Pacjenci mówili o Zbigniewie Relidze "święty"

Źródło:Gazeta Wyborcza Katowice

 

Kim był Zbigniew Religa? - Świętym człowiekiem - odpowiadali pacjenci. - Wizjonerem - mówili lekarze. A on sam mówił: - Jestem zwyczajny, normalny.

Na jednym z pierwszych zjazdów pacjentów po transplantacji serca Religa wchodzi na salę, gdzie już na niego czekają. Ktoś żartuje: - Profesorze, ci ludzie tutaj to pańskie dzieci. To pan ich wszystkich zrobił.


Religa rozgląda się po sali. Zaczyna płakać. - Rzeczywiście, ale ich narobiłem - rzuca przez łzy.


Urodził się w 1938 roku w małej mazowieckiej wsi. W roku 1963 skończył Akademię Medyczną w Warszawie. Po studiach trafił na oddział chirurgii w szpitalu wolskim. W roku 1968, gdy szefem oddziału został prof. Wacław Sitkowski, zaczęli operować serca. - Kardiochirurgia była wtedy straszna. Ogromna śmiertelność, duże powikłania. Na stole operacyjnym umierał nam co trzeci chory - wspominał po latach.

W połowie lat 70. jedzie do USA na staż. Trafia do wielkiego Adriana Kantrovitza, człowieka, który jako drugi na świecie przeszczepił serce. Kiedy wraca ze Stanów, też chce przeszczepiać serce. Idzie do prof. Sitkowskiego. - Zrobię przeszczep serca - mówi. - Oczywiście - uśmiecha się profesor. - Ale nie w mojej klinice.


Kiedy w 1984 prof. Stanisław Pasyk tworzy w Zabrzu nowy ośrodek kardiologiczny, zaprasza Religę. - Zabrze kojarzyło mi się wtedy tylko z drużyną Górnika - wspominał (do końca pozostał wiernym kibicem klubu).


Zespół kardiochirurgów, który tworzy od zera, będzie inny od wszystkich. Wejdą do niego młodzi lekarze, którym pozwoli działać samodzielnie, uczyć się nowego i da wiarę w cuda. Bo przeszczep serca to też jakby cud. Na starcie nikt z nich nie dowierza, że naprawdę się uda.


W centrum Zabrza stoi pomnik Wincentego Pstrowskiego, górnika przodownika pracy. - Ile razy go mijałem, myślałem, że też mógłbym w tym miejscu stać, tak wtedy harowałem.


Udaje się. 5 listopada 1985 roku zespół pod kierunkiem Religi dokonuje pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce. Ale pacjent żyje z nowym sercem tylko kilka dni. Podobnie kończą się kolejne dwie próby. Dopiero czwarty o własnych siłach opuszcza szpital.


20 lat później w salce wykładowej Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu siadają naprzeciw siebie. Po jednej stronie prof. Religa, po drugiej pacjenci po transplantacji. Tylko niektórym z nich on sam przeszczepiał serce. Wdzięczni są mu wszyscy. Mówią, że gdyby nie jego upór i odwaga, nikogo z nich nie byłoby dziś wśród żywych.


Potem z dumą pokazują zdjęcia. Ola, której serce przeszczepiono, gdy miała 2,5 roku, dziś to już pannica. Jerzy Bednarski (przeszczep w 1987 r.) pracował do 2001 r. Eugeniusz Wójciak (przeszczep w 1995 r.) do dziś prowadzi wielkie gospodarstwo, ks. Edward Majcher (przeszczep w 1999 r.) nieustannie jeździ po parafiach i przekonuje do idei transplantacji.


Religa przypomina, co czuł po pierwszych przeszczepach: - Inni lekarze byli przeciwko, ale warto było to robić. Był w nas entuzjazm, bo wiedzieliśmy, że wybieramy dobrze. Potem spotkała nas sława, ale ona miała dobre odbicie, bo służyła chorym.


Po odejściu w 1999 roku Religi do Warszawy ośrodek w Zabrzu odnosił kolejne sukcesy: jednoczesny przeszczep serca i płuc, serca i nerki, podwójny przeszczep płuc, a w ostatnim roku przeszczep serca u siedmiomiesięcznego niemowlęcia. Religa był z tego dumny: - Czy ktoś tego chce czy nie, Zabrze to dalej moje dziecko.


Do Zabrza przyjeżdża też 31 maja 2007 roku. W założonej przez siebie Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii ogłasza: - Mam guza. Jutro będę operowany... I dodaje z całą mocą: - Zamierzam być zdrowy i wrócić do pracy! To przypadek, że wiadomość o chorobie ogłaszam tutaj, ale bardzo szczęśliwy, bo na Śląsku czuję się jak w domu - dodał.


Kilka lat wcześniej w wywiadzie dla "Gazety" na pytanie, jak chciałby umrzeć, odpowiedział: Na pewno nie w wyniku przewlekłej choroby, w cierpieniu. Boi się Pan bólu? - Boję się bólu. Nie lubię bólu. Nie chcę bólu.


Stało się inaczej, niż chciał. Nie pokonał ani choroby, ani bólu, który jej towarzyszył. Ale do końca się nie poddawał, rozmawiał z przyjaciółmi, dodawał im otuchy, kiedy patrzyli, jak cierpiał.


- Trzy tygodnie temu mówił mi: Marian, ja potrzebuję jeszcze tydzień, może dwa i nagle zacznie się u mnie taki dobry oddech i ten oddech będzie trwał bardzo długo - mówi prof. Marian Zembala, szef ŚCCS. W sobotę posłał prof. Relidze jego ulubioną śląską kiełbasę z jednej z zabrzańskich restauracji...


Bo Religa rzeczywiście był zwyczajny i normalny, właśnie tak, jak o sobie mówił. Gdyby taki nie był, pacjenci nie mieliby odwagi ot tak sobie podchodzić i prosić o pomoc. Nigdy im jej nie odmawiał. To dlatego mówili o nim "święty".

Judyta Watoła
Źródło: Gazeta Wyborcza Katowice
 
stat4u