątroby i pomaga takim ludziom jak ja. Nawiązałem z nim kontakt przez internet. Odpisała mi doktor Maria Syczewska.
W głosie Wojtka, gdy opowiada swoją historię, nie słychać jednak smutku ani strachu. Jest pełen optymizmu.
Od października ubiegłego roku do lutego w szczecińskim szpitalu odbyły się 3 przeszczepy wątroby. Wszystkie zakończyły się pomyślnie.
- I pomyśleć, że jednym z tych szczęśliwców mogłem być ja - mówi Wojtek. - Bo akurat grupa krwi jednego z dawców zgadzała się z moją. Ale pech chciał, że akurat wtedy wyskoczyły u mnie poważne komplikacje. A teraz, gdy już się mogę poddać operacji, to z kolei nie ma dawcy.
Wojtek już nawet wie, że zespołem, który ma dokonać u niego przeszczepu, będzie kierować dr Maciej Wójcicki, chirurg, który najpierw przez 2 lata szkolił się i pracował w Holandii. Wykonał tam 20 tego typu transplantacji. W szczecińskim szpitalu przeprowadził ich do tej pory dwanaście.
- Wszystkie te osoby czują się dobrze, poza jedną pacjentką, która w dziesięć miesięcy po przeszczepie zmarła, ale na wylew krwi do mózgu - mówi dr Maciej Wójcicki. - Z przeprowadzoną wcześniej operacją nie miało to nic wspólnego. Aktualnie na tzw. liście aktywnej jest zapisanych 10 osób, z których kilkoro czeka na dawcę w szpitalu, a kilkoro w domu.
Przeszczepy wątroby w Polsce przeprowadza się dopiero od 1994 roku. Odbywają się one u dorosłych w dwóch ośrodkach w Warszawie oraz w dwóch w Szczecinie: w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym i w klinice Pomorskiej Akademii Medycznej, a u najmłodszych przeprowadza się takie operacje w Centrum Zdrowia Dziecka. Wszystko zależy jednak od dawców oraz od limitów narzuconych przez Ministerstwo Zdrowia. Podobnie jest w przypadku przeszczepów serca czy nerek.
Trzeba czekać i wierzyć
- Dawców wątroby to na pewno jest ich mniej niż oczekujących - podkreśla dr Wójcicki. - Wpływ ma na to jednak nie tylko świadomość społeczeństwa, ale i system koordynacji pobierania narządów oraz identyfikacji biorców i dawców. Z krajów europejskich najlepiej organizacyjnie przygotowana jest pod tym względem Hiszpania, natomiast w Polsce pozostawia to jeszcze wiele do życzenia. Z drugiej strony ograniczają nas limity. Na przykład w tym roku możemy wykonać w naszym szpitalu 12 przeszczepów, tylko na tyle dostaniemy pieniędzy.
Przeszczep wątroby trwa od 10 do 15 godzin. Uczestniczy w nim bez przerwy 4 chirurgów i 4 anestezjologów.
W tym roku minie 37 lat od dokonania w Polsce pierwszego udanego przeszczepu nerki. 34 lata temu miał miejsce pierwszy przeszczep serca. Obecnie jedne, jak i drugie zabiegi są już w naszym kraju powszechne. Nadal jednak kolejka po serce czy nerkę jest albo za długa, albo warunki, żeby się dostać na listę oczekujących, bywają trudne do spełnienia. W przypadku przeszczepu wątroby, wystarczy tylko zgodność grupy krwi między dawcą a biorcą. Jeśli chodzi o nerkę czy serce - muszą być też spełnione inne warunki.
Katarzyna Wajdziak z Tułowic, która od dwóch lat nie ma jednej nerki, a druga jest zbyt słaba, żeby mogła wystarczyć - od czerwca ubiegłego roku jeździ trzy razy w tygodniu na dializy do Opola. Wyrusza z domu o godz. 11, a wraca o 19.30. Nie załamuje się jednak ani nie narzeka.
- My, ludzie chorzy, musimy mieć optymizm - mówi pani Katarzyna. - Jeżeli się pogodzimy z sytuacją, jaka jest, to lepiej to znosimy.
Jej jeszcze nawet nie zarejestrowano w banku przeszczepów, choć została już tam zgłoszona.
- Warszawa mnie odrzuciła - opowiada. - Dlatego, że ważyłam wtedy 75 kg, a powinnam 71. Bo przeszczep robi się pod powłokami brzusznymi i tkanki tłuszczowej nie może być za dużo. Na razie udało mi się schudnąć kilogram, a powinnam trzy. To jednak nie jest takie proste. My musimy bardzo o siebie dbać, jeść mięso. Nie dopuścić do utraty z organizmu potasu i magnezu. Będę jednak nadal próbować.
Andrzej S., mieszkaniec małego miasteczka, dializuje się od blisko siedmiu lat. Bardzo liczył na to, że w końcu doczeka się przeszczepu. Ale ta nadzieja już upadła.
- Okazało się, że złapałem żółtaczkę typu C, a to dyskwalifikuje mnie do transplantacji - twierdzi pan Andrzej. - Po przeszczepie trzeba bowiem zażywać leki przeciwko odrzutowi, a uszkodzona wątroba już nie będzie ich tolerować. O żółtaczce dowiedziałem się dopiero wtedy, gdy zacząłem dociekać, dlaczego nie jestem zgłaszany do banku przeszczepów. Chciałem też wiedzieć, czy nie zostałem zarażony w szpitalu, do tej pory tego nie wiem.
Andrzej S. czuje żal do szpitala, bo uważa, że właśnie tam się zaraził wirusem typu C. - Mam troje dzieci, więc jeszcze jest dla kogo żyć - dodaje.
W stacji dializ przy oddziale nefrologicznym Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu na leczeniu nerkozastępczym jest obecnie 105 osób, z czego na transplantację nerki oczekuje tylko 10 chorych.
- Dlatego jest ich tak niewiele, bo ze względów lekarskich nie wszyscy kwalifikują się do przeszczepu - wyjaśnia dr n. med. Ryszard Kwieciński, ordynator oddziału. - Bywają też osoby, które się na niego nie zgadzają, bo się boją, i trzeba to uszanować. Samo wykonanie przeszczepu nie daje bowiem żadnej gwarancji. Chorzy czasem myślą: lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.
Do transplantacji dyskwalifikuje nie tylko zarażenie się żółtaczką, zbyt duża waga ciała, ale też przeszkodą może być ciężka cukrzyca, nadciśnienie.
Telefon zawsze
może zadzwonić
- Czasem nasi pacjenci czekają na dawcę pół roku, a czasem dwa i trzy lata - twierdzi dr Kwieciński. - Bywa, iż mamy wiadomość, że na naszego pacjenta czeka odpowiedni dawca we Wrocławiu, czyli niedaleko. Jest niedziela, dzwonimy do niego do domu z dobrą wiadomością, a tymczasem on jest przeziębiony, więc nic z tego. Albo dzwonimy i nikt nie odpowiada, a potem się okazuje, że rodzina akurat była w kościele.
W ubiegłym tygodniu w nocy z soboty na niedzielę doktor Kwieciński akurat miał dyżur, gdy odebrał telefon z Katowic z wiadomością, że jest dawca nerki dla jednej z jego pacjentek, która czekała na przeszczep od półtora roku. Już wcześniej byli dla niej dwaj potencjalni dawcy, ale stan zdrowia kobiety nie pozwalał wtedy na operację.
- Przygotowywaliśmy tę pacjentkę do trzeciej rano - opowiada dr Kwieciński. - Bo zawsze w takich przypadkach trzeba m.in. wykonać świeże ekg., zdjęcie płuc, badania biochemiczne i hemodializę. Chwilę potem zrobiono jej przeszczep, zakończył się pomyślnie.

Cztery najważniejsze
godziny
W Polsce czeka rocznie na przeszczep serca ok. 180 osób, z czego doczekuje się jedna trzecia. W tym przypadku decyduje nie tylko zgodność tkankowa, ale i czas. Musi ono trafić od dawcy do biorcy w ciągu 4 godzin. Bo potem jest już za późno.
- Ostatnio bardzo zmniejszyła się ilość dawców tego organu - niepokoi się Tadeusz Bujak, prezes koła Stowarzyszenia Transplantacji Serca w Zabrzu i zarazem wiceprezes zarządu głównego. - Z badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Śląski oraz Szkołę Zarządzania w Tychach wynika, że 80 procent społeczeństwa popiera transplantacje i pobieranie narządów oraz tkanek od zmarłych. Zatem nie ma z tej strony większego oporu. Uważamy natomiast, że tkwi on jeszcze w placówkach służby zdrowia, gdyż zgłoszenie i przygotowanie dawcy stanowi dla szpitala wysiłek organizacyjny. Tymczasem w sensie finansowym lecznica nic z tego nie ma.
Na liście czekających na przeszczep w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu jest zapisanych 70 osób. Wśród nich nie ma na razie nikogo z Opolszczyzny. Natomiast wiadomo, że kilku pacjentów jest do tego przygotowywanych - są w trakcie badań i obserwacji.
- Część z oczekujących trafia zawsze na tzw. gorącą listę - wyjawia prezes koła. - Każdy chciałby się na niej znaleźć. Ale może ona objąć najwyżej 20 osób, ze względu na ograniczoną liczbę dawców. U nich do przeszczepu dochodzi w ciągu 2-3 miesięcy.
Człowiek jest zdrowszy,
ale nie zdrowy
Tadeusz Bujak ma te przejścia już za sobą, od sześciu lat żyje z nowym sercem. Nawet wrócił do pracy.
- Każdy, kto czeka na przeszczep, musi jednak sobie uświadomić, że to nie jest całkowity powrót do zdrowia - podkreśla. - Tylko zamiana jednego problemu medycznego na drugi, gdyż człowiek musi potem przechodzić rygorystyczną kurację, aby przeszczep nie został odrzucony. Na przykład leki immunosupresyjne trzeba zażywać z dokładnością do kilku minut. Ale z tym można żyć, pracować i cieszyć się rodziną.
U niego do niewydolności mięśnia sercowego doszło z powodu przebytej grypy. Od momentu zakwalifikowania się do przeszczepu aż do jego wykonania upłynęły aż dwa lata.
- Najpierw pojechałem do sanatorium w Reptach, gdzie na tyle doprowadzono mnie do dobrego stanu, że już nie chciałem transplantacji - wspomina Tadeusz Bujak. - Nawet się nie przypominałem. Potem miałem jednak ponowną grypę i znalazłem się na gorącej liście. To był już dla mnie jedyny ratunek. W moim przypadku zaważyły dwa szczęśliwe zbiegi okoliczności. Mam grupę krwi zero, którą posiada ok. 40 procent ludzi w Polsce, więc łatwiej trafić na dawcę. A wiem, że teraz są kłopoty z pozyskaniem serc dla ludzi z grupą B. Poza tym mieszkam w Bytomiu, czyli blisko Śląskiego Centrum Chorób Serca, gdzie mogłem natychmiast dotrzeć.
Do zabrzańskiego koła skupiającego ludzi po przeszczepie serca należały też kiedyś osoby, które dopiero na niego czekały.
- Zrezygnowaliśmy jednak z ich udziału - dodaje prezes. - Bo one uważały, że dzięki temu dostaną szybciej nowe serce i miały o to pretensje. A my nie mamy takiej mocy.
U Tadeusza Bujaka wystąpił po transplantacji nietypowy odrzut. Ponieważ takiego przypadku wcześniej w Polsce nie leczono, lekarze z Zabrza poprosili o konsultację Amerykanów i go uratowano.
Półtora roku temu popadł w śpiączkę.
- Trwało to półtora miesiąca i nie wiedziano, czy z tego wyjdę - wspomina Bujak. - Ale widocznie nie po to dostałem nowe serce, żeby to się tak skończyło.
 



 
stat4u