Mówią o nas składaki

Źródło:emetro.pl/emetro

 

Jeszcze nigdy poparcie dla transplantacji w Polsce nie było tak wysokie. Ale też jeszcze nigdy tak wiele osób nie czekało na operację. Dwoje pacjentów z przeszczepionymi organami opowiada nam, jak starają się jak najlepiej wykorzystać podarowane życie

85 proc. Polaków zgadza się na oddanie narządów po śmierci do przeszczepu - wynika z opublikowanego pod koniec lipca sondażu CBOS. Poparcie dla transplantacji jest rekordowo wysokie: 96 proc. Polaków akceptuje pobieranie i przeszczepianie narządów. Rośnie też liczba wykonywanych przeszczepień - do końca lipca przeprowadzono 759 transplantacji (w tym samym okresie w zeszłym roku było 695 operacji). Jednocześnie jednak coraz więcej osób czeka na nowy narząd - jeszcze pięć lat temu na liście oczekujących było 1,5 tys. osób. Dziś jest ich ponad 2 tys.

W Polsce żyje ok. 10 tys. osób po transplantacji. Do końca życia muszą przyjmować leki obniżające odporność, które chronią przed odrzuceniem nowego narządu. Od lekarzy po operacji słyszą, że w domu muszą mieć sucho i czysto (bo są bardziej podatni na zakażenia), że bezpieczniej pozbyć się z domu psów i kotów (łatwo czymś się zarazić), lepiej unikać tłumów. Do zaleceń stosują się zwykle na początku, później - gdy poczują się pewnie - żyją normalnie. Na powitanie podają rękę, jeżdżą zatłoczonymi tramwajami. Zakładają rodziny, pracują, często działają w fundacjach, które pomagają pacjentom czekającym na transplantację.

O życiu po przeszczepieniu opowiadają "Metru" Magdalena Sroczyńska-Kożuchowska i Robert Kęder. Magda ma 66 lat, żyje z nową wątrobą od 12 lat. Mieszka w Warszawie, od roku prowadzi Fundację "Transplantacja OK" (Trok.org.pl). Robert, też warszawiak, nową wątrobę dostał w 2000 r., miał wtedy 35 lat. Po przeszczepieniu założył rodzinę. Prowadzi federację pacjentów "Dialtransplant" (Federacjapacjentow.pl), robi filmy dokumentalne o transplantacji.

5 września w TVP rusza druga seria "Operacji życie", telenoweli w reż. Grzegorza Siedleckiego, w której realizatorzy przedstawiają historie ludzi, dla których przeszczepienie narządu to jedyny ratunek na przeżycie. Kamera towarzyszy bohaterom przed, w czasie i po operacji. Robert mówi, że tym, co robi dziś, chciałby pomóc innym, którzy czekają na nowe życie.

Robert Kęder: - Jedenaście lat temu przeszedłem przeszczepienie wątroby. Transplantacja sprawia, zaczynasz się zastanawiać, zwykle z przygnębiającą konkluzją, czy to, co robiłeś do tej pory, było tym, czym powinieneś się zajmować.

Magdalena Sroczyńska-Kożuchowska: - Jestem astronomem. Zanim zachorowałam, zajmowałam się wiatrem słonecznym. To cząstki, które uciekają ze Słońca w przestrzeń międzyplanetarną i docierają do Ziemi. Pracowałam w Polskiej Akademii Nauk, byłam też popularyzatorem astronomii wśród uczniów i nauczycieli. Mam dwóch synów i męża.

R.K.: - Przed i po przeszczepieniu zajmowałem się edukacją zdrowotną i edukacją z zakresu ochrony środowiska. Dziś to kontynuuję, choć bardziej ciągnie mnie do transplantologii. Chcę o tym mówić, bo w przypadku schyłkowej niewydolności wątroby czy serca to jedyny, bezpieczny i skuteczny sposób leczenia.

M.S.-K.: - Zachorowałam pod koniec lat 80. Zaczęłam mieć bóle w prawym boku. Leżałam zwinięta w kłębek na tapczanie, zdenerwowana, zmęczona. Po kilku latach szukania diagnozy, w 1994 r. okazało się, że mam marskość wątroby, kolejne badania wykazały, że jestem także zakażona wirusem C, którym zakaziłam się w centrum krwiodawstwa. Cały czas aktywnie pracowałam. Pewnego dnia zasłabłam po konferencji dla nauczycieli. Do domu odwiózł mnie kolega. Gdyby nie to, w autobusie zwymiotowałabym zakażoną krwią na pasażerów. W domu syn pomógł mi posprzątać, był nauczony, że jeśli ściera moją krew, musi to robić przez osłoniętą folią dłoń. Przeszłam na zwolnienie, a kiedy wróciłam do pracy, znowu dostałam krwotoku. Traciłam siły. Do fryzjera miałam z domu 137 kroków. Dystans nie do przejścia. Przeszłam na rentę. W 1998 r. lekarz zaproponował transplantację. Nie rozumiałam, o czym mówi, ale zgodziłam się. Dziś wiem, że nie drążyłam tematu, bo mój mózg wtedy ledwie pracował. Wątroba tak chora jak była moja nie oczyszcza już krwi. To, co krąży po organizmie, jest jak błoto. Skóra była żółta, gałki oczne pomarańczowe. Bardzo wolno mówiłam. Wszystko mnie swędziało. Spałam ze szczoteczką do zębów do drapania.

R.K.: - Najtrudniejsze są momenty przed operacją. Pacjenci porządkują relacje z rodziną, mierzą się ze świadomością, że mogą nie przeżyć. Spisują testament. To jednocześnie chwile, gdy muszą dać z siebie wszystko. Są mocno skupieni na sobie, bo walczą o życie. Dla całej rodziny to wyjątkowo trudny czas Dostałem od bliskich silne wsparcie. Również od przyjaciół.

M.S.-K.: - Kiedy dowiedziałam się, że czeka mnie transplantacja, czułam, że mam tylko jedno zadanie: dożyć do operacji. Nie mogłam zostawić rodziny. Wezwanie do szpitala na Banacha dostałam 2 czerwca 1999 r. Pojechałam do szpitala w nocy, nad ranem wjechałam na salę operacyjną, gdzie przeszczepiono mi wątrobę. Operacja trwała 14 godzin. Później dowiedziałam się, że bez transplantacji lekarze dawali mi dwa tygodnie życia.

R.K.: - Pierwsze chwile po operacji są bardzo bolesne. Psychicznie i fizycznie. Świadomość jest ograniczona przez leki, często pojawiają się problemy okołoperacyjne, niekiedy chorego trzeba jeszcze raz "otwierać". Człowiek powoli wychodzi z szoku. Musi przywyknąć do leków immunosupresyjnych, czyli środków obniżających odporność organizmu.

M.S.-K.: - Po operacji długo nie mogłam mówić. Pisałam palcem na dłoni, by porozumieć się z rodziną. Miałam halucynacje wywołane lekami. Przez pierwsze dni nie poznawałam pielęgniarek ani lekarzy. Po trzech tygodniach opuściłam OIOM. Najbardziej ucieszył się syn. - Mamo, ty normalnie mówisz! Już nie byłam "splątana", jak mówili lekarze, nie ciągnęłam sylaby za sylabą. W szpitalu spędziłam dwa miesiące.

R.K.: - Było ciężko, ale transplantacja daje niezłego kopa. Człowiek, gdy poczuje się lepiej, zaczyna odczuwać niesamowitą chęć życia. Wszystko nabiera niewiarygodnego tempa, nagle próbuje nadrobić wszystko, co zabrała mu choroba.

M.S.-K.: - Cieszyłam się, że mogłam normalnie jeść. Po kilku tygodniach w szpitalu koleżanka z sali poczęstowała mnie pomidorami z cebulką. Moja ulubiona surówka, kiedyś zabroniona. Ja ich nie zjadłam, ja je zeżarłam. Przestraszona zapytałam lekarza, czy mogę nową wątrobę forsować. - Możesz pić nawet wódkę, tylko żebyś się nie urżnęła. Bo jak się urżniesz, to wpadniesz do dołu i dostaniesz zakażenia. A właśnie zakażenie to dla nas największe zagrożenie.

Po wyjściu ze szpitala dostałam od lekarzy wiele ostrzeżeń, np. że w domu nie może być roślin, bo muszę żyć w sterylnych warunkach. Nigdy nie wzięłam tego poważnie. Trzy miesiące po operacji tańczyłam na weselu polkę, na wysokich obcasach.

R.K.: - Jak każdy po transplantacji, urodziny świętuję dwa razy w roku. Ale dziś mam wielki dystans do przeszczepienia. Dziś już ja i wątroba mojego dawcy jesteśmy jednością. Kiedyś było inaczej. Czuję się na tyle dobrze psychicznie i fizycznie, że bardziej patrzę, co jeszcze mam do zrobienia. Dobroć, której doświadczyłem, daje mi impuls do tego, by teraz przekazać ją dalej. Najważniejsze jest budowanie właściwych relacji międzyludzkich, bo u podstaw transplantacji leży zaufanie do drugiego człowieka. Chcę, żeby nasze filmy pomogły budować zaufanie Polaków do idei przeszczepiania, pozwoliły im otworzyć się na innych.

M.S.-K.: - Nigdy nie próbowałam się dowiedzieć, kim był mój dawca. Ale modlę się za niego codziennie. Rodzina zawsze pamięta o rocznicy mojej transplantacji. Ale wiem, że nikt nie zrozumie mnie tak jak ktoś, kto przeszedł to samo, co ja. Mówimy o sobie: "przeszczepieńcy", niektórzy "składaki", czego nie lubię. Dzwonimy do siebie, dzielimy się lekarstwami. Wspieramy pacjentów czekających na transplantację w szpitalach, rozwieszamy na oddziałach telefony do nas, gdyby pacjent albo jego rodzina potrzebowali rady. Telefon dzwoni często, młodą kobietę, która dostała nowy narząd, uprzedzam, że łatwo może zajść w ciążę, chociaż wcześniej przez chorobę o dziecku nie mogło być mowy.

R.K.: - Czasem mam wrażenie, że za mało myśli poświęcam mojemu dawcy. Ale nigdy nie opuszcza mnie przekonanie, że jeśli mnie się udało, to powinno się też udać innym. To powinno być łatwiejsze dla innych. Jeśli coś dostałeś za darmo, to zastanawiasz się: dlaczego ja, co dalej z tym zrobić? Uwalniają się wtedy pokłady dobroci, które powodują, że chcesz się zrewanżować. I robisz to. Bo dobroć ma charakter nieprzemijający, przechodni i pobudzający.

Nie zabierajmy narządów do nieba, one potrzebne są na Ziemi.

 

 

Anita Karwowska

 

 

 
stat4u