Nie zabieraj serca do nieba,

 

Prof. Wojciech Rowiński, krajowy konsultant w dziedzinie transplantologii klinicznej, prezes Polskiego Towarzystwa Transplantacyjnego, szef Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej. Brał udział w pierwszym udanym przeszczepie nerki w Polsce w 1966 r.
Zobacz powiększenie
Fot. Robert Krzanowski / AG

W USA zrobiono ankietę, które środowisko szpitalne jest najbardziej za transplantacjami, a które przeciw nim. Największymi zwolenniczkami były pielęgniarki. Lekarze znaleźli się na drugim miejscu, przed szpitalną administracją. To pielęgniarki spędzają najwięcej czasu na oddziałach intensywnej opieki z pacjentami, o których wiedzą, że już nie żyją


Rozmowa z prof. Wojciechem Rowińskim*

Wojciech Moskal, Sławomir Zagórski: Jak się dziś mają przeszczepy w Polsce?

Prof. Wojciech Rowiński: Rozumiem, że nie wolno mi używać brzydkich słów? Na poważnie powiedziałbym tak - w ostatnią sobotę minęły 42 lata od pierwszego udanego przeszczepienia nerki w Polsce, i z tego się bardzo cieszę. Ale zarazem jest mi ogromnie smutno, bo osiągnięcia tych kilkudziesięciu lat i sukcesy całego polskiego środowiska transplantacyjnego zostały w ubiegłym roku w dużej mierze zniszczone. To skutek słynnej konferencji prasowej dwóch panów ministrów [w sprawie dr. Mirosława G. 14.02.2007 r.], wypowiedzi pana premiera Gosiewskiego w programie Moniki Olejnik, który powiedział, że było to w interesie społecznym, oraz obrzydliwych pomówień w jednej z gazet. Panowie Ziobro, Kamiński i Gosiewski, myśląc wyłącznie o zwalczaniu korupcji, zapomnieli, że transplantologia jest niezwykle czułą metodą leczenia, że tego typu wypowiedzi mogą ją całkowicie pogrążyć. I tak się, niestety, stało.

Nieprzemyślane działanie ministrów, a także nieprawdopodobna wprost nagonka w mediach wywołały z jednej strony strach i agresję społeczeństwa, z drugiej niechęć i poczucie krzywdy znacznej części środowiska medycznego. W efekcie odbiło się to na pacjentach oczekujących na przeszczep. Lekarze przestali rozpoznawać zgon, przestali pobierać narządy, bo boją się idiotycznych pomówień w prasie, że celowo usypiają pacjentów, by potem sprzedawać ich organy. Niektórzy z kolegów mówili wprost: "A po co mi to? Po jakiego diabła będę się narażać na nieprzyjemności?". Nałożył się jeszcze na to konflikt dotyczący wynagrodzeń lekarzy.

W efekcie mamy to, co mamy. Wykonujemy o ponad jedną trzecią przeszczepów mniej niż dwa-trzy lata temu. Nie możemy się podnieść z upadku po sprawie dr. G.

Co jest największym sukcesem, a co porażką polskiej transplantologii?

- Sukcesem jest to, że mamy wyniki leczenia takie jak w najlepszych ośrodkach na świecie. A wyniki w ośrodku warszawskim są nawet lepsze od średnich w USA.

Porażką jest natomiast bardzo ograniczony dostęp do tej metody leczenia. Oczywiście niedobór narządów to zjawisko ogólnoświatowe, ale u nas jest ono znacznie bardziej nasilone. No a już teraz, od kilku miesięcy? Szkoda gadać.

Jak zmniejszyć niedobór narządów?

- Są na to dwa sposoby. Jeden to więcej pobrań nerek i fragmentów wątroby od żywych ludzi. W większości krajów na świecie pobiera się nerki od każdego zdrowego człowieka, który chce być dawcą - łącznie z altruistami, którzy nie wiedzą, komu tę nerkę oddają. Prawdziwy altruizm zdarza się jednak rzadko. Jestem przekonany, że w części przypadków takiego darowania nerki przez żywego dawcę mogą w grę wchodzić pieniądze. W Polsce nie pobiera się nerek od altruistów.

Tak czy inaczej dzięki żywym dawcom Niemcy, którzy od zmarłych pobierają niewiele więcej narządów niż my, mają dwa razy więcej przeszczepów. W USA połowa przeszczepianych nerek pochodzi od żywych dawców, w Polsce - niecałe dwa procent.

Dlaczego tak się dzieje?

- Przede wszystkim za mało na ten temat mówimy. Pacjenci często nie mają pojęcia o takiej możliwości, a jeśli nawet wiedzą, to nie chcą prosić rodzin, a rodziny same z tym nie wychodzą. To wcale nie znaczy, że jesteśmy mniejszymi altruistami niż Niemcy czy Amerykanie. To raczej wynik biedy. Po roku 1989 Polacy boją się utraty pracy, boją się brać zwolnienia, a ponadto nikt im nie tłumaczy, że po oddaniu jednej nerki można bezpiecznie żyć i pracować.

Innym problemem jest to, że zbyt mały odsetek osób dializowanych trafia u nas na listę oczekujących. W Polsce zgłaszanych jest ok. 8 proc. chorych, na świecie ponad 40. W naszym kraju opłaca się ludzi dializować, a nie opłaca się ich za pomocą przeszczepu wyleczyć. Polska Unia Medycyny Transplantacyjnej stara się temu przeciwdziałać i wkrótce pacjentom na dializach rozdamy kilka tysięcy płyt DVD informujących o możliwości transplantacji od żywego dawcy.

Ale tą drogą serca się nie da zdobyć.

- Naturalnie. Drugi sposób na skrócenie czasu oczekiwania to pobieranie narządów od wszystkich zmarłych, od których można je pobrać. By się jednak tak stało, trzeba uzyskać akceptację społeczną, a także wsparcie rządu, władz samorządowych i parlamentu. Tymczasem w Polsce nie przejmuje się tym nikt.

Ministerstwo Zdrowia docenia wprawdzie znaczenie tej metody leczenia, ale mając mnóstwo palących, trudnych problemów, zostawia to na boku. Tymczasem przeszczepianie narządów i szpiku powinno być jednym z priorytetów w systemie ochrony zdrowia. Bo medycyna transplantacyjna to jedyna specjalność, w której nawet najbogatszy płatnik nie jest w stanie zrobić niczego bez udziału społeczeństwa. Co z tego, że znajdą się dodatkowe fundusze, jeśli rodziny będą się sprzeciwiać pobieraniu narządów od zmarłych?

Są kraje, które dały sobie radę z niedoborem narządów?

- Nie. Po prostu dlatego, że wyniki przeszczepiania są tak dobre, że kryteria kwalifikacji stale się rozszerzają. Dziś ratuje się tą metodą 70-latków, o czym dawniej nikt nawet nie myślał. I dlatego kolejki wciąż się wydłużają.

Z drugiej strony osób umierających - potencjalnych dawców - jest mnóstwo. Niestety, dość często lekarze wciąż słyszą od rodziny: "My się na to nie zgadzamy". Koniec, kropka. I wtedy nie ma znaczenia, że zmarły miał przy sobie oświadczenie woli [zgodę na pobranie narządów].

Jak zachęcić do wydania zgody? Pewnym pomysłem jest np. pokrywanie części kosztów pogrzebu.

- Takie rozwiązanie sprawdziło się już w kilku krajach.

W przypadku żywych dawców pewną formą zachęty do oddania nerki stosowaną za granicą są specjalne ubezpieczenia na wypadek śmierci lub ewentualnych powikłań w czasie operacji lub po niej. Od tego roku ubezpieczenie takie wprowadza Polska Unia Medycyny Transplantacyjnej przy współpracy Towarzystwa Ubezpieczeniowego "Allianz".

Krajem wymienianym jako wzór, jeśli idzie o liczbę pobieranych narządów i przeprowadzanych transplantacji, jest Hiszpania.

- Rzeczywiście, są najlepsi na świecie. Udało im się dzięki zaangażowaniu rządu, uznaniu transplantologii za priorytet i zapewnieniu odpowiedniego finansowania - nie tylko samych zabiegów, ale także edukacji społeczeństwa, stworzenia całego, niezwykle sprawnego systemu przeszczepiania narządów.

Ile czasu zajęło Hiszpanom stworzenie takiego systemu?

- Ledwie sześć-siedem lat. Postawili na zorganizowanie całej sieci koordynatorów pobierania narządów i tkanek. To ludzie albo zatrudnieni wyłącznie na takim stanowisku, albo pracujący w danym szpitalu, ale dostający dodatkowe pieniądze za zajmowanie się przeszczepami. Koordynator transplantacyjny wie, kto w jego szpitalu umiera, czy można pobrać od niego narządy, kogo w takiej sytuacji zawiadomić. Dzięki pracy tych ludzi liczba pobrań w Hiszpanii wzrosła lawinowo. To prawdziwe źródło ich sukcesu.

Ilu takich koordynatorów mają?

- W każdym szpitalu po dwie-trzy osoby. W Hiszpanii jest ok. 450 szpitali, a narządy pobiera się w 280, czyli to też nie ideał. Wśród naszych 500 szpitali mamy ok. 180, w których z punktu widzenia przepisów można by pobierać narządy [taki szpital musi mieć oddział intensywnej terapii, anestezjologa i neurologa, którzy rozpoznają śmierć mózgu]. Gdybyśmy w 180 ośrodkach zatrudnili - choćby na część etatu - takich koordynatorów, jestem głęboko przekonany, że w ciągu trzech-czterech lat liczba pobrań narządów od zmarłych zwiększyłaby się, i to znacznie.

Z inicjatywy Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej Akademia Medyczna [dziś Uniwersytet Medyczny] w Warszawie utworzyła rok temu Studium Koordynatorów Transplantacyjnych, właśnie na wzór hiszpański. To zaoczne zajęcia w soboty i niedziele, na które przyjeżdżają pielęgniarki i lekarze. Mam nadzieję, że w ciągu trzech lat wyszkolimy ok. 250 osób. Potem trzeba będzie jeszcze przekonać decydentów, że opłaca im się dać jakieś dodatkowe wynagrodzenie. Ale z decydentami różnie bywa. Są u nas dwie rady powiatu, jedna, o ile pamiętam, we Włoszczowie, a druga gdzieś na Podkarpaciu, które podjęły uchwałę, że u nich pobierania narządów od zmarłych nie będzie.

Rada powiatu ma takie prawo?

- Jeżeli jest organem założycielskim swojego szpitala, to ma. Ale też dyrektor jednego z warszawskich szpitali - co prawda już dość dawno temu - powiedział mi, że on nie chce, by u niego pobierano narządy, bo to przyniesie szpitalowi złą sławę. Na szczęście nie jest już dyrektorem tej placówki.

Kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych zrobiono ankietę, które środowisko szpitalne jest najbardziej za, a które przeciw transplantacjom. I co się okazało? Największymi zwolennikami były pielęgniarki, na drugim miejscu byli lekarze, a największymi przeciwnikami - administracja. Dlaczego? Bo pielęgniarki najwięcej czasu spędzają w oddziałach intensywnej opieki z pacjentami, o których wiedzą, że już nie żyją. Wyniki tej ankiety jednoznacznie wskazują, że ze środowiskiem medycznym też trzeba pracować.

W Holandii w oddziałach intensywnej opieki istnieje specjalny program komputerowy pozwalający na analizę przebiegu leczenia. Co tydzień wprowadza się dane wszystkich leczonych tam chorych. Mając te dane przed oczyma, lekarze już po dwóch, trzech miesiącach zaczęli sobie uświadamiać, że liczba umierających, od których można było pobrać narządy, jest znacznie większa, niż sądzili. W Polsce taki program zwany "Donor Action" zastosowano w dwóch szpitalach w województwie dolnośląskim. W jednym z nich liczba pobrań wzrosła aż o 40 proc.

Jaką rolę w zachęcaniu do oddawania narządów może odegrać Kościół? Niedawno podczas kazań czytany był list Episkopatu w tej sprawie.

- Poparcie Kościoła jest niezwykle ważne. Ale musi być powszechne i często przypominane. Są wspaniali hierarchowie, którzy poruszają często temat transplantacji. Jest też np. ks. Piotr Sadkiewicz, genialny facet z Żywnej pod Żywcem. Wielu jego parafian zadeklarowało chęć oddania szpiku i podpisało oświadczenie woli. Ale z drugiej strony mówiono mi o dwóch kościołach, w których ksiądz nie odczytał listu Episkopatu, choć miał taki obowiązek.

Polska Unia Medycyny Transplantacyjnej oraz Stowarzyszenie Osób po Przeszczepie rozpoczęły prowadzenie lekcji w szkołach i zajęć w seminariach duchownych. Z pomocą biskupów diecezjalnych chcemy nawiązać bliską współpracę z kapelanami szpitalnymi. To właśnie kapelani jako ci, którzy często towarzyszą umieraniu chorego i mają kontakt z jego rodziną, mogą odegrać wielką rolę w zachęceniu do wydania zgody na pobranie narządu.

Sygnatariusze apelu zamieszczonego w dzisiejszej "Gazecie" zabiegają o przyjęcie Narodowego Programu Rozwoju Medycyny Transplantacyjnej. Na czym ma on polegać?

- Chcielibyśmy, aby Sejm uchwalił ustawę o znaczeniu i rozwoju tej specjalności. Ten program miałby nie tylko dźwignąć naszą transplantologię z ruin, ale przede wszystkim stworzyć pewną inwestycję w przyszłość. Przykład - przeszczepy płuca. Prof. Zembala zrobił ich w ubiegłym roku siedem, w styczniu już jeden. Czyli u nas też można, tylko trzeba to wesprzeć.

Są dzieci i dorośli, którzy nie mają jelita i mają uszkodzoną wątrobę przez żywienie pozajelitowe. Ratunkiem dla nich byłby przeszczep jelita. Pierwsze próby podejmuje już prof. Kaliciński. W ubiegłym roku doc. Jabłecki przeszczepił po raz pierwszy w Polsce kończynę. Należy rozpocząć też przeszczepianie komórek zamiast całego narządu, np. komórek wysp trzustkowych zamiast całej trzustki czy hepatocytów zamiast wątroby.

Powinien zostać stworzony naukowy rejestr wyników. Przecież to nieporozumienie, że na kilkaset przeszczepianych nerek rocznie nie ma żadnego porządnego opracowania na ten temat.

Jednym słowem - narodowy program ma służyć inwestowaniu w transplantologię. Będziemy zabiegać o ustawę, która zagwarantowałaby ok. 100 mln rocznie, co nie jest wygórowaną sumą ani dla systemu ochrony zdrowia, ani dla Ministerstwa Finansów.

Jeżeli nie będzie totalnej zapaści w ochronie zdrowia, to może uda się wprowadzić ten program jeszcze w tym roku. Mam obietnicę ze strony kilku parlamentarzystów, że spróbują przygotować projekt poselski. Wystosowaliśmy list do pana marszałka Komorowskiego z prośbą o zorganizowanie w Sejmie akcji podpisywania oświadczenia woli przez tych parlamentarzystów, którzy akceptują transplantacje. To w końcu nic nie kosztuje, a miałoby spore znaczenie symboliczne.

Czekamy na Wasze listy: listydogazety@gazeta.pl

Źródło: Gazeta Wyborcza
 
stat4u