Nauczmy się mówić o pobraniach

 

W Polsce brakuje narządów, pobieranych od zmarłych dawców do przeszczepów nerek, serc, wątroby, rogówek. W 2003 roku, w przeliczeniu na 1 milion Polaków, pobrano narządy od 13,7 dawców. W tym samym czasie w Hiszpanii, w której działa najlepszy w Europie, modelowy system identyfikowania dawców, ten wskaźnik wynosił 33,8.

 

Nauczmy się mówić o pobraniach

 

 - Widziałem zapłakanych ludzi dopytujących się, jak długo ich bliski będzie czekał na przeszczep nerki. Jednak, kiedy to najbliższy miałby stać się dawcą narządu, zamiast zabierać go z sobą do grobu, społeczna akceptacja nagle spada. Postępujemy niegodne - mówi Marian Oracz, dyrektor Szpitala Powiatowego we Włoszczowie (woj. świętokrzyskie).

 

Przez ponad rok dyrektor Oracz, wraz z ordynatorem oddziału intensywnej opieki medycznej przekonywał powiatowych radnych, aby wyrazili zgodę na ewentualne przeprowadzanie pobrań narządów w miejscowym szpitalu. - Muszę mieć zgodę na takie procedury organu założycielskiego szpitala - wyjaśnia Marian Oracz. Radni nie byli jednomyślni, ale ostatecznie, w grudniu ubiegłego roku, uchwała przeszła.

 

Pomagają biskupi i… seriale

 

W Polsce brakuje narządów - pobieranych od zmarłych dawców - do przeszczepów nerek, serc, wątroby, rogówek. To zmora wszystkich cywilizowanych krajów, w których transplantacje są powszechnie uznaną i stosowaną metodą ratowania ludzkiego życia.

 

- U nas stan transplantologii, wyniki i przeżycie pacjentów po przeszczepie, są takie same jak w ośrodkach europejskich i amerykańskich - ocenia profesor Wojciech Rowiński, konsultant krajowy ds. transplantologii. I dodaje: - Są jednak różnego rodzaju bariery, które różnią nasz kraj od innych, m.in. etyczno- obyczajowe.

 

Wątpliwości natury etycznej nie są już jednak w Polsce - jak się wydaje - największą przeszkodą w rozwijaniu transplantacji. Decydująca staje się organizacja procedur donacyjnych, czyli dawstwa narządów. Z opinii zebranych przez "Rynek Zdrowia" wynika, że w szpitalach, gdzie przeprowadza się najwięcej pobrań, tylko 2 na 10 rodzin nie wyraża zgody na pobranie narządów od zmarłych bliskich.

 

- Teraz nawet mniej - potwierdza Grzegorz Saładajczyk, ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w Szpitalu Zespolonym im. Ludwika Perzyny w Kaliszu. - Postawy ludzi zmieniają się po wypowiedziach biskupów i... emisji seriali telewizyjnych.

 

Tak chciała nasza córka

 

Romana Lorenc, koordynator donacji narządów w Specjalistycznym Szpitalu im. dr. A. Sokołowskiego w Wałbrzychu: - W tym roku na osiem pobrań mamy dwie odmowy. W ubiegłym, przez całe półrocze, były same zgody. Zdarzają się rodziny od razu zdeklarowane na "tak". Mieliśmy taką sytuację w zeszłym roku. Chodziło o młodą dziewczynę. Ku naszemu zaskoczeniu, rodzice zmarłej sami przekazali nam wolę córki: "Córka nam powiedziała, że jeżeli kiedyś stanie się jej coś złego i będzie mogła komuś pomóc podarowując narządy, to mamy spełnić jej życzenie".

 

Niemal codziennie gdzieś w Polsce rusza gigantyczna machina Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego ds. Transplantacji Poltransplant. Ta rządowa instytucja gromadzi dane dotyczące biorców, oczekujących na przeszczep i odbiera informacje o potencjalnych dawcach, koordynuje przekazanie narządów tam, gdzie są najbardziej potrzebne. Obowiązuje zasada: organ do przeszczepu pobiera zespół transplantologów z tego szpitala, w którym zostanie dokonany przeszczep. Do szpitali, w których zidentyfikowano dawcę, gnają karetki wiozące zespoły pobierające narządy. Jeśli Poltransplant znalazł dawcę na drugim końcu Polski - transplantolodzy lecą samolotem.

 

Helikopter zbyt słaby

 

- Nikt, kto choć raz nie zobaczył, jak wyglada procedura identyfikowania dawcy, pobierania narządów i przeszczepiania, nie będzie wiedział do końca, o czym mówi. To jest ogromny wysiłek organizacyjny angażujący dziesiątki ludzi - opowiada Helena Zakliczyńska, koordynator programu transplantacji w Centrum Chorób Serca w Zabrzu.

 

Pobieranie narządu i jego dostarczenie do szpitala biorcy to szaleńczy wyścig z czasem. Np. wypreparowane serce zniesie tylko 4-godzinne niedokrwienie, potem jego stan gwałtownie się pogarsza.

 

Logistyka w warunkach polskich stwarza ogromne problemy. Ekipy ze szpitali, tam, gdzie nie mogą po narząd dotrzeć ambulansami - bo nie zdążą - lecą samolotem. Trzeba więc jeszcze dotrzeć na lotnisko komunikacyjne.

 

- To nie może być helikopter. Lecą 4 osoby od nas: kardiochirurg z asystą, anestezjolog i pielęgniarka. Do tego dwie skrzynie po około 100 kilogramów wagi każda. Wszystkie zespoły transplantacyjne zawsze wożą do szpitala dawcy cały swój sprzęt, np. chirurgiczne piły do mostka. Sama lodówka na serce waży około 50 kilogramów. Takiego ciężaru helikopter nie uniesie - dodaje doktor Zakliczyńska.

 

Europejskie porównania

 

Dzięki ogromnej pracy wykonanej w ostatnich kilku latach przez specjalistów z Poltransplantu, z roku na rok rośnie liczba pobrań narządów. W 2004 roku pobrań dokonano w 120 szpitalach, w 87 miastach. Jednak nawet luminarze polskiej medycyny, którzy uczestniczyli w tworzeniu tego systemu, nie są zadowoleni z tempa zmian. Pobrań jest zbyt mało, spada liczba przeszczepianych serc.

 

W 2003 roku, w przeliczeniu na 1 milion Polaków, pobrano narządy od 13,7 dawców. W tym samym czasie w Hiszpanii, w której działa najlepszy w Europie, modelowy system identyfikowania dawców, ten wskaźnik wynosił 33,8. Porównanie Polski z Hiszpanią pozwala na wysnucie ciekawych wniosków, bo jest to bardzo podobny kraj pod względem liczby mieszkańców i powszechności wyznawania wiary katolickiej. Ten sam wskaźnik, np. w krajach zrzeszonych w Eurotransplancie (Austria, Belgia, Holandia, Luksemburg, Niemcy, Słowenia) to 15,2.

 

W Hiszpanii system działa doskonale dzięki ogromnemu zaangażowaniu lekarzy, rządu, mediów i Kościoła.

 

Trzeba umieć mówić

 

- "Jak mi ruszysz tatę, to ja cię znajdę".Taką uwagę słyszałem podczas rozmowy z pewną rodziną, kiedy prosiłem o wyrażenie zgody na pobranie narządu - przyznaje Jarosław Wilk, koordynator pobrań w Szpitalu św. Barbary w Sosnowcu. - Ludzie w obliczu tragedii mogą mówić różne rzeczy i to też trzeba rozumieć. Ten sosnowiecki szpital jest w pierwszej dziesiątce listy placówek, w których pobiera się najwięcej organów do przeszczepów. Tutaj też udaje się uzyskać jeden z największych odsetek pobrań wielonarządowych. Jeden dawca stwarza w ten sposób szansę przeżycia kilku ciężko chorym. -

 

Najwięcej pobrań jest tam, gdzie zespół szpitala buduje atmosferę zaufania, gdzie zgodnie z najlepszą wiedzą medyczną przewiduje, jakie są rokowania i przygotowuje rodzinę do ewentualnej tragedii - mówi z przekonaniem Jarosław Wilk. - Wyjawienie np. stopnia uszkodzenia mózgu, możliwości terapeutyczych, podobnych przypadków, czyli posługiwanie się doświadczeniem medycznym przygotowuje najbliższych do sytuacji ostatecznych.

 

- Budowanie dobrych kontaktów z rodziną (potencjalnego dawcy - red.) jest wielką sztuką, to element kwalifikacji zawodowych. Jeżeli zajmujemy się pacjentem w tak ciężkim stanie, to trzeba umieć o tym mówić - tłumaczy Jarosław Wilk.

 

Bez nadużyć

 

Jak ocenia profesor Wojciech Rowiński, krajowy konsultant ds. transplantologii, najczulszymi w odbiorze społecznym aspektami medycyny transplantacyjnej są dzisiaj: rozpoznanie śmierci mózgu, kwestia zgody na oddanie narządu oraz obawy co do ewentualnej komercjalizacji przeszczepów, czyli handlu organami. Na ten ostatni aspekt zwracają też uwagę lekarze, którzy realizują procedury donacyjne.

 

- Nigdy nie spotkałem się ze strony rodziny z argumentem, że pacjent dalej żyje, gdyż bije jego serce. Rozumieli, że oddycha za niego respirator i nastąpiła śmierć mózgu - mówi ordynator Grzegorz Saładajczyk. - Społeczne obawy dotyczą dzisiaj głównie nadużyć. W tej atmosferze, która jest dzisiaj w Polsce, to rzeczywiście wszędzie można podejrzewać aferę. Wiemy doskonale, że polska transplantologia jest czysta. Gdyby tu doszło do nadużyć, to by się nam wszystko zawaliło. W dziesięciu polskich szpitalach - w Warszawie i Szczecinie (po dwie placówki), Opolu, Sosnowcu, Lublinie, Gdańsku, Kaliszu i Wałbrzychu pobiera się aż 40 proc. wszystkich narządów. W Polsce jest wiele szpitali teoretycznie dysponujących sporym potencjałem donacyjnym, ale tam pobrań jest wyraźnie mniej.

 

W województwie świętokrzyskim w minionym roku nie doszło do żadnego pobrania. Nie powołano tam też wojewódzkiego konsultanta ds. transplantologii.

 

Pobranie, czyli kłopot

 

Środowisko medyczne bardzo ostrożnie wypowiada się na temat organizacyjnych powodów, dla których liczba narządów pobieranych od zmarłych dawców jest zbyt mała. Padają argumenty o kłopotach logistycznych, słabej edukacji społecznej i nie wypowiadane wprost - o zbyt małym zaangażowaniu części środowiska medycznego. Barierą są też koszty niektórych procedur. Np. procedura przeszczepu wątroby i prowadzenia chorego w pierwszym roku po zabiegu, to według ministerialnych wycen koszt około 200 tysięcy złotych. Ale…

 

- Gdyby było więcej pobrań, to nie ma rządu, który by się nie ugiął i nie zwiększył kwoty środków na przeszczepy - zaznacza z przekonaniem profesor Janusz Wałaszewski, dyrektor "Poltransplantu".

 

Prof. Wałaszewski przyznaje, że pobranie narządu do przeszczepu jest wielkim wyzwaniem organizacyjnym: - To ogromny stres dla wszystkich osób zaangażowanych w procedurę. Szpitale ciężko znoszą takie nieoczekiwane wydarzenia. Szpital ma swój rytm. Tymczasem nagle musi wyłączyć salę operacyjną z planowych zabiegów, bo będzie potrzebna do pobrania narządu. Przyjeżdża kilka zespołów, panuje ogromny ruch, który koncentruje uwagę wszystkich.

 

Zaraz jednak dodaje: - Organizacja tych procedur bardzo się unormowała, nie odstajemy tak dalece od przeciętnej europejskiej pod względem liczby pobrań na milion mieszkańców. To nas cieszy, aczkolwiek wiemy, że możemy zrobić więcej. Rozpacz na klęczkach Najwięcej narządów (w przeliczeniu na 1 milion populacji) pobiera się w szpitalach w województwach zachodniopomorskim, opolskim, dolnośląskim, mazowieckim. Najmniej - w podkarpackim, podlaskim i lubelskim, niewiele w małopolskim. Kieleckiego w ogóle nie ma w statystykach za miniony rok. Bolesław Rylski, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Kielcach uważa, że zasadniczym powodem, dla którego tak trudno o rzeczywistych dawców w jego szpitalu, jest brak przyzwolenia rodzin. Tam 7 na 10 rodzin odmawia zgody na pobranie narządów od zmarłych bliskich.

 

- Potrafimy rozmawiać, tylko po prostu ludzie nie są skłonni do konstruktywnego podjęcia dyskusji na ten temat - twierdzi Bolesław Rylski. - W swoim gabinecie miałem klękającego przed biurkiem człowieka. Tłumaczył, że brat jest w śnie katatonicznym, on też był, wyszedł z tego i brat też wyjdzie... Nie dało się go przekonać. Brat za kilka godzin umarł. Na pobranie było już za późno.

 

Potrzebny koordynator

 

Dyrektor Rylski przyznaje, że mała liczba dawców zgłaszanych ze szpitalnych oddziałów może wynikać i z innych przyczyn: - Oczywiście nie można mówić, że w środowisku lekarskim nie ma oporów przed wdrażaniem procedur pobrań. Lekarze angażują się w nie z dużą ostrożnością, bo atmosfera wokół służby zdrowia nie jest dobra. Ciągle słyszymy o aferach z udziałem lekarzy - tu skóry, tam doktor potasik, tu pavulon. Niektórzy odbierają to już jako nagonkę. Nie twierdzę, że środowisko nie jest bez winy. Ale to przykre, że o służbie zdrowia mówi się najczęściej tylko źle.

 

- Liczba pobranych narządów zależy od liczby identyfikacji dawców. Jeżeli w szpitalu jest dobrze pracujący koordynator, który nad tym czuwa, to pobrań jest więcej. On wie, że poszukiwanie dawców to jego powinność - mówi prof. Janusz Wałaszewski. - Jestem zatrudniony w wymiarze 1/8 etatu, czyli na jedną godzinę dziennie - opisuje swój status koordynatora ds. pobrań doktor Jarosław Wilk. To i tak spory sukces, bo dyrekcje szpitali nie mają przecież w ogóle środków na etaty koordynatorów. - Szpital biorcy płaci szpitalowi dawcy za opiekę i za zużyte materiały. Efekt jest taki, że dyrekcje szpitali, w których dokonywane są pobrania nie zawsze wypłacają pieniądze pracownikom, którzy zajmują się tymi procedurami, tłumacząc się pilniejszymi wydatkami - przyznaje dr Marek Ostrowski, konsultant wojewódzki ds. transplantologii w województwie zachodniopomorskim, gdzie w minionym roku pobrano najwięcej narządów.

 

Przyszłość polskiej transplantologii, jak można sądzić, zależy w dużej mierze od finansowania i wypracowania dobrego systemu donacji narządów. - Z logicznego punktu widzenia wydaje się, że osoby, które kierują polityką zdrowotną kraju, powinny zwiększać liczbę przeszczepień nerek, bo przeszczep poprawia jakość życia chorego i jest dwa razy tańszy niż dializoterapia - uważa profesor Leszek Pączek, prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego.

 

Wątroba spektakularna

 

Zdaniem profesora Pączka, rośnie liczba wskazań do przeszczepiania wątroby, co wiąże się z pandemią, czyli powszechnym występowaniem zakażeń wirusowych wątroby typu C i B. - Gwałtownie rośnie liczba pacjentów ze schyłkową niewydolnością wątroby, dla których jedynym ratunkiem będzie przeszczep. Wydaje się, że następne 5-10 lat przyniesie bardzo aktywny i spektakularny rozwój transplantologii wątroby - ocenia profesor.

 

Piotr Wróbel ("Rynek Zdrowia" )

 



 
stat4u