Moje nowe serce potrafi kochać

Źródło:Przyjaciółka


Kiedy pierwszy raz jechali samochodem, bał się zapiąć jej pasy bezpieczeństwa, bo mocno obciskają żebra, a on nie wiedział, jak na taki ucisk zareaguje jej nowe, przeszczepione serce. Teraz już się nie boi. Żyją razem. Normalnie.

Dużo chodzimy po górach, ale trudnych tras nie wybieramy, a raczej proste szlaki, jak stare, dobre małżeństwo. Powolutku. Marcin dostosowuje się do mojego tempa i cały czas się przygląda czy nie pobladłam albo nie zadyszałam się – śmieje się Ania Bednarek-Wojciechowska, od czterech lat żona Marcina Wojciechowskiego, fotografika, który potrafi fotografować najbardziej dramatyczne wydarzenia, ale na co dzień za żadne skarby nie pójdzie na pobranie krwi czy, nie daj Boże, na zastrzyk.
– Gdyby mnie czekała jakakolwiek operacja, pewnie bałbym się tak bardzo, że w ogóle nie poszedłbym do szpitala – stara się wytłumaczyć tę swoją słabość. Kocha żonę bardzo, ale jeszcze bardziej ją podziwia. Bo taka silna i taka dzielna. Od dziecka żyła ze świadomością, że ma chore serce, że szanse na dalsze życie będzie miała tylko wtedy, jeśli dotrwa do czasu, kiedy będzie można dokonać przeszczepu, jeśli we właściwym momencie znajdzie się właściwy dawca i jego serce podejmie pracę...
Nie było jej łatwo, musiała przeżyć szok po śmierci brata, który zmarł w trzy tygodnie po przeszczepie serca, przetrwać tygodnie strachu o mamę, która też miała przeszczep. Mimo tego wszystkiego ma dość siły, by cieszyć się każdą chwilą, żyć normalnie, szczęśliwie, z nadzieją...
– Kardiomiopatia przerostowa, czyli zła wydolność serca spowodowana tym, że serce jest zbyt duże, ma za grube ściany, a przez to pompuje za mało krwi – Ania spokojnie opowiada o chorobie swojego „starego” serca, którego nie można było operować, tylko trzeba było wymienić na inne, zdrowe. – To choroba genetyczna, którą odziedziczyliśmy po mamie. Ona przez całe życie miała kłopoty z sercem, ale dwadzieścia kilka lat temu nikt nie potrafił jej właściwie zdiagnozować. Dopiero kiedy urodził się mój brat, a trzy lata później przyszłam na świat ja, lekarzom udało się stwierdzić, na co chorujemy. Jednoznacznie orzekli – choroba postępuje i może doprowadzić do śmierci. Każde z nas czekał przeczep. W tamtych czasach nikt nie przeprowadzał takich operacji na dzieciach, więc musieliśmy czekać na to, żeby dorosnąć.

Telefon po raz pierwszy
Na transplantację czekali kilkanaście lat, więcej czasu spędzając w szpitalach niż w domu. Różni lekarze po kilka razy przymierzali się do operacji, która miała poprawić wydolność ich serc. Ale za każdym razem rezygnowali, bo istniało ryzyko, że mimo operacji chore serca dalej będą niewydolne.
– Żyliśmy normalnie, spotykaliśmy się z przyjaciółmi, chodziliśmy do szkoły. Ja wszystkie lekcje WF przesiedziałam na ławce, a przedtem musiałam poskładać piłki i uporządkować magazynek, bo według naszej pani nie mogłam tak bez sensu siedzieć... Koleżanki bardzo mi pomagały, nosiły moje torby, książki, spacerowały ze mną wolniej, w moim tempie. Nie wyciągały mnie na dyskoteki, chyba że w charakterze widza. Rozumiały więcej niż dorośli, którzy często wydziwiali, że jestem ślamazara.
Kiedy Ania miała szesnaście lat, do jej domu zadzwonili z kliniki kardiochirurgii w Zabrzu. Na jej brata czekało nowe serce. Rodzice musieli natychmiast podjąć decyzję, czy zgadzają się na operację. Nie mieli wątpliwości. Pojechali do Zabrza. Przeszczep się udał, nowe serce podjęło pracę starego, ale... po trzech tygodniach przestało bić i nic już nie można było zrobić. Chłopak umarł.
Ania miała być następna w kolejce do transplantacji. Bała się. – Ale nie tak bardzo, bo czułam się już tak źle, że właściwie było mi wszystko jedno, czy umrę przed operacją, czy w trakcie, czy zaraz po niej... Tylko rodziców było mi szkoda, jak przeżyją kolejną tragedię, a przecież mama też miała chore serce...

Telefon po raz drugi
Żyła normalnie. Uczyła się w liceum plastycznym, malowała pejzaże i czekała na telefon z Zabrza. Odezwał się na początku 2002 roku. Ania zaczęła się bać, ale po godzinie telefon zadzwonił znów – serce nie nadawało się do przeszczepu, bo uszkodzono je podczas reanimacji.
– Wtedy poczułam ulgę, ale każdy kolejny dzień utwierdzał mnie w przekonaniu, że chcę tego przeszczepu, że jestem pewna, że się uda, że wreszcie będę mogła żyć jak moi rówieśnicy, że wszystko będzie dobrze...
Dwa tygodnie później wieczorem spacerowała z psem po osiedlowych uliczkach. Nagle na jej komórkę zadzwonili rodzice: – Wracaj szybko do domu – powiedzieli. – Od razu domyśliłam się, o co chodzi, kiedy dotarłam do domu, byłam już właściwie spakowana. Razem z mamą wsiadłyśmy do karetki. Byłam trochę przestraszona, i przez ten strach strasznie zmęczona. Pielęgniarka dała mi lekki środek nasenny, po którym zasnęłam jak kamień. Nic nie czułam, ani tego, jak mnie wynosili z karetki, jak wieźli na salę operacyjną, ani jak wprowadzali sztuczny obieg krwi (i dobrze, że tego nie czułam, bo to podobno bardzo boli). Obudziłam się kilka godzin po operacji. Z nowym sercem. Zobaczyłam mamę i lekarza z Centrum Zdrowia Matki Polki, który od lat był moim lekarzem prowadzącym. Nie jestem skora do obcałowywania obcych ludzi, ale jego od razu chciałam wyściskać i wycałować. Ze szczęścia. Byłam pewna – będę żyć!

Najważniejsze, że żyje
Pół roku później poznała Marcina. A tak naprawdę odnowiła znajomość z czasów, kiedy mieli po kilka lat i mieszkali na jednej klatce, drzwi w drzwi. W tamtych czasach sześciolatek nie zauważał trzylatki, ale teraz... dwudziestolatek zakochał się od pierwszego wejrzenia. Tak jak i ona. Zaczęli planować wspólne życie, wzięli ślub, tylko on czasami sprawdzał w książkach medycznych, jak to wspólne życie zaplanować, żeby jej nie zaszkodzić. Wyczytał – można żyć normalnie, byle rozsądnie. Tak żyją. – Jestem żoną z prawdziwego zdarzenia, piorę, gotuję, noszę torby z zakupami – mówi Ania. – Kończę wydział malarstwa na łódzkiej Akademii Sztuk Pięknych i marzę o dziecku. Lekarze nie widzą przeciwwskazań, ale ja się trochę boję, że mogłabym mu przekazać chorobę.
– Dziecko będziemy mieli na pewno – zapiera się Marcin. – Jak nie własne, to przysposobione. Choroba Ani i to wszystko, co przeszła, nie ma wpływu na nasze życie. Moi rodzice zaakceptowali dziewczynę, którą poprosiłem o rękę. To, że żyje z nowym sercem, nie miało wpływu na ich stosunek do niej. Naszym przyjaciołom też to nie przeszkadza, a przecież wszyscy wiedzą, że jest po przeszczepie, bo dla nas to nie jest temat tabu.
Ania nosi bluzki z dekoltem i nie wstydzi się tego, że widać kawałek blizny pooperacyjnej. Chodzi z głową do góry, Maluje. Marzy. Jest szczęśliwa. Żyje.


Agata Bujnicka




 
stat4u