10 lat od pierwszego przeszczepu serca i płuc

Źródło: katowice.gazeta.pl/katowice

 

10 lat od pierwszego przeszczepu serca i płuc

Judyta Waroła
Marek Breguła, pierwszy w Polsce pacjent, któremu z powodzeniem przeszczepiono serce i płuca

Marek Breguła, pierwszy w Polsce pacjent, któremu z powodzeniem przeszczepiono serce i płuca (Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta)

Pamiętna operacja odbyła się nocą 24 października 2001 roku w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Wcześniejsze nieudane próby przeszczepu płuc lub płuc i serca też podejmowano w zabrzańskim szpitalu. Dlatego dla chirurgów ta transplantacja miała szczególne znaczenie. - Pokonaliśmy nieprzekraczalną dotąd dla nas barierę. Od tamtej pory udało nam się przeprowadzić ponad 70 przeszczepów płuc, w tym u pacjenta z mukowiscydozą - mówi prof. Marian Zembala, szef ŚCChS.

Po operacji Breguła szybko wracał do sił. W domu był już przed Bożym Narodzeniem. Pozostał na rencie, ale kiedy tylko może, znów pracuje. Czasem w marketingu, czasem jako dozorca. Dużo we własnym ogródku. Czy po operacji myślał, ile pożyje z nowym sercem i płucami? - Miałem cel, żeby żyć pięć lat, tak do komunii córki. Teraz już myślę o jej weselu.

Organizuje dla pacjentów po przeszczepie rajdy rowerowe. - Chcę pokazać, jak aktywnie można żyć po transplantacji. Z jednej strony, by podziękować w ten sposób lekarzom, którzy doprowadzili do tego, że w ogóle dotrwałem do przeszczepu. Z drugiej, by odwdzięczyć się tym, którzy po przeszczepie się mną zajmują. Chcę też pokazać wszystkim, którzy przeżywają nieszczęście, bo giną w wypadkach bliscy im ludzie, że warto, by godzili się na pobranie od nich organów do transplantacji. Przez to dzieje się dużo dobra - mówi dziś.

Judyta Watoła: "Byłem już na drugim świecie, ale mnie wyprosili" - tak pan mówił "Gazecie" kilka dni po przeszczepie.

Marek Breguła: Bo tak było, całkiem dosłownie. Wcześniej byłem bardzo zdrowy. Wojsko odrabiałem w straży pożarnej. Potem dużo pracowałem i nigdy nie chodziłem na chorobowe. Szefowie obiecywali: "nie idź, dostaniesz podwyżkę", aż tu któraś przechodzona grypa rozwaliła mi serce. Do niewydolności krążenia doszło nadciśnienie płucne. W 1999 roku w wieku 35 lat dostałem rentę inwalidzką. Co chwilę zabierali mnie do szpitala. Kiedy byłem w domu, żona tylko powtarzała dzieciom: "teraz cicho, bo tata leży", "cicho, bo odpoczywa". Były szczęśliwe, jak znajdowałem siły na wspólny spacer. Córka była malutka, jeszcze nie rozumiała sytuacji, ale syn wiedział, że jestem bardzo chory. Kiedy żona wracała ze szpitala, po jej nastroju od razu wyczuwał, w jakim zostawiła mnie stanie.

Kiedy się pan dowiedział, że będzie miał pan przeszczep?

- To było jakoś we wrześniu 2001 roku w szpitalu w Tarnowskich Górach. Odebrałem to jako cios. Nie myślałem, że jest ze mną aż tak źle. Potem już w Zabrzu dowiedziałem się, że nie wystarczy przeszczep serca, potrzebna jest też transplantacja płuc i że dotąd takie operacje się nie udawały. Rozważałem leczenie za granicą, ale te dwa lata przechorowane na rencie wyssały wszystkie oszczędności. Lekarze mówili, że dotrwam może do Bożego Narodzenia, a to oznaczało, że nie starczy czasu na zebranie pieniędzy. Pożyczka też nie wchodziła w grę, bo gdybym umarł, rodzina zostałaby sama z długiem. Bał się pan?

- Co to, to nie. Byłem cały czas optymistą, choć trzeźwym. Na wszelki wypadek pozałatwiałem wszystkie urzędowe sprawy, kiedy wypuścili mnie ze szpitala na urodziny córki. Pamiętam, jak żona spytała wtedy lekarkę, czy mogę wyjść. Pani doktor odparła, że w moim stanie nie widzi różnicy, czy umrę w domu, czy w szpitalu, bo to się i tak może stać w każdej chwili.

Brzmiało chyba strasznie?

- Nie dla mnie. Cieszyłem się na pobyt w domu. Wcześniej jeszcze miałem zatrzymanie krążenia. Odratowano mnie. Uwierzyłem wtedy, że może się stać cud i uda się uniknąć transplantacji, jeśli zdobędę coś świętego. Pomyślałem o nitce ze stroju papieża. Do Rzymu jechała akurat znajoma zakonnica, s. Mariola z Panewnik. Spełniła moją prośbę i na audiencji u Jana Pawła II poprosiła go o nitkę z sutanny, a papież na to: "Po co mu nitka, jak dam mu różaniec". To było 21 października. Trzy dni później miałem przeszczep.

Miał pan wtedy ten różaniec przy sobie?

- Nie. S. Mariola jeszcze nie wróciła z Rzymu, ale wiedziałem już, że papież mi dał różaniec wyjęty z kieszeni, na którym sam się wcześniej modlił. To miało wielkie znaczenie. Kiedy przyszli lekarze i spytali, czy dalej zgadzam się na przeszczep, nie wahałem się już ani chwili. Zadzwoniłem do żony, powiedziałem: "Kocham ciebie i dzieci" i rzuciłem słuchawkę, bo głos mi odebrało. Potem pielęgniarki i lekarze się koło mnie krzątali. Na to przyszła psycholog przygotować mnie na operację. Byłem w humorze. Powiedziałem, żeby wpadła nazajutrz na kawę, bo teraz nie ma jak gadać. Wryło ją w ziemię.

A co było nazajutrz?

- Tego nie wiem. Nic nie pamiętam. Dopiero na trzeci dzień po operacji wróciłem do siebie.

Myślał pan o tym, ile pożyje z nowym sercem i płucami?

- Miałem cel, żeby żyć pięć lat do komunii córki. Teraz już myślę o jej weselu.

A różaniec?

- Modliłem się na nim po operacji. To pomagało znieść ból. Teraz krąży po całej rodzinie, bo jest zbyt cenny, żeby się nim nie dzielić. Innym też pomaga w trudnościach.

 

 
stat4u