Potęga podświadomości

 

Kilogramy tabletek? Zdrowa żywność? Medycyna coraz częściej przekonuje, że najlepszy sposób na zachowanie zdrowia to apteka ukryta w naszym organizmie.

 dieta

Nie lubimy do niej zaglądać, czasem nawet przyznawać, że ją mamy. Chcemy przecież kontrolować nasze życie, ona zaś jawi się jako kłębowisko nieuporządkowanych instynktów, urazów, emocji. Czujemy się dumni z naszego człowieczeństwa, a podświadomość przypomina nam o tym, co łączy nas ze światem zwierzęcym. Gdy psychoterapeuci odkrywają przed pacjentami podświadome motywy ich decyzji życiowych, zwykle w pierwszej chwili spotykają się z gwałtownym protestem. Jego istota zawiera się w słowach: "Jak to - moim życiem miałoby rządzić coś, o czym nie wiem?".
Ale podświadomość istnieje. I jak coraz częściej przekonuje nauka, wcale nie musi być naszym przekleństwem. Może być ratunkiem, zbawieniem, i to wcale nie wbrew naszej potrzebie kontroli. Najnowsze badania dowodzą, że tą ukrytą częścią psychiki możemy sterować - z wielkim dla nas pożytkiem.
Gdy Norman Cousins, wydawca amerykańskiego magazynu literackiego "The Saturday Review", zapadł na rzadką chorobę powodującą rozpad kolagenu, tkanki spajającej komórki ciała, lekarze - po bezskutecznej terapii - dawali mu kilka miesięcy życia. Wtedy niemal zupełnie sparaliżowany Cousins uznał, że skoro ma umrzeć, to przynajmniej ze śmiechem na ustach. Wypisał się ze szpitala i zamiast ratować się lekami, oglądał w kółko filmy Charliego Chaplina. Śmiał się długo i serdecznie. Zamiast umrzeć, zupełnie wyzdrowiał.
Ocalony przez śmiech? Lekarze nie widzą w przypadku Cousinsa żadnego cudu.
- Śmiech powoduje wytwarzanie w mózgu neurohormonów, które uwalniają energię potrzebną do tego, by dać sobie radę w trudnych sytuacjach - wyjaśnia prof. Leszek Szewczyk, psycholog kliniczny.
Przekonanie o roli pozytywnych myśli i uczuć w utrzymaniu zdrowia, długo lekceważone przez lekarzy, zyskuje dziś dowody dostarczane przez biochemików i immunologów, np. ten, że radość aktywizuje limfocyty w walce z drobnoustrojami.
Nasze ciało to znakomicie zarządzana przez podświadomość apteka. Lekarze i psycholodzy coraz częściej zalecają, byśmy z niej korzystali, aby zwiększyć szanse na zdrowie, długowieczność i poczucie zadowolenia z życia. Zwłaszcza że, jak mówi psycholog Ewa Woydyłło, niektóre recepty są bardzo proste.
Wystarczy napisać na kartce miłe słowa, które ktoś do nas skierował: np. "Krzyś powiedział, że lubi, jak ja opowiadam", i powiesić je w widocznym miejscu. To będzie odżywiać naszą podświadomość. Zdaniem psychologów bardzo ważna jest też troska o własny wygląd. Radzą, by po przyjściu do domu nie przebierać się w stare ciuchy, by korzystać ze wszystkich dostępnych sposobów wspomagających urodę. - Ludzie utrudniają własny powrót do zdrowia, zaniedbując wygląd. Widzą w lustrze ruinę ludzką, którą trudno odbudować - tłumaczy Ewa Woydyłło.
Te niewymagające wielkiego wysiłku, nieefektowne porady to tak naprawdę rewolucja w podejściu medycyny i psychologii do roli podświadomości w naszym życiu. Gdy pod koniec XIX wieku Zygmunt Freud spopularyzował to pojęcie, medycyna jeszcze przez wiele lat zachowywała wobec jego teorii rezerwę. Nic dziwnego: podświadomość postrzegano trochę jak ukryte przed światem wielkie składowisko niebezpiecznych odpadów. Zepchnięte do niej marzenia i dziecięce urazy zostały uwięzione przez mechanizmy kontrolne naszej psychiki ("superego") po to, byśmy mogli wspólnie funkcjonować w społeczeństwie.
Zwłaszcza że w interpretacji Freuda podświadomość była zdominowana przez marzenia zdecydowanie niepoprawne politycznie. Jak choćby przyrodzony, wedle twórcy psychoanalizy, wszystkim chłopcom kompleks Edypa - podświadome dążenie do związku seksualnego z matką i zabójstwa ojca. Za literacką alegorię kłopotów z podświadomością uważano powstałe niewiele wcześniej (1886 r.) opowiadanie Roberta Stevensona "Dr Jekyll i Mr Hyde", w którym szanowany za dnia lekarz nocami zamieniał się w nurzającego się w występku złoczyńcę. Zgodny z wiktoriańskim duchem czasu morał ostrzegał, że w każdym z nas tkwi bestia, która - pozbawiona kontroli - może rzucić się światu (i nam samym) do gardła. Trzeba ją więc ujarzmiać, choćby poprzez psychoanalizę, która podczas seansów terapeutycznych na chwilę wyciągała "bestię" z ukrycia. Ale nie po to, by ją na stałe uwolnić, tylko by pacjent mógł ją zobaczyć, poznać, oswoić i nauczyć się z nią żyć.
Zresztą freudowska koncepcja ludzkiej psychiki początkowo okazała się atrakcyjna nie tyle dla naukowców, co dla artystów. XX-wieczne awangardy znalazły w pojęciu podświadomości fascynującą pożywkę. Malarstwo surrealistów, choćby Salvadora Dalego, dzięki obrazowaniu rodem z marzeń i snów podbiło XX-wiecznego widza.
Z czasem wiedza o podświadomości nabrała wymiaru praktycznego. Specjaliści od marketingu i reklamy odkryli, że produkt można skutecznie sprzedać, nie tyle zachwalając wprost jego zalety (a więc odwołując się do świadomości), ile budując wokół niego przyjemne (np. seksualne) skojarzenia - a więc oddziałując na podświadomość. Odkryto też (choć późniejsze badania nie do końca to potwierdziły) skuteczność tzw. reklamy podprogowej - trwającej zbyt krótko, by odbiorca mógł ją świadomie zauważyć, jednak podświadomie rejestrowanej przez pamięć. I natychmiast zakazano jej stosowania, widząc w tym niebezpieczny precedens.
Może właśnie te doświadczenia wpłynęły na wieloletni opór medycyny przed wykorzystywaniem wiedzy o podświadomości? Bo z jednej strony ociera się o poetycką baśń, z drugiej - o pseudonaukową szarlatanerię.
Kiedyś medycyna otwarcie przyznawała, że opiera się na trzech filarach: magii, psychologii i opiece nad ciałem chorego. Z czasem magia i psychologia ustąpiły przed tryumfującym materializmem. Psychologia wracała później powoli furtką otwartą przez psychoanalizę, magię zostawiono uzdrawiaczom i szarlatanom. W latach 40. ubiegłego wieku narodziła się medycyna psychosomatyczna. Niektóre problemy zdrowotne, jak migrenę, wrzody czy artretyzm, powiązano z pewnym typem psychiki. We wczesnych latach 70. psychologom udało się pokazać, że emocje oddziałują na niektóre funkcje
fizjologiczne, np. na ciśnienie krwi. Nieco później zajęto się wpływem osobowości na utrzymanie zdrowia i radzenie sobie z najważniejszymi chorobami przewlekłymi, jak choroby serca i nowotwory. Związek między umysłem a ciałem okazał się ściślejszy, niż sądzono.
Jednak medycyna XX wieku przez długi czas ignorowała wpływ myśli i uczuć na stan ciała. Gdy pod koniec lat 70. studentka psychologii Madelon Visintainer chciała przeprowadzić badania dowodzące, że brak nadziei i bezradność przyspieszają śmierć (co wcześniej zaobserwowała, pracując jako pielęgniarka szpitalna ), jej profesor z Uniwersytetu Pensylwanii, wybitny badacz Martin Seligman próbował ją powstrzymać. "Powiedziałem jej, że wkracza na prawdziwe pole minowe i będzie napotykać przeszkodę za przeszkodą - wspomina. - Lekarze nie wierzą, że zachodzi tak silna zależność między uczuciami a stanem zdrowia".
Choć kiedyś wierzyli. Jeszcze w wiekach średnich lekarze uznawali, że skuteczna terapia musi oddziaływać zarówno na ciało, jak i na wyobraźnię chorego. Dopiero w XVII wieku wielki francuski filozof i lekarz Kartezjusz wystąpił z koncepcją podziału człowieka na dwie niezależne części: ciało i ducha. Później w medycynie podział ten pogłębił się jeszcze bardziej. Ciało oddzielono także od umysłu. Choć to przecież mózg reguluje tempo bicia serca, przepływ krwi i trawienie. Cofa rękę znad ognia, zanim zdążymy o tym pomyśleć, i podnosi ciepłotę ciała, by przeszkodzić w mnożeniu się wirusów. Większość tych zjawisk dzieje się poza naszą kontrolą, ale ma ścisły związek ze stanem naszej psychiki.
Dziś biochemicy i immunolodzy potrafią niemal namacalnie dowieść, że emocje i przekonania równie silnie oddziałują na nasze zdrowie, jak bakterie i wirusy. Częściowo dzięki uporowi Madelon Visintainer, która jednak przeprowadziła swoje badania, dowodząc, że "wyuczona bezradność" zabija. Poddane eksperymentowi szczury podzieliła na dwie grupy. Obie potraktowano seriami przykrych elektrowstrząsów, ale tylko zwierzęta z pierwszej z nich miały szansę uciec z pułapki, z drugiej - bezradnie musiały w niej tkwić. Gdy później obu grupom wszczepiono komórki nowotworowe, okazało się, że 70 procent szczurów skazanych na zamknięcie umarło. W drugiej grupie śmierć dopadła mniej niż 30 proc. gryzoni. Ich stan psychiczny zdecydował o skuteczności obrony przed rakiem.
Doświadczenie Visintainer sprawiło, że w połowie lat 80. powstała nowa dziedzina zwana psychologią zdrowia. Naukowcy australijscy odkryli powiązanie między stratą ukochanej osoby a spadkiem odporności na choroby zakaźne. Anglicy wykazali, że kobiety, które wierzyły, że zwyciężą nowotwór piersi, rzeczywiście wyzdrowiały, ale zmarła większość tych, które diagnozę przyjęły z rezygnacją. Natomiast sam promotor Visintainer, Martin Seligman, początkowo sceptyczny, dowiódł, że u osób pomiędzy 45. a 65. rokiem życia optymizm jest najważniejszym czynnikiem zapewniającym dobry stan zdrowia, a pesymistyczna wizja świata prowadzi do zaburzeń układu odpornościowego.
Martin Seligman wyciągnął z tych obserwacji wnioski praktyczne. Opracował tzw. terapię kognitywną, która ponurakom pomaga zmienić sposób myślenia. Pacjentka uczy się zaprzeczać swoim ponurym myślom, znajduje dowody przeciw nim. Nie myśli w kółko: "Jestem okropną matką, bo nakrzyczałam rano na Marcina", ale przypomina sobie, że kiedy Marcin wrócił ze szkoły, zagrała z nim w piłkę, a potem pomogła w geometrii.
Ratunkiem w depresji może być wielka miłość. Istnieją też dowody, że zdolność utrzymywania głębokich przyjaźni przedłuża życie. Nawet zwykły kontakt towarzyski broni przed pogrążeniem w chorobie.
Psycholog Tatiana Ostaszewska-Mosak ze swojej codziennej praktyki w warszawskim Centrum Zdrowia "Poziomy" zna pacjentów o niskiej samoocenie, cierpiących na brak zainteresowania ze strony otoczenia: - Częściej niż inni się przeziębiają, chorują na grypę - opowiada terapeutka. - To może być chęć zwrócenia na siebie uwagi, nie za pomocą sukcesów, ale właśnie choroby - tłumaczy Tatiana Ostaszewska-Mosak. Według jej obserwacji wiele z tych dolegliwości mija, gdy pacjent odnosi jakiś życiowy sukces i zaczyna lepiej myśleć o sobie.
Psychoterapia pomaga wykorzystać podświadomość w walce z chorobą, ale jak
pokazują naukowe eksperymenty, do pewnego stopnia każdy z nas jest w stanie sterować własną podświadomością, wzmacniając pozytywne emocje. Nieżyjący już
Joseph Murphy, autor światowego bestselleru "Potęga podświadomości", stwierdził wręcz, że mamy niewyczerpane rezerwy sił psychicznych "mające moc uzdrawiania ciała i duszy. Wystarczy zasiać w podświadomości pozytywne, harmonijne i życzliwe myśli, aby jej potęga pomogła w pokonaniu wszelkich kłopotów".
Nie tylko kłopotów, także zwykłego fizycznego bólu. Pokazuje to eksperyment przeprowadzony ostatnio na Uniwersytecie Stanforda w Kalifornii i opisany w jednym z najnowszych numerów tygodnika "New Scientist". Uczestników doświadczenia poddano bolesnemu ogrzewaniu dłoni. Równocześnie dzięki rezonansowi magnetycznemu naukowcy obserwowali aktywność tych obszarów ich mózgów, które kontrolują ból. Obserwacje udowodniły, że już po trzech krótkich sesjach ośmiu spośród trzynastu ochotników nauczyło się zmniejszać uczucie bólu, choć żaden z nich nie umiał wytłumaczyć, w jaki sposób udało mu się tego dokonać. Autorzy sugerują, że podobne treningi mogą być wykorzystane przy leczeniu chorób związanych ze zmienioną aktywnością mózgu, jak depresja czy demencja.
Dawne filozoficzne debaty o tym, czy ciało i dusza są jednością, dziś rozstrzygają biochemicy i immunolodzy. "Zdumiewającym wynikiem naszych badań było odkrycie, iż układy nerwowy, hormonalny i odpornościowy są ze sobą ściśle połączone. Tworzą jeden system, którego koordynacją zajmują się specyficzne molekuły informacji" - napisała Candace Pert, profesor fizjologii i biofizyki na Georgetown University w Waszyngtonie, w książce "Molecules of emotions".
To właśnie wymiana informacji umożliwia dialog między świadomością a podświadomością. Warto nim sterować w stronę pozytywnych emocji, tym bardziej że siła podświadomości potrafi być niszcząca. Psycholodzy znają przypadki tzw. śmierci wudu - rezultatu klątwy rzuconej przez szamana czy osobę utrzymującą kontakty z zaświatami. Ofiary wierzące w moc klątwy umierają w przewidzianym terminie. Pesymizm bywa bowiem samospełniającym się proroctwem. "Nigdy nie widziałem świadectwa zgonu stwierdzającego >>śmierć z powodu niezdrowej osobowości<<. A przecież często to właśnie negatywne reakcje psychiczne przyspieszają odejście ludzi z tego świata" - napisał we wstępie do swojej książki "Uzdrawiająca osobowość" Howard Friedman, profesor psychologii i profilaktyki zdrowotnej na Uniwersytecie Kalifornijskim. Sporządził on listę chorób, które uważa się za wynik nierównowagi emocjonalnej. To m.in. astma, zapalenie stawów, wrzody, bóle głowy, choroby serca i nowotwory.
Skoro więc naukowcy dowodzą, że jesteśmy w stanie wpływać na naszą podświadomość, warto nauczyć się wydobywania z niej maksimum pozytywnych emocji. Czy dzięki temu zaszczepimy się na wszystkie możliwe choroby? Gwarancji nie ma. Zwłaszcza że odkąd lekarze przestali lekceważyć wpływ podświadomości na zdrowie i zaczęli zachwycać się nowymi możliwościami, do umiaru wzywają - bardziej w kwestiach duszy bywali - psycholodzy. - Samymi technikami relaksacyjnymi nie wyleczy się bezpłodności czy raka. Sterowanie podświadomością trzeba łączyć z medycyną, a ostatnio obserwuję przesadną wiarę w moc samej psychiki - ostrzega psycholog Tatiana Ostaszewska-Mosak. Jednak na pewno nie zawadzi spróbować namówić podświadomość, by pracowała dla nas, a nie przeciwko nam. Jeśli nawet dalej co rano będzie nas łupać w krzyżu, możemy odnieść sukces w jakiejś innej dziedzinie. Przykład dał sam twórca mrocznej postaci Mr Hyde'a, Robert Louis Stevenson. Zwykł opowiadać, że gdy pustoszało jego konto bankowe, każdego wieczoru zlecał swojej podświadomości, by w czasie snu wymyślała dla niego nowe historie: "Rankiem podszeptywała mi opowiadania po kawałku, jakby to była powieść w odcinkach". Zmusić tego okropnego pana Hyde'a, by nocami, zamiast rozrabiać, strzegł naszego spokojnego snu i jeszcze na nas pracował? Bardzo pociągająca wizja.

Współpraca Krystyna Romanowska, Ewa Roguska

opracowano na podstawie
"Encyklopedia Badań Medycznych"