To mit, że brakuje dawców

 

Rozmowa z dr. Jarosławem Wilkiem, koordynatorem ds. donacji narządów w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 5 w Sosnowcu.

Piotr Wróbel: Transplantolodzy nie mają ostatnio dobrej passy. Czy nie obawia się Pan, że spadnie społeczna akceptacja dla donacji organów do przeszczepu?

Jarosław Wilk: Absolutnie nie! Przez kilkanaście lat pracy w roli szpitalnego koordynatora donacyjnego sporadycznie napotykałem zdecydowanie negatywne nastawienie do podarowania narządów ze strony osób najbliższych zmarłemu. Coraz częściej deklaracja podarowania narządów jest przez wielu ludzi wyrażana za życia, a ze strony rodzin krytycznie chorych pacjentów pojawia się już w momencie przekazywania informacji o fatalnym rokowaniu i wysunięciu podejrzenia śmierci mózgu. Odnoszę wrażenie, że mit o braku przychylności społeczeństwa jest kreowany przez lekarzy zniechęconych angażowaniem się w trudne i czasochłonne wyzwania. Sądzę, że to wynika prawdopodobnie nie tyle ze światopoglądu, negacji donacji i przeszczepiania narządów, co z braku umiejętności pokonywania barier i dostatecznego przygotowania całych zespołów, poszczególnych oddziałów i, niestety, ich liderów.

Zastanawiające, ale z danych Poltransplantu wynika, że około połowy narządów jest pobierana zaledwie w dziesięciu szpitalach, w wielu innych, choć istnieją tam oddziały intensywnej terapii, do pobrań dochodzi sporadycznie. W pierwszych – ordynatorzy mówili „Rynkowi Zdrowia”, że brak zgody na pobranie narządu ze strony rodziny jest rzadki, w drugich – twierdzą, iż rodziny najczęściej odmawiają. To tak, jakby do tych szpitali trafiali ludzie z dwóch „światów”. Przecież te szpitale działają w tym samym kraju...

Nie brakuje dawców, bo to też mit, ale organów do przeszczepiania. W wielu regionach kuleje organizacja i realizacja postępowania na rzecz donacji narządów i tkanek, co równocześnie skutkuje zbyt niskim wskaźnikiem pobrań wielonarządowych.
Pobrań narządów jest mało lub ich w ogóle nie ma w tych szpitalach, gdzie zarządzający jednostką lub kierujący oddziałami nie dostrzegają powinności wprowadzenia do działalności jednostki procedury donacyjnej.
Wielu luminarzy polskiej transplantologii bardzo zaufało ustawowym zapisom i mądrym postanowieniom kodeksu etyki lekarskiej, z których wynika, że obowiązkiem szpitala i lekarzy – w sytuacji rozpoznania śmierci mózgowej – jest rozważenie możliwego procesu donacyjnego. Ale w tym zakresie nie można tylko zawierzyć przepisom. Ktoś jeszcze musi je wprowadzić w życie, wykonywać, być do tego przekonanym, a wielu lekarzy, pielęgniarek i zarządzających szpitalami przekonanych nie jest.

Czy nie przemawia przez Pana urażona ambicja lekarza anestezjologa, który obserwuje, jak społeczne uznanie za rozwój przeszczepów spada praktycznie tylko na transplantologów?

Zadaje pan prowokacyjne pytanie, zupełnie dla mnie nie do przyjęcia. Próbuję tylko wszędzie i wszystkich przekonywać do partnerskich relacji. Wszyscy, którzy biorą udział w tym już codziennym, ale dla wielu wciąż „niecodziennym” przedsięwzięciu, jakim jest medycyna transplantacyjna, realizują ten sam cel, a ich działania uzupełniają się i łączą w nierozerwalną całość.

Niestety, niektórzy reprezentanci wieloosobowych zespołów z uporem stawiają się na piedestale, a z tej perspektywy jakby coraz mniej dostrzegali rzeczywisty, społeczny wymiar transplantacji. Widzą przede wszystkim wymiar medyczny i swój własny wkład. Taka perspektywa nie sprzyja partnerstwu, za to wpływa na zniechęcenie i odchodzenie świetnie przygotowanych profesjonalistów kreujących lokalne i regionalne działania prodonacyjne.

A jak można lepiej organizować te procedury?

Trzeba przede wszystkim wprowadzić standard zatrudnienia koordynatorów regionalnych, lokalnych i współpracujących lekarzy w jednostkach, które mają mały potencjał donacyjny. Nie potrzeba wszędzie tworzyć etatów, bo to jest abstrakcja. Natomiast proporcjonalnie do populacji zamieszkującej dany region powinien być określony poziom zatrudnienia osób, które będą realizowały proces donacyjny.

Czyli lekarzy zaangażowanych w proces donacji mamy za mało?

Zdecydowanie za mało. W naszym kraju działa kilkunastu koordynatorów regionalnych, ale to nie wystarczy, tym bardziej, że nie jest to ich jedyna praca. Ale na ich zatrudnienie dyrekcje szpitali nie zamierzają wydawać pieniędzy. Moja sytuacja koordynatora, pracującego w szpitalu na część etatu, oprócz pełnienia innych obowiązków, jest bardzo pozytywnym wyjątkiem. Zresztą przez lata pełniłem te obowiązki „za dziękuję”. Starałem się o ich ujęcie formalne, głównie po to, aby możliwe było jasne określenie moich kompetencji.

Poprzednie administracje pytały mnie w szpitalnym slangu, którego nie znoszę: „Co my z tego będziemy mieć? Ile nam za ten narząd Poltransplant zapłaci?”. Choć doskonale zdawano sobie sprawę, że za narządy nikt nie płaci. Obowiązuje natomiast zwrot kosztów dla szpitala prowadzącego postępowanie donacyjne. Płaci Ministerstwo Zdrowia z tytułu realizacji procedury wysokospecjalistycznej przeszczepienia narządu dla ośrodka transplantacyjnego.

Ponieważ w wielu miejscach przez długie miesiące dyrekcje nie były w stanie odzyskać tych kosztów, taka sytuacja budziła opór i niechęć ze strony szpitalnej administracji do pobrań. Stworzenie odrębnie finansowanej procedury donacyjnej z jednej strony zapewniłoby środki, z drugiej zobowiązało szpitale do jej realizacji.

Ale dlaczego zakłada Pan, że wyznaczenie koordynatora w szpitalu miałoby znacząco wpłynąć na wzrost liczby pobrań?

Bo bez wskazania osoby – najlepiej lekarza – odpowiedzialnej za proces donacyjny i nadania jej kompetencji w tym zakresie, niewiele osiągniemy. Ktoś musi zarządzać tym procesem. To wiele obowiązków, od czysto medycznych, lekarskich, poprzez organizacyjne, administracyjne i promocyjne. Poza tym, ta praca wymaga nienormowanego trybu zatrudnienia, sporej dyspozycyjności, a to wymusza wiele wyrzeczeń oraz wyrozumiałości i akceptacji własnej rodziny.

W wielu szpitalach lekarze niechętnie podejmą takie wyzwania, co wynika z ich złej ekonomicznej sytuacji, a także z obawy przed negatywnym postrzeganiem tej działalności we własnym środowisku i konfrontacji z rodziną czy bliskimi potencjalnego dawcy. Musi zaistnieć odpowiedni klimat w szpitalu, oddziale.

Kiedyś usłyszałem od kolegów z innego szpitala: „Założyłeś czarny golf, co, znowu masz dawcę?”. Syn potencjalnego dawcy, pytany o ewentualną zgodę na podarowanie narządów, wykrzyczał mi: „Jak mi ruszysz tatusia, zabiję”. Tu grają emocje, trzeba mieć predyspozycje, kwalifikacje, mocną psychikę, żeby to wytrzymać, jednocześnie dużą dozę taktu, tolerancji, ale nade wszystko empatii.

Wielu lekarzy, którzy próbowali tej pracy, jakoś dawali sobie radę z informowaniem rodziny o pogorszeniu stanu zdrowia pacjenta, nie wytrzymywało napięcia związanego z całą resztą zadań i ciągłym brakiem zrozumienia przełożonych i kolegów. Tu niebagatelną rolę odgrywają i relacje we własnych rodzinach.

Skoro brakuje zrozumienia, o którym Pan wspomniał, to co można w tej sytuacji zrobić?

Wiele, jeśli na oddziałach wprowadzony zostaje właściwy styl pracy i kultura. Tam dochodzi do wielu pobrań, gdzie rodzina była wyczerpująco informowana o zakresie terapii, o stopniu uszkodzenia mózgu. Rodzina, patrząc na swojego bliskiego, nie odróżni stanu, który już jest śmiercią, od tego, który jest jeszcze życiem.

Umiejętne rozmawianie z najbliższymi pacjenta jest wielką sztuką – to element kwalifikacji zawodowych i kultury całego zespołu. Jeżeli zajmujemy się pacjentami w ciężkim stanie, to o możliwości podarowania narządów trzeba umieć mówić. Jednocześnie trzeba zapanować nad komunikacją interpersonalną pracowników, aby rodzina nie została w żaden sposób urażona.

Niedomówienia powodują zerwanie nici między stronami: pacjentem, jego rodziną a lekarzem. Wtedy właśnie powstają bariery, pole do wyzwalania lęków i plotek dotyczących tego, co dzieje się w szpitalach, które budzą wiele emocji, niepewności czy nawet podejrzeń.

U mnie zespół lekarski i pielęgniarski buduje atmosferę zaufania. Wtedy nie spotyka się oporu rodziny w sytuacji, gdy dochodzi do tragedii i pada pytanie o pobranie organów.

Rozmawiał Piotr Wróbel -- Gazeta Finansowa

* JAROSŁAW WILK - doktor nauk medycznych, specjalista w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii oraz medycyny ratunkowej, nauczyciel akademicki w Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach. Pełni funkcję koordynatora ds. donacji narządów w szpitalu, który w 2006 roku zajmował w kraju 4. miejsce pod względem liczby pobrań i pozyskanych narządów do przeszczepów.

 
stat4u