Dawcy, gdzie jesteście?

 



fot. Henryk Przondziono   - Mówią na nas „składaki”! - śmieje się Ewelina Sibińska spod Ostrowa Wielkopolskiego. Jej nowe serce pochodzi z Opola.Przemysław Kucharczak, Barbara Gruszka-Zych

 

 

Nie pozwól, żeby Twoje serce poszło do ziemi, kiedy umrzesz. A jeśli serce jest słabe - to może inne Twoje organy komuś przedłużą życie?

 


Jan Paweł II mówi, że decyzja podarowania za darmo swoich narządów innym ludziom - to „prawdziwy akt miłości”. Chodzi jednak o to, żeby to był Twój świadomy dar. Właśnie takie gesty zmieniają świat. Jeśli zdecydujesz się taką ofiarę podjąć, „Gość” ma dla Ciebie propozycję. Możesz złożyć podpis pod deklaracją na kartoniku, który załączyliśmy poniżej. Taki kartonik najlepiej nosić później ze sobą w portfelu albo trzymać go między dokumentami. Może się zdarzyć, że ta deklaracja przedłuży życie innemu człowiekowi. Jak Kazimierzowi z Suchowoli, jednemu z bohaterów tekstu na stronie 7. Dzięki przeszczepowi serca żył on dziesięć lat dłużej i przeżył radość z przyjścia na świat wnuka. Obecnie w Polsce mieszka około 550 ludzi z przeszczepionymi sercami.

 


Jesteśmy składakami
Mówią na nas: „składaki”! - śmieje się 20-letnia Ewelina spod Ostrowa Wielkopolskiego. W klatce piersiowej Eweliny bije serce człowieka z Opola, który zmarł przeszło pięć lat temu. Tak się jednak składa, że ci ludzie - „składaki” - są często tak sprawni, że wracają nawet do uprawiania sportu. - Znam Hiszpana z przeszczepionym sercem, który setkę przebiega w 11 sekund! Widziałem to na własne oczy - wspomina Tadeusz Bujak, prezes Stowarzyszenia Transplantacji Serca. Bujak żyje dzięki sercu 33-letniego mężczyzny z Tychów - dostał je w prezencie przed siedmiu laty.

 


Tego sprintera z Hiszpanii Tadeusz Bujak spotyka na międzynarodowych zawodach osób po transplantacji serca. - Najciekawsze, że ten człowiek zaczął trenować sprint dopiero po przeszczepie! - mówi.

 


Trenowanie sprintu jest jednak dla osób po przeszczepie serca trochę ryzykowne. Bezpieczniejsze są dla nich sporty, które wymagają wysiłku bardziej rozłożonego w czasie. - Lepiej znosimy wyścig na dystansie 4 km niż na 50 metrów - mówi Bujak. - Kiedy pan szykuje się do jakiegoś dużego wysiłku, to pana mózg już z wyprzedzeniem wysyła impuls do serca, że powinno zwiększyć pracę. A nasze nowe serca mają zerwane nerwowe połączenia z mózgiem! Kiedyś podbiegłem do autobusu. Przejechałem jeden przystanek i dopiero wtedy poczułem, że chyba padnę. Okazało się, że moje serce zareagowało na wysiłek z opóźnieniem i zużyło resztki tlenu - wspomina.

 


Tadeusz Bujak przed przeszczepem był inżynierem górnikiem, potem prowadził własną firmę. Był wysportowany, chodził po górach. Jego serce odmówiło posłuszeństwa, bo za szybko wstał z łóżka po grypie. Teraz, po przeszczepie, jest m.in. rzecznikiem praw pacjenta, redaguje też gazetkę. - Nawet gdybym w tej chwili zmarł, to jednak siedem lat dostałem w prezencie - mówi.

 


Przeciwnicy:  to kanibalizm
Do pierwszego przeszczepu we Francji doszło w styczniu 1951 roku. Chirurdzy wycięli wtedy nerkę z ciała skazańca. Nikt nie zapytał oszalałego ze strachu, upośledzonego umysłowo Jeana Estingoya, czy się na to zgadza, nikt go nawet o tym zamiarze nie poinformował. Lekarze w białych kitlach stali obok gilotyny i przyglądali się egzekucji. A potem po prostu wycięli nerkę ze znieruchomiałego, bezgłowego ciała i odjechali.

 


Trudno się oprzeć wrażeniu, że francuscy lekarze dla ratowania czyjegoś życia potraktowali ciało skazańca z pogardą. Być może właśnie takie przypadki sprawiały, że pojawiło się sporo przeciwników pomysłu przeszczepiania narządów od osób zmarłych. „To jest taki nowy kanibalizm” - mówiono. Ten i inne zarzuty padają zresztą do dzisiaj. Profesor Zbigniew Szawarski, filozof i bioetyk z Uniwersytetu Warszawskiego, twierdzi m.in., że transplantologia to zbyt kosztowna metoda leczenia, żeby ją stosować na dużą skalę, bo mniej pieniędzy zostaje wtedy na leczenie innych chorych.

 


Papież: to może być akt miłości
Większość Polaków nie wie jednak, że Kościół jest przychylny idei przeszczepiania organów. Wykazały to badania przeprowadzone w województwie śląskim pod kierunkiem prof. Marka Szczepańskiego, socjologa. 43 procent pytanych nic na ten temat nie wiedziało, a jedna na sześć osób sądziła, że Kościół jest... przeciwny przeszczepom.

 


Tymczasem Jan Paweł II wiele razy wyrażał poparcie dla przeszczepów, z wyjątkiem przeszczepu mózgu i narządów płciowych. O decyzji podarowania organów po śmierci wypowiedziała się też Papieska Rada ds. Duszpasterstwa Służby Zdrowia. W 1995 roku ogłosiła, że jest to „przedłużenie poza śmierć powołania do miłości”.

 


W sierpniu 2000 roku Papież specjalnie przyjechał na Międzynarodowy Kongres Transplantologiczny. Do zgromadzonych lekarzy powiedział, że „zaoferowanie za darmo części własnego ciała” innemu człowiekowi to szlachetny gest i prawdziwy akt miłości. Potępił jednak handel narządami. I mocno podkreślił, że to dawca albo jego krewni mają pełne prawo do decydowania: zgodzić się na pobranie narządów czy też odmówić.

 


- Kiedy przeszczep jest twoim świadomym darem dla drugiego człowieka, to nie ma absolutnie nic wspólnego z „neokanibalizmem” - uważa ks. Krzysztof Tabath, duszpasterz służby zdrowia archidiecezji katowickiej. - Jeśli podpiszę np. taki kartonik, wtedy rzeczywiście przedłużam powołanie do miłości nawet poza moją śmierć. Nawet jeśli moich organów nikt nie wykorzysta, sama decyzja już jest dobrym czynem - dodaje.

 


Polskie prawo: bez pytania
Właściwie obecnie w Polsce lekarze wcale nie muszą pytać rodziny zmarłego o zgodę na wycięcie jego narządów. Od 1995 roku obowiązuje bowiem zasada „zgody domniemanej”. Swój sprzeciw każdy pacjent może wnieść do dokumentacji podczas pobytu w szpitalu. Jest też tzw. Rejestr Sprzeciwów. - Jeśli ktoś nie zabronił w nim pobrania swoich organów, w razie śmierci może zostać dawcą, czy tego chce, czy nie - mówi dr Jacek Ziaja z Kliniki Chirurgii Ogólnej i Transplantologii Śląskiej Akademii Medycznej.

 


W praktyce jednak lekarze nie korzystają z tego prawa. - Zawsze informują rodzinę zmarłego o zamiarze pobrania materiału do przeszczepów. I wtedy często pojawiają się problemy - zdradza dr Ziaja.

 


Okazuje się bowiem, że nawet ludzie, którzy deklarowali w sondażach: „jesteśmy za przeszczepami”, często wycofują się z tego, kiedy rzeczywiście stają przed taką decyzją. W praktyce trudno pogodzić się z myślą o tym, że serce lub nerki zostaną wyjęte z ciała własnego syna, siostry, matki. Trudno kogokolwiek za to winić. Można jednak docenić tych, którzy przełamali ten naturalny odruch i przekazali do przeszczepu organy swoich bliskich.

 


Żona się zgadza,  rodzice nie
Odwiedziliśmy Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Profesor Marian Zembala przedstawia pacjentów, którym przeszczepił serca. - To pani Teresa. Właściwie nie powinno się jej przeszczepiać ze względu na dużą wagę. A mimo to pani wraca do zdrowia, już ćwiczy na rowerku - mówi.

 


- Ja to przeżyłam przeszczep mojego serca aż dwa razy! - wchodzi mu w słowo Teresa. - Za pierwszym razem już, już mieli przeszczepiać... Żona dawcy na to pozwoliła... Ale jego rodzice ostro się sprzeciwili - dodaje. Miała wyjątkowe szczęście, bo kilkanaście godzin później znalazł się inny dawca.
Teresa ma 55 lat i pochodzi z centralnej Polski. Maluje na szkle. Bije w niej serce 36-letniego mężczyzny. Profesor Zembala wskazuje na nią i mówi z emocją w głosie: - To serce żyje. A tak, byłoby w piasku.

 


Prof. Zbigniew Religa dobrze pamięta dylematy moralne, które przeżywał na początku swojej pracy w tej dziedzinie. Do jego kliniki w Zabrzu trafił 16-letni chłopak, cierpiący na pogrypowe zapalenie mięśnia sercowego. Znalazł się dawca, ale rodzina nie zgadzała się na pobranie od niego serca. Liczyła się każda chwila. Prof. Religa wahał się. Radził się m.in. generalnego prokuratora. - Ma pan prawo dokonać transplantacji, ale rodzice dawcy podniosą alarm, zrobi się dzika awantura, może dojść do tego, że transplantacje w ogóle upadną - mówił prokurator. Prof. Religa poddał się woli rodziców, wycofał się z przeprowadzenia zabiegu. Jednak już następnego dnia rano otrzymał telefon z Włocławka, że zmarł 17-letni człowiek. - On umarł, ale niech jego narządy żyją - wyjaśnił decyzję o oddaniu serca syna jego ojciec.

 


Śmierć stwierdzona przez komisję
Dawcą może zostać zmarły z powodu śmierci pnia mózgu, którego narządy jeszcze pracują. Śmierć pnia mózgu musi stwierdzić trzech lekarzy specjalistów, którzy nie mogą brać udziału w zabiegu transplantacji.

 


- Bardzo ważną rolę odgrywa wtedy anestezjolog, który winien utrzymywać pracę układu krążenia w zwłokach - mówi dr Jacek Ziaja. - W Polsce wszystko złożone jest na barki lekarzy intensywnej terapii, to od nich zależy, czy narządy są tracone, czy nie.

 


Przeszczepy to dzisiaj rutynowa, dająca doskonałe wyniki metoda leczenia. - Wyniki po przeszczepie serca są tak znakomite jak po bypassach - mówi profesor Religa. - 80 procent pacjentów ma przywróconą pełną wydolność fizyczną. 40 procent wraca do poprzedniej normalnej pracy. Są wśród nich kierowcy TIR-ów, profesorowie szkół wyższych. Niestety, tylko część pacjentów wraca do pracy, pozostałych pracodawcy nie chcą zatrudnić, bojąc się ich problemów zdrowotnych - dodaje. Osoby z przeszczepionymi organami przez całe życie muszą przyjmować leki zapobiegające odrzutom. Niestety, leki te powodują także m.in. większą podatność na infekcje.

 


Daj moje serce Relidze
- Granice wieku osób otrzymujących organy wciąż się poszerzają - uważa dr Jacek Ziaja. - Sam byłem świadkiem przeszczepu u osoby po siedemdziesiątce - dodaje. - Ja w wieku 61 lat miałem trzy tętnice zablokowane i tętniaka na sercu. Lekarze mi powiedzieli: „Tu ratunku nie ma, niech się pan z tym pogodzi” - wspomina Tadeusz Żytkiewicz z Warszawy. - Pytałem ich o przeszczep serca, ale odpowiedzieli: „Niemożliwe, bariera wieku” - dodaje.

 


Żytkiewicz napisał więc krótki list do prof. Religi: „Jestem nauczycielem chorym na serce. Proszę o pomoc”. Z Zabrza natychmiast przyszła odpowiedź: „Proszę przyjechać na konsultacje”. - Religa powiedział, że bariery wieku nie ma i przeszczepił. No i proszę, właśnie mija 17 lat - mówi Żytkiewicz. Obecnie ma lat 78. Jeszcze do 2000 roku uczył młodzież historii w liceum im. Wyspiańskiego. I pewnie wciąż by tam pracował, gdyby nie musiano mu przeszczepić także nerki. - Moje serduszko jest z Krakowa. Ten pan był taksówkarzem. Kiedyś w telewizji zobaczył program na temat przeszczepów. Powiedział wtedy żonie: „Słuchaj, gdyby mi się coś stało, daj moje serce Relidze”. Kiedy zginął w wypadku, jego żona sama zadzwoniła do Zabrza - wspomina Żytkiewicz.

 


Dała serce, modlę się za nią
Czy pomiędzy biorcą a dawcą organu nawiązuje się jakaś duchowa więź? Pytaliśmy o to wiele osób, które noszą przeszczepione serca. Okazało się, że jest różnie, każdy przeżywa to trochę inaczej. - Co roku w czasie naszych zjazdów mamy Mszę za naszych dawców, za zmarłych kolegów i lekarzy - mówi Tadeusz Bujak. - Mszę odprawiają nasi koledzy księża, którzy też żyją z przeszczepionymi sercami - dodaje.

 


24-letnia jasnowłosa Magda z Wrocławia dostała serce od 16-letniej dziewczyny. - Dużo się za nią modlę. Ale nie będę szukała jej rodziny - mówi zdecydowanie Magda. - Nie chcę, uważam, że mi to nie jest potrzebne. Ale wiem, że to wspaniała dziewczyna i że jej rodzice są wspaniali. Że dzięki niej ja mogę teraz być - mówi, a jej oczy robią się coraz bardziej szkliste. - To chyba największy dar, jaki można dostać! - dodaje. Przez dziewięć lat przed przeszczepem Magda nie chodziła na basen i dyskotekę; nawet jedzenie powodowało u niej silne duszności. Teraz, trzy miesiące po przeszczepie, cieszy się prostymi przyjemnościami, na przykład tym, że może podbiec i przy tym się nie dusi.

 


Zgodnie z przepisami lekarze nie kontaktują biorców z rodzinami dawców. Najczęściej po przeszczepie pacjenci otrzymują tylko lakoniczną informację: „Daliśmy pani serce 36-letniego mężczyzny” albo: „To serce 42-letniej kobiety ze Szczecina”.
Przed kilkunastu laty lekarze udzielali szerszych informacji. Przestali, bo kilka razy się zdarzyło, że ktoś z rodziny dawcy próbował potem robić na tym interes: nachodził pacjentów i żądał wynagrodzenia za serce krewniaka. Częściej słychać jednak o przypadkach pozytywnych. Czasem biorcy uda się dotrzeć do rodziny dawcy, żeby podziękować. Zdarza się, że ludzie ci stają się najbliższymi przyjaciółmi.

 


Dawcy, gdzie jesteście?
Niestety, w Polsce wciąż brakuje dawców. - Na liście oczekujących na nerki zapisanych jest około tysiąca osób - mówi dr Ziaja. W zeszłym roku polscy chirurdzy przeszczepili 130 serc i tylko... cztery płuca. - To za mało! Za mało! - woła profesor Zembala. - Potrzeba rocznie 20, 30 dawców płuc! Czy pan wie, że każdego roku aż kilkanaścioro dzieci umiera z powodu mukowiscydozy, uszkodzenia płuc? Dzięki przeszczepom te dzieci mogłyby żyć - mówi profesor.

 


Przeszczepy w Polsce
W 1965 r. prof. dr Wiktor Bross we Wrocławiu po raz pierwszy przeszczepił pacjentowi nerkę pobraną ze zwłok. W 1969 r. prof. dr Jan Moll w Łodzi dokonał pierwszego przeszczepu serca. W 1988 r.  prof. dr Jacek Szmidt w Warszawie pierwszy raz przeszczepił trzustkę.

 


 




 
stat4u