Serce i polityka

 

 

O polskich dokonaniach w kardiochirurgii i propozycji nowego systemu ochrony zdrowia, specjalnie dla 'Vilcacory' mówi prof. dr hab. Zbigniew Religa

- Uważa pan, że jeśli jest wola i entuzjazm to wszystko można zrobić?
- Dokładnie tak.
- I nie trzeba było odwagi, by np. podjąć się przeszczepu serca?
- Odwaga zawsze jest potrzebna. W tamtym przypadku dlatego, bo nie wiadomo było, jak Polska zareaguje, jak zareaguje społeczeństwo, moje środowisko. Od 1969 roku, gdy pionierską próbę transplantacji serca podjął prof. Jan Moll, właściwie nic nowego się w tej dziedzinie nie wydarzyło. Po tym zastoju, trzeba było przekonać lekarzy, żeby zgłaszali dawców i przekonać do powołania komisji stwierdzającej śmierć mózgu. Pokutowała bowiem wciąż jeszcze XIX-wieczna definicja śmierci - lekarz stwierdzał zgon, gdy serce przestawało bić, tymczasem my potrzebowaliśmy serca żywego. Trzeba więc było łagodzić nieprzychylne opinie, organizować wszystko od początku, no i z tym wszystkim dać sobie radę.
- 5 listopada 1985 r. dokonał pan pierwszej udanej transplantacji serca. Proszę o tym opowiedzieć...
- W październiku 1985 roku do ośrodka w Zabrzu przywieziono rolnika z niewydolnym, jak balon przerośniętym sercem, które już prawie nie pompowało krwi. Był idealnym biorcą. Bałem się rozmowy z nim. W końcu się przemogłem i powiedziałem mu wprost:
- Proszę pana, ja nigdy nie robiłem przeszczepu serca, ale dla pana to jedyny ratunek.
- Jestem szczęśliwy, że daje mi pan tę szansę - odpowiedział.
Obdzwoniłem zaprzyjaźnionych lekarzy i oddziały intensywnej opieki medycznej. Po kilkunastu telefonach, w jednym z warszawskich szpitali znalazłem młodego mężczyznę po wypadku. Mózg miał uszkodzony, ale serce wciąż biło, pojechałem do jego matki - zgodziła się. Tak to się zaczęło.
- Ile serc pan przeszczepił?
- W encyklopedii mówi się o 150 takich operacjach.
- Skoro przeszczepy dają tak dobre efekty to dlaczego dąży pan do stworzenia sztucznego serca?

- Jasne, że nie ma nic piękniejszego niż biologiczne serce. Sztuczne, to jednak konieczność. Rzecz w tym, że dzieli nas przepaść od stworzenia czegoś choć w przybliżeniu tak doskonałego. Nie potrafimy jeszcze kopiować natury na tyle, żeby stworzyć taką doskonałość jak serce biologiczne.
Trzeba się jednak liczyć z realiami. Przeszczepy serca dokonywane są w stosunkowo niewielkiej ilości - o dziwo - nie z powodu braków finansowych, tylko z powodu braku dawców. Nie każde serce może być przeszczepione, musi to być dobre, zdrowe serce. Ale skąd je brać? Mimo że w Polsce jest w tej chwili absolutna akceptacja dla tego zabiegu i na ogół nie spotyka się odmów, ilość dawców jest bardzo ograniczona w porównaniu do osób czekających. Ci, którzy czekają, bo nie ma dla nich dostępnych serc biologicznych, muszą umierać. Dlatego pracujemy nad sztucznym sercem. Konkretnym tego wyrazem są - jak do tej pory - sztuczne komory wspomagania serca, które zdołaliśmy już wyprodukować po iluś tam latach pracy i które dziś dobrze się spisują.
- Jak to się robi? Wyjmuje się z serca chore komory i wstawia nowe?

- Sztuczne komory są na zewnątrz serca. Połączone są specjalnymi kanałami z przedsionkami serca i z naczyniami krwionośnymi. Odbierają krew z przedsionków i pompują do naczyń. Natomiast sztuczne serce oczywiście musi być wewnątrz, bo jak się wycina własne serce, trzeba wstawić inne. Nie ma jednak sensu tego robić, gdy można zastosować sztuczne komory, bo zdarzają się takie przypadki, gdy zamierające z powodu różnych chorób serce, dostawszy czas na odpoczynek, regeneruje się. Pamiętam 14-letnią dziewczynkę, która umierała na ciężkie zapalenie serca. Na salę operacyjną, kilka lat temu, przywieziono ją już po zatrzymaniu akcji serca. Wszczepiliśmy sztuczne komory i jej serce wyzdrowiało w ciągu pięciu tygodni. Mogliśmy potem te komory usunąć i ona teraz żyje z własnym zdrowym sercem. W Polsce prawie 90 chorym wszczepiono w pięciu klinikach pneumatyczne komory wspomagania serca, skonstruowane w Zabrzu. Zastosowała je też jedna z klinik w Argentynie.
- To po co sztuczne serce?
- Bo przy zastosowaniu sztucznych komór pacjent jest przykuty do łóżka aparaturą zasilającą, systemem rur i przewodów, co powoduje dodatkowe niebezpieczeństwo groźnych dla jego życia infekcji. I jeśli nie nastąpi przeszczep, komory przedłużają życie zaledwie o kilka tygodni, kilka miesięcy. Natomiast wszczepione sztuczne serce pozwala na życie przez co najmniej kilka lat. Inna jest też jakość życia, bowiem pacjent z wszczepionym mechanicznym sercem może normalnie żyć i pracować. Tak więc potrzebne są obydwa typy urządzeń.
- Jak wygląda sztuczne serce?

- Jest to urządzenie wielkości pomarańczy, a składa się z dwóch części. Część wewnętrzna to wszczepiana do ciała pacjenta proteza serca wraz z napędem i baterią, zastępująca niezdolne do pracy naturalne serce. Takie serce waży 600 gramów. Część zewnętrzna to bateria z miniaturowym układem nadzorującym, który informuje o stanie pracy protezy. Zewnętrzna bateria osobista ładuje baterię wewnętrzną. Zewnętrzny kontroler i bateria są bardzo lekkie i niewielkich rozmiarów. Są przypinane do paska i ukryte pod odzieżą. Takie serce już mamy i chcemy je wdrożyć do produkcji. Amerykanie już je wszczepiają...
Marzeniem natomiast są takie sztuczne serca, które nie byłyby zależne od zewnętrznego wspomagania, a cały napęd, wszystko co je uruchamia, znajdowałoby się wewnątrz pacjenta. Ale to już jest technologia "kosmiczna", trudniejsza od stworzenia rakiety na Księżyc i koszmarnie droga.
- Mówi się, że polskie sztuczne serce będzie tańsze od amerykańskiego, a "tańsze" kojarzy się z "gorszym".

- Będzie tańsze wyłącznie dlatego, że praca w Polsce jest tańsza, natomiast materiały i technologia są tak samo drogie. Pod względem zaawansowania projekt polskiego sztucznego serca jest w absolutnej światowej czołówce. Właściwie z obecnie przygotowywanych dorównuje mu jedynie projekt niemiecki. Rozpoczęcie seryjnej produkcji polskiego sztucznego serca ma kosztować 25 mln zł. To około 100 razy mniej niż analogiczny, wdrożony już projekt amerykański.
- I wszystko to chce pan profesor rzucić dla polityki? Słyszałam opinię, że taki wybitny kardiochirurg jak pan, powinien się zajmować tym, co naprawdę najlepiej potrafi...

- Ja rzeczywiście znalazłem się w polityce bez swojej woli. Do pewnego czasu odmawiałem kandydowania różnym partiom. Gdy jednak zadzwonił telefon z kancelarii prezydenta, uznałem, że prezydentowi Lechowi Wałęsie nie mogę odmówić. Zostałem senatorem i bardzo szybko doszedłem do wniosku, że polityka to zajęcie nie dla mnie. W następnych wyborach już nie startowałem, zostałem rektorem Śląskiej Akademii Medycznej i polityce przyglądałem się z zewnątrz. Przyglądałem się bacznie, dochodząc stopniowo do przekonania, że jestem do niej całkiem nieźle przygotowany. To mnie skłoniło do ponownego kandydowania.
- Zażartował ktoś niedawno, że powinien pan wszczepiać porządne serca parlamentarzystom.
- Niewątpliwie Polakom przydałoby się więcej serca rozumianego w kategoriach moralnych. Jeśli zaś chodzi o polityków, to raczej powinno się mówić o prostowaniu kręgosłupów.
- Chce pan odejść z medycyny?

- Myślę, że mam prawo to zrobić. 16 grudnia ubiegłego roku skończyłem 65 lat. Skończył się pewien etap w moim życiu. Gdy podsumowałem swoje osiągnięcia, okazało się, że w zawodzie jestem spełniony. Wprowadziłem wiele nowych metod leczenia, udało mi się wdrożyć wszystkie marzenia zawodowe, nawet te, o których nie śniłem. Szczycę się grupą ludzi, których wykształciłem, którzy przejmują kliniki i oddziały w całej Polsce. W pewnym sensie stworzyłem imperium specjalistów. Na salę operacyjną nie muszę już wchodzić, bo wychowałem chirurgów, którzy mnie doskonale zastąpią. Mogę więc zająć się sprawami, które dotyczą nie poszczególnych ludzi, ale 38 milionów Polaków.
- Jakimi sprawami?
- Mam zamiar zacząć od zgłoszenia projektu naprawy systemu ochrony zdrowia. Sięgnąłem do doświadczeń z roku 1981, gdy w ramach konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość" pracowałem nad raportem o stanie zdrowia Polaków. Opracowanie to było powszechnie znane w Polsce, bo czytała je "Wolna Europa". Do dziś uważam, że było to dobre opracowanie. Powracając do tego modelu, zwróciłem się do fachowców, będących w stanie przedstawić podobny raport, tylko w szerszym kontekście. Ma się składać z trzech części: oceny stanu zdrowia Polaków, oceny obecnie funkcjonującego systemu ochrony zdrowia i projektu wyjścia z kryzysu, w jakim ten system się znalazł. Pierwsza część jest już gotowa, druga prawie, nad trzecią właśnie pracujemy.
- Podobnymi tematami zajmuje się również Związek Zawodowy Lekarzy.

- Owszem. Problem jednak polega na tym, że reformą systemu ochrony zdrowia nie powinna - moim zdaniem - zajmować się jedna grupa zawodowa, ponieważ będzie to spojrzenie przez pryzmat własnej profesji. W moim zespole są różni specjaliści, o różnych poglądach politycznych. Spojrzenie na sprawę musi być szersze od polegającego na tym, by jednej grupie zawodowej dobrze się działo. Sądzę, że zespół, który udało mi się skompletować, będzie w stanie przedstawić niebawem projekt umowy społecznej, która pozwoliłaby wydobyć kraj z tego ciężkiego kryzysu.
- Jak pan sądzi, które z medycznych doświadczeń przyda się panu najbardziej w polityce?

- Chyba umiejętność podejmowania decyzji. Chirurg nie może się wahać, musi mieć pewną rękę. Jeden z wyłomów, jaki zrobiłem w medycynie, polega na tym, że dałem szansę błyskawicznego rozwoju kariery młodym ludziom. Oni z początku nie wierzyli, gdy mówiłem: przyjdźcie do mnie, spróbujemy osiągać cele, co do których jesteśmy przekonani. Zaczęli przychodzić...
- Niesamowite jest wrażenie, gdy z ciała biorcy wyjmuje się chore serce. Nagle jest otchłań, a potem wkłada się serce dawcy i ono zaczyna bić - mówi pana uczeń, dr Romuald Cichoń. Lekarz przeżywa chyba wtedy coś w rodzaju szczęścia absolutnego? Chce pan dobrowolnie się tego pozbawić?

- Tak, to uczucie spełniającego się cudu. Nadzwyczajne uczucie. Niemal mistyczne. Ale myślę, że jeśli uda się realizować swoje przemyślenia w polityce, uczucie - da Bóg - będzie podobne.

Z prof. dr. hab. Zbigniewem Religą rozmawiała Wiesława Kwiatkowska