Nie pobrano żadnych narządów !

 



Śmierć w poczekalni

Krzysztof Nowak, taksówkarz z Miastka, bez wahania oddał nerkę żonie. Błagał lekarzy o jak najszybszy termin operacji i tłumaczył trójce swych dzieci, że także na tym polega małżeństwo. Andrzej Kajda pięć lat temu uratował życie synowi Pawłowi, oddając mu fragment swojej wątroby. Czteroletnią Olę, odżywianą już tylko sondą, uratował jej ojciec, Roman Kuś, który dał jej jedną czwartą swojej wątroby. To, niestety, tylko nieliczne przykłady tzw. transplantacji rodzinnych. W USA 50 proc. wszystkich przeszczepów to transplantacje rodzinne, w krajach skandynawskich - 45 proc., a w Polsce - zaledwie kilka promili!
Aż 84 proc. Polaków zapewnia, że oddałoby swój narząd, by pomóc najbliższej osobie, ale na ogół są to tylko puste deklaracje. Dr Wojciech Włodarczyk, transplantolog z Bydgoszczy, od dwóch lat nie wykonał żadnego przeszczepu rodzinnego. Gdy przeprowadził ankietę wśród oczekujących na nową nerkę, okazało się, że nikt z nich nawet nie odważył się porozmawiać o tym z rodziną. Tymczasem z międzynarodowych badań wynika, że "rodzinne nerki" pracują lepiej i dłużej niż pobrane od innych dawców, a prawdopodobieństwo śmierci w czasie pobrania narządu jest osiem razy mniejsze niż w wypadku samochodowym.
Na oddziale Danuty Stryjeckiej-Rowińskiej z Kliniki Transplantologii AM w Warszawie leży kobieta, której nie chce pomóc żadne z pięciorga rodzeństwa. Mówią, że boją się zwolnienia z pracy, bo po zabiegu przez kilka tygodni byliby na zwolnieniu. Obowiązujące przepisy o przeszczepach nie chronią dawcy rodzinnego przed utratą pracy. W nowej "ustawie transplantacyjnej", która będzie obowiązywać od 2006 r., zapewniono im ubezpieczenie na czas operacji i wieloletnią opiekę medyczną.
Od kilku lat coraz mniej chorych jest kwalifikowanych do przeszczepów. Na transplantację nerki czeka zaledwie tysiąc pacjentów, tyle samo co w o wiele mniejszej Słowacji. A jeśli już trafiają na listę biorców, to są w tak złym stanie, że nie kwalifikują się do przeszczepów. - W USA nie dopuszcza się do sytuacji, by chory był wyniszczony, bo od jego stanu zdrowia zależy, czy nowy organ się przyjmie. Tymczasem do mnie przysyła się chorych, którzy już tracą wzrok na skutek postępującej miażdżycy i cukrzycy oraz wieloletniego dializowania - mówi prof. Lech Cierpka ze Śląskiej Akademii Medycznej, który pierwszy w Polsce wykonał jednoczesny przeszczep nerki i trzustki. - Niektórych pobranych narządów nie udaje się dopasować do żadnego chorego - mówi prof. Jan Kulig z Collegium Medicum UJ. W bydgoskiej klinice biorca i dawca nerki mają coraz mniej wspólnych cech tzw. zgodności tkankowej (z 24 powinno być około 15, a jest przeważnie tylko 8), bo biorcę wybiera się z niewielkiej grupy. A rokowania dotyczące przyjęcia się przeszczepu są wtedy o wiele gorsze. W wypadku transplantacji serca o większych odstępstwach nie ma mowy. Zgodność musi być niemal idealna.
Do transplantacji nerek zbyt rzadko zgłaszani są chorzy utrzymywani przy życiu w stacjach dializ. W 204 stacjach dializom jest poddawanych 14 tys. osób. Średnio na świecie do przeszczepu kwalifikuje się
25 proc. dializowanych, zatem w Polsce powinno to być co najmniej 3,5 tys. osób (według prof. Piotra Kalicińskiego z CZD, nawet 6 tys.). Większość pacjentów jest jednak dializowana zbyt długo. Niektóre stacje w ciągu roku nikogo nie zgłosiły do przeszczepu! Pacjenci nie są informowani, że powinni się domagać jak najszybszych badań kwalifikujących ich do transplantacji. Tymczasem najlepiej byłoby, gdyby chory w ogóle uniknął dializy, szczególnie że stacje są w 80 proc. przestarzałe i wyeksploatowane, jak wynika z tegorocznego raportu NIK.
Stacje dializ nie są zainteresowane "pozbywaniem się" chorych, bo za całoroczną dializę jednej osoby NFZ płaci 60 tys. zł. Gdyby zatrudnieni w stacjach lekarze zajęli się kwalifikowaniem chorych do przeszczepów, wydaliby na konieczne badania zbyt dużo pieniędzy. Z kolei sami chorzy sądzą, że podłączenie do sztucznej nerki jest zbawieniem. Tymczasem większość z nich nie przeżywa dłużej niż kilka lat. Nie wiedzą o grożących im zakażeniach, spadającej odporności organizmu, powolnym wyniszczaniu innych narządów, co w ciągu roku prowadzi do śmierci 15 proc. dializowanych. - Trzeba zmienić kontrakty, które NFZ podpisuje ze stacjami dializ. Do umowy należy wpisać obowiązek przeprowadzenia kwalifikacji do przeszczepu, najlepiej w ciągu pół roku od przyjęcia chorego - mówi prof. Janusz Wałaszewski, dyrektor Poltransplantu, koordynatora przeszczepów w Polsce. Na razie transplantolodzy sami dzwonią do nefrologów i namawiają, by przysyłali im chorych! "Leczenie przeszczepem" nie znajduje również zrozumienia diabetologów, którzy zbyt późno kierują do transplantologa chorych z wrodzoną cukrzycą typu I, a więc skazanych na przeszczep trzustki. Z kolei kardiochirurdzy ostrzegają, by nie zwlekać ze zgłaszaniem osób z uszkodzonym mięśniem sercowym.
Z danych stowarzyszenia Życie po Przeszczepie wynika, że powinno się w Polsce wykonywać cztery razy więcej przeszczepów serca niż obecnie (średnia w UE to dziewięć operacji na milion mieszkańców, ponadtrzykrotnie więcej niż w Polsce).
Na dodatek liczba tych zabiegów ostatnio spada - w 2000 r. wykonano 128 operacji, w 2004 r. - już tylko 106. Powinno być także trzy razy więcej transplantacji nerek (w 2004 r. było ich 1067) i pięć razy więcej przeszczepów wątroby. Magdalena Kożuchowska, astronom z Warszawy, miesiącami czekała na wątrobę od zmarłego dawcy. W przeddzień operacji syn nie był w stanie wyprowadzić jej do parku, a lekarze nie ukrywali, że ma przed sobą kilka dni życia. Operacja odbyła się w ostatniej chwili.
W krajach UE szpitale zatrudniają osoby wyznaczone wyłącznie do wyszukiwania potencjalnych dawców i prowadzenia rozmów z rodziną zmarłego. W Polsce są województwa, takie jak świętokrzyskie, podkarpackie, lubuskie, w których od dziesięciu lat nie pobrano od zmarłych żadnych narządów lub były to sporadyczne wypadki! - Winni są niedouczeni lekarze, którzy czekają, aż serce przestanie bić, a wtedy jest za późno na pobranie narządu - mówi prof. Lech Cierpka. Nikt też nie liczy kosztów. NFZ w stacje dializ wpompowuje 880 mln zł rocznie, a na transplantacje przeznacza się tylko 209 mln zł. Jeśli w Polsce nie zmieni się stosunek do przeszczepów, za kilka lat będziemy jedynym w UE krajem, w którym chorzy będą umierali na przewlekłą niewydolność nerek.


Iwona Konarska

źródło

 
stat4u