Dlaczego nic nie mówisz...?

 

Postać kardiochirurga z kliniki MSWiA Mirosława G., jak nietrudno zauważyć i jak należało się spodziewać, na dobre spadła z czołówek gazet i serwisów telewizyjnych. Także i ta nagła cisza nie daje spokoju tym, którzy się z nim zetknęli.

Po opublikowaniu przez "TN"artykułu "Skazany bez wyroku"kontakt z autorem tekstu nawiązało kilku Czytelników pragnących dołożyć kilka własnych refleksji do zawartych w nim treści. Żaden z tych głosów nie był głosem współbrzmiącym z oskarżeniami, jakie pod adresem doktora kategorycznym tonem rzucali do wielomilionowej widowni telewizyjnej w porze szczytowej oglądalności minister sprawiedliwości i szef CBA.

62-latek ze Stalowej Woli trafił "do Jana Pawła", jak nazywa się wśród sercowców krakowska klinikę, po zawale i z rozległą miażdżycą. Decyzję o skierowaniu mnie tam na operację wszczepienia bajpasów podjęli kardiolodzy ze Stalowej Woli, gdzie zrobiono mi komplet badań potraktowanych w Krakowie nieomal jak drogowskaz - mówi. To, co tam przeżył, zapamięta do końca życia. Niesamowity reżim, rygorystyczne traktowanie personelu przez Mirosława G. Bezwzględne egzekwowanie zasad sterylności i higieny na oddziale - to jedno, co mu utkwiło w pamięci. A drugie - że oddział momentalnie skojarzył mu się z... fabryczną taśma produkcyjną. - To wszystko było rozplanowane co do minuty, pacjenci trafiali na sale operacyjne jak nie przymierzając samochody na taśmę montażową - wspomina nasz Czytelnik. Ani przed zabiegiem, ani po nim mowy nie było, by przez moment pozostawać z lekarzem sam na sam by, na przykład, wręczyć mu kopertę czy coś w tym rodzaju. - Rodzina przygotowana była na "dowód wdzięczności", ale Mirosław G. pogonił ich dość brutalnie przy próbie rozmowy na ten temat. Skończyło się na pozostawionej trochę ukradkiem na parapecie butelce koniaku. - Nawet nie miałem okazji osobiście uścisnąć ręki doktora, który uratował mi życie. Całą naszą grupę "bajpasowców"przewieziono busem kliniki na rehabilitację do sanatorium w Rymanowie, a stąd już trafiłem do domu. Wizyty kontrolne od 3 lat załatwiam w Stalowej Woli - kończy swe wspomnienia nasz Czytelnik.

Nieomal identycznie swoje spotkanie z Mirosławem G. wspomina mieszkaniec jednej z wiosek w powiecie tarnobrzeskim. - Chciałem dać kopertę, nie ukrywam tego - mówi. - Nie dano mi najmniejszej szansy. Doktora zawsze, i przed operacją i po niej, widywałem w licznej "obstawie", więc nie wypadało. A potem mnie wywieziono, i tyle...

- Codziennie jestem na cmentarzu przy grobie swojego męża - zwierza nam się mieszkanka Sandomierza. - I codziennie słyszę jego głos: "Dlaczego milczysz? Dlaczego ty nic nie mówisz?" Dlatego proszę pozwolić mi powiedzieć kilka słów o doktorze Mirosławie...

Przeżyli pół wieku w szczęśliwym związku małżeńskim. - Z tego ćwierć wieku w nieustannej chorobie męża - uzupełnia. Mąż chorował na serce, tarczycę, wrzody żołądka, miał zaawansowaną cukrzycę. Pod koniec lat 90. doszły do tego poważne problemy z sercem. Bywało, że 2-3 razy w miesiącu trafiał na OIOM, gdzie go wyciągano z zapaści i... odsyłano do domu. I tak w kółko... - Ostatnich pięć lat spałam przy nim jak zając pod miedzą, wsłuchując się w każdy oddech - wspomina sandomierzanka. Nawet po trzecim zawale ani w szpitalu w Sandomierzu, ani szpitalu w Kielcach nie podjęto decyzji o radykalnym leczeniu chirurgicznym. Kiedy dostała kontakt do Krakowa, jedna z lekarek kliniki zaproponowała, by przywieźć męża na badania, ale niczego nie gwarantowała. Był grudzień, minus 30 stopni... Niedługo później trafił się kontakt z Mirosławem G. Miał powiedzieć coś w stylu: "Co, krajana miałbym nie przyjąć?"W kilka tygodni później, 7 stycznia 2005 r. mąż naszej Czytelniczki był już po operacji bajpasów. Mimo, że był okrutnie pocięty, nie chciał do sanatorium, tylko do domu, gdzie rehabilitację i pielęgnację wzięła na siebie żona. - Wie pan, faktycznie dałam w Krakowie łapówkę - mówi. Dostała w klinice listę zawierającą 22 "propozycje nie do odrzucenia", według których musiała przygotować pakiet jaki zabrała do "Jana Pawła"zawożąc męża. Ma tę listę, tak jak całą dokumentację medyczną jego leczenia. Co na tej liście jest? A zestaw branych przez męża tabletek na czas podróży do kliniki (18 leków dziennie!), 2 pary białych, nowych skarpet, kostka szarego mydła itd...

Po operacji mąż, mimo swoich 75 lat, dość szybko doszedł do siebie. Zaczęli chodzić na długie spacery, od nowa cieszyć się życiem. - ...a on każdego wieczoru mówił to samo: "Zobacz, dostałem jeszcze jeden wspaniały dzień życia...". Znaczył sobie te dni, tygodnie, miesiące - wspomina nasza rozmówczyni. Zmarł 31 sierpnia tego samego roku, a więc operacja dała mu dodatkowych siedem miesięcy życia. Zmarł na raka płuc, którego zdiagnozowano już po operacji w Krakowie. Do ostatniego tchnienia serce miał jak dzwon. Jeden z lekarzy, który odwiedził męża na kilka tygodni przed zgonem, powiedział: "- I po co go było ratować, wozić na tę operację? Byłby tak sobie po cichutki zasnął..."

- Nie zrozumie tego nikt, kto w takiej sytuacji nie był. Kiedy dostaje się taki dar w postaci kilku miesięcy życia, ceni się każdą chwilę jak skarb najcenniejszy. I czuje się wdzięczność dla tego, kto to sprawił. Uważam, że mam obowiązek o tym powiedzieć, choć wiem, że to nie zmieni poglądów tych, którzy doktora Mirosława rzucili niczym ochłap na pożarcie opinii publicznej - kończy rozmowę nasza Czytelniczka. Nie zastanawia się nad tym, czy i przypadek jej męża minister zdrowia zechciałby publicznie zakwalifikować jako "błąd medyczny"skutkujący zakwalifikowaniem do skomplikowanej i kosztownej operacji pacjenta, który i tak wkrótce zmarł...

 

 
stat4u