Serce bije dalej

Źródło:Twój Styl


Większość z nas mówi: gdybym umarła, chciałabym, by moje serce, nerka uratowały czyjeś życie. Dużo trudniej decydować nam o naszych bliskich. Bo jak w chwili, gdy ktoś bardzo dla nas ważny właśnie odszedł, udźwignąć ciężar decyzji, że jego ciało ma być poddane operacji?

Po przeszczepie Kasia zastanawiała się, dlaczego właśnie ona dostała taką szansę
/Tomasz Paczos /Twój Styl

Ale czy możemy odmówić, skoro wiemy, że nasza zgoda daje komuś szansę na dalsze życie? Ewa i Mirka stanęły przed takim dylematem i musiały wybrać. Danucie i Kasi przeszczep uratował życie. To, co się wydarzyło, zmieniło wszystko....

Ewa bała się, że lekarze nie zrobili wszystkiego, by ratować jej nastoletnią córkę, bo uznali ją za idealną dawczynię narządów. Mirka wiedziała, że jej mąż, tak jak ona i ich córki, popierał transplantację. Gdy zginął w wypadku, nie miała dylematu. Gdyby nie przeszczep wątroby, Kasia chyba nigdy nie podpisałaby oświadczenia woli - bała się, że to kuszenie losu. A Danuta dopiero kilkanaście lat po operacji uznała przeszczepione serce za swoje.

Ewa: Nie mogłam decydować za córkę

"Tylko ją tknij, gnoju! Nie wypatroszycie jej jak kurczaka! - Ewa rzuciła się na lekarza, gdy ten powiedział: - Pani córka nie żyje - i szybko dodał: - Ale może uratować chłopca w ciężkim stanie, który czeka na serce". Wręczył Ewie broszurkę o przeszczepach narządów od zmarłych. - Nie wierzyłam w śmierć córki. Krzyczałam: "Ona żyje, przed chwilą ją przytulałam" - mówi Ewa. Jej córka Marta miała za rok zdawać maturę. I studiować finanse jak mama, księgowa w jednym z warszawskich banków. Biegnąc do autobusu, potknęła się, upadła, straciła przytomność. Tomografia wykazała guz mózgu. Marta nie przeżyła operacji. "Rano jej stan był stabilny. Lekarz dyżurny mówił, że takich operacji co dzień robicie kilka. Marta chciała za dwa tygodnie wrócić do szkoły!"

- Ewa nie dawała za wygraną. W tym momencie do pokoju zajrzała roześmiana lekarka: "Marek, wieczorem winko u Anki. Szczegóły na Facebooku!", powiedziała do lekarza. - Nawet nie bąknął "przepraszam". Kontynuował: - "Aparatura podtrzymuje funkcje życiowe. Sztucznie. Ale nastąpiła śmierć mózgu. - Kto tak twierdzi? - zapytała Ewa. - Komisja trzech lekarzy stwierdziła. Nie będę pani robił wykładu z interny i anestezjologii. I tak pani nie zrozumie! - Pieprzę wasze komisje. Łowcy skór! Zabili ją, zabili, chcą sprzedać jej serce!". - Wpadłam we wściekłość. No bo co to znaczy, że "śmierć mózgu stwierdziła komisja trzech lekarzy"? Może jeden stwierdził i dał kolegom kwit do podpisania? Takie rzeczy dzieją się w szpitalach. Wiem, bo mój siostrzeniec właśnie skończył medycynę i zaczął staż w szpitalu - opowiada Ewa.

- Wciąż myślałam o tej historii z aresztowaniem znanego kardiochirurga. Wiem, że go uniewinnili, ale wciąż "widziałam", jak profesor Religa mówi w telewizji: "Dranie i świnie znajdują się w każdym środowisku - niestety także w środowisku lekarzy". Pomyślałam, że jeśli podpiszę zgodę na przeszczep, odłączą córkę od respiratora. Powiedziałam "nie". Czy dobrze zrobiłam? Gdy zabieraliśmy ciało Marty ze szpitala, mąż powiedział: - "Ja też do końca myślałem, że się obudzi... Chyba nie mogliśmy uratować tamtego chłopaka. - Nasza córka nie żyje, a ty się martwisz obcym facetem?!", krzyknęłam. Gdy dwa lata wcześniej na niedzielnej mszy ksiądz cytował Jana Pawła II: "Świat potrzebuje braterskiej miłości, której wyrazem może być decyzja o darowaniu narządów", Ewa pomyślała, że gdyby coś jej się stało, oddałaby swoje narządy. - Ale tego dnia, w którym umarła Marta, straciłam wiarę - wyznaje dzisiaj.

Gdy po tamtej rozmowie z lekarzem wychodziła z gabinetu, minęła kobietę chodzącą nerwowo po korytarzu. - Poczułam, że to matka tego chłopaka czeka na serce mojej córki. "Nic z tego", szepnęłam. Wstyd mi, ale to, co czułam, może zrozumieć tylko matka, która traci jedyne dziecko - wspomina Ewa. Pamięta, że gdy odłączali córkę od respiratora, przemknęła jej myśl: "Marty nic nie wróci. A może ktoś mógłby zawdzięczać jej życie...". Ale kilka minut później usłyszała, jak lekarz pytał pielęgniarkę: "To tam leżą te wentylowane zwłoki?". To było o jej Marcie. - Nie mogłam uwierzyć, że mówi to, gdy ja stoję obok. Chciałam jak najszybciej zabrać moje dziecko od tych ludzi. Wyobraziłam sobie, jak stoją nad jej nagim ciałem, tną piłą mostek, wyjmują serce i umawiają się na wino. Wmawiałam sobie, że Marta by się nie zgodziła, by okaleczyć jej ciało. Przecież zamartwiała się blizną na kolanie. Na osiemnastkę chciała dostać operację plastyczną tej nogi.

 

Pół roku po śmierci córki Ewa zaczęła częściej myśleć o chłopaku, który czekał na serce Marty. Zastanawiała się: "Czy on żyje?". Czasem czuła strach, że sama zachoruje, będzie czekać na przeszczep, ale się nie doczeka - za karę. Poszła do psychologa. Wytłumaczył jej, że wtedy nie mogła zdecydować inaczej. - Pomogło, trochę - mówi Ewa. - Ale nikomu się nie przyznaję, że córka mogła być dawcą. Mąż pociesza, że gdyby trafili do innego szpitala, na innych lekarzy, gdyby byli pewni, że ci ludzie potraktują ciało Marty z szacunkiem, toby się zgodzili. - A ja myślę, że zgodziłabym się, gdybym wiedziała, że tak chciałaby moja córka - mówi Ewa po namyśle.- Do dziś zastanawiam się, czego chciałaby dusza Marty. I nie wiem.

Kasia: Trzeba Być po prostu dobrym człowiekiem

Październik 2006. "Dziewczyny, podpiszcie - współlokatorka Kasi rozdaje w akademiku niewielkie druczki. - To oświadczenia woli, zgoda na oddanie narządów po śmierci", zachęca. - Nie podpisałam. Schowałam do szuflady - mówi Kasia, studentka z Wrocławia. - Bałam się. Wyobraźnia podsuwała obrazy: wpadam pod tramwaj, samochód. Podpisać to kusić los, myślałam. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że sama będzie miała przeszczep. Niespełna rok później. - Żyję, bo ktoś dla mnie takie oświadczenie podpisał. Los jest przekorny - mówi. - Ludzie pytają mnie, od kogo mam tę wątrobę. Nie wiem i nie chcę wiedzieć - tłumaczy. - Bo dawca zawsze jest podobny. Ta sama grupa krwi, podobna waga. Miałam zaledwie 21 lat, dawca mógł być nastolatkiem. Po operacji dopadła ją myśl: "Ktoś zginął, a ja wciąż żyję?". Powtarzała: "Nie rozumiem wyroków losu. Ten człowiek umarł i uratował moje życie... Dlaczego?". Mówiła sobie: "Nie czekałam na jego śmierć. Nie mam z nią nic wspólnego".

To wszystko stało się tak nagle. Jeszcze przed wakacjami 2007 roku wszystko układało się wspaniale: miłość, praca, zaliczony semestr. Tuż przed wyjazdem do Gdańska Kasia zemdlała w sklepie. "Nie panikuj, upał", powiedziała do chłopaka. Ale którejś nocy obudził ją ból brzucha. Pogotowie nie przyjechało. "Apap i spać", poinstruował lekarz przez telefon. Rano w lustrze Kasia zobaczyła żółte oczy. Szpital pamięta jak przez mgłę. Obudziła się podłączona do czterech kroplówek. "Choroba Wilsona. To genetyczne. Doprowadziło do ciężkiej niewydolności wątroby", usłyszała. Nie zadzwoniła do domu, bo mama miała urodziny. Nie chciała popsuć imprezy. Ale lekarz zadzwonił. - Powiedział matce, że rozważają przeszczep - wspomina Kasia. - Mama nie wierzyła.

Kilka dni później Kasia usłyszała, że jest dawca. "Ma pani szczęście, zwykle czeka się dłużej". Zapytała, czy jest inne wyjście. Usłyszała: "Za późno na farmakologię". Samolot przetransportował ją do szpitala w Warszawie. "Czego się możemy spodziewać po przeszczepie?- zapytała mama Kasi. - Wszystkiego" - usłyszała. Operacja trwała 7 godzin, Kasia obudziła się po dwudziestu. - Ból. I wrażenie, że brzuch składa się z kilku kawałków - wspomina. Pielęgniarka tłumaczyła, że trzeba czasu, by nowa wątroba ułożyła się w brzuchu. Kasia przypomniała sobie historię mężczyzny, który stracił dłoń. Dostał nową, przeszczepioną od zmarłego. Po pół roku poprosił lekarzy, by mu ją amputowali. "Bez ręki można żyć, bez wątroby nie - pomyślała wtedy Kasia. - Na szczęście wątroby nie widać". - Ale gdy zobaczyłam ją na USG i usłyszałam, że wszystko w porządku, łzy same płynęły - opowiada. - Zanim wyszłam ze szpitala, na mojej sali zmarła kobieta, z którą rozmawiałam. Nie przeżyła transplantacji.

Danuta zdecydowała się na przeszczep serca dopiero po czwartym zawale
/Tomasz Paczos /Twój Styl

Kasia przeglądała fora internetowe o swojej chorobie. Trafiała na posty o śmierci. - Walczyłam ze strachem, żartując: "Mam rzadką chorobę, jest w serialu Doktor House!" - wspomina. Był też artykuł z gazety o Beacie z przeszczepioną wątrobą, która urodziła dziecko. W tekście był komentarz, że to trudne. "Ale możliwe", ucieszyła się Kasia. Jednak chłopakowi powiedziała: "Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko...". Usłyszała: "Jest tyle sierot, możemy adoptować". W szpitalu odwiedzali Kasię znajomi, wozili ją na wózku inwalidzkim po korytarzu. Bartek był pewien, że ona wkrótce z niego wstanie i wróci na studia. Mama radziła dziekankę. Trzy miesiące później Kasia zamieszkała w akademiku. - Łapałam kolejne infekcje, zawaliłam coś na uczelni - opowiada. - Kilka razy myślałam, że mama miała rację z tym urlopem. Ale nie dała sobie taryfy ulgowej.

Zaczęła drugi fakultet - germanistykę, została naczelną uczelnianej gazetki, znalazła pracę w jednym z portali. Jako wolontariuszka stowarzyszenia "Życie po przeszczepie" pojechała na Przystanek Woodstock. Rozdawała tam oświadczenia woli. - Rok po operacji, jeśli rozmawiałam z kimś dłużej niż kilka minut, musiałam opowiedzieć, że jestem po przeszczepie - wspomina. Teraz jest inaczej. - Wahałam się, czy opowiadać o sobie w "Twoim Stylu". Nie chciałam, ale przypomniałam sobie, jak po operacji pomogła mi znaleziona w gazecie historia Beaty. Może komuś pomoże teraz moja? - mówi Kasia. Wolałaby, żeby znajomi pytali, czy widziała "Autora widmo", a nie: "Jak zdrówko?". Ale czuje, że przełamała tabu. Kolejne osoby w jej otoczeniu mówią, że ich mama, ojciec, dziadek też czekają na przeszczep albo są po. - Kto nie ma wśród bliskich kogoś takiego, nie zrozumie, jakie to emocje - opowiada. - Babcia koleżanki zapytała ostatnio: "Bierzesz leki? Na pewno nie tyle, co ja". Uśmiechnęłam się. Nie chciałam się licytować. Ale łykałam wtedy 50 tabletek dziennie, z apteki wychodziłam z dwiema wielkimi reklamówkami - wspomina.

Gdy wykładowca powiedział: "Agencja modelek nie zatrudni osoby niepełnosprawnej, bo do czego?", pomyślała: "Wszyscy sądzą, że niepełnosprawność to wózek". - Też tak kiedyś myślałam. A przecież modelka może być niepełnosprawna w taki sposób jak ja, po przeszczepie - opowiada. "Jesteś moją modelką", mówi teraz Bartek, gdy widzi, jak ona szykuje się na imprezy. Szminka, sukienka z dekoltem. Dawna Kasia w zawsze za dużych bluzach została tylko na starych zdjęciach. - Ładny strój, fryzura i ludzie myślą, że wszystko ze mną w porządku. Chcę tak wyglądać, żeby nie pamiętać, przez co przeszłam - mówi. - Miałam przeszczep, ale wciąż jestem tą samą osobą. Uwielbiam Led Zeppelin i nie znoszę Lady Pank. Chcę być dobrym człowiekiem, bo każdy powinien nim być. Nie dlatego, że dostałam drugą szansę.

Danuta: Życie cieszy jak nigdy dotąd

Danuta zarezerwowała bilet na Maderę i kupiła słomkowy kapelusz. Zbliżał się 8 maja, jej urodziny. Wprawdzie jest zodiakalnym Skorpionem, powinna świętować w październiku, ale uważa, że to w maju 16 lat temu urodziła się na nowo. Tego dnia miała przeszczep serca. Co roku w rocznicę przeszczepu wyjeżdża z córką na wycieczkę w miejsce, gdzie Danuta nigdy nie była. Tym razem będzie to Madera, rok temu była Barcelona. Pod katedrą gotycką grali bębniarze. A ona siedziała na ławce zasłuchana, gdy do tańca poprosił ją nieznajomy Katalończyk. Tańczyli na placu. Kilku turystów zatrzymało się, biło brawo. Nikt się nie domyślił, że ta tryskająca energią drobna kobieta miała cztery zawały, przeszczep serca i nerki. Dziś wie, że niepotrzebnie ze strachu zwlekała z przeszczepem.

Raz, gdy usłyszała w słuchawce telefonu: "Tu Zbigniew Religa. Mamy serce. Przyleci po panią helikopter - skłamała: - Profesorze, jestem chora. Grypa, nie mogę". Bała się, że umrze na stole operacyjnym i jej dzieci trafią do domu dziecka. Była samotną mamą. Pierwszy zawał miała w wieku 28 lat. Wróciła z wakacji, rozpakowała walizki. Poczuła się źle. Potem był drugi, trzeci. Po czwartym usłyszała: "Musi pani jeździć na wózku inwalidzkim. Każdy krok może panią zabić". Wtedy zdecydowała się na przeszczep. - Na szczęście - mówi dziś z ulgą.

Należy do trzech stowarzyszeń związanych z ludźmi po przeszczepach. Zdarza jej się dodawać otuchy tym, którzy czekają na operację, boją się, zwlekają. Spotyka się też z rodzinami dawców przy okazji zjazdów, uroczystości. Mówią: "Patrząc na panią, widzimy, że śmierć bliskiej nam osoby nie była bezsensowna". - A ja dziękuję im i mówię, jak bardzo jestem im wdzięczna - wyznaje Danuta. - Mam dzieci. Gdy wyobrażę sobie matkę, która godzi się na oddanie narządów dziecka, choć ono ma ciepłe dłonie, jego serce bije... - Danuta zawiesza głos. - To heroiczne. Gdy ona miała przeszczep, nie wiedziała, co ją czeka. - Dziś jest łatwiej - tłumaczy. - Internet, grupy wsparcia. Ale jedno się nie zmienia, ludzie wciąż boją się tak samo.

Niedawno pojechała na badania do szpitala w Zabrzu. Odwiedziła pacjenta po przeszczepie serca. Bał się, że jak wstanie z łóżka, jego serce przestanie bić. Uważał, że nie ma do czego wracać, bo czeka go rok, dwa wegetacji i śmierć. - "Jestem po przeszczepie i żyję szczęśliwie już prawie 16 lat - Danuta opowiedziała mu o sobie. - Wie pan, życie jeszcze nigdy mnie tak nie cieszyło, jak teraz. Doczekałam matury córki i syna, mogę pójść do kina, wysłać koleżance sms. Zachwycam się wszystkim. Poradziła mu: - Niech pan sobie przypomni dawne życie. Takie sprzed operacji, choroby, zawałów. Co pana wtedy cieszyło? - Powiedział: - Soboty. Wsiadałem na rower i jechałem na ryby. - No to znowu pan wsiądzie i będzie łowił. - Nie w moim stanie" - odpowiedział. Wtedy Danuta opowiedziała mu swoją historię: zakażenie po przeszczepie, dwa lata spędzone w szpitalu. Kilka razy dzieci słyszały, że jej stan jest bardzo ciężki. A potem jeszcze przeszczep nerki uszkodzonej przez leki. Mężczyzna, nie chciał uwierzyć. Powiedział: "Pani przeszczepiono serce i nerkę?! Chyba lekarz kazał pani coś nazmyślać!". Dopiero gdy pokazała mu kartę choroby i legitymację inwalidy, uwierzył.

- Z tą legitymacją można wejść bez kolejki do lekarza - mówi Danuta. - Nigdy z tego nie skorzystałam. Zawsze mi się wydaje, że w poczekalni są ludzie w gorszym stanie. Niedawno postanowiła poszukać sobie zajęcia. "Chciałam się dowiedzieć, jakie warunki musi spełnić inwalida I grupy, żeby móc pracować? - zapytała w jednym z urzędów pracy. - Pierwszej grupy?! To są tylko ślepcy i trupy! - usłyszała. - To stoi przed panią taki ślepy trup" - odparowała. Dziś pracuje w jednej z firm badających opinię publiczną. Tego lata na Maderze włoży wielki kapelusz, będzie siedzieć w cieniu, bo biorąc leki po przeszczepie, nie można się opalać. Ale włoży bikini. Nie ukrywa blizny. Czasem ktoś o nią pyta. Wtedy mówi, po czym to ślad. - Wiem, że wokół wielu ludzi czeka na przeszczep. Nie zwierzają się nikomu, bo bardzo się boją. Chcę im powiedzieć, że nie muszą

- Danuta czuje, że chce oswajać innych z tym problemem. Pokazać, że życie po przeszczepie może toczyć się dalej, prawie jak dawniej. Inaczej, ale i piękniej. - Przez pierwsze lata po operacji nie dotykałam miejsca blisko serca. Wiedziałam, że należało do chłopca, który zginął w wypadku - opowiada. - Modlę się za niego. Przeczytała gdzieś, że być może w mięśniach gładkich zapisane są ślady tego, co przeżyliśmy. Traumy, chwile szczęścia. - Jeśli tak jest, to wiem, że on był szczęśliwy. Czasami, gdy jestem w jakimś pięknym miejscu, zastanawiam się, czy on tu jest ze mną, czyby mu się podobało. A gdy tańczyłam w Barcelonie, powiedziałam: "Wiem, że musiałeś kochać życie. Bo ja też je teraz kocham. Dziękuję".

Mirka straciła męża w wypadku. Jego narządy uratowały życie kilku osób
/Tomasz Paczos /Twój Styl

Mirka: Mąż nie chciał brać wątroby do nieba

Siemianowice Śląskie pod Katowicami. Sześć lat temu Mirka oglądała z mężem i córkami telewizyjny reportaż o transplantacjach w warszawskim Szpitalu Dzieciątka Jezus. Nazajutrz przy obiedzie młodsza córka zapytała: "Mamo, oddałabyś moją wątrobę, gdyby mi się coś stało?". - Zaczynaliśmy właśnie drugie danie. Powiedziałam córce, że oddałabym. Bez wątroby kochałabym ją tak samo - wspomina Mirka. - Mąż włączył się do rozmowy: "Pamiętajcie, dziewczyny, jak coś mi się stanie, też oddajcie, co się da! Po co mi te klamoty po śmierci?" - opowiada Mirka. Ta scena stanęła jej przed oczami dwa lata później. Lekarz zapytał ją i córek: "Czy może pani mąż, czy może wasz tato rozmawiał z wami o tym, czy w razie śmierci chciałby..." .

Kilka dni wcześniej. 26 lipca 2007. Godzina 14.10 - o tej porze Andrzej wracał z pracy w kopalni. - Czasem niepokoiłam się, podchodziłam do okna. Tego dnia byłam spokojna - wspomina Mirka. Chwilę później pod oknem dzieci sąsiadów krzyczały, że Andrzej miał wypadek. Wybiegła z domu. Pogotowie już ruszało. "Jestem żoną, mogę jechać z wami?", prosiła sanitariuszy. Odmówili. - Wtedy jeszcze Andrzej był przytomny, rozmawiał z nimi. Gdy dotarłam do szpitala, już nie. Nie zdążyłam się pożegnać - wspomina. Nazajutrz usłyszała od lekarza: "Doszło do tego, czego najbardziej się obawialiśmy. Do śmierci mózgu".

Była ze mną teściowa, córka. Lekarz uścisnął nam dłonie, usiadł przy nas. Było jakoś rodzinnie, nieoficjalnie - wspomina Mirka. Usłyszała, że lekarze zrobili wszystko, ale że czasem natury nie da się oszukać. "Mąż oddycha, widziałyśmy", powiedziała. Anestezjolog pokazał zdjęcia tomograficzne, tłumaczył, czym jest śmierć mózgu. - Taka dziwna, bo przecież chory oddycha, jego serce bije. Trudno byłoby mi uwierzyć, gdyby nie to, że ufałam tym lekarzom - mówi Mirka. - Poprzedniego wieczoru, gdy wychodziłam ze szpitala, lekarka dyżurna powiedziała, że mogę dzwonić o każdej porze. Wydzwaniałam co dwie godziny całą noc. Zawsze ktoś odbierał telefon, wiedziałam, co dzieje się z mężem - wspomina. A potem była ta rozmowa, podczas której lekarz zapytał, jaki jej mąż miał pogląd w sprawie oddawania organów, "czy może kiedyś coś o tym wspominał?".

Mirka w milczeniu zerknęła na teściową. "To mój syn, ale twój mąż. Decyduj", usłyszała. - "Może panie chcą pobyć same. Porozmawiać. Wyjdę - zaproponował lekarz. - Nie trzeba, doktorze. Mąż by się zgodził" - szepnęła Mirka. - Pamiętałam tę rozmowę przy obiedzie. I ufałam temu lekarzowi, że zrobił wszystko, co było możliwe. A jednak nazajutrz w szpitalu, gdy nikt nie wiedział, wbiła mężowi igłę pod paznokieć, dotknęła palcem oka. Miała nadzieję, że na twarzy pojawi się grymas. Ale się nie pojawił. W noc poprzedzającą pobranie narządów Mirka czuwała z córkami przy mężu. Aż pielęgniarka dała znak, że czas się pożegnać. Mirka zobaczyła, jak córki całują ojca w stopy, szepczą: "Tato, nie odchodź".

Dzień przed pogrzebem Mirka w szpitalu odszukała lekarza, z którym rozmawiała. "Czy te osoby, które dostały narządy po moim mężu, żyją? Czy przeszczepy się udały?", zapytała. - Szukałam potwierdzenia, że to, co zrobiłam, miało sens - opowiada. "Tak, ale za wcześnie, by coś mówić. Odezwę się za jakiś czas. Dziękuję za to, co pani zrobiła", usłyszała. Gdy zamawiała przez internet mszę za spokój duszy Andrzeja, trafiła na wirtualną skrzynkę modlitewną. I post: "Dziękuję za modlitwy za Piotra, który ciężko zatruł się grzybami. Miał już przeszczep wątroby! Gosia". - Sprawdziłam datę. To dzień, w którym pobrano narządy Andrzeja - wspomina. Pisze maila do Gosi: "Proszę nie mówić Piotrowi o mnie. Chcę tylko wiedzieć, czy mój mąż był dawcą?". Podaje daty, grupę krwi, wiek. "Tak, to Pani mąż. Piotr żyje. Dziękuję Pani". - Do rozpaczy po śmierci Andrzeja dołączyła ulga - wspomina Mirka.

Dzień przed pogrzebem zalogowała się na konto męża na Naszej-klasie. Dopisała datę śmierci. "Andrzej był dobrym człowiekiem za życia. I nawet po śmierci podzielił się sobą", mówił ksiądz na pogrzebie. Nazajutrz plotki: "Ile Mirka dostała za wątrobę męża?". - Stałam na przystanku, za plecami ludzie szeptali, zerkali na mnie - wspomina. Córka usłyszała w szkole: "Sprzedałyście ojca?! Stąd macie kasę na iPoda i nowe dżinsy". Nie mogłam pojąć, skąd to okrucieństwo. Tłumaczyłam sobie, że się naczytali w internecie o handlu organami. Trudno było to znieść, ale nie wątpiłam, że dobrze zrobiłam - wspomina. - Pocieszałam córkę: "Nie przejmuj się tym, co gadają". Nie zauważyłam, że jest w głębokiej depresji - opowiada Mirka.

Córka trafiła do psychologa, Mirka chodziła na cmentarz. Nad grobem męża groziła: "Jak umrę, chowaj się za najgrubsze drzewo w raju! Jak mogłeś mnie z tym wszystkim zostawić?". Po kilku miesiącach terapii córka Mirki wyszła z depresji. Postanowiła zorganizować w szkole spotkanie o transplantacjach. Dziś nosi bransoletkę: "Nie zabieraj narządów do nieba". Jest dumna, że jej tata uratował komuś życie. Do Mirki odezwał się anestezjolog, który opiekował się po wypadku jej mężem. Usłyszała: - "Już mogę pani powiedzieć. Nerki pani męża dostały dwie kobiety, jedna z nich to 18-latka. A wątrobę... - Wątrobę dostał Piotr - przerwała Mirka. - Jest pani lepsza, niż Sherlock Holmes" - usłyszała, gdy wyjaśniła, skąd wie.

Lekarz namówił ją na zjazd osób po przeszczepach. - Zobaczyłam, z jaką wdzięcznością ci ludzie mówili o zmarłych, dzięki którym żyją. Opowiadali, jak każdego dnia chcą zrobić coś dobrego dla innych - wspomina Mirka. Na jednym z forów internetowych napisała do niej dziewczyna, która szukała chłopaka żyjącego z sercem jej brata: "Mama chce się przytulić do jego serca". - "Niech mama przytuli się do twojego serduszka - odpisałam. - Bije tym samym rytmem. A tego chłopca nie szukaj. Daj mu żyć". - wspomina Mirka. - Ja też nie szukam mężczyzny, który dostał wątrobę po mężu. Nie chcę dopatrywać się śladów Andrzeja w tamtym człowieku. Choć co dzień myślę o tych ludziach, którzy żyją dzięki mojemu mężowi. Czy są zdrowi, szczęśliwi?

Agnieszka Sztyler

 
stat4u