Od dawcy pobiera się bijące serce

 

Rozmowa z prof. Zbigniewem Religą, kardiochirurgiem i byłym ministrem zdrowia


(Fot.: MACIEJ KACZANOWSKI)

Pamięta pan swój pierwszy przeszczep serca?

- Pamiętam bardzo dokładnie, bo to było ogromne wyzwanie. Towarzyszyło temu bardzo wielkie napięcie, które miało zresztą kilka przyczyn. Po pierwsze, nie wiedziałem, z jaką reakcją się spotkam w społeczeństwie, po wtóre niewiadoma była reakcja mojego, czyli medycznego, środowiska. Wreszcie obawiałem się, jak technicznie operacja będzie przebiegać. Niewiadomych było mnóstwo. Pamiętam potężne napięcie i stres, jaki się z tym dla mnie wiązały.



Były trudności techniczne? To był przecież pana pierwszy raz.

- Ku mojemu zaskoczeniu nie mieliśmy żadnych kłopotów technicznych. Wszystko poszło wręcz idealnie. Kiedy patrzę wstecz, jest to dla mnie nawet trudno zrozumiałe, że wówczas wszystko poszło jak po maśle. Przeżywaliśmy kłopoty innego rodzaju. Nie mieliśmy pewności, czy na pobranie organu zgodzi się rodzina dawcy. Proszę pamiętać, że to była pierwsza tego typu rozmowa przeprowadzona w Polsce. Trzeba było pokonać ich lęk. Bo - proszę pamiętać - od dawcy pobiera się serce bijące. A wtedy w powszechnej świadomości było, że jak serce bije, to znaczy, że żyje człowiek.


Tymczasem serce biło dzięki aparaturze, bo wcześniej nastąpiła śmierć mózgu.

- Tak, ale to się działo 5 listopada 1985 roku. Z czegoś takiego jak śmierć mózgu nawet w świecie medycznym nie wszyscy zdawali sobie sprawę, a w społeczeństwie o czymś takim praktycznie wcale nie było mowy.


Co pan profesor przeżywa, kiedy staje nad pustą klatką piersiową pacjenta, który już nie ma swojego serca, bo je wycięto, a jeszcze nie ma serca przeszczepionego?

- Mimo że minęło już tyle lat, a w tym czasie własnymi rękami przeszczepiłem serce ponad stu pacjentom i miałem udział w kilkuset przeszczepach robionych przez moich asystentów, kiedy już byłem kierownikiem kliniki, to wciąż odbieram to jako rodzaj cudu. W jakimś sensie każdy przeszczep jest cudem. O ile wiem, tak samo myślą o przeszczepach serca wszyscy kardiochirurdzy, których znam.


Jak żyje człowiek z przeszczepionym sercem?

- Znacznie lepiej, niż się powszechnie sądzi. Osiemdziesiąt procent moich pacjentów wróciło do normalnej, nierzadko ciężkiej pracy. Byli wśród nich przedstawiciele przeróżnych zawodów: kierowcy tirów, rolnicy, profesorowie uniwersytetów. Po przeszczepie istnieje możliwość powrotu do pełnej wydolności fizycznej właściwej dla wieku biorcy.


Czy trudniej przeszczepić serce niż inne organy?

- Technicznie nie jest to najtrudniejsza operacja. Zresztą każda operacja jest trudna, kiedy jest pierwsza albo jedna z pierwszych. Obecnie, po tylu latach doświadczeń, na temat techniki przeszczepiania serca, nerek czy trzustki wiemy właściwie wszystko. Przy tak ogromnej wiedzy na temat techniki chirurgicznej i innych czynników istotnych przy przeszczepianiu organów, wykonanie przeszczepu stało się rutynową operacją. Co nie zmienia faktu, że każdy udany przeszczep jest wielką radością. A kiedy transplantolog wkłada do pustej klatki piersiowej oziębione serce, które jest nieruchomym kawałkiem mięśnia, a pod wpływem uruchomionego krążenia to serce zaczyna bić, przeżycie jest wielkie i wspaniałe. Człowiek ma świadomość, że uczestniczy w cudzie.


Jak technicznie przebiega ten cud?

- Z ciała człowieka zmarłego wyjmuje się serce i bywa że trzeba je przewieźć kilkaset kilometrów. Żeby nie uległo zniszczeniu, trzeba je oziębić do temperatury od plus czterech do plus ośmiu stopni. Podaje się odpowiednie płyny, które zabezpieczają je przed uszkodzeniem na skutek niedotlenienia. Serce przepłukuje się płynem, którego zadaniem jest oziębienie, ale także obniżenie metabolizmu komórek serca, by na czas transportu potrzebowało ono jak najmniej tlenu. Optymalny czas od wyjęcia do przeszczepienia wynosi około trzech godzin.


Kto może być dawcą organów?

- Jest generalna zasada, że im młodszy dawca, tym lepsze narządy. Dawcą wątroby nie może być ktoś, kto pił dużo alkoholu albo brał duże ilości leków. Palacz nie nadaje się na dawcę płuc. Dawcę wyklucza m.in. obecność w organizmie zakażenia albo choroba nowotworowa.


Nie dziwię się, że przy pierwszym przeszczepie, trzeba było pokonywać opór własnego środowiska i społeczeństwa. Dlaczego te trudności do dziś nie minęły?

- Myślę, że opór społeczny powoli maleje. Zresztą wtedy najgorszy opór był w środowisku medycznym. Natomiast akceptację społeczną odczuwałem wyraźnie. Proszę pamiętać, że połowa lat osiemdziesiątych to był kompletny marazm. Kiedy więc udało się zrobić coś dobrego, ludzie się autentycznie cieszyli. Mocno odczuwałem wtedy poparcie społeczeństwa. Gdyby nie ta akceptacja społeczna, nie przetrwałbym trudnych chwili wynikających ze strasznego oporu w moim środowisku.


A z czego brał się ten opór środowiska lekarskiego?

- To jest jedyne pytanie, na które nie odpowiem, i jedyny problem, o którym z zasady nie dyskutuję.


A jak udawało się panu przekonywać rodziny, by zgodziły się na oddawanie organów swoich bliskich zmarłych do przeszczepu?

- Na przestrzeni lat takich rozmów było bardzo dużo. Na ich podstawie przekonałem się, że świadomość społeczna w Polsce bardzo się zmieniła na korzyść. Coraz częściej Polacy rozumieją wagę tego problemu. Ale były także rozmowy dramatyczne. Najsilniej utkwił mi w pamięci piętnastoletni chłopiec, który umierał w moim szpitalu i czekał na przeszczep serca. W tym samym czasie u innego równie młodego człowieka nastąpiła śmierć mózgu. Niestety, jego rodzice stanowczo nie zgadzali się na pobranie serca. Brak zgody oznaczał praktycznie śmierć tego dzieciaka, który czekał właśnie na serce. To były niebywale dramatyczne chwile. Tym bardziej że po upływie dwudziestu czterech godzin, kiedy tamci rodzice doszli trochę do siebie, w końcu zdecydowali się wyrazić zgodę. Niestety, było już za późno.


Co zmienia społeczną świadomość na lepsze?

- W ciągu blisko ćwierć wieku, które upłynęło od mojej operacji, wielu ludzi miało okazję zobaczyć innych ludzi, żyjących po przeszczepach. Zobaczyli, że funkcjonują dobrze i pracują. Duże znaczenie w pokonywaniu moralnych oporów dawców i ich rodzin ma tu m.in. postawa Kościoła. Od samego początku i papież, i Akademia Papieska popierali przeszczepy. To pomogło wielu ludziom przełamać początkowe dylematy moralne.


To dlaczego w ostatnim roku w Polsce liczba dawców dramatycznie spadła?

- Na to złożyło się wiele przyczyn. Spadek liczby dawców związany był z aferą dotyczącą jednego z lekarzy transplantologów. Potem pojawiły się absurdalne oskarżenia lekarzy w Białymstoku. Na szczęście, liczba przeszczepów wraca do normy, chociaż bardzo powoli.


Na ile sprawie przeszczepów i ratowaniu w ten sposób życia ludzi mogą pomóc takie inicjatywy, jak nasza akcja "Nie zabieraj organów do nieba”?

- To działanie wielkiej wagi. Doświadczenia europejskie pokazują, że są to kwestie, które muszą być cały czas przypominane, by docierały do świadomości ludzi. Takie akcje są nie do przecenienia. Okresowe przypominanie o tej sprawie w mediach jest czymś absolutnie najważniejszym. Tak naprawdę nie mamy innego sposobu dotarcia do ludzi z informacjami na temat przeszczepów. Z radością objąłem waszą akcję patronatem Ministerstwa Zdrowia.

Krzysztof Ogiolda



Artykuł ukazał się w "Dzienniku Wschodnim"

 
stat4u