Metropolita Antoni (Bloom):

Choroba, wiara i transplantacje

 


 

Poniższy tekst jest fragmentem audycji radiowych, poświęconych sprawom religii, prowadzonych przez ks. Sergiusza Hakkela w rosyjskiej sekcji radia BBC w dniach 30 lipca - 10 grudnia 1994 roku. Tekst z niewielkimi skrótami został opublikowany w tomie "Antonij, mitropolit Surożskij; Trudy; Moskwa, Praktyka 2002", s. 45 i n. Tytuł pochodzi od tłumacza.

 


Metropolita Antoni (Bloom),( 1914 - 2003) zwierzchnik utworzonej na Wyspach Brytyjskich prawosławnej diecezji Surożskiej (katedra w Londynie), w latach 1966 - 1974 egzarcha Patriarchy Moskiewskiego i Wszech Rusi na teren Europy Zachodniej. Absolwent (1939) wydziałów biologii i medycyny na Sorbonie, uczestnik - jako lekarz wojskowy - francuskiej wojny obronnej i Ressistance. Znany kaznodzieja, autor wielu książek, wykładowca akademicki.

Ks. Sergiusz Hakkel: Czym różni się stosunek do choroby i cierpienia człowieka wierzącego i "spartanina"? (spartanin - w domyśle "człowiek wytrzymały, odważny, twardy" - przyp. tłum. - ks. Mariusz Synak.)

Metropolita Antoni (Bloom): Sądzę, że "spartanin" liczy tylko na własne siły, a człowiek wierzący jest pewien, że gdy tylko okaże się potrzeba, Bóg może mu pomóc. Wydaje mi się, że ten moment jest bardzo ważny: Bóg jest obok nas, mało tego - w każdej chwili gotów jest wkroczyć. Można prawie że powiedzieć to tak: On na tyle jest tu obecny, że często można się obejść i bez lekarza, zbierając siły wewnętrzne i przyjmując to, co cię spotyka, jako dar Boży. Nie jako dopust, lecz jako sytuację, którą Bóg daje ci po to, byś oderwał się od siebie, zwrócił się ku Niemu, stanął twarzą w twarz ze swoim sumieniem i dopiero w tym kontekście spostrzegł, co sam możesz uczynić. Jeśli odnajdziemy w sobie pokój, pewien wewnętrzny porządek, gotowość do zmagań z tym wszystkim, co nie należy do dziedziny fizycznej, medycznej - to wtedy już możemy osiągnąć, jeśli nie pełne zwycięstwo, to jego połowę.

Pełne zwycięstwo tzn. uzdrowienie?

Zdarza się, że taka czy inna choroba bywa wyleczona modlitwą lub przystąpieniem do Komunii Świętej. Pamiętam jeden przypadek, gdy mnie, jako lekarza, delikatnie mówiąc - nie pochwalili. W 1939 roku, na naszym obozie dziecięcym nagle zachorowała dziewczyna w wieku ok. 17 lat. Stwierdziliśmy u niej flebitis nogi (zapalenie żył – przyp. tłum.). Rodzice nie powiedzieli nam, że na krótko przed wyjazdem na obóz dziewczynie usunięto wyrostek robaczkowy. I my, nie wiedząc o tym, nie podejmowaliśmy żadnych kroków. Na obozie była jeszcze moja koleżanka, z którą wspólnie studiowaliśmy medycynę. Obejrzała chorą, obraz był zupełnie jasny. Wezwaliśmy lekarza ze szpitala pobliskiego miasteczka, który stwierdził dokładnie to samo. Przed wyjazdem do szpitala dziewczyna przystąpiła do spowiedzi i do Komunii Świętej. Wieźliśmy ją potem przez zaorane pola w maleńkim samochodzie, a trzęsło tak, że mogłaby mieć nie tylko zapalenie żył, ale i jeszcze jakieś komplikacje. Przywieźliśmy ją do szpitala i ten sam lekarz, zbadawszy ją, odwrócił się do mnie i powiedział: "I pan uważa się za lekarza? Czy pan nie widzi, że ta dziewczyna jest zupełnie zdrowa?" I odesłał nas z powrotem do domu. Cóż, ona zwróciła się do Boga, oczyściła duszę spowiedzią, przystąpiła do świętych sakramentów "ku uzdrowieniu duszy i ciała"i została uzdrowiona.

Rzeczywiście, można to nazwać cudem. Czy może człowiek wierzący taki cud uważać za normę?

Nie, nie może być to normą w takim sensie, że nie wolno sięgać po to automatycznie, powiedzmy - w taki sam sposób, w jaki sięgamy po aspirynę, aby uśmierzyć ból głowy. Trzeba postawić siebie przed Bożym obliczem, oczyścić sumienie, powierzyć się w ręce Boże i otrzymać od Niego te dary, których Sam nam zechce udzielić, - to może być drogą do uzdrowienia. Cud nie może dziać się automatycznie, mechanicznie - w tym sensie, że nie możemy wymagać czy żądać od Boga: "ja zwróciłem się ku Tobie, a Ty powinieneś mnie uzdrowić!" Ale możemy otworzyć się przed Bogiem na tyle, aby choroba albo minęła, albo stała się nam pomocna ku zbawieniu. Pamiętam, gdy raz, jedyny raz w życiu, gdy byłem na świętej Górze Atos (tzw. Republika mnichów, wyspa z kompleksami znanych z głębokiej duchowości i ascezy prawosławnych monasterów, położona u wybrzeży Grecji - przyp. tłum.), mnich powiedział mi, że nie trzeba walczyć o to, by choroba minęła zupełnie, dlatego, że choroba przypomina nam o naszej kruchości i uczy nas oddawać się w ręce Boże. A leczyć się trzeba, gdyż daje nam to możliwość aktywnego działania i życia w ogóle.

Czy nie wynika z tego, że w życiu człowieka wierzącego nie ma miejsca na lekarza i na leczenie?

Nie, myślę, że miejsce jest. I dla jednego, i dla drugiego. Jeśli zaczynasz chorować, oczywiście, nie na katar, lecz na coś poważniejszego, to możesz zwrócić się do Boga, stanąć przed Jego obliczem, oczyścić się, przyjąć święte sakramenty, poprosić, by cię namaścili świętym olejem (sakrament namaszczenia chorych, niesłusznie zwany czasem "ostatnim namaszczeniem" - przyp. tłum.) i jednocześnie zwrócić się po pomoc lekarską. Dlatego, że Pismo Święte mówi nam, iż to Bóg uczynił i lekarstwa, i lekarza. To często w rękach medyka leży nasze uzdrowienie (Siracha 38, 1 - 14). O tym samym mówi święty Ambroży z Pustelni Optiny: "zwracać się do lekarza po pomoc trzeba, dlatego, że jest to w jakimś stopniu znak pokory". Nie wolno mówić: "to ja, dzięki swoim modlitwom i dzięki swojemu pełnemu oddaniu Bogu zapewnię sobie zdrowie". Można powiedzieć: "w Twe ręce, Panie, oddaję ducha mego" i wtedy trzeba być gotowym na to, że będziesz dalej chorować i w końcu umrzesz. Lecz jeśli mówimy o uzdrowieniu - a czasem wręcz trzeba walczyć o zdrowie i siły, dlatego że masz jakieś zadanie, które Bóg ci dał - w takim przypadku trzeba udać się również i do lekarza, ale nie zaniedbując uzdrowienia duchowego. Tzn. stojąc przed Bogiem, wiedzieć że niezależnie od tego, czy pozostaniesz żywy, czy też zostaniesz wyleczony lub też nie, ostatecznie jesteś w Jego rękach, i że pragniesz tylko jednej rzeczy: "niech będzie wola Twoja, nie moja, Panie".

Ekscelencjo, już dawno w medycynie przyjęła się praktyka transplantacji narządów. Jak do tego odnosi się Kościół prawosławny, w ogóle chrześcijaństwo?

Kościół prawosławny nie wypowiadał się oficjalnie na ten temat. Sądzę, że pytanie brzmi następująco: "Czy lekarz ma prawo stosować dowolną metodę leczenia, po to, aby zachować życie człowieka i nie dać mu umrzeć? To rzecz pierwsza i podstawowa. Jeśli przyjmujemy, że zadanie lekarza polega właśnie na tym, aby ustrzec ludzkie życie, lub, o ile to możliwe, powrócić człowiekowi zdrowie, to przeszczep narządów należy do jednej z tych metod. Możliwe, że wielość pytań, które ze sobą niesie taka praktyka, spowodowana jest nowością zjawiska. Dla przykładu: był czas, gdy np. nie podawano znieczulenia podczas porodu, opierając się na jakichś zasadach, na które dziś już nikt żadnej uwagi nie zwraca. Osobiście nie sądzę, żeby mogły istnieć jakiekolwiek zakazy ogólnokościelne. Ale mogą pojawiać się sprzeciwy zarówno teologów, jak i zwykłych, pobożnych wiernych: czy można naruszyć pełnię, jedność ludzkiego organizmu? Dodam, organizmu nie tylko cielesnego, ale organizmu całej ludzkiej istoty - ciała, duszy i ducha. Przecież to one tworzą jedną całość. Duch i dusza wpływają na ciało: ciało zaś okazuje się jakby przewodnikiem bardzo wielu rzeczy, które dochodzą do duszy ludzkiej. Warto przypomnieć sobie chociażby słowa apostoła Pawła: "wiara rodzi się z tego, co się słyszy" (Rz 10, 17). Jeśli by nie było słuchania, nigdy byś się nie dowiedział, co kaznodzieja lub człowiek wierzący chce ci przekazać. To rodzi kolejne pytanie: czy prawdą jest, że można przenieść jakikolwiek narząd - myślę teraz w szczególności o sercu - jednego człowieka do innego? To serce, które biło w człowieku, było jakby centrum całego jego życia, pomyślności fizycznej, zapewniając w znacznym stopniu i myślenie, i uczucia, i emocje. Czy można to serce z człowieka jak gdyby wyrwać i zamienić je sercem innego człowieka, który żył, wiódł zupełnie inne życie, który miał zupełnie inną harmonię ducha i duszy? Osobiście czuję, że choć czasem rzeczy nie są idealne, to mimo to można je stosować, aby zachować ludzkie życie i dać człowiekowi możliwość dalszego działania.

Ale czy nie jest to cudze życie? Jeśli pytanie o serce jest stawiane właśnie tak, jak je postawiłeś, czy nie jest to jak gdyby inwazja, wtargnięcie obcego życia?

Ja myślę, że człowiek może włączyć w siebie narząd z innego organizmu, aby, jeśli można się tak wyrazić, "przerobić" go, "przyswoić", uczynić swoim, tak, aby wziął udział w całym jego życiu: szczęściu fizycznym, emocjach i, być może, jeśli wsłuchać się w głosy mistyków i niektórych lekarzy, w jego życiu duchowo - mistycznym. Powiedziałbym, że transplantacja jest możliwa, a czy jest zalecana, to już pytanie zupełnie inne, w każdym oddzielnym przypadku.

W ideale, być może, warto byłoby prosić, dopóki jeszcze nie jest za późno, o wyrażenie zgody przez umierającego? Być może zgodziłby się z radością, dlatego że to jak gdyby właśnie dar, dar mojego serca, mojego życia?

Zgadzam się z Twoim sposobem traktowania problemu. Myślę, że, na ile jest to możliwe, powinno się uzyskać zgodę tego człowieka, serce którego będzie przeszczepiane. Ale tu mogą zaistnieć dwie sytuacje. Obecnie bardzo szybko rozpowszechnia się system formularzy, w których człowiek deklaruje, że w przypadku śmierci gotów jest oddać zdrowe narządy swego ciała innemu człowiekowi. Czasem można postawić pytanie inaczej w stosunku do człowieka, który zbliża się do swego końca, i który takiego formularza nie posiada: można go o to spytać. Ale tu z kolei stajemy przed ogromnym problemem - czy można każdego człowieka nie przygotowanego duchowo, moralnie, spytać: "oto zaraz Pan umrze. Czy można z Pana wyciągnąć Pańskie serce lub ten czy inny organ?". Wydaje mi się, że trzeba by było więcej pracować nad rozpowszechnieniem właśnie takich formularzy, gdzie człowiek wcześniej, gdy jeszcze jest zdrów, gdy nie przeraża go własna śmierć, może podjąć taka decyzję.

Wracając do stosunku Kościoła prawosławnego do przeszczepów narządów - jak odnieść się do opinii, która mówi, że ciało jest święte, że jest daną przez Boga całością?

W ciągu całej historii chrześcijaństwa wiele w tej sferze się zmieniało. Kiedyś wiele mówiło się o tym, że nie wolno stosować takich czy innych metod leczenia, dlatego, że jest to naruszenie woli Bożej. Myślę, że tu powinno się nie tyle kroczyć z duchem czasu, ile - jeśli mówić w szerokiej skali - rozumieć, że ciało, które zmartwychwstanie w dzień ostatni, nie składa się ze wszystkich kości, mięsni, skóry, tworzących w jakiejś danej chwili człowieka - po prostu dlatego, że w ciągu całego życia skład naszego organizmu ulega ciągłym zmianom. Wcześniej mówiło się (ja również myślę, że jest to prawda), że co siedem lat ludzki organizm odnawia się, że nie jest to już to samo ciało, chociaż jest to ciało tego samego człowieka. Urodziły się nowe komórki, które stały się częścią organizmu, urodziły się nowe siły i włączyły się w jego życie. Dlatego nie można mówić, że w ostatni dzień, dzień zmartwychwstania, nasze ciała zostaną wskrzeszone takimi, jakimi są dziś, a nie takimi, jakimi były wczoraj lub jakimi będą za trzy tygodnie. Mowa tu o tym, że nasza cielesność będzie wskrzeszona, a w jakiej postaci i w jaki sposób – nie mamy ani żadnego pojęcia, ani żadnych wskazówek ku temu. Dlatego też chodzi nie o to, aby zachować ciało danego człowieka w całości, jaką tworzy dziś, chodzi o to, aby dać możliwość temu ciału żyć nadal i działać i przyjmować twórczy udział w całej pełni życia tego człowieka. Jego życia umysłowego, psychicznego, życia jego serca, miłości. Człowiek, który zapisuje swoje ciało w całości lub niektóre jego części po to, by ratować innych, życie swoje oddaje „za swych przyjaciół” (J 15, 13). On, oczywiście, nie umiera specjalnie w tym celu, lecz wcześniej deklaruje gotowość, gdy tylko umrze, na to, aby jego ciało zostało spożytkowane dla życia innego człowieka. Ja uważam to za dar, który człowiek ma prawo ofiarować i który my mamy prawo przyjąć z czcią, z drżeniem duszy. To wspaniały uczynek.

Czasami krewni ofiarują ten lub inny narząd jeszcze za życia - to na pewno wymaga jeszcze więcej uwagi i miłości ?

Rzeczywiście, zdarza się tak. Powiedzmy, rodzice, bracia, siostry czy przyjaciele oddają bliskiemu człowiekowi ten lub inny narząd, który jest zdublowany, np. nerkę. Oddają jakieś części swego ciała, a zwłaszcza krew. To powszechna praktyka i nikt nie zgłasza sprzeciwów. I oto, co ciekawe - jeśli chodzi o transplantację narządów, ludzie zaczynają zadawać pytania, a gdy mówi się o przelewaniu krwi, ludzie godzą się na to zupełnie spokojnie, choć jednak w Starym Testamencie, np. Kpł 17, 11 - 14, Pwt 12, 23 i nawet w powszechnym mniemaniu krew jest nośnikiem życia - twojego własnego, niepowtarzalnego życia.

(Przypis z tekstu oryginalnego - przyczyna zakazu spożywania krwi nie jest do końca wyjaśniona. Jedna z możliwych hipotez mówi, że przestrzeganie wspomnianego zakazu dawało możliwość reinkarnacji lub też nieskończonego przedłużenia życia zabitych i zjedzonych zwierząt, o ile ich krew rytualnie wylewano na ziemię. Takie wyjaśnienie można znaleźć w Kabale i u niektórych jej współczesnych komentatorów).

Ofiarne podejście może okazać również pacjent, np. myślę, ż można powiedzieć człowiekowi:"oto jest Pan chory na taką a taką chorobę. Mamy na dziś sposób leczenia, który nie jest sprawdzony i który może okazać się niebezpiecznym. Może spowodować cierpienie lub nawet spowodować śmierć. Czy zgodziłby się Pan zastosować tę metodę, wiedząc, że dzięki temu pomoże nam zrobić wielki krok do przodu na drodze ku wyleczeniu innych ludzi, nawet, jeśli może to Panu sprawić cierpienie lub też nawet wtedy, gdy może to Pana zabić?" Myślę, że takich ludzi można spotkać. Nigdy nie musiałem stawiać pytania z taka ostrością, w takiej formie, ale są ludzie, którzy ofiarują siebie na jakiś eksperyment, nie jak nieświadome króliki, ale wiedząc, że może ich to uratować lub też nie, ale pomoże uratować tysiące innych ludzi, jeśli eksperyment okaże się naprawdę uzasadniony.

Niekiedy to do lekarza należy decyzja, komu przeszczepić narząd i tym samym uratować tego człowieka, a komu odmówić

Myślę, że to jedno z najtrudniejszych pytań medycyny, nie tylko w stosunku do transplantacji. To pytanie powstaje stale, powiedzmy, w czasie wojny - masz przed sobą kilku rannych, nie możesz uratować wszystkich. Na kogo zwrócisz więcej uwagi? Wybierasz tego, który ma szansę wyżyć. Ale z tego powodu umrze ktoś inny. Niekoniecznie wybierasz tego człowieka, którego chciałbyś uratować. Podejmujesz decyzję tylko w kontekście danej sytuacji. W stosunku do transplantacji pytanie brzmi tak samo. Jeden chory jest ojcem rodziny, jedynie on pracuje i jest w stanie zabezpieczyć byt rodzinie. Inny pacjent jest wybitnym uczonym, jeśli on umrze, nauka i ludzkość stracą coś bardzo ważnego. Jeszcze ktoś inny jest bardzo młody, całe życie przed nim. Jak postąpić? I oto tu trzeba podejmować decyzję, jak by tu powiedzieć, "bez serca", rozważyć wszelkie możliwości, dlatego, że czasem zabieg prawie na pewno się uda, czasem i sukces jest bardzo wątpliwy, a jeśli mówimy o wyborze, to również te dane trzeba brać pod uwagę. Gdy rozpatrujesz taką konieczność, przed tobą staje kolejne pytanie - nie każdy organizm może przyjąć narząd z każdego innego organizmu. Dlatego przeprowadzane są bardzo staranne i szczegółowe badania zgodności, choć absolutnej pewności nie ma nigdy. Ale jeśli w jednym przypadku pewność jest większa, a w innym mniejsza, to odgrywa to ważną rolę. To decyzja w dużej części profesjonalna - tu ważne są twoja wiedza i doświadczenie, i wszystko, w co cię wyposażyła nauka. Z drugiej strony czasem rodzi się rozdzierający duszę problem moralny – czy pozwolimy umrzeć chłopcu, którego rodzice błagają o ratunek, tylko dlatego, że myślimy: nie, on nie może przyjąć tego narządu lub: nie, on z tym nie przeżyje dłużej niż rok, dwa, podczas gdy kto inny po przyjęciu tego organu mógłby przeżyć dłużej? Myślę, że w stosunku do lekarza można powiedzieć, to, co niegdyś powiedział św. Maksym Wyznawca o teologu: "powinien mieć płomienne serce i lodowaty umysł". Z jednej strony powinieneś płonąć z uczuciem, z miłością, wszystkimi najgłębszymi ludzkimi uczuciami, uświęconymi w dodatku twą wiarą, z drugiej strony nie masz żadnego prawa kierować się porywami serca nie biorąc pod uwagę tego, by bardzo surowo, z zimną krwią, zważyć z naukowego i ludzkiego punktu widzenia decyzję, którą podejmiesz. I to dylemat, na który nie można wypisać recepty, nie można powiedzieć - tych trzeba ratować, a tamtych nie. Podejmujesz decyzję, która w każdym oddzielnym przypadku jest i ryzykowna, i dręcząca. Dlatego, że jeśli choć jednego człowieka odrzucisz, to tobie rozrywa się serce.

Tłum. z ros. ks. Mariusz Synak

Słupsk, 2006-04-30

 

 

 

 
stat4u