Cztery czułe punkty

 

Rozmowa z profesorem Wojciechem Rowińskim, krajowym konsultantem do spraw transplantologii.

 

"Przeszczepianie narządów, to nie taka prosta sprawa, jak wymiana koła w stojącym samochodzie. To raczej próba wymiany koła w wozie, który jedzie z pełną prędkością."



- Budzi się pan rano ze strachem, czy znów jakiegoś transplantologa nie zaaresztują? Czy jakiegoś nie opiszą w gazetach?

- Sposób zatrzymania doktora G., nagłośnienia afery w szpitalu MSWiA, tytuły prasowe, które pojawiły się następnego dnia po konferencji ministra sprawiedliwości, były przerażające.

- Na przykład: "Doktor śmierć"

- Taki szum medialny ma swoje konsekwencje. Lekarze mówią: Nie będę rozpoznawał zgonu. Po co mają mnie podejrzewać? Słyszałem, że w jednym ze szpitali rodzina zmarłego nie zgodziła się na pobranie narządów tłumacząc, że "nie chce nabijać kabzy lekarzom". W naszym szpitalu po raz pierwszy zdarzyło się, że chory bał się przyjechać do przeszczepu. Tyle czekał na przeszczep wątroby i odmówił! Wcześniej takich sytuacji nie było. W całej Polsce liczba pobrań zmniejszyła się - w porównaniu ze styczniem - o połowę! Może teraz będzie lepiej, zobaczymy. O ile nie będzie kolejnego szumu w mediach.

- Nie ucichła sprawa doktora G. i tych podejrzeń, że zabił pacjenta, że domagał się łapówek, a już zaczęło być głośno o profesorze Wiesławie Jędrzejczaku. "Dziennik" doniósł o eksperymentalnym przeszczepie krwi pępowinowej. 21-letni Bartosz, którego profesor w ten sposób chciał ratować, zmarł. I choć w prestiżowych ośrodkach na świecie takich operacji wykonano już ponad 10 tysięcy, w Polsce ludzie zaczęli zachodzić w głowę: jak można tak eksperymentować? Sprawa trafiła do prokuratora.

- Prof. Jędrzejczak jest niezwykle doświadczonym hematologiem, cenionym i znanym w świecie. To on, 22 lata temu, dokonał pierwszego w Polsce udanego przeszczepu szpiku. Decydując się na przeszczep krwi pępowinowej, z pewnością wykonał wszystko należycie (w ubiegłym tygodniu minister zdrowia powołał specjalny zespół ekspertów, który uznał, że oskarżenia wobec prof. Jędrzejczaka są nieuzasadnione - dop. red.). Pacjent zmarł nie dlatego, że przeszczepiono krew pępowinową. Zmarł trzy miesiące po przeszczepie dlatego, że w wyniku długotrwałej choroby doszło do powikłań. U ludzi, którym trzeba podawać leki obniżające odporność - aby organizm nie odrzucił przeszczepu - powikłania zdarzają się częściej, niż u innych operowanych pacjentów. Przeszczepianie narządów, to nie taka prosta sprawa, jak wymiana koła w stojącym samochodzie. To raczej próba wymiany koła w wozie, który jedzie z pełną prędkością. Operacje przeszczepienia wykonuje się u ludzi bardzo ciężko chorych, zatem zdarza się, że chory umiera. Ale bez tego też by umarł.

- Nieswojo czują się już nie tylko atakowani transplantolodzy. Prof. Wojciech Noszczyk, wybitny chirurg, powiedział: Teraz wszystkiego się boję. Niby strach jest wpisany w zawód - chirurg boi się, czy dobrze zdiagnozował. Później, czy dobrze zoperował. A na końcu, czy nie będzie powikłań. Teraz jednak, jak twierdzi prof. Noszczyk, tego strachu jest więcej. Pacjenci zostali podburzeni, zmalało zaufanie do lekarza.

- Zapewne prof. Noszczyk ma rację. Ludzi łatwo wystraszyć. To jest ta wielka szkoda społeczna wywołana szumem medialnym, tytułami prasowymi i częstotliwością ponawiania publikacji poddających w wątpliwość kompetencje lekarzy. Ponieważ system ochrony zdrowia w Polsce kuleje, jest za mało pieniędzy, reforma wprowadzana przez prof. Religę idzie powoli, to dołożenie do tego publikacji budzących obawy pacjentów, zwiększa nie tylko strach, ale wręcz powoduje agresję.

- Transplantologia, to dziedzina, w której szczególnie przydałaby się dobra atmosfera?

- Są standardowe czułe punkty w odbiorze społecznym. Pierwszy, to kwestia: czyja zgoda jest potrzebna, aby pobrać narząd od osoby zmarłej? Drugi czuły punkt, to rozpoznanie zgonu człowieka. Trzeci: problem alokacji, czyli kto ma otrzymać narząd od dawcy. I czwarty: obawa przed komercjalizacją. Każdy z tych punktów można byłoby długo rozwijać.

- Rozwińmy. Punkt pierwszy....

- Wszyscy powinni wiedzieć, że mają prawo zarejestrować sprzeciw. I od tych osób, po ich śmierci, nie należy pobierać narządów. Od pozostałych - tak. Takie jest moje zdanie. I takie jest prawo. Należałoby pobierać narządy od wszystkich, którzy za życia nie zgłosili sprzeciwu. To byłby świadomy wkład polskiego społeczeństwa we własny system ochrony zdrowia.

- Punkt drugi, jeszcze bardziej czuły: orzekanie o zgonie pacjenta. Ludziom wydaje się, że tu może dochodzić do wielkich nadużyć. Rodzina nie dowierza lekarzom, gdy mówią: to już koniec, nastąpiła śmierć mózgu. Im się wydaje, że jeszcze nie wszystko skończone. Widzą ciało podpięte do respiratora, monitorów. Słyszą, że serce bije. Myślą, że może lekarze się pomylili? Może chcą uśmiercić, żeby pobrać narządy?

- Normalna reakcja.

- Nikt im widocznie nie wytłumaczył, że niczego tak starannie się nie rozpoznaje, jak zgonu potencjalnego dawcy narządów. Nie robi tego jeden lekarz, tylko trzech. Procedury są ścisłe i powtarzane seriami, sprawdza się bezdech, reakcję na światło, na ból... Bada się odruchy: światło w oczy - trzy razy co 30 sekund, podrażnienie gałki - trzy razy co 5 sekund, uciskanie na płytkę paznokciową, na mostek..

- Tak właśnie jest...

- Ale wiedza na ten temat jest za mała. A jak nie ma wiedzy, są podejrzenia. Można oczywiście za spadek przeszczepów winić media, można winić ministra sprawiedliwości za zbyt pochopne oskarżenia, ale czy nie trzeba winić lekarzy?

- Lekarzy też, oczywiście. Mam zajęcia ze studentami medycyny, jedna ze studentek opowiedziała mi taką historię: zmarł jej wujek, matka zaproponowała lekarzowi, żeby pobrać narządy. A on na to: Nie będziemy się tym zajmowali. Są różni ludzie, w każdym środowisku. Na przykład jeden ksiądz powiedział lekarzom: Nie zgadzam się, proszę nie pobierać narządów od zmarłej, to moja siostra. Ale mogę też podać przykład księdza, który podszedł do ojca zmarłego chłopca i powiedział: Nie może pan zrobić większego daru, niż dar serca swojego syna.

Pobieranie narządów od zmarłych wymaga akceptacji społecznej. Bez tego nie będzie przeszczepów. Mogą pomóc spotkania edukacyjne w szkołach, na uniwersytetach. To już robimy. Zaczynamy też szkolenie koordynatorów pobierania i przeszczepiania. W Hiszpanii koordynator jest w każdym szpitalu. To może być anestezjolog albo pielęgniarka dializacyjna, osoba, która sprawdzi, czy na którymś z oddziałów ktoś nie umarł i czy nie można pobrać narządów. W Polsce mamy około 500 szpitali, ale narządy pobiera się tylko w 140. W pozostałych po prostu nie identyfikuje się możliwości pobrania. Do tego potrzebni są koordynatorzy. Oni będą zawiadamiać ośrodek transplantacyjny i Poltransplant.

Są standardowe czułe punkty w odbiorze społecznym. Pierwszy: czyja zgoda jest potrzebna, aby pobrać narząd od osoby zmarłej? Drugi: rozpoznanie zgonu człowieka. Trzeci: kto ma otrzymać narząd od dawcy. I czwarty: obawa przed komercjalizacją.

- Miałam okazję poznać rodziny dawców - wszyscy opowiadali, jakim dramatem jest rozmowa z lekarzem i podjęcie decyzji o pobraniu narządów. Niektórzy nawet po latach wstydzą się przyznać do tego znajomym, dalszej rodzinie. Boją się oskarżeń.

- Ważną sprawą jest to, czego w Polsce jeszcze nie ma - że ludzie, którzy nie sprzeciwili się pobraniu narządów, spotykają się ze sobą, porozumiewają, mają swoje kluby. Przez to im łatwiej. Myślę, że i u nas do tego dojdzie.

- W świecie głośna była sprawa Nicholas'a Greena, 7-letniego amerykańskiego chłopca, który w czasie wakacji zginął na drodze pod Neapolem. Rodzice zgodzili się, aby lekarze pobrali narządy i przeszczepili ciężko chorym włoskim dzieciom, choć to przez Włochów zginął ich syn - samochód został omyłkowo ostrzelany przez neapolitańskich gangsterów.

- To zdarzenie nagłośnione przez prasę spowodowało boom przeszczepów we Włoszech.

- Ludzie kierują się emocjami. Jeżeli są pozytywne, to i odzew pozytywny. Ojciec Nicholas'a mógł po latach spotkać się z biorcami, mógł to nawet opisać: "Niedawno spacerowałem po parku z Andrea, 23-letnim Włochem, którego serce należało kiedyś do mojego syna. Gdy objąłem Andreę ramieniem, w rzeczy samej poczułem więź z sercem Nicholas'a". To wzruszające. Ale u nas nie do pomyślenia. Za to mamy doktora G. zakutego w kajdanki, słyszymy, że mógł kogoś uśmiercić, że brał pieniądze. Zastanawiamy się, czy lekarz-transplantolog może bawić się w Boga i decydować, kto ma umrzeć, kto żyć, od kogo pobrać serce, komu je przeszczepić...

- Od wieków istnieje Biblia, i od wieków ludzie grzeszą. Najlepsze zasady i procedury nie zagwarantują, że ktoś kiedyś nie popełni nieuczciwości. Nie wierzę jednak w oskarżenie o zabójstwo. Uważam, że stwierdzenie to było nadużyciem.

- Jakie są procedury?

- W przypadku przeszczepienia każdego narządu obowiązuje zgodność grupy krwi. W przypadku przeszczepienia nerki albo trzustki dodatkowo bada się antygen zgodności tkankowej. Obowiązuje wybranie takiego chorego, który dłużej czeka, ale równocześnie takiego, który bliżej mieszka, bo liczy się czas od pobrania narządu do wszczepienia.

- Czy transplantolog zna tego, kogo ma operować? Co o nim wie, poza tym, jaką ma grupę krwi i jakie antygeny?

- Lekarze, którzy przeszczepiają nerki, w ogóle nie znają tych, których będą operować. Chorzy są na krajowej liście oczekujących, poza nazwiskiem i informacjami medycznymi lekarz nie ma innych danych, które mogą ich identyfikować (nawet adresu zamieszkania - o tym, że został zakwalifikowany do przeszczepu, chory informowany jest przez szpital, w którym się leczy albo przez stację dializ - dop. red.).

W przypadku przeszczepienia serca i wątroby, sytuacja jest trochę inna. Też obowiązuje zgodność grupy krwi, ale trzeba jeszcze dobrać narząd pod względem wielkości - nie można włożyć dużego serca małemu dziecku, i odwrotnie. Nie można włożyć dużej wątroby, szczupłej, małej kobiecie, bo po prostu się nie zmieści. To samo dotyczy płuc. Jest cały szereg medycznych kryteriów. W przypadku wątroby mamy tzw. skalę MELD, która mówi o stopniu zaawansowania choroby, i na której opiera się zasada prowadzenia listy oczekujących.

- Nie może dojść do nadużyć?

- Jeżeli oczekuje pani ode mnie stwierdzenia, że mam 100 procent pewności, odpowiem tak: to mało prawdopodobne, aby kiedykolwiek ktoś kogoś wziął do przeszczepu wcześniej, niż powinien. Ale gwarantować nie mogę. Natomiast na pewno nie zdarzyło się, i nie zdarzy, żeby wziąć do przeszczepienia kogoś spoza listy oczekujących. Procedura jest przejrzysta, wszystkie nazwiska osób zgłoszonych do przeszczepu są na liście w Poltransplancie. Nie można wziąć swojego znajomego, albo kogoś, kto dużo zapłaci, i dokonać przeszczepu. Gdyby przeszczepiono narząd komuś, kogo nie ma na liście, zrobiłby się szum, i w ministerstwie, i między lekarzami. Byłoby dochodzenie.

- Wyszła jednak sprawa targów o serce, sam minister Religa ją wyciągnął - ponoć doktor G. chciał pilnie przeszczepić serce biskupowi, choć w tym czasie na operację czekał bardziej chory pacjent w szpitalu zabrzańskim.

- Nie znam tej historii, nie chciałbym komentować. Sprawa alokacji, czyli tego, kogo z listy oczekujących wybrać do przeszczepu w pierwszej kolejności, to ogólnoświatowy problem. Zazwyczaj nie ma istotnego dylematu, bo wybiera się najciężej chorego. Ale jeżeli stan jest podobny, to czym się kierować? Czy przeszczepić narząd młodej kobiecie, która ma pięcioro dzieci, czy 68-latkowi, który jeżeli teraz nie dostanie szansy, to drugiej może nie doczekać? Są dylematy, poza medycznymi, moralne. Na świecie bardzo różnie się je rozstrzyga.

- Na świecie zdarza się też, że zdesperowani chorzy płacą za narządy. I tym sposobem doszliśmy do ostatniego czułego punktu transplantologii: komercji. W Bydgoszczy, gdy tylko ruszył oddział transplantacji, lekarze nie mogli opędzić się od ludzi, którzy mówili, że są w trudnej sytuacji materialnej i chętnie sprzedadzą nerkę.

- Wszędzie zdarzają się takie propozycje. Absurdalne. Pobranie narządów od żywego dawcy, jest obwarowane tyloma barierami, że to uniemożliwia handel. Zresztą to jest penalizowane w polskiej ustawie transplantacyjnej. Lekarz, który by się zdecydował, straci prawo praktyki, pójdzie siedzieć. Natomiast słyszałem, że ludzie wyjeżdżają za granicę i tam poddają się operacji. Podobno ktoś z Bydgoszczy sprzedał swoją nerkę w Niemczech, ale nie wiem, czy to prawda.




Rozmawiała Małgorzata Święchowicz
malgorzata.swiechowicz@pomorska.pl

 
stat4u