10 tysięcy Polaków cudem uniknęło śmierci.

Źródło:Wirtualna Polska


Dzień Transplantacji 2010 w warszawskim Zamku Ujazdowskim We wtorek 26 stycznia 2010 w Zamku Ujazdowskim, w Warszawie odbyły się obchody Dnia Transplantacji. W uroczystości wzięli udział m.in. Prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego Pani prof. Magdalena Durlik, Rektor Uniwersytetu Medycznego w Warszawie prof. Marek Krawczyk oraz Krajowy Konsultant ds. transplantacji i prezes PUMT prof. Wojciech Rowiński . Poltransplant reprezentowały dr Dorota Lewandowska i Jolanta Hołoweńko. Po okolicznościowych wystąpieniach zaproszonych gości odbył się premierowy pokaz filmu telewizyjnego „Serca nie rosną na drzewach” po którym obecni bohaterowie Teresa Bula i Henryk Szeląg oraz reżyser Paweł Turczynowicz i scenarzystka Joanna Kotwicka opowiadali o przesłaniu filmu. Obok przybyłych pacjentów na projekcji obecni byli liczni dziennikarze oraz ekipy telewizyjne. "10 tysięcy Polaków cudem uniknęło śmierci. " - Wirtualna Polska. PL To cud, że żyję. Po tym jak zdiagnozowano u mnie nowotwór wątroby, rok czekałam na transplantację. O dawcy wiem tyle, że był mężczyzną, młodszym ode mnie o 14 lat, który zmarł w dniu, kiedy ja dostałam drugie życie – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską będąca pięć lat po przeszczepie Teresa Bula. W Polsce żyje ponad 10 tys. osób po transplantacji. 46-letnia Teresa nie zna pierwotnego właściciela wątroby. Nie wie, gdzie mieszkał, jak miał na imię, czym się zajmował, jak zginął. Szpitale nie udostępniają takich danych, traktując je jako poufne. Wie natomiast, że dzień śmierci mężczyzny wyznaczył też datę jej drugiego życia. W rozmowie z Wirtualną Polską mówi, że tego dnia urodziła się na nowo. Choć miała wszczepioną wątrobę, należącą wcześniej do innego człowieka, od początku traktowała ją jak swoją. Mówi, że stała się też innym człowiekiem. Bardziej wrażliwym, otwartym, umiejącym zauważać chwilę i czerpać z niej radość. O cudzie swojego życia opowiada młodzieży, pracując jako wolontariusz stowarzyszenia „Życie po Przeszczepie”. Uczy młodych ludzi, że nawet największe życiowe niepowodzenia mają sens. Kiedy sześć lat temu usłyszała diagnozę „rak wątroby”, czuła się jak zamknięta w pokoju z jedną parą drzwi, za którymi czeka na nią śmierć. – Nie wiedziałam nawet, ile zostało mi czasu – mówi. Jedyną nadzieją był przeszczep, ale kolejka oczekujących długa, więc musiała najpierw wygrać wyścig z czasem. Sygnałem, że dla Teresy jest wątroba, miał być telefon ze szpitala. Zadzwonił po roku. – Przez ten czas żyłam w ciągłym napięciu. Nie rozstawałam się z komórką do tego stopnia, że chodziłam z nią nawet do toalety. Rozmawiając z sąsiadką, słuchałam jej tylko jednym uchem, gdyż moje myśli krążyły wyłącznie wokół telefonu ze szpitala. Kiedy wychodziłam coś załatwić, wiedząc, że do przejechania mam pół godziny autobusem, szybko kalkulowałam, ile czasu zajmie mi powrót, spakowanie rzeczy i dojechanie do szpitala na przeszczep. Gdybym nie odebrała telefonu, to druga szansa mogłaby się już nie powtórzyć – mówi. Z drugim życiem dostała i drugą osobowość. Wylicza, że teraz bardziej siebie lubi, jest wrażliwsza i afirmuje życie. Nawet z tymi ograniczeniami, które stawia ono przed nią. Jak choćby tabletki, które połyka rano, żeby jej wątroba nie umarła. Przyzwyczaiła się do tego, traktując tak, jak wielu Polaków traktuje picie porannej kawy. 10 tys. szczęśliwców Teresa to jedna z bohaterek filmu dokumentalnego Pawła Turczynowicza „Serca nie rosną na drzewach”. Kolejnymi są: Kasia Borsiak z przeszczepionym sercem, Henryk Szeląg z przeszczepioną nerką i Anna Spałek z przeszczepionym szpikiem. Odkrywają przed widzami dramatyczne momenty życia, licząc na to, że może społeczeństwo w końcu się obudzi, przybędzie dawców i co piąty dzień nie będzie musiała umierać osoba, która nie doczekała przeszczepu. 51-letni Henryk żyje dzięki dawcy nerki. Wspomina, jak od wielu lat nadciśnienie nie dawało mu spokoju. Dopiero kiedy dostał silnego krwotoku z nosa i trafił do szpitala, lekarz zdiagnozował: choroba nerek, konieczność dializ. – Wiedziałem, że jest to przywiązanie do maszyny przynajmniej 3-4 razy w tygodniu i potworne osłabienie organizmu – mówi w rozmowie z WP. O tym, że jest nerka, Henryk, zawodowy nauczyciel, dowiedział się w Dniu Nauczyciela. Kiedyś mężczyzna miał okazję obserwować przeszczep nerki u innego pacjenta. Odtąd transplantację nazywa cudem: – Obserwowałem, jak ten mięsień, trzymany w lodzie, w jakimś płynie, przypominający martwy, po wszyciu nagle ożywa. Staje się krwisty i pęcznieje. To niesamowite, że kawałek narządu nagle zaczyna pracować w zupełnie obcym ciele. Pytany o duchową więź z dawcą, odpowiada, że „tak jakby ten człowiek był i nigdy nie umarł”. Radość życia po przeszczepie i energia pozwalają mu zdobywać medale na mistrzostwach Polski osób po transplantacji. Ma ich w sumie siedem, w tym jeden złoty - w pchnięciu kulą. W filmie mówi, że gdyby nie choroba nerek i przeszczep, to może nigdy nie stanąłbym na podium. – Nie miałbym też przyjaciół w całym kraju i tak cudownych przeżyć, jakie mam teraz – dodaje. Odkąd 23-letnia Kasia dostała nowe serce (dziesięć lat temu), zastanawia się: – Czy ta osoba, od której przyjęłam serce, jest zadowolona, że to właśnie ja je mam? Czy dobrze wywiązuję się z tego daru? Najpierw Kasi wysiadło serce, kilka lat później dowiedziała się, że cierpi na nowotwór. Swoje urodziny liczy od momentu przeszczepu. Jan Libiszwoski, nauczyciel Kasi, wspomina w filmie, jak kiedyś weszła do klasy, z radością oświadczając, że ma urodziny. Kiedy zapytał, które, odpowiedziała, że trzecie. – Kasia celebrowała życie od dnia przeszczepu. Dla niej zaczęło się jakby od nowa – mówi. Walka o „drugą szansę” nie była łatwa. Kasia trzykrotnie jechała do szpitala po nowe serce. Najpierw okazało się, że to, które miała dostać, jest za stare. Potem przyśniło jej się – w noc przed planowaną transplantacją – że serca jednak nie będzie i znowu odczeka swoje. Rano okazało się, że faktycznie, serce zmarło nim dziewczyna dojechała na salę operacyjną. Po dwóch tygodniach, o godz. 14, rozpoczęła się trzecia z planowanych operacji. O 18 Kasia miała już nowe serce. – Mam w sobie mnóstwo energii. Sama zastanawiam się, skąd właściwie. Bo po tylu problemach mogłabym siedzieć w domu z laseczką, jak stara babcia, i nic nie robić. Ale tak nie potrafię. I nie chcę – mówi w filmie Kasia. Ostatnia bohaterka filmu, Ania, o nowotworze dowiedziała się na początku studiów. Jej siostra wspomina, że wiadomość o chorobie siostry była dla nim strasznym ciosem, jak wyrok śmierci. Jeszcze zanim dziewczyna trafiła do szpitala, dużo malowała. – Te moje rysuneczki bardzo się podobały i to był dla mnie znak, że może powinnam to kontynuować. Poza tym pomagały mi psychicznie. Wchodziłam na moment w inny świat, zapominając o chorobie – mówi. Pomagało to również po przeszczepie, kiedy przyszło jej się zmierzyć z codziennym życiem. Teraz, mówi, ma jedno marzenie: – Żeby żyć pełnią życia. W Polsce osób takich jak Teresa, Ania, Kasia czy Henryk istnieje 10 tys. Film Turczynowicza kończy się słowami: „Każda z nich to osobny cud życia”. Proroctwo Einsteina 26 stycznia minęła 44. rocznica pierwszego cudu transplantacji. Chodzi o nerkę przeszczepioną u 19-letniej uczennicy szkoły pielęgniarskiej, Danusi, w Klinice Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie. Pomyślnie przeszczepiony narząd pochodził od kobiety zmarłej na skutek urazu mózgu. Ponieważ do pobrania narządu niezbędna była wtedy zgoda prokuratora, nerkę pobrano już po tym, jak przestało pracować serce. Danusia, przebywająca w szpitalu od wiosny 1965 r., znajdowała się w tym czasie pod opieką nefrologa Tadeusza Orłowskiego i chirurga Jana Nielubowicza. Operacja trwała niespełna 57 minut. Już kilka chwil po zabiegu lekarze zauważyli pierwsze krople moczu wypływające z moczowodu. Był to znak, że wszczepiona nerka prawidłowo podjęła swoje czynności. Chociaż przed przeszczepem Danusia ważyła zaledwie 35,5 kg, po operacji szybko nabierała wagi. Pół roku później, w wyniku powikłania, zmarła. Do końca przeszczepiona nerka zachowała jednak prawidłową czynność. W spotkaniu prasowym z okazji rocznicy pierwszej w Polsce transplantacji wzięli udział bohaterowie filmu Turczynowicza – Teresa i Henryk – jak i wielu znakomitych lekarzy. Wśród nich był m.in. prof. Wojciech Rowiński, wiceprezes Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej, który asystował przy pierwszym w Polsce przeszczepie. Przyznał, że jego marzeniem jest likwidacja barier, które sprawiają, że wciąż jest o 40% mniej przeszczepów narządów w stosunku do potrzeb. Na 2 tys. potrzebnych nerek rocznie, przypada 750 dostępnych. To nasza bolączka społeczna, bo, zauważa, transplantologia jest jednym z cudów XX wieku. Tysiące chorych zostaje uleczonych za pomocą leku pochodzącego z organizmu drugiego człowieka. – Ten cud to ziszczenie tego, o czym mówił Einstein. Że postęp dokonuje się w wyniku skojarzenia wyobraźni i wiedzy. I tak się stało – mówił prof. Rowiński. Niektóre osoby po przeszczepie żyją po kilkanaście lat, a rekordzista z przeszczepioną nerką przeżył nawet 36. Po co się o tym mówi? Bo w Polsce wciąż mało osób decyduje się oddać swoje narządy po śmierci. Ks. Piotr Sadkiewicz, jeden z uczestników spotkania, 21 lat temu oddał szpik kostny swojej ciężko chorej siostrze. – Wtedy społeczna wiedza o przeszczepach była w Polsce niewielka. Transplantacja odbyła się za granicą – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską. Zauważa, że każda osoba, która poddała się transplantacji, zmieniła się. Podjęła nowe pasje, wyzwania – zaczęła drugie życie. Anna Kalocińska, Wirtualna Polska

 
stat4u