Niech biorą ze mnie, co chcą

Źródło::Nowa Trybuna Opolska


Były prezydent ujawnia, że choroba wieńcowa, na którą cierpi od lat, postępuje. Jedynym ratunkiem może się okazać przeszczep serca.

Operacji u najbardziej znanego na świecie Polaka gotowi są się podjąć specjaliści z Houston w Stanach Zjednoczonych. Trwają już poszukiwania odpowiedniego serca.

- Dlaczego pańska operacja, jeśli do niej dojdzie, ma się odbyć w Stanach Zjednoczonych?
- Ponieważ u nas jest za mało dawców. Trudno byłoby oczekiwać, że na czas pojawi się serce odpowiednie dla mnie - to mogłoby trwać zbyt długo i to mimo że ewentualny przeszczep możliwy jest w perspektywie kilku lat. Mimo to szansa, że znajdzie się właściwy darczyńca z Polski, jest nikła. Na Zachodzie znacznie więcej ludzi decyduje się przekazać po śmierci swoje organy innym, dlatego możliwe, że będę operowany za granicą, chociaż nie ukrywam, że wolałbym, żeby to się działo w Polsce.

- Dlaczego?
- Mamy przecież znakomitych specjalistów transplantologów znanych i szanowanych na całym świecie, o wielkim dorobku. Oni już przeprowadzili tysiące takich operacji i nie są gorsi od Amerykanów. Nie mam żadnych obaw, że zoperowaliby mnie gorzej niż lekarze z USA, przeciwnie. Tylko że szansa na serce jest w Polsce zbyt mała, ale może to się zmieni i ludzie zechcą dzielić się organami z potrzebującymi? Taką mam nadzieję, chociaż zdaję sobie sprawę, że to może być długi proces, a ja nie mam czasu na czekanie, bo moje serce za szybko się zużywa.

- Nasza redakcja prowadzi kampanię "Nie zabieraj organów do nieba", której celem jest zachęcenie większej liczby Polaków, by po śmierci godzili się na darowanie chorym narządów, które mogą uratować ich życie...
- Bardzo dobrze, takie działania są potrzebne, trzeba ludzi uświadamiać. Popieram akcję "Nowej Trybuny Opolskiej" i chciałbym, żeby było więcej podobnych inicjatyw.

- A pan zgodziłby się uratować cudze życie cząstką samego siebie?
- Oczywiście. Uważam, że należy myśleć tak: jeśli coś ze mnie przejdzie z życiem do innego człowieka, to nie cały umrę. Patrząc najprościej, czysto ekonomicznie - o niebo lepiej jest oddać się innym ludziom niż robakom. Serce, chociaż w moim przypadku to nie wchodzi w grę, ale także inne organy będą pracować, żyć, a mnie przecież do niczego się nie przydadzą. Kościół jednoznacznie popiera takie rozumowanie, dlatego powinniśmy się gremialnie godzić na darowanie organów, bo nas to nic nie kosztuje, a dla innych jest bezcenne. Gdy umrę, lekarze będą mogli wziąć ze mnie wszystko, co będzie się nadawało do ratowania innych.


- Na ile ocenia pan ryzyko konieczności poddania się operacji przeszczepu serca?
- Trudno powiedzieć, bo czuję się raz lepiej, raz trochę gorzej. W dniu, gdy ogłosiłem publicznie, że mam problemy wieńcowe, moje samopoczucie było średnie. Ale dzień wcześniej czułem się znakomicie, żartowałem nawet, że na podryw mógłbym iść. Kondycja mojego serca jest zmienna, dlatego w kwestii przeszczepu na razie nic nie jest do końca przesądzone, chociaż taka operacja jest w moim przypadku bardzo prawdopodobna, bo dolegliwości mam poważne.


- Rok temu już operowano panu serce we Włoszech. Czy to nie pomogło?
- Lekarze wszczepili mi tzw. stenty, czyli urządzenia mające zapobiegać zwężaniu żył. Po tej operacji musiałem brać leki, ale stan mojego zdrowia nie poprawił się na tyle, żebym mógł przerwać leczenie. Serce cały czas mi dokucza, stąd konieczność dalszych działań, a może nawet przeszczepu.

- Pańskie medyczne dane już zostały wysłane transplantologom z Houston?
- Tak. I samo szukanie serca dla mnie też już się zaczęło. Ta klinika to mekka spraw kardiologicznych, ale dopasowanie serca do biorcy to nie jest prosta sprawa i wymaga szerokich poszukiwań. Dlatego lekarze już działają, chociaż przeszczep nie jest ich celem - to ostateczność, na wypadek, gdyby zawiodły inne metody leczenia.

- Kiedy zapadnie decyzja?
- Najpierw przez dwa do pięciu lat lekarze będą mi montować technikę, żeby pobudzić serce i wyrównać jego pracę. Na podstawie przesłanych do Houston danych na całym świecie będą szukać serca dla mnie. Jeśli przeszczep okaże się niezbędny, chciałbym, byśmy jednak zrobili go w Polsce. Tylko żeby był dawca - to podstawowy warunek. Niestety, na razie trudny do spełnienia...

- Jeżeli sytuacja się nie zmieni, a konwencjonalne leczenie nie przyniesie efektów, pozostanie panu lecieć do Stanów. Ile tam życzą sobie za operację przeszczepu serca?
- Sto tysięcy dolarów. Na razie nie mam takich pieniędzy, ale będę musiał uzbierać. Już mówiłem, że w przeciwnym razie inni będą musieli zrzucić się na wieniec dla mnie.

- Zna pan przyczyny swoich dolegliwości?
- Problemy wieńcowe mogą dotknąć każdego, ale w moim przypadku zawiniła polityka i ogromny stres, jaki się z nią wiąże. Zajmuję się działalnością publiczną od ponad 30 lat. Prowadziłem walkę z komunizmem, a to był bój na śmierć i życie - wiele razy o tym opowiadałem. Później, po odzyskaniu wolności, zostałem prezydentem, co przysparzało równie wielkich stresów. Musiałem też walczyć z ludźmi, którzy kwestionowali zwycięstwo "Solidarności" i mnie osobiście odsądzali od czci i wiary. To przecież trwa do dziś i nie jest bez wpływu na moje zdrowie. A poza tym mam już 64 lata i choroby w tym wieku nie mogą nikogo dziwić.

- Panie prezydencie, życzę zdrowia.
- Dziękuję. Niezależnie od tego, jak potoczy się moje leczenie, mam nadzieję, że dzięki akcji, którą prowadzicie, ludzie zrozumieją, że nie warto brać organów do nieba, bo one są potrzebne tu, na ziemi, by ratować życie potrzebującym.





Tomasz Gdula




 
stat4u