Przeszczep serca i płuc - Marek Breguła


” Jak długo istnieje życie, tak długo istnieje nadzieja”

Teokryt


Będąc zdrowym człowiekiem, nigdy o chorobie nie myślałem.

 

 

Praca zawodowa, rodzina, było oczywiste, że na chorobę miejsca nie ma. Są jednak

 

marek z ćórką
w życiu rzeczy, na ktre nie mamy zbyt dużego wpływu, przychodzą nagle i zwalają

 

Ja, chory?! – to pomyłka” myślałem na początku. Jak się niedługo okazało to nie pomyłka, to przykra prawda. Co robić – poddać się, załamywać ręce czy walczyć?

 

Ja wybrałem to drugie. Nie traciłem wiary, myślałem pozytywnie. Gdy usłyszałem diagnozę , że tylko przeszczep płuc i serca zabrzmiało to dla mnie jak wyrok. Ale i od wyroku robi się odwołanie. A co by było gdybym się poddał? Prawdopodobnie nie miałbym okazji aby to wszystko opisać. Pozytywne myślenie, walka z chorobą, ale rwnież wsparcie i pomoc rodziny to najlepsza metoda walki z przeciwnościami losu. Stanąłem przed wyborem albo zdecydować się na przeszczep, ktrego jeszcze nikt w Polsce nie przeżył, albo nie wyrazić na niego zgody. Zgoda dawała mi nadzieję na to, że musi być kiedyś ten pierwszy raz i że to może właśnie będę ja. Brak zgody dawał mi nikłą gwarancję przeżycia od października do grudnia.

 

Słyszałem, że pomyślne przeszczepy wykonywane są w Anglii. Nie stać mnie było na taki luksus, bo cena przekraczała moje możliwości. Gdybym sprzedał cały dorobek życia i zaciągnął kredyty to i tak byłoby mało. A przecież ta duża suma, ktrą musiałbym zapłacić, nie dawała mi gwarancji, że się uda. Gdyby się nie powiodła to rodzina wiele lat pogrążona byłaby w długach. Decydując się na przeszczep , ani przez sekundę nie myślałem, że się nie uda. No i udało się. Nie powiem, że było łatwo. Jednak ból ktry przeżyłem był bólem dającym nadzieję, że jutro będę o kolejne jedno wkłucie mniej, że jutro będę miał jedną pompę mniej, że jutro będę o parę kroków więcej chodził, że jutro będzie lepiej, że jestem bliżej dnia, w którym wyjdę do domu, do dzieci i żony. Mogę dać również nadzieję innym na to, że skoro się udało jednemu pacjentowi to następni też będą.

 

Od czego się zaczęło – skąd czerpałem siłę?

 

Zaczęło się od złego wyniku badania EKG, od pobytu w miejskim szpitalu, od wielu badań – moim zdaniem nie zbyt potrzebnych – bo przecież ja czułem się lepiej niż wskazywany wynik. Kiedy zostałem przywieziony do Szpitala Klinicznego Nr 1 w Zabrzu przy ul. Curie – Skłodowskiej. Przemknęła mi myśl, że to chyba już nie żarty.

 

marek z ćórką

Lekarze i pielęgniarki wykazywali duże zainteresowanie moim przypadkiem. Będę im dozgonnie wdzięczny za okazaną pomoc i stawanie na głowie, aby mnie wyleczyć.Opiekowali się mną dr Przywara, dr Kozielska, dr Kawecki, dr Tomasik oraz inni lekarze z tejże kliniki, a nad całością czuwał prof. Wodniecki. Wspierał mnie również dobrym słowem i wytrwale pomagał dotrwać do przeszczepu cały personel pomocniczy od pielęgniarek po salowe. W ciągu dwóch lat byłem tam czystym gościem. Mimo fachowego leczenia mój stan zdrowia był coraz gorszy. We wrześniu 2001r. Wydarzyło się coś co dało mi pewność, że mój przeszczep się uda, że to ja będę tym pierwszym. 31.08 przeżyłem śmierć kliniczną. Tam gdzie się znalazłem było cudownie, to co przeżyłem było wspaniałe. Jednak nie pozwolono mi tam zostać. Pięknie zostałem przyjęty, ale równie pięknie mnie stamtąd wyproszono. Jednak wizyta ta dawała mi gwarancję przeżycia – skoro mnie tam nie chcieli – to musi coś znaczyć, to mam tu jeszcze coś do zrobienia – to muszę przeżyć. Miałem jeszcze marzenie, aby dostać nitkę ze stroju Jana Pawła II – naszego papieża. Jest on człowiekiem dla mnie wyjątkowym. Zona napisała list, w którym opisała moją nietypową prośbę, oraz sytuację w jakiej się znajduję. Matka Bernadeta ze zgromadzenia sióstr służebniczek przekazała go Ojcu Świętemu podczas audiencji. I tu znowu los mi sprzyjał. Papież nie dał mi nitki ze swojego stroju lecz swój prywatny różaniec wraz ze słowami: „ A po co mu nitka damy mu różaniec”. Po takim wstawiennictwie oczywiste było, że tym pierwszym będę ja.

 

- No i nadszedł dzień przeszczepu.

 

To było cudem, że w odpowiednim czasie, a miałem go już mało, znalazł się odpowiedni dawca. Nad wszystkim czuwał Bóg, a o resztę zadbali: prof. Zembala,

 

marek z ćórką
dr Wojarski, dr Przybylski oraz inni zacni specjaliści. Pierwszej doby po przeszczepie nie pamiętam. Później dzięki troskliwej i fachowej opiece lekarzy, pielęgniarek i rehabilitantów było z każdym dniem lepiej. Po dwumiesięcznym, luksusowym pobycie z dużą dozą rehabilitacji nadszedł czas wyjścia do domu. Był to dzień 21 XII. Czyż to nie cudowne, bez przeszczepu życie moje miało się zakończyć , a po udanym zaczęło się od nowa. Radości jaka panowała na wigilii nie jestem w stanie opisać. 2001 rok zakończyłem tańcząc dwa kawałki z żoną i jeden z córką. Miłość żony, córki i syna była dla mnie bodźcem, który dawał mi również wiele siły. Dla nich przeżyłem!

 


Marek Breguła człowiek, ktry przeżył, aby dawać nadzieję innym .

 

” Co tam siedem cudów świata... Fakt, że żyjesz - to jest największy cud świata” Ewa Glińska

 



Pierwsze zdjęcie jest z moją córką Kasią
Na drugim widać mnie kiedy wychodziłem już do domu.
Na trzeciem jestem wraz z prof. Zembalą w miesiąc po przeszczepie

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
stat4u